Problem pierwszego świata

Zazwyczaj nie rozwodzę się nad mięsnymi zakupami  – wiem co mam kupić, wiem gdzie jest dobry towar, sprawa jest więc prosta –  idę, kupuje i temat zamknięty; pozostaje tylko sobotnie czuwanie przy garach. Kupując królika miałem jednak zgryz – jak go przemycić do domu tak, by córka  nie widziała. Jak go rozpracować, by uniknąć płaczu i niewygodnych pytań?

Od dzieciaka lubiłem wszystkie programy przyrodnicze więc naturalnym jest, że sympatię tą staram się zaszczepić swojemu dziecku. Zamiast durnych bajek My Little Pony oglądam z nią programy o małpach, rybach, lwach – niech się uczy świata, niech zobaczy ile ciekawych rzeczy dzieje się dookoła.
Wszystko fajnie jest i milo do czasu, gdy w trakcie takiego programu np. o fokach pokazywana jest normalna z przyrodniczego punktu widzenia sytuacja, gdy stary mors w nerwach zabija małe foczątko, albo gdy z braku pożywienia pisklę umiera z głodu, albo gdy fajne puchate lwiątko dopada swoją pierwszą gazelę, przegryza jej krtań i wybebeszywszy flaki wpiernicza cieplutką jeszcze wątrobę. Wtedy zaczyna się płacz i histeria. Na nic zdają się moje tłumaczenia, że jedno zwierzątko poluje (a więc zabija) drugie, że inaczej zginęłoby z głodu, że tak jest niestety zbudowany ten świat, że duży pożera małego, że życie jest zwyczajnie brutalne i bezlitosne.
Wtedy na ratunek przybywa My little Pony.

Mam to szczęście, że dziecko moje jest wszystkożerne – na palcach jednej ręki policzę rzeczy, których nie lubi. Mięso wcina bez problemu, a gdy czasem zapyta skąd się bierze mięsko, odpowiadam zgodnie z prawdą, że z zabitych zwierząt – że tak jak na Animal Planet, aby mięsko zjeść trzeba najpierw cos zabić.  Zawiesza się wtedy na chwilę, mina jej rzednie, ale rąbie z talerza równo bo jej smakuje.

Niosąc do domu królika wiedziałem, że nie będzie łatwo –  bo królik to nie bezosobowa wędlina, czy amorficzna pierś z kurczaka – to normalne wypatroszone zwierzę, co prawda bez głowy, ale z nogami, łapkami. Wystarczy rzut oka by zwizualizować sobie mięciutkiego sympatycznego futrzaczka, który jeszcze kilka dni temu kicał sobie po kojcu i uroczo marszczył nosek.

Koniec końców za potrawkę z królika zabrałem się późnym wieczorem, gdy córka już zasnęła. Szykując marynatę do mięsa myślałem sobie, jak bardzo nas to miejsko-sklepowe życie rozmiękczyło. Nie trzeba cofać się do czasów Freda Flintstone, gdzie każde wyjście „po obiad” mogło skończyć się w roli czyjegoś dania głównego, czy nawet średniowiecza, gdzie życie było ciężkie, brutalne i kończyło się śmiercią w młodym wieku. Jeszcze w czasach współczesnych życie na wsi pokazuje, że nie ma mientkiej gry, że zasada „duży zjada mniejszego” jest cały czas obowiązująca.

Życie z pracy na roli (czyli tak, jak przez tysiące lat żyło 99% ludzi) nie zostawia miejsca na sentymenty –  bo to walka o przetrwanie. Hodujesz zwierzęta, by mieć z nich mięso na posiłek i skóry na ubranie, zabijasz szkodniki, które niszczą ci plony. Życie i śmierć są naturalnym elementem codzienności – starzy umierają a młodzi się rodzą. Chcąc mieć rosół ukręcasz kurze łeb, chcąc zjeść mięso zabijasz świniaka, który co prawda drze się w niebogłosy –  ale każdy by się darł gdyby go zabijali, a kiełbasy zjeść się chce.
W końcu ile można jechać na chlebie, rzepie i ziemniakach?

Przez tysiące lat człowiek nie miał czasu na sentymenty – życie było walką i trzeba było być twardym, by dotrwać do ostatniej rundy. Dzięki rewolucji przemysłowej codzienna walka o przetrwanie przeszła do historii – dziś w uprzemysłowionej części świata problemem jest co zrobić z nadmiarem jedzenia a nie skąd wziąć (na) jedzenie. Co prawda nadal miliony ludzi głodują i żyją w ubóstwie, ale w krajach rozwiniętych głód jest tylko koszmarnym wspomnieniem nękającym tych, którzy pamiętają wojnę i lata po niej.

Wygodne życie w dostatnim kraju sprawia, że człowiek odrywa się od rzeczywistości i zaczyna żyć w przekonaniu, że mięso bierze się ze sklepu a skórzane buty robi się w fabryce. Nie stoi za tym refleksja, że aby to mięso można było zapakować a ze skóry skroić modne buty, gdzieś trzeba zabić jakieś zwierzę. Po prostu zabić –  strzelić w łeb, pozwolić by się wykrwawiło i z jego truchła przygotować to, co tak apetycznie pachnie na talerzu albo zgrabnie wygląda na nogach.

Współczesny mieszczuch żyje w oderwaniu od rzeczywistości. Wszystko ma podane, ładnie opakowane, spreparowane tak, by niczym nie przypominało o swoim prawdziwym pochodzeniu. W telewizji lansuje się kult młodości i piękności a w sklepach stwarza się wrażenie, że mięsko bierze się…W zasadzie nie wiadomo skąd – po prostu jest. W efekcie dzieciaki nie mają pojęcia skąd bierze się jajko czy mleko a zabrane na podmiejską farmę robią wielkie oczy.

Popularny wśród biegaczy wegetarianizm i weganizm to moim zdaniem luksus „bogatych ludzi z miast”. Na wsi nikt nie ma na to czasu, bo na wsi (oczywiście w dużym uproszczeniu) aby żyć trzeba zabić. Owce hoduje się na wełnę, krowy na mleko, konia do pracy a świnię na mięso. Rzecz jasna, wiele wsi, szczególnie tych ulokowanych w pobliżu miast, żyje już po miastowemu i niewiele ma wspólnego z klasycznym wiejskim życiem – korzystają z bliskości miejskich dobrodziejstw, przejmują miejski styl życia, mają miejskie aspiracje – ale wystarczy odjechać kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy by przy odrobinie (nie)fartu wziąć udział w świniobiciu, czy zobaczyć jak kotka porzuca najsłabsze z miotu, by móc wykarmić pozostałe, silne kocięta.
Oczywiście, zaraz mi ktoś wyjedzie z przykładem wiejskiego jarosza i suczki, która wychowała porzucone kociaki – ale na każdy z tych przykładów mogę podać pięć kontrprzykładów – więc darujmy sobie akademickie dywagacje.

Odmówienie sobie pewnego typu pokarmu to luksus tych, którzy mogą w pokarmie przebierać, mają go w bród.  Tam, gdzie jedzenia jest mało, jest ono drogie albo trudno dostępne, człowiek nie zastanawia się czy zostało pozyskane w sposób etyczny, czy nikt na tym nie ucierpiał. Tam, gdzie priorytetem jest własne przetrwanie nie ma miejsca na sentymenty –  doskonale o tym wiedzą ludzie z biednych rejonów świata, którzy często są jaroszami z przymusu i cieszą się, gdy mają cokolwiek do garnka włożyć.

Szanuję wybór osób nie jedzących mięsa, nie zmienia to jednak mojej opinii, że ich decyzja, poglądy, wrażliwość prowadząca do takiej a nie innej diety, jest luksusem pierwszego świata. Jestem przekonany, że ludzie, których głównym zmartwieniem jest związanie końca z końcem nie zastanawiają się na tym, czy mięso, które właśnie wkładają do garnka cierpiało przed śmiercią, czy też padło ze starości na zielonym pastwisku, tylko cieszą się, że dziś jedzą coś innego niż chleb albo ziemniaki.
Nie życzę nikomu źle i nie chciałbym, aby kogokolwiek z nas życie postawiło przed takim sprawdzianem, ale podejrzewam, że nie zobaczylibyśmy zbyt wielu wegan, czy wegetarian w krajach dotkniętych wojną, kataklizmem, czy „zwykłą” klęską urodzaju (a jeśli już – byliby to jarosze z przymusu). Jestem absolutnie pewien, że gdyby życie nas przycisnęło, ze smakiem wcinalibyśmy choćby bezpańskiego psa, czy kota. Póki co, szczęśliwie możemy twierdzić że to jest nieetyczne, tamto niemoralne –  i do ust tego nie weźmiemy.
Póki co…

Dlatego oswajam swoje dziecko z tym jak wygląda świat, skąd się bierze mięsko na talerzu i pokazuję, że milusie włochate zwierzątka czasem zabijają swoje młode. To jest brutalne –  ale taki jest świat w którym żyjemy i nie widzę wartości w udawaniu, że jest inaczej. Brutalne jest to, że umiera chory wujek, że duży zjada mniejszego a mniejszy umiera z głodu. Nie przypominam o tym na każdym kroku, ale też nie kłamię, gdy stojąc w kolejce do mięsnego dziecko pyta mnie „czy te kostki są z zabitego zwierzątka”. Tak, są –  bo aby zjeść mięsko trzeba zwierzątko zabić. Tak już jest ten świat.

Nie gloryfikuję życia na wsi, czy w biedzie. Nie widzę „wartości dodanej” w walce o każdy dzień, bo sam jestem beneficjentem współczesnych wielkomiejskich udogodnień. Nie szukam też usprawiedliwienia dla zabijania, uważam jednak, że przydałoby się kultywować tą świadomość, że życie nie jest bajką, że duży zjada małego, że aby mieć mięsko trzeba zabić świnkę – bo takie są brutalne zasady królestwa zwierząt, którymi, czy nam się to podoba czy nie, jesteśmy.
Żyjąc w wielkim mieście można od tego uciekać, można chować głowę z piasek, ale kiedy życie w końcu przyjdzie i powie „hallo, to ja” może się to skończyć bardzo zimnym prysznicem.

Cieszmy się póki możemy tym naszym „etycznym luksusem”, możliwością bycia na tyle wrażliwym (i majętnym) by świadomie odrzucać pewne produkty. Nie róbmy jednak z tego normy –  bo w lwiej części świata to nie jest norma, tylko fanaberia.
Problem pierwszego świata.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s