Być jak Gracjan Roztocki

Jakiś czas temu na swoim blogu Kamil Timoszuk poruszył kwestię „zawodników” którzy na zawody przyjeżdżają… No, powiedzmy że „średnio przygotowani”. Dyskusja pod postem na Fejsbukowej grupie rozrosła się do takiego rozmiaru, że w pewnym momencie zgubiłem wątek i stwierdziłem, że nie ma sensu się udzielać, bo i tak utknie to gdzieś pomiędzy jedną szyderą a druga kpiną.
Rozpiszę się więc tu.

Często słyszy się głosy, że nigdzie się człowiek tak szybko nie uczy jak wtedy, gdy musi – np. na zawodach. Pomijając już kwestię, czy jest to prawda, czy nie, zawody NIE SĄ miejscem na naukę z jednego prostego powodu: z szacunku do ludzi –  zarówno tych, którzy zawody przygotowali, jak i tych, którzy na nie z odległych miast przyjechali.

Organizacja zawodów to nie jest spontaniczne wyjście na browar –  hop siup i idziemy się nawalić na plantach. Ktoś musi wyłożyć kasę, ktoś inny czas –  i to nie jest jedna osoba, czy dwie. Kilkanaście/dziesiąt osób musi zaiwaniać jak pan samochodzik żeby stworzyć jak najlepsze warunki do rywalizacji – wynająć halę, ściągnąć sprzęt, wymyślić WODy, dogadać sponsorów i partnerów, załatwić ochronę i pierdylion innych małych detali, o których przeciętny CrossFitter nigdy nie pomyśli, bo jest za bardzo zajarany obcisłymi gatkami Camille i nowym snatchem Frasera. Cała ta zgraja ludzi zasuwa jak dzika żeby poskładać imprezę do kupy, ludzie zjeżdżają z innych miast by obejrzeć sportowe widowisko – a jeden as z drugim wychodzi i zachowuje się jak na nauczaniu początkowym.

Rozumiem zajarkę i adrenalinę, rozumiem chęć sprawdzenia się, rozumiem że ktoś może nie umieć chodzić na rękach – bo to już wyższa szkoła jazdy jest –  ale u licha, miejmy do siebie trochę dystansu a do innych trochę szacunku. Zanim zapiszemy się na zawody zapytajmy siebie w duchu: ile mam na Fran, jak technicznie rwę do siadu, czy zrobię tego muscle upa na luzie, czy ledwie wystękam –  i dopiero wtedy myślmy o zapisach.

W mojej prywatnej skali wartości zawody to jest DUŻE coś. To nie jest trening, czy klasa techniczna, gdzie może pójść lepiej albo gorzej –  to jest występ przed pełną salą, przed ludźmi którzy przyszli Cię zobaczyć, może Ci kibicują –  a skoro przyszli min. dla Ciebie to musisz dać z siebie to, co najlepsze. Może to kwestia wychowania w „tych” czasach, w których  jak na koncercie coś się nie podobało to publika krzyczała „wy-pier-dalać” i robiła rozpierduchę pod sceną. Może to kwestia przekonania, że nie pokazuje się ludziom tego, czego sam bym nie chciał oglądać. Może to poczucie przyzwoitości – jak zwał tak  zwał – uważam że zawody to popisówa i rywalizacja a popisywać się należy tylko tym, co sie naprawdę dobrze opanowało. Inaczej robi się z siebie pośmiewisko

Rzecz jasna – czym innym są zawody wyjazdowe a czym innym wewnątrzboxowe. O ile na pierwsze jedzie się zawalczyć i pokazać, o tyle te drugie są świetną okazją do sprawdzenia się w gronie znajomych – tam faktycznie można czegoś nie umieć, zrobić nie do końca technicznie bo to de facto większa impreza w gronie znajomych. Tam jest miejsce na błędy i naukę.

Argument „zapłaciłem za wpisowe więc ćwiczę jak potrafię” jest moim zdaniem słaby. Jest to ewidentny znak czasów, w których ludziom brak poczucia żenady. „Mogę zrobić –  więc zrobię to, na co mam ochotę” – niby jest to logiczne i jest w tym jakiś sens, ale tylko pozornie. To nie maraton, gdzie wszyscy mają w dupie jak dotrzesz do mety (umówmy się, zdecydowana większość kibicuje swoim a resztę ma gdzieś) bylebyś zmieścił się w limicie czasu. Na zawodach są pewne standardy, wymagania techniczne, obciążenia minimalne – i albo się ich trzymasz albo zapraszam na drugą stronę barierek.

Na pewno pomogłaby tu udostępniona przez organizatorów rozpiska „wymagań” minimalnych dla kategorii „open” i „elite” – prosty dokument z listą wszystkich ruchów i obciążeń docelowych. Za cholerę nie ma szans aby ktoś z tego wydedukował WODa a przynajmniej będzie jasne, jakie są wymagania. No chyba, że organizatorzy tak boją się o frekwencję, że nieważne dla nich jest jak ludzie ćwiczą, byleby się zapisali i przyjechali –  wtedy nie mam pytań i kładę uszy po sobie.

Mój dziadek zawsze powtarzał „jeśli nie potrafisz –  nie pchaj się na afisz” – i moim zdaniem jest to bardzo dobra filozofia. Wiadomo, że wszyscy popełniamy błędy w trakcie nauki – w końcu na tym nauka polega – rzecz w tym, by umieć rozróżnić czas na naukę od czasu  na popisy.

Jeśli chcemy coś ludziom pokazać to upewnijmy się, że jest to warte obejrzenia – bo oczywiście można pajacować i rżnąć głupa – ale na tym polu poprzeczka ustawiona jest jeszcze wyżej, niż na CrossFit Games.
Lepsi od Gracjana już nie będziecie 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s