Odgrzewane kotlety czyli powrót do podstaw

Kiedy sobie wspominam zabawy z lat szczenięcych dociera do mnie, że te moje crossfitowe osiągnięcia, to nie jest jakieś wielkie halo, tylko odgrzewany kotlet. Powrót do formy utraconej przed ekranem komputera…

Muscle Up, czyli siłowe wejście na kółka gimnastyczne, uważany jest w crossficie za ćwiczenie oddzielające nowicjuszy od zaawansowanych. Jeśli ktoś potrafi wejść na kółka to oznacza, że „coś” już umie, swoje przetrenował, formę wyrobił i wchodząc na kółka wszedł tym samym na „wyższy poziom treningowy”.
Gdy rozmawiałem o tym z naszym trenerem od gimnastyki, usłyszałem: „ale wiesz, że dla gimnastyków to żaden wyższy poziom? Dla nich to jest normalne ćwiczenie. Przecież nie da się inaczej wejść na kółka, jak przez Muscle Upa. Dla nich to jest absolutnie podstawowe, jak dla nas przysiad. Oni najpierw robią Muscle Upa a potem biorą się za skomplikowane ćwiczenia…”
I nagle cały czar prysł. Poczułem się, jakby ktoś mi powiedział, że dziewczyna, w której się podkochiwałem, jest zwykła puszczalską zdzirą.
Dzięki Michał, naprawdę…

Jako sześciolatek przeprowadziłem się na nowopowstające osiedle. Poza moim blokiem były jeszcze dwa i wielka dziura w ziemi –  więc mogę śmiało powiedzieć, że wychowałem się budowie. Naszą rozrywką było wspinanie po rusztowaniach, kradzenie styropianu z którego robiło się „skrzydła” i „zlatywalo” na nich z drugiego piętra prosto  w kupę żwiru. Gdy udało się zwędzić kawałek liny, jeden z nas zawiązywał ją na drzewie i robiliśmy „Tarzana”. Wg dzisiejszych standardów było to patologiczne i zagrażające życiu, ale nigdy później w życiu nie miałem takiej frajdy, jak wtedy, gdy zimą po ciemku wspinaliśmy się rusztowaniem na kościelną wieżę. Pizgający wiatr, oblodzone deski i 10 metrów powietrza pod butami. Nikt nie myślał o tym, co sie może wydarzyć, że można łeb skręcić, czy wypruć flaki nadziawszy się na pręty zbrojeniowe.
Liczyło się to, by wejść na tę cholerną wieżę dla samej frajdy wchodzenia.

Pomijając zagrożenie dla  życia, nasze ówczesne zabawy jako żywo przypominały współczesny crossfit i biegi typu runmageddon. Tu coś ukraść i spieprzać przed cieciem, tam gdzieś wskoczyć,  jeszcze gdzieś podciągnąć,  wspiąć na rury ciepłownicze, zawisnąć na rękach, zeskoczyć z kilku metrów… Wszystko, co robiliśmy wymagało jakiejś tam formy fizycznej. Kto nie potrafił –  ten nie był w bandzie –  bo przecież nie będziemy kogoś wciągać na rury, czy ryzykować, że cieć go złapie gdy będziemy uciekać ze skradzionym karbidem. Forma była oczywistością. Bez formy nie było zabawy.

Dopiero z wiekiem coś nam się popieprzyło – usiedliśmy na dupach, zgarbiliśmy przy książkach/komputerach i całą ta małpią zwinność czasów podstawówki diabli wzięli. Nabraliśmy sadła, kupiliśmy samochody a jedynym uprawianym przez nas sportem ekstremalnym jest stosunek przerywany i okazjonalne pyskówki z szefem.

Życie dorosłego faceta z większego miasta, szczególnie takiego, który wykonuje pracę umysłową, nie stawia  przed nim większych wyzwań. Ot, w korku postać, w kolejce w markecie się porozpychać, z policjantem o mandat się potargować. Od czasu do czasu dwie zgrzewki wody do domu przynieść, raz na rok ognisko rozpalić, ukleję złapać – i tyle naszego „wojownictwa”.
Jakiś fason jeszcze trzymają jeszcze ludzie wykonujący pracę fizyczną, ale generalnie rzecz biorąc, zpizdowacieliśmy straszliwie, jako samce.

Współczesne życie nie wymaga od nas żadnej formy. Jeśli ktoś uprawia jakąś aktywność fizyczną – jest to tylko i wyłączenie jego fanaberia. Niemal z każdej sytuacji możemy się „wygadać” – zamówić fachowca, pomoc drogową, ostatecznie oddać portfel i zachować zęby. Życie nie wymaga od faceta, żeby był facetem –  role kulturowe się rozmywają, zmienia się styl pracy i życia. To wielkie szczęście, jakim było oddanie ciężkiej pracy maszynom rozprzestrzeniło się na inne sfery życia i, moim zdaniem, wcale takim wielkim szczęściem nie jest, bo facet nie musi już być facetem. Jak pokazuje przykład hipsterów, może być mientką fają i zamiast powodem do wstydu będzie to powód do dumy…

Dokładnie tydzień temu jak dziecko cieszyłem się pierwszym Bar Muscle Upem (wejściem na drążek).  Podekscytowany rozpisywałem plan treningowy na zrobienie klasycznego Muscle Upa na kółkach, cieszyłem się, że choć sztanga kuleje to gimnastycznie jestem już prawie „oczko wyżej”, już jestem w ogródku, już witam się z gąską a potem nagle dotarło do mnie że to, czym tak strasznie się jaram, 25 lat temu robiłem ot tak, na co dzień i nie był to powód do dumy bo każdy tak robił, często z plecakiem pełnym karbidu, czy innym skradzionym obciążeniem.  Że te moje osiągnięcia, to nie jest jakieś wielkie halo, tylko odgrzewany kotlet. Powrót do formy utraconej przed ekranem komputera…

Takich dzieciaków jak ja były pewnie tysiące, setki tysięcy. Wszyscy ganialiśmy po budowach, właziliśmy na drzewa, wspinaliśmy się wszędzie tam,  gdzie lepiej żeby nas ojciec nie widział bo dupa sina i zakaz wychodzenia z domu. Byliśmy zwinni jak małpy, a kiedy zwinność ta przestała być nam na co dzień potrzebna, spuchły nam brzuchy od piwska, dupy od miękkich foteli i staliśmy się przedwczesnymi emerytami.

Cały ten crossFit, mam wrażenie, to nie jest żadne wchodzenie na wyższy poziom, tylko odgrzebywanie w sobie dawnej dziecięcej zwinności. Przypominanie sobie radości z ruchu dla samego ruchu, czasem dla popisu, czasem dla szpanu, ale zawsze i przede wszystkim dla funu.
Dla frajdy.
Dla jaj i dobrej zabawy.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Odgrzewane kotlety czyli powrót do podstaw”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s