Obłęd, czyli progres

Pamiętam to jakby było wczoraj.  Mój drugi, czy trzeci trening, jeszcze wszystko jest nowe i nieoswojone, jeszcze nie zdążyłem ogarnąć tego, co się dookoła dzieje – i nagle dowiaduję się, że mam zrobić  sto pompek w staniu na rękach. Sto razy coś, czego nie dam rady nawet raz. Stówa niemożliwego.
Sorry, taki mamy trening…

I robię. Oczywiście przeskalowane, ułatwione tak, bym dał radę zrobić cokolwiek – ale robię –  i na koniec treningu, choć skatowany,  czuję sie nieśmiertelny. Jestem niezniszczalny, nie do zajechania, nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych. Choć półżywy, czuję się jak młody bóg.

Mija półtorej roku.
Patrzę na tablicę i nie mogę sie opędzić od jednej myśli: To jakiś kurwa obłęd. 22 muscle upy kilkadziesiąt rwań, podrzutów, zarzutów, podciągnięć, pistoletów… W życiu tylu muscle upów nie zrobiłem.
A potem rusza czas i zatrzymuje się rozum.

Zarzut. Podrzut. Drążek. Naprawdę nie powinienem tego robić. Zarzut. Podrzut. Drążek. Zamknij mordę. Skacz. Zarzut. Podrzut. Uważaj na piszczele. Nad głowę. Jeszcze trzy, jeszcze dwa, pad na ziemię, jeszcze cztery. Znowu zarzut. Drążek. Chuj, że boli. Raz – wdech. Dwa – wydech. Piszczele! Rwanie. Pad. Nad głowę. Raz. Raz. Raz, kurwa, powiedziałem! Robisz to! Raz. Rwanie. Rwanie w barku. Rwanie w dupie, kurwa. Raz! Dwa! Pudło, sztanga, mata, piłka. Raz! Boli? To rób szybciej! Drążek –  raz! Drążek – kurrrrrwa jebana mać dwa. DWA! Pudło, sztanga, mata, sztanga. Chyba pojebałem kolejność. Chuj, nadrobię. Ósma runda. Zerwana skóra. Ochraniacze. Krew – nie moja. Piła. Drążek. Opór. Kurwa, co za ból. Gleba. Mata. Pamiętaj o wybiciu. Raz! Dwa! Pierdolnięcie z biodra. Pudło, sztanga, gleba. Jeszcze tylko dwie rundy. W trupa jedziesz. W trupa kurwa! To ostatnie dwanaście przysiadów. Napierdalaj!!!

Mam wrażenie, jakby dźwięk zasysał się do foliowej reklamówki. Jak na filmach – bodźce zbiegają się i falują. Skurcz – rozkurcz –  skurcz – rozkurcz. To jest kurwa nieprawdopodobne. Jebane 22 muscle upy. Bez skalowania. Ja-pier-do-lę… Turlam sie na bok, na czworaka,  jedna noga, potem druga. Boli mnie wszystko. WSZYSTKO – a jednocześnie nie boli mnie nic. Jestem niezniszczalny. Półżywy i niezniszczalny.
Duma urywa mi łeb.

Sześćdziesiąt siedem minut i sześć sekund. Jak na standardy CrossFitowe to już ekstremum. Równoważnik maratonu. Chciałbym napisać, że była to godzina w trakcie której zaliczyłem pełne spektrum emocji, ale byłaby to nieprawda. Głównym uczuciem, które mi towarzyszyło, był wkurw. Solidny sportowy wkurw – ten specjalny rodzaj nieukierunkowanej złości, która nakręca do rzeczy niemożliwych i każe zignorować ból. Adrenalinowy koktajl, który wyłącza mózg i rozszerza źrenice.
Strzelasz lufę i jesteś nieśmiertelny

Chciałbym napisać że poleciałem na RX, ale to też nie byłaby prawda. Nie poleciałem w trupa, nie doszedłem do ściany. Pomimo to jestem bardzo zadowolony, bo przekroczyłem kolejną granicę – mentalną barierę pt „nie dam rady”. Zrobiłem coś, co wydawało się ponad moje siły. Nie wydawało się – byłem  absolutnie pewien, że jest ponad moje siły.
A potem po prostu wziąłem i to zrobiłem.

Przekraczanie granic to jedna z moich ulubionych cech CrossFitu. Myślisz, że coś jest poza twoim zasięgiem, przerasta cię, nie masz na to siły, a potem rusza czas i po pół godzinie nie jesteś w stanie uwierzyć w to, co właśnie zrobiłeś.
I co prawda leżysz wymięty jak szmata do podłogi – dygoczesz i masz problemy ze złapaniem oddechu – ale zrobiłeś to. Wyszedłeś z siebie pieprznąwszy drzwiami.
Teraz wstań, umyj się, dojdź do siebie…

Zaletą  bardzo ciężkich treningów jest to, że „oswajają hardkor”. Dzięki nim to, co jeszcze wczoraj powodowało nerwowe przełykanie śliny, jutro przyjmiesz na miękko. Od teraz każdy trening będzie łatwiejszy, bo wiesz, że nie takie rzeczy już robiłeś. Wiesz, że możesz, że potrafisz, dasz radę.
Są też niesamowicie motywujące do dalszej pracy – odkrywasz w sobie siłę i energię o którą byś się nigdy nie podejrzewał i masz ochotę ją wykorzystać tu, teraz, natychmiast. Chcesz zrobić wszystko to, co do tej pory oglądałeś z podziwem i lekkim ukłuciem zazdrości. Nagle stajesz się swoim własnym idolem.

Jesteś z siebie dumny, endorfiny urywają głowę i tylko palący ból pozrywanej skóry przypomina, że to wszystko nie przyszło ot tak sobie.
Ale to tylko kolejny powód do dumy…
 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s