Lifestyle

Dlaczego nie zostaniesz mistrzem świata (ale wciąż możesz być zajebisty)

Bez względu na uprawiany sport pasjonujemy się gwiazdami z czołówki. Czy to CrossFit, czy triatlon, czy też bierki po ciemku, kibicujemy tym najlepszym i bardziej lub mniej świadomie inspirujemy się nimi. Nawet jeśli tego głośno nie wypowiadamy –  bo to przecież tak nieosiągalne, że aż absurdalne – chcemy być tacy jak oni chociaż w połowie, albo w jednej czwartej nawet. Porównujemy wyniki, czasy, kilogramy. Chcemy czy nie –  są dla nas punktem odniesienia. Północą na sportowym kompasie.

Nie raz i nie dwa zastanawiałem się, co takiego dzieli nas od tych najlepszych. Przecież nie są półbogami, cyborgami, nadludźmi – są tacy sami jak my ze swoimi wadami i słabościami.
A właśnie, czy aby na pewno ze słabościami? Czy mistrzowie mają słabości? Czy na pewno są tacy jak my? Co trzeba robić by (teoretycznie) mając na starcie równe szanse wysforować daleeeko przed czoło peletonu? Co sprawia, że jeden jest mistrzem a drugi tylko mu kibicuje?
Odpowiedź przyniósł dokument z CrossFit Games 2014.

Aby być mistrzem, trzeba zapierdalać.

To  banalne i oczywiste, ale aby być mistrzem trzeba nie harować, nie  ciężko trenować, ale zapierdalać jak wół. Wystarczy posłuchać/poczytać wypowiedzi sportowców z czołówki by jasnym się stało, że dwa treningi dziennie to w zasadzie średnia sportowa a są zuchy, które trenują w każdej wolnej chwili. To nie jest zestaw dla człowieka po trzydziestce, który w szkole z kolegami w nogę pogrywał a potem nagle się obudził –  to jest zestaw dla byka, młodego byka, który ze sportem ma do czynienia co najmniej od ogólniaka. Nie bez powodu większość gwiazd CrossFitu to ludzie przed trzydziestką (średnia wieku dla pierwszej dziesiątki panów to 27,9, zaś dla pań 27,4) – po prostu mają na to siłę. Jeśli ktoś aktywnie przez całe życie uprawiał sport (jak ma to miejsce w przypadku niemal całej czołówki CF) i jego organizm jest przyzwyczajony do wysiłku – może jeszcze poszaleć po trzydziestce, ale skoro sam Chris Spealler w wywiadach mówi, że jego 35 lat to już nie jest wiek na mierzenie się z młodziakami –  to coś w tym musi być.
Kto jak kto, ale Chris na  pewno wie, o czym mówi.

Aby wypruwać sobie flaki na poziomie olimpijskim trzeba być silnym i młodym. Owszem, sportowcy z kategorii masters też robią niesamowite rzeczy, ale kto z  nas porównuje się do tych, którzy mogliby być naszymi rodzicami? Wciąż jeszcze jesteśmy młodzi, albo relatywnie młodzi i porównujemy się do swoich rówieśników. Porównywanie do ludzi dwukrotnie starszych byłoby oszukiwaniem samego siebie.

Być silnym i młodym to jedno a wypoczętym to drugie. Nie bez powodu większość CrossFitowej czołówki to ludzie bezdzietni –  człowiek z dziećmi na głowie nie miałby na dwa/trzy treningi w ciągu dnia ani czasu, ani siły –  bo byłby zwyczajnie niewyspany i zaganiany. Co prawda  Jason Khalipa, ojciec dwójki  jakoś znajduje czas i na dzieci i na trening, ale jestem absolutnie przekonany, że nie dzieli z żoną obowiązków w sposób partnerski. Aby jedno mogło trenować, drugie musi zając się dzieckiem i domem (co nie jest lekką pracą). Nie wierzę, absolutnie nie wierzę, że przy partnerskim podziale obowiązków (na oko 50/50) można mieć siłę i czas na dwa treningi dziennie. Przerabiałem to i wiem, że ogarniając dom i dziecko można być tak zjebanym, by nie mieć siły nie tylko na trening, ale nawet na otwarcie browara, czy wieczorny seks.
Jeśli ktoś tak potrafi – dla mnie jest cyborgiem.

Rodzina i sport zawodowy nie idą w parze. Sam Rysiu Froning przyznaje, że gdyby chciał dalej trenować do Gamesów ucierpiałaby na tym jego rodzina a na chwilę obecną to ona jest dla niego priorytetem. Wtóruje mu Chris Spealler, który otwarcie mówi, że ceną za udział w gamesach jest czas, którego nie spędza z najbliższymi.
Sport zawodowy to zajęcie dla bezdzietnych albo tych, których rodzina przyjmuje na siebie rolę tła, bezpiecznej przystani do której wraca się po bitwie. Fajne to, wygodne i romantyczne, ale z doświadczenia wiem, żeby aby było gdzie po bitwie wrócić, trzeba de facto prowadzić dom samotnego ojca/matki –  bo gdy jedno leci po wyniki, drugie zapierdala, by rachunki były opłacone, posiłek ugotowany  a dzieci nie biegały w zasranych pieluchach. Świetnie to pokazuje (bodajże) piąty odcinek behind the scenes z CF games 2014, w którym Valerie Voboril (piąta na świecie) przyznaje, że w trakcie zawodów znajdowała czas na zajęcie się dzieckiem, ale mogła to robić tylko dlatego, że jej mąż ogarnia całe pozasportowe zaplecze.

Aby uprawiać CF na poziomie Gamesów trzeba być młodym, mieć czas i zdrowie na mordercze treningi – ale takich młodych są na świecie miliony – więc dlaczego tak niewielu z nich bierze udział w gamesach? Ponieważ za bycie championem odpowiada jeszcze jeden czynnik – cecha charakteru, którą nazwałbym patologiczną nieustępliwością.

Jest w dokumencie o CF Games 2014 piękna scena, w której Camille Leblanc-Bazinet pcha pod górę sanki. Metalowe sanki po piasku. Jest to robota tak ciężka i ogłupiająca, że od samego patrzenia można się wściec – tymczasem Camille, rzucając kurwami na lewo i prawo pcha te sanki po 5, 10 centymetrów. Wścieka się, frustruje –  człowiek ma wrażenie że lada moment pizgnie nimi w krzaki i zawinie wściekła do domu, ale nie – mozolnie, raz po raz popycha to żelastwo przed siebie, bo wie, że od tego może zależeć jej zwycięstwo.

Przewiń do 53 minuty

Nie bez powodu nazwałem tę cechę patologiczną. Człowiek który chce mierzyć się z najlepszymi, musi zapomnieć co to komfort, musi oswoić  ból a chóry anielskie muszą być dla niego tym, czym dla innych dźwięk powiadomienia na Facebooku. Aby być najlepszym, musi być gotów się zarżnąć, zajechać w trupa w (pozornie) najbardziej ogłupiający sposób. Idealnie opisała to Camille, która zapytana o to, co trzeba mieć by zostać the fittest on earth odpowiedziała: If you want to be me or Michelle you just don’t have to be good, manage all the skill, weight and all that. You need to be like… willing to die… Because we’re gonna do it.

zapraszamy na kozetkę

Przepis na championa wydaje się dość prosty: Musisz być młody, bez zobowiązań i gotów na poświęcenie daleko poza granicą zdrowego rozsądku. Do tych trzech składników dodałbym jeszcze konsekwencję i sprecyzowanie: musisz wiedzieć czego chcesz i uparcie, konsekwentnie do tego dążyć. To też doskonale widać na dokumencie z CF Games – sportowcy z czołówki nie odpuszczają, ani na chwilę nie gubią z oczu celu, na który tak zasuwają – dzień po dniu, trening za treningiem, bez taryfy ulgowej. Są jak metodyczny księgowy robiący noworoczną inwentaryzację –  tylko ich praca jest nieco bardziej mecząca.

Oprócz czterech podstawowych składników dodałbym jeszcze jedną przyprawę –  dość kontrowersyjną i być może dla kogoś obraźliwą, ale na pewno istotną –  a mianowicie psychikę. Doskonale pamiętam dziewczynę, która nie mogąc zrobić pompki w staniu na rękach klęła i miotała się na wszystkie strony. Nie była to sportowa złość – babka była solidnie wkurwiona i sfrustrowana; widać było, że zrobi tego headstanda choćby miała sobie wszystkie stawy rozpieprzyć. Patrzyłem na nią z deka przerażony, bo dla mnie sport to przede wszystkim przyjemność – a tam widziałem jeden wielki wkurw i frustrację.

Każdy z nas nosi w głowie swojego małego zajoba, który popycha go do zachowań niezrozumiałych dla otoczenia; każdy jest na swój sposób stuknięty, każdy coś tam sobie, czy innym udowadnia a sport jest świetnym sposobem na to, by coś odreagować, coś udowodnić, skanalizować frustracje i zrobić z nich jakiś pożytek.
Żeby było jasne: nie twierdzę, że sport to forma psychoanalizy dla tych, którzy mają problemy z akceptacją samego siebie – nic z tych rzeczy. Absolutna większość znanych mi sportowców to ludzie zwyczajni i normalni, ale znam też takich, którzy do sportu pochodzą tak fundamentalnie, jak ortodoksyjni muzułmanie do wiary. Są tacy, dla których sportowe osiągnięcia stoją ponad wszystkim i są w stanie podporządkować im całe życie. Ludzie tego typu będą mieli zdecydowaną przewagę nad tymi, dla których jest to tylko hobby, lub pasja – i będzie to doskonale widać w trakcie zawodów.

wsypać, zmieszać –  i gotowe do spożycia

Zebranie do kupy tych czterech składowych (pewnie jest ich więcej –  ale to nie doktorat, więc pozostańmy przy uogólnieniu)  jest cholernie trudnie –  i dlatego więcej jest tych, którzy kibicują, niż tych którym można kibicować.
Jest wielu silnych, młodych – ale bez tej patologicznej nieustępliwości. Są setki tysięcy ludzi, dla których sport nie jest sensem życia i tak jak (deklaruje) Froning wolą spędzić ten czas z rodziną (choć Rysiek ma o tyle łatwiej, że swoje już osiągnął). Są też tacy, co nie mają z kim dziecka zostawić albo zapierdzielają w korpo po 12h by spłacić SUVa w leasingu – i dla nich to już w ogóle szans nie ma aby  nawet w boxowych zawodach błysnąć – bo są chronicznie zjebani jak konie po westernie i cieszą się, gdy uda im się trzy razy w tygodniu dotrzeć na trening.

Jest pierdylion powodów, da których większość z  nas nie będzie, jak Rysiek, czy Camille –  ale to nie powód by nie robić nic. Każdy z nas może być, jak to ładnie ujął Kamil Timoszuk, najlepszą wersją samego siebie –  i dokładnie o to chodzi.
By dać z siebie maxa i poczuć się mistrzem swojego życia.

Wpis odzyskany z archiwalnej strony.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.