Burgery, Browary i CrossFit – czyli jak pobiegłem ŁemkoTrail

­­­­

Dieta z burgerów, browaru i CrossFitu okazała się jak najbardziej skuteczna. Przekonałem się, że można jeść bez wyrzeczeń, pić gdy ma się na to ochotę, za często nie biegać i być w stanie przebiec 28,7km po górach w czasie poniżej 4 godzin –  a wszystko to bez umierania na trasie, kontuzji i zakwasów-morderców dzień po.

W życiu nie miałem takiego biegowstrętu… Prawdę mówiąc szukałem tylko pretekstu, żeby się wymiksować z wyprawy, ale traf chciał, że nie wydarzyło się nic, czym mógłbym usprawiedliwić podwinięcie ogona w ostatniej chwili.

Nie biegałem od miesięcy. Niby coś tam biegałem – ale co to za bieganie po 40-50km miesięcznie? Raz w tygodniu jakaś dycha, za tydzień jakieś podbiegi… Kpiny a nie trening. Co prawda udało mi się w ten sposób pobiec Maraton Wigry –  ale to było w sierpniu –  od tego czasu minęły dwa miesiące, w trakcie których butów biegowych dotykałem głównie przy okazji zmywania podłogi. Byłem totalnie nieprzygotowany, bez motywacji do treningów a jedyną regularną formą biegania był rogrzewkowy kilometr na CrossFicie.

Ale stało się. Nie było wykrętów, były zbowiązania – więc pozostało wziąć temat na klatę i szurnąć w te Beskido-Bieszczady.

Piątkowy wyjazd z Warszawy… Kto nie stał na wylotówkach ten przegrał życie. Potem zachód słońca w Radomiu, tir za tirem i mistrzowska pizza w Rzeszowie za… Teraz uwaga… Całe 11 złotych. Patrzyłem na ceny w menu i wierzyć mi się nie chciało. Komu się wydaje, że gigantyczna cipka w centrum miasta jest największą atrakcją Rzeszowa ten koniecznie powinien odwiedzić pizzerię Pablo Picasso. Ceny wprost śmieszne, placek fenomenalny a droga po nim, choć momentami wyglądała jak kadry z Zagubionej Autostrady, dłużyła się jakby mniej. Nie uchronił nas co prawda przez zagubieniem się po nocy w górach, ale jak powszechnie wiadomo, z pełnym brzuchem świat jest dużo bardziej przyjazny.
Nawet ten kompletnie ciemny  nieznany.

Gdy pół godziny przed północą do auta wsiada dziabnięty Marian Dziędziel, przed oczami stają mi kadry z filmu „Dom zły”. TE kadry.  Szczęśliwie to już Komańcza a wypity sobowtór Mariana to nasz gospodarz. Dekujemy się w domku, otwieramy zakupione na stacji piwo i zanim się położymy pęka 01.30 w nocy.
Półtorej godziny temu wyruszyli wariaci na 150km…

ipp

Ranek wita nas Ozięble. Szaro, buro, przenikliwy chłód…  Nie powiem, żebym tryskał optymizmem. Szczęśliwie śniadanie u gospodarzy jest na TAAAAKIM wypasie, że zmienia mi się perspektywa. Zanim zdążymy się obejrzeć i odebrać pakiety (fantastyczne buffy) już siedzimy w busach, które wiozą nas na start biegu. Na niebie nadal szaro, buro i ponuro…

lemk_start

Takie akcje zazwyczaj mają miejsce w książkach albo na filmach, ale raz na ruski rok przydarzą się też i zwykłemu Zapolskiemu. Otóż w momencie przyjazdu do Puław niebo zaczyna się rozpogadzać. Jeszcze pizgawica i telepanie, ale na niebie coraz jaśniej, już są pierwsze promienie słońca. Już mi lepiej, już mi raźniej.
A potem startujemy i kompletnie się rozpogadza. Lecimy prosto w błękit i słońce. Pod górę…

podejscie_1

Zawsze mnie bawi, gdy uczestnicy maratonów narzekają na podbiegi – nie przeszkadza im dymać 42km po asfalcie, za to byle górka urasta do rangi dramatu. Chciałbym zobaczyć ich miny na Łemko Trail, którego pierwsze 4km to nieustanne parcie pod górę. Bez gry wstępnej dostaliśmy jasny przekaz, kto tu rządzi i w co  będziemy grać. Zanim skończy się pierwszy podbieg ściągam buffa i krótki rękaw. Choć w powietrzu jest 4-5 stopni,  pot płynie po plecach i czuję się jak w rześki kwietniowy poranek.

ipp

Już na drugim kilometrze odzywa się Achilles. Co za cholera? Przecież ja nigdy nie miałem problemów z Achillesem? Kilometr później zamiast Achillesa zaczyna boleć kolano, jednak prawdziwy cyrk zaczyna się w okolicach czwartego, gdy nagle drętwieje mi stopa i czuję że puchnie do rozmiaru, w którym ledwie mieści się w bucie. Lekko panikuję, bo to ta sama stopa którą poturbowałem przysiadami ze sztangą. Za cholerę nie wiem, co się dzieje, ale lecę przed siebie, bo przecież nie wycofam się na czwartym kilometrze! Trudno, stało się, zapieprzam przed siebie. Po dwóch kilometrach zwalniam by zrobić zdjęcia i… Czuję jak przechodzi odrętwienie. O tak, po prostu znika jakby go nigdy nie było.  Nie ćmi Achilles, nie dokucza kolano, nie puchnie stopa – NIC SIĘ NIE DZIEJE – jestem lepszy niż fabrycznie nowy…

Sytuacja dziwna, ale jak najbardziej wytłumaczalna – postawiony pod ścianą organizm próbuje sztuczek – symuluje bóle, kontuzje – robi wszystko, bym dał mu święty spokój. Gdy po sześciu kilometrach zorientował się, że na nic te zagrywki – odpuścił – ale co się strachu najadłem to moje…

bezkres

Od lat słyszałem opinie, jakie to Bieszczady i Beskidy piękne nie są i prawdę mówiąc miałem je za obiegowo powtarzane frazesy, tymczasem okolica jest tak piękna, że nie wiadomo w którą stronę patrzeć. Dosłownie. Co kilkaset metrów zwalniam, przystaję by zrobić zdjęcie. Raz po raz odłączam się od grupy, ale trudno – nie przyjechałem tu robić życiówkę tylko oglądać krajobrazy – a te są po prostu oszałamiające. Piękne błękitne niebo, ostre jesienne  słońce i orgia jesiennych kolorów. Co prawda błota momentami do pół łydki a gdzieniegdzie leży śnieg – ale to tylko dodaje kolorytu.

Biegnę i zachwycam się jak emerytka braćmi Mroczek.
Jest zjawiskowo.

drzewo

Jest też zajebiście ślisko, bo błoto jest wszędzie. WSZĘ-DZIE. Są też podejścia, na których ześlizgujesz się od ciężarem własnego ciała bez różnicy na to, czy idziesz po błocie czy po liściach. Są też takie, gdzie nie pomaga trzymanie się drzew i gałęzi. Omijanie kałuż to fikcja. Już po trzecim-czwartym kilometrze zapieprzam na przełaj omijając tylko co większe bajora. Mokre buty są nieistotne, dużo bardziej istotne jest trzymanie równowagi –  a to momentami trudniejsze, niż strome podbiegi.

snieg

Trasa nie pozwala się nudzić. Na zmianę mamy podbiegi/podejścia,  chwile płaskiego lasu, zbiegi, płaskie połoniny, znowu podbiegi –  i wszystko piękne, wszystko inne, dostarczające różnych wrażeń i stawiające różne wyzwania. Trasa, poza tym że piękna, jest też świetnie oznaczona. Ani razu nie miałem problemu z określeniem kierunku, dzięki czemu mogłem skupić na ochach, achach oraz okazjonalnemu wygrzebywaniu z błota.

krajobraz_1

Zaskoczyła kondycja. Moje przygotowania do Łemkowyny nie istniały –  więc wyszedłem z założenia, że pobiegnę „na turystę” tak, by zmieścić się w limicie pięciu godzin (a jak się nie zmieszczę to też się nic nie stanie) Tymczasem nie dość, że przez 20km trzymałem równe tempo z moimi trenującymi znajomymi, to jeszcze udało mi sie przybiec w pierwszej połówce zawodników –  a wszystko to biegnąc „na chilloucie”, bez napinki i żyłowania.
Dieta z burgerów, browaru i CrossFitu okazała się jak najbardziej skuteczna. Nikt mnie teraz nie namówi na kiełki, owsianki, musli i tego typu wynalazki. Przekonałem się, że można jeść bez wyrzeczeń, pić gdy ma się na to ochotę, za często nie biegać i być w stanie przebiec 28,7km po górach w czasie poniżej 4 godzin –  a wszystko to bez umierania na trasie, kontuzji i zakwasów-morderców dzień po.

konie

W życiu nie wbiegłem tak zrelaksowany na metę. Owszem, byłem zmęczony, ale daleko temu do stanu, w jakim docierałem na metę maratonu. Na luzie, z uśmiechem i chyba najgłośniejszym „Slayerem” w całej karierze. Wisienką na torcie było zimne piwko, z którym czekała na nas Ania (pannaannabiega.pl). Przez chwilę zastanawialiśmy się, czym je otworzyć –  ale od czego w końcu są metalowe medale? 😉

na_mecie

Posiłek regeneracyjny nie był tak wypasiony jak na Maratonie Wigry, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało, bo wciąż jechałem na adrenalinie. Prawdziwą ucztę zaserwowali nam za to gospodarze, którzy na kolację, poza bigosem, podali swojej roboty boczek oraz… marynowane rydze, których to nawpieprzałem się bezwstydnie, jak prawdziwy wielkomiejski cham.
A potem było piwko drugie, trzecie… Ale to już zupełne inna historia.

posilek

Bieg, na który koszmarnie nie chciało mi się jechać, okazał się być fantastyczną przygodą. Do tej pory uważałem, że na Wigrach jest tak pięknie, że lepiej być nie może. Otóż może. Może i jest. Jest tak zajebiście, że jeśli za rok odbędzie się kolejna edycja Łemko Trail, wezmę w niej udział bez wahania.

Ponieważ była to moja pierwsza wizyta w tych okolicach, zamiast wracać od razu do Warszawy, niedzielny poranek przeznaczyliśmy na kręcenie się po okolicy –  i była to doskonała decyzja. Nie jestem Stasiukiem, więc nie potrafię oddać tego sennego, nieśpiesznego klimatu, gdzie wszystko toczy się swoim rytmem, chwilami tak powolnym, że jedynym słyszalnym odgłosem jest szum drzew.
To są okolice, w których nawet psom szczekać się nie chce. Tylko przestrzeń, górskie serpentyny i stojące nieruchomo włochate krowy.
Obrazki jak z bajki…

cerkiew

 

A potem już tylko nocna mgła na ekspresówce. Mgła tak gęsta, że wjeżdżając do tunelu nie widziałem jego ścian – ale dojechaliśmy. Każdy z postanowieniem, że wracamy tam za rok.
Albo wcześniej.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s