Podsumowanie roczne

Podsumowując, był to bardzo dobry rok. Pomimo kiepskiego startu i niefortunnego finiszu, druga połówka zrekompensowała wszystko z nawiązką. Zrobiłem rzeczy, o których kiedyś bałbym się nawet pomyśleć, przekroczyłem wiele granic i nabrałem przekonania, że wszystko jest kwestią uporu, konsekwencji i ciężkiej pracy.  Z przyjemnością i poczuciem dumy mogę powiedzieć, że nie był to dobry rok, ale zajebisty – i że sam na to wszystko zapracowałem.

W 2014-ty wchodziłem w zasadzie od zera. Niby ćwiczyłem od czerwca 2013, ale od września byłem wyłączony z ćwiczeń na nogi, w listopadzie doszedł do tego łokieć tenisisty i w efekcie na dwa miesiące nastąpiło całkowite wyłączenie systemu. Zarzynanie się w trupa i szukanie granic przyniosło owoce – nie byłem w stanie ani biegać ani dźwigać –  czyli de facto nie mogłem nic. Kontuzja łydki i rozpieprzony łokieć  zafundowały mi dwa najbardziej frustrujące miesiące w całej sportowej przygodzie. Pauza ta, jakkolwiek irytująca, miała jednak wielką zaletę – wymusiła rewizję podejścia, zmianę poglądów. Nie miałem innego wyjścia, jak przyznać przed sobą, że napieprzanie w trupa na każdym treningu to droga do nikąd; że odpoczynek to naprawdę istotna sprawa i bez regeneracji znowu wyląduję na poboczu.

Do BOXa wróciłem w  styczniu i był to bardzo ostrożny powrót. Wiedziałem, że po prawdzie to powinienem jeszcze z miesiąc pauzować, ale nie byłem w stanie usiedzieć na dupie – więc zdecydowałem, że zamiast ćwiczeń z grupą będę powoli na boczku wracał do formy. Zimowe treningi to była bardziej podstawowa gimnastyka + mobilność, niż prawilny crossfitowy wycisk, ale wspomnienie kontuzji było jeszcze na tyle świeże, by trzymać ego w ryzach i robić swoje małymi kroczkami.

Kiedy już wydawało mi się, że zmądrzałem i wróciłem do jako takiej formy, założyłem na sztangę 80% masy ciała i postanowiłem robić przysiady. Bez porządnej rozgrzewki. W efekcie coś mi pierdolnęło w nodze, stopa spuchła jak balon i zaczęła się kolejna, lekarsko-fizjoterapeutyczna epopeja, której echa słyszę po dziś dzień. Marzec/sierpień to był okres pełen grubego strachu i niepewności. Odwiedziłem masę lekarzy (w tym czołowych polskich specjalistów), wydałem furę kasy na badania i rehabilitację, zmarnowałem w pytę czasu i nikt nie był w stanie mi powiedzieć, co sobie zrobiłem i jak to wyleczyć…  Koniec końców codziennymi  ćwiczeniami udało mi się wyjść na prostą, ale każdy przysiad ze sztangą, czy to frontem, czy tyłem to dla mnie „opowieść z dreszczykiem”. Nie mam  odwagi założyć prawdziwego maxa, sprawdzić ile faktycznie dźwignę. To, co zakładam jako max to de facto jakieś 90% możliwości – nie chcę ryzykować, że znowu coś sobie zrobię…

Historia ze stopą (oraz związane z nią wizyty fizjoterapeutki) uzmysłowiła mi, jak ważna jest rozgrzewka i mobilność. Niby na każdym treningu trenerzy o tym przypominają –  ale kto by ich tam słuchał, gdy myślami jestem już przy kolejnym rekordzie? Kontuzja, która wynikła tylko i wyłącznie z mojej własnej głupoty sprawiła, że zacząłem przykładać dużą wagę do rozgrzewki i teraz nie ma opcji, żebym wziął się za ćwiczenia bez minimum 20 minut pracy nad mobilnością. Wiem, że ćwiczenia bez rozgrzewki to najszybsza droga do zrobienia sobie kuku – ale po szkodzie to każdy głupi jest mądry…

Na pierwszy trening z grupą zdecydowałem się dopiero siódmego czerwca i było to bolesne sprowadzenie na ziemię. Wydawało mi się, że wróciłem do formy a tymczasem skończyłem jako ostatni w grupie na 15 sekund przed końcem czasu. Nie dało sie ukryć, że treningi indywidualne to jednak nie to samo, co grupowe manto i jeśli chce się trzymać formę to trzeba robić nie to, na co ma się ochotę, tylko to, co trener zafunduje.
Czerwcowe wpisy z dziennika treningowego to jeden DNF za drugim – albo nie kończyłem, albo kończyłem po czasie. Są też jednak pierwsze małe sukcesy – a to poprawne technicznie toes  to bar, a to poprawiony max w podciągnięciach nachwytem (co zawsze było dla mnie problemem) ale największym sukcesem było bezsprzecznie pierwsze 13 Double Unders pod rząd. Ćwiczenie doubli na KAŻDYM treningu powoli zaczęło przynosić efekty.

Zorganizowana w sierpniu mini-akcja „sierpień miesiącem mobilności” (skojarzenia z PRLowskim miesiącem trzeźwości są jak najbardziej na miejscu) sprawiła, że po raz pierwszy w życiu mogłem zrobić przysiad z dupą poniżej linii kolan. Nigdy mi to nie przeszkadzało; ba – nigdy nie odczuwałem tego jako ograniczenia –  w końcu w ilu sytuacjach w życiu muszę kucać? Praca przy komputerze, samochód, siedzący tryb życia – gdzie mi tam przysiad potrzebny… W trakcie ćwiczeń okazało się jednak, że bez dobrego przysiadu to lipa na resorach. Przysiad to w ciężarach podstawa i albo się go nauczę, albo będę rzeźbił w gównie.

O ile wakacje były okresem powrotu do formy, o tyle jesień wysypała sukcesami. We wrześniu zrobiłem pierwsze 20 podciągnięć nachwytem pod rząd, choć rok wcześniej w ten sposób nie byłem w stanie podciągnąć się ani razu. Zaczął wychodzić kipping i „strzał z biodra”. Toes to bary zaczęły przypominać to, co do tej pory oglądałem na filmikach szkoleniowych w internecie. Rekord ustawiłem na trzydziestu powtórzeniach pod rząd.
W październiku zrobiłem pierwsze 12 siłowych pompek w staniu na rękach, 5 razy wycisnąłem na ławeczce wagę ciała i pięć razy dźwignąłem w martwym ciągu 150% masy ciała. Wszystko pod rząd.
W listopadzie zrobiłem pierwszego muscle upa na drążku. Dwa tygodnie później poprawiłem na kółkach. Chest to bary zacząłem robić jako „trudniejsze podciągnięcie”.
W grudniu załapałem o co chodzi z techniką butterfly (w końcu!) a w przysiadzie założyłem 110%masy ciała. Na deser dołożyłem 67 Double Unders pod rząd.

Może nie najbardziej spektakularnym, za to cholernie dla mnie ważnym osiągnięciem jest przełamanie się w stosunku do sztangi, której unikałem bo nie umiałem a nie umiałem bo jej unikałem. Poszedłem na szkolenie z dwuboju, staram się uczęszczać na sobotnie klasy techniczne i choć zaczynam z poziomu grupy przedszkolnej, chęci i zapał są wielkie –  więc może być tylko lepiej.

Ostatnim powodem do dumy są dwa biegi długodystansowe, które udało mi się skończyć tyleż bez przygotowania, co w jednym kawałku. O ile przed Maratonem Wigry coś tam jeszcze od czasu do czasu biegałem, o tyle Łemko Trail pobiegłem kompletnie nieprzygotowany – a mimo to, 28km po górach udało mi się przebiec w czasie poniżej 4 godzin, bez bólu, kontuzji i innych przykrych niespodzianek.

Z rzeczy, które sobie na bieżący rok zaplanowałem, udało mi się zrealizować jakieś 80%. Są podciągnięcia, są pompki na rękach, są muscle upy. Jedyne, co zostało „nieodhaczone” to chodzenie na rękach – ale to okazało się dużo trudniejsze, niż się spodziewałem i przechodzi na wiosnę 2015.
Niemniej, jak sobie to wszystko podsumować, wychodzi niezły wynik, jak na (de facto) pół roku solidnej pracy.

Chciałbym móc napisać, że pokora i rozwaga pozwoliły mi uniknąć kontuzji – ale tu bym skłamał. Końcówka roku przyniosła lekki ból w barku, ale skoro mogę z tym normalnie funkcjonować to z pewnością nic to poważnego.  Dwa-trzy tygodnie pauzy, codzienna rehabilitacja i będę jak nowy.

Oprócz sukcesów zaliczyłem też porażki. Jedną – żeby być dokładnym –  za to spektakularną. Otóż ni cholery nie wyszło mi zdrowe odżywianie, dieta – jak zwał tak zwał. Przez miesiąc nie jadłem cukru, dwa miesiące byłem na paleo – i żadna z tych zmian nie zadomowiła się w moim życiu na dłużej. Nadal lubię wciągnąć burgera, nadal lubię popić go browarem i nadal lubię zaakcentować to czymś słodkim i, co w tym wszystkim najgorsze, nie mogę się od tego uwolnić.
Postanawianie, że  „od nowego roku…” byłoby oszukiwaniem się, a na to jestem za stary kot. Chyba czas się pogodzić z faktem, że moja silna wola jest silna tylko z nazwy i pozwolić „diecie”płynąć swoim torem.

Robienie planów na przyszłość to ryzykowna sprawa – bo wystarczy trochę nieuwagi, ciut więcej  niefrasobliwości albo chwilowy przebłysk głupoty i wszystkie plany szlag trafi – patrz przygoda z barkiem. Skłamałbym jednak  mówiąc, że nie robię planów. Robię jak cholera!

  • Najważniejszy plan jest jeden –  nie zrobić sobie krzywdy. Trzymać się w formie, ale też i w zdrowiu. Starać się pamiętać, że żaden PR nie jest wart dwóch miesięcy na ławce rezerwowych –  to zdecydowanie najtrudniejsze wyzwanie na nadchodzący rok.
  • Wiosnę chciałbym przywitać chodząc na rękach. Zadowoli mnie kilka metrów – byle nie od ściany i pewnym krokiem. Jeśli okaże się, że trzeba na to więcej czasu – trudno –  będę chodził aż się nauczę.
  • Kolejna rzecz to pistolety, do których siłę już mam, tylko z równowagą biednie. 15 sztuk pod rząd zaspokoiłoby mój apetyt na jakiś czas – powiedzmy do kolejnego sylwestra 😉
  • Pozostając przy szeroko rozumianej gimnastyce, chciałbym do końca roku móc zrobić 3 siłowe muscle upy pod rząd i z 6 kippingiem. Fajnie byłoby też przekroczyć minutę w poziomce na kółkach, bo utknąłem na 50ciu sekundach i za cholerę ruszyć nie mogę.
  • Drugi ważny cel to sztanga. Nie myślę o żadnych konkretnych kilogramach, bo interesuje mnie przede wszystkim technika. Jak będzie technika, kilogramy same przyjdą – tak sobie myślę –  a jak się okaże, że się mylę, to będę rewidował na bieżąco.
    Chciałbym też coraz mniej skalować i coraz częściej pracować na RX – czyli siła, siła i jeszcze raz siła.
  • Ostatni cel to wzięcie udziału w zawodach i wyjście z grupy eliminacyjnej inaczej, niż nogami do przodu 😉 Mam znajomych, którzy twierdzą, że na zawody warto iść nawet wtedy, gdy się czegoś nie umie, żeby się otrzaskać i zdobyć doświadczenie – ale to nie moja filozofia. Doskonale pamiętam dwóch półfinalistów z Amaroka, którzy siedzieli na macie bo nie umieli chodzić na rękach. Nie chcę tak –  dlatego zawody to plan na późną jesień, kiedy to (mam nadzieję) zrealizuję wszystkie cele „pośrednie” i wyeliminuję dziury w technice. Przegraną, bo ktoś okazał się lepszy/silniejszy przyjmę jako coś normalnego, ale przegraną „bo czegoś nie umiem” chyba bym odchorował.

Chciałbym napisać, że postaram się regularnie biegać –  ale wiem, że tak się nie stanie i wszystkie przyszłoroczne biegi terenowe pobiegnę mniej lub bardziej na pałę. Górkę Kazurkę odwiedzę na pewno, bo  bieganie po wertepach to zdecydowanie „mój” rodzaj biegania, ale na asfalt nie wyjdę choćby mi za to płacili a zamiast regularnego biegania wybiorę regularne rwanie sztangi.

Podsumowując, był to bardzo dobry rok. Pomimo kiepskiego startu i niefortunnego finiszu, druga połówka zrekompensowała wszystko z nawiązką. Zrobiłem rzeczy, o których kiedyś bałbym się nawet pomyśleć, przekroczyłem wiele granic i nabrałem przekonania, że wszystko jest kwestią uporu, konsekwencji i ciężkiej pracy.  Z przyjemnością i poczuciem dumy mogę powiedzieć, że nie był to dobry rok, ale zajebisty – i że sam na to wszystko zapracowałem.

I że za cholerę nie mogę się doczekać tego, co przyniesie 2015ty 🙂

 

Reklamy

Obłęd, czyli progres

Pamiętam to jakby było wczoraj.  Mój drugi, czy trzeci trening, jeszcze wszystko jest nowe i nieoswojone, jeszcze nie zdążyłem ogarnąć tego, co się dookoła dzieje – i nagle dowiaduję się, że mam zrobić  sto pompek w staniu na rękach. Sto razy coś, czego nie dam rady nawet raz. Stówa niemożliwego.
Sorry, taki mamy trening…

I robię. Oczywiście przeskalowane, ułatwione tak, bym dał radę zrobić cokolwiek – ale robię –  i na koniec treningu, choć skatowany,  czuję sie nieśmiertelny. Jestem niezniszczalny, nie do zajechania, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Choć półżywy, czuję się jak młody bóg.

Mija półtorej roku.
Patrzę na tablicę i nie mogę sie opędzić od jednej myśli: To jakiś kurwa obłęd. 22 muscle upy kilkadziesiąt rwań, podrzutów, zarzutów, podciągnięć, pistoletów… W życiu tylu muscle upów nie zrobiłem.
A potem rusza czas i zatrzymuje się rozum.

Zarzut. Podrzut. Drążek. Naprawdę nie powinienem tego robić. Zarzut. Podrzut. Drążek. Zamknij mordę. Skacz. Zarzut. Podrzut. Uważaj na piszczele. Nad głowę. Jeszcze trzy, jeszcze dwa, pad na ziemię, jeszcze cztery. Znowu zarzut. Drążek. Chuj, że boli. Raz – wdech. Dwa – wydech. Piszczele! Rwanie. Pad. Nad głowę. Raz. Raz. Raz, kurwa, powiedziałem! Robisz to! Raz. Rwanie. Rwanie w barku. Rwanie w dupie, kurwa. Raz! Dwa! Pudło, sztanga, mata, piłka. Raz! Boli? To rób szybciej! Drążek –  raz! Drążek – kurrrrrwa jebana mać dwa. DWA! Pudło, sztanga, mata, sztanga. Chyba pojebałem kolejność. Chuj, nadrobię. Ósma runda. Zerwana skóra. Ochraniacze. Krew – nie moja. Piła. Drążek. Opór. Kurwa, co za ból. Gleba. Mata. Pamiętaj o wybiciu. Raz! Dwa! Pierdolnięcie z biodra. Pudło, sztanga, gleba. Jeszcze tylko dwie rundy. W trupa jedziesz. W trupa kurwa! To ostatnie dwanaście przysiadów. Napierdalaj!!!

Mam wrażenie, jakby dźwięk zasysał się do foliowej reklamówki. Jak na filmach – bodźce zbiegają się i falują. Skurcz – rozkurcz –  skurcz – rozkurcz. To jest kurwa nieprawdopodobne. Jebane 22 muscle upy. Bez skalowania. Ja-pier-do-lę… Turlam sie na bok, na czworaka,  jedna noga, potem druga. Boli mnie wszystko. WSZYSTKO – a jednocześnie nie boli mnie nic. Jestem niezniszczalny. Półżywy i niezniszczalny.
Duma urywa mi łeb.

Sześćdziesiąt siedem minut i sześć sekund. Jak na standardy CrossFitowe to już ekstremum. Równoważnik maratonu. Chciałbym napisać, że była to godzina w trakcie której zaliczyłem pełne spektrum emocji, ale byłaby to nieprawda. Głównym uczuciem, które mi towarzyszyło, był wkurw. Solidny sportowy wkurw – ten specjalny rodzaj nieukierunkowanej złości, która nakręca do rzeczy niemożliwych i każe zignorować ból. Adrenalinowy koktajl, który wyłącza mózg i rozszerza źrenice.
Strzelasz lufę i jesteś nieśmiertelny

Chciałbym napisać że poleciałem na RX, ale to też nie byłaby prawda. Nie poleciałem w trupa, nie doszedłem do ściany. Pomimo to jestem bardzo zadowolony, bo przekroczyłem kolejną granicę – mentalną barierę pt „nie dam rady”. Zrobiłem coś, co wydawało się ponad moje siły. Nie wydawało się – byłem  absolutnie pewien, że jest ponad moje siły.
A potem po prostu wziąłem i to zrobiłem.

Przekraczanie granic to jedna z moich ulubionych cech CrossFitu. Myślisz, że coś jest poza twoim zasięgiem, przerasta cię, nie masz na to siły, a potem rusza czas i po pół godzinie nie jesteś w stanie uwierzyć w to, co właśnie zrobiłeś.
I co prawda leżysz wymięty jak szmata do podłogi – dygoczesz i masz problemy ze złapaniem oddechu – ale zrobiłeś to. Wyszedłeś z siebie pieprznąwszy drzwiami.
Teraz wstań, umyj się, dojdź do siebie…

Zaletą  bardzo ciężkich treningów jest to, że „oswajają hardkor”. Dzięki nim to, co jeszcze wczoraj powodowało nerwowe przełykanie śliny, jutro przyjmiesz na miękko. Od teraz każdy trening będzie łatwiejszy, bo wiesz, że nie takie rzeczy już robiłeś. Wiesz, że możesz, że potrafisz, dasz radę.
Są też niesamowicie motywujące do dalszej pracy – odkrywasz w sobie siłę i energię o którą byś się nigdy nie podejrzewał i masz ochotę ją wykorzystać tu, teraz, natychmiast. Chcesz zrobić wszystko to, co do tej pory oglądałeś z podziwem i lekkim ukłuciem zazdrości. Nagle stajesz się swoim własnym idolem.

Jesteś z siebie dumny, endorfiny urywają głowę i tylko palący ból pozrywanej skóry przypomina, że to wszystko nie przyszło ot tak sobie.
Ale to tylko kolejny powód do dumy…