Te(k)st sponsorowany

Niemal każdy co bardziej poczytny bloger albo fejsbukowicz, publikuje różnego rodzaju testy i opinie. Czytając je mam wrażenie, że nie ma  produktu złego – wszystko jest albo zajebiste, albo przynajmniej dobre –  bo nawet jak ma jakieś wady, to „minusy nie przysłaniają plusów” i  w ogólnym rozrachunku jest co najmniej przyzwoicie.
Jako stary i zgorzkniały kot nie wierzę takim testom ani na słowo –  i już tłumaczę dlaczego.

obiektywizm i inne kłamstwa

W absolutnej większości przypadków sytuacja wygląda następująco: Bloger dostaje od firmy X produkt „do testów”. W moim rozumowaniu „do testów” znaczy „na spróbowanie i oddanie” – ale w praktyce wygląda to tak, że testowany produkt zostaje testerowi podarowany. Bloger coś zje, ponosi, pobiega, potem spisze swoje spostrzeżenia a produkt zostaje w szafce na dalsze użytkowanie. Z technicznego punktu widzenia jest to więc zwykły podarunek na zasadzie „ja Ci coś dam a ty napiszesz co o tym myślisz”.

Nie od dziś wiadomo, że jak człowiek dostanie coś za friko to ma na temat tego czegoś dużo lepsze zdanie. Choćby był to chłam straszliwy, doszukuje się w tym zalet, bo zwyczajnie kiepsko byłoby się przyznać przed samym sobą,  że się dostało zwykły badziew. Jest to podstawowy mechanizm psychologiczny, któremu podlegamy wszyscy, czy nam się to podoba, czy nie.

Drugi bardzo silny mechanizm to chęć odwzajemnienia się za podarek –  choćby pozytywną opinią, dobrym słowem.

Trzeci mechanizm to zwykła chciwość – chęć otrzymania kolejnych podarków –  gdyż wiadomo, że szansa na otrzymanie kolejnych gratisów jest większa wtedy, gdy napisze się pochlebne słowo o tym, który się otrzymało.

Załóżmy jednak że jest sobie bloger niepokorny o dużym zasięgu – pyskacz co się zowie, w bawełnę nie owija i, co najgorsze, prawdę pisze (o tym, czy naprawdę jest to prawda, będzie za moment). Firma dając takiemu blogerowi produkt do zrecenzowania liczy się z faktem, że opinia może być niepochlebna, ale wrzuca to w koszta budowania świadomości marki w myśl zasady „nie ważne jak mówią, ważne by nazwiska nie przekręcili”. Co z tego, że napisze, że produkt X jest do niczego? Informacja dotrze do (powiedzmy) 10 000 czytelników, którzy za miesiąc zapomną o kiepskim produkcie a za pół roku firma wprowadzi nowy, lepszy model , który już nie będzie anonimowy –  więc i szanse na jego zakup wzrosną.

Krótko mówiąc bloger niepokorny jest zwykłym reklamiarzem za fanty. Z jednej strony jest fair wobec siebie, bo pisze to, co myśli, z drugiej jednak strony robi dla firmy X zwykłą marketingową robotę, bo za parę butów, zegarek, czy inny gadżet buduje świadomość owej marki. Raz jeszcze powtórzę – bez znaczenia jest to, że opinia będzie szczera, bez pardonu, że pojedzie bloger po produkcie jak po burej suce – bombardowani megatoną informacji dziennie ludzie szybko zapomną, czy było pochlebnie, czy nie, za to będą kojarzyć markę produktu, a to z punktu widzenia firmy bardzo istotna rzecz.
Istotna rzecz kupiona za parę skarpet czy kolorowe gacie.

Nie znam się to się wypowiem

Zaraz padnie argument: No co ma ten biedny bloger z „podarowanym do testów” produktem zrobić? Buty już pobrudził,  gacie przepocił, baton zjadł i zwrócił, na zegarku dwie rysy zrobił –  no przecież tego nie odda! Poza tym to proceder stary jak świat – wysyłanie płyt do gazet muzycznych, zapraszanie krytyków na premiery, smakoszy do restauracji, itp. itd.
Zgadzam się – proceder jest równie stary, co powszechny –  rzecz  jednak w tym, że statystyczny bloger, w odróżnieniu od krytyka, czy smakosza (oględnie mówiąc) niespecjalnie się zna na tym, o czym pisze, bo robi to od roku, dwóch, góra trzech lat i zwyczajnie brak mu wiedzy oraz doświadczenia.

Pracowałem kiedyś w wydawnictwie, które wydawało dwa najlepsze, specjalistyczne czasopisma komputerowe. W wydawnictwie tym był dział „Laboratorium” zajmujący się tylko i wyłącznie testami sprzętu, który po testach był zwracany do firmy, z której został do testów otrzymany. Pracujący tam ludzie testowaniem zajmowali się od wielu lat – mieli więc stosowną wiedzę, mieli potrzebne narzędzia, mieli też jaja by w sytuacji, gdy testowane były „pancerne” laptopy, pozwolić jednemu z redaktorów (wielkiemu chłopisku ponad 100kg żywej wagi) skakać po tym laptopie w glanach – bo w końcu jak pancerny to pancerny…

Poważnymi  recenzjami zajmują się ludzie z wieloletnim doświadczeniem, którzy choćby z racji ilości „przebadanych” przypadków mają w swojej dziedzinie wiedzę większą od nawet najbardziej zapalonych żółtodziobów. Nie wierzymy w recenzję auta pisaną przez 21 latka, który właśnie dorżnął pierwsze Cinquecento w holenderskim gazie. Nie ufamy młodziutkiemu studentowi medycyny, który jeszcze nie trafił na swój przypadek terminalny, ponieważ bardziej wiarygodny jest dla nas profesor ze szpitala wojewódzkiego który niejedną śmierć już widział. Wiemy, że aby być w czymś dobrym trzeba zjeść na tym zęby i owym „bezzębnym” najbardziej ufamy.
Tymczasem w internecie normą są testy sprzętu sportowego pisane przez ludzi bez maratonu na koncie, pasjonatów od dwóch sezonów. Z całym szacunkiem dla ich pasji i zaangażowania – nieopierzeni jeszcze są i wąs im się ledwie sypie.
Jak ja mam im wierzyć?

Blog trzynastozgłoskowcem

Pora wytoczyć  mój ulubiony argument z cyklu „a czy muszę być pisarzem, by móc ocenić, czy książka jest dobra, czy nie”’? Pomijając już fakt, że aby móc się na temat literatury wypowiadać przydałoby się mieć przynajmniej wykształcenie kierunkowe i z pół tysiąca przeczytanych książek na koncie (punkt odniesienia i te sprawy) dochodzimy tu do bardzo ważnego zagadnienia: Braku autorytetów i fachowców od siedmiu boleści.

Żyjemy w czasach gdy prawdziwym autorytetami wyciera się pyski w politycznych debatach a autorytetami medialnymi zostają debile, których głównym osiągnięciem jest pokazanie cycków i ogólny brak poczucia żenady. W internecie jest podobnie –  największą poczytność mają kwejki, pudelki, memy z kotami i inne mądrości dla gimnazjalistów –  co dość dużo mówi o poziomie współczesnego konsumenta. Skoro więc autorytetów brak, fachowcem może  być każdy a potencjalny odbiorca to jełop – nic dziwnego, że na pytanie  „a czy muszę być pisarzem, by móc ocenić, czy książka jest dobra, czy nie” zazwyczaj pada odpowiedź „nie, nie musisz”. Opinia laika to też opinia wartościowa, bo laik zwróci uwagę na rzeczy, które fachowcowi umkną, podejdzie do tematu z innej strony, niesztampowo oraz cała masa innych argumentów z coraz głębszych czeluści studni głupoty.

Fachowiec bez szkoły

O tym, jak kompletnie bezwartościowa jest opinia laika przekonałem się na własnej skórze, kiedy kilka miesięcy temu spisałem swoje wrażenia o suplementach od Amaroka. Napisałem min, że przedtreningówka jest świetna, ale jej dużym minusem jest słaba rozpuszczalność. Tymczasem okazało się, że słaba rozpuszczalność wynika z zawartości w proszku BCAA, co akurat jest dużym plusem a nie minusem. Mówiąc krótko, moja „taka sobie” opinia wzięła się ze zwykłej ignorancji – jako laik gówno wiedziałem i tyle też warta była moja opinia.

W tym samym wpisie napisałem, że białko waniliowe od Amaroka jest paskudne w smaku –  i nadal tak uważam – a znowuż mój kolega owym białkiem waniliowym zajada się aż mu się uszy trzęsą. I komu teraz wierzyć? Blogerowi, który pieprznął się na BCAA i może nie mieć smaka, czy jego koledze, który waniliowe białko wciąga, że aż miło?

Sytuacja ta pokazała mi dobitnie, że blogerom – amatorom nie ma co wierzyć, bo z racji małego doświadczenia gówno się na temacie znają. Mogą napisać, że pasek w  zegarku uwiera, że buty są niewygodne –  ale nie można mieć pewności, że zwyczajnie mają płaskostopie i nie odkryli możliwości regulacji paska.

Ciężko jest mi określić, od kiedy zaczyna się bycie fachowcem, ale na pewno nie jestem nim ja ze swoimi dwoma latami biegania i kolejnymi dwoma CrossFitu. Dla mnie fachowiec to ktoś z minimum pięcioletnim doświadczeniem, z X par zabieganych butów, zaleczonymi kontuzjami, porażkami. Nie wierzę w opinie zapaleńców, bo owo „zapalenie” to nie wszystko. Trzeba jeszcze mieć wiedzę i doświadczenie.
I pokorę, by umieć przyznać, że w sumie to ja niewiele jeszcze wiem

Brejkam wszystkie rule

Znajomy, który jakiś czas temu wprowadzał na rynek produkt przeznaczony dla sportowców opowiadał mi, jak to odzywali się do niego blogerzy z propozycją,  że chętnie napiszą o jego produkcie, jeśli tylko dostarczy im próbki do „testowania”. Mając na uwadze,  że tym produktem były batony energetyczne, opcja „potestuję i oddam” raczej nie wchodziła w rachubę 😉 Mówiąc bez ogródek, grane było typowe blogowe żebractwo w stylu „daj mi a będę o Tobie pisał”.
Z drugiej strony odzywali się do mnie producenci różnych rzeczy z pytaniem o możliwość wykupienia tekstu sponsorowanego. Po prostu – my ci coś damy/zapłacimy a ty o nas fajnie napisz.
Typowa sytuacja biznesowa

Wychodzę z założenia, że dopóki wszystko dzieje się za obopólną zgodą, dorośli mogą się ze sobą bawić w każdy sposób, na jaki tylko mają ochotę – także dział marketingu z blogerem. Nie udawajmy jednak, że są to obiektywne i rzeczowe testy. Robisz reklamę –  rób ją i mów o tym jawnie a nie zachowuj się jak jeden z kandydatów na prezydenta, który wystąpiwszy w reklamie Pepsi usprawiedliwiał to słowami, że to taka zbuntowana młodzieżowa marka a on też jest buntownikiem –  więc w sumie to nawet im po drodze.
Zachowujmy się jak dorośli…

Blogowe testowanie to nic innego jak biznes; mniej lub bardziej zawoalowany, ale ciągle biznes.  Ktoś  coś daje, ktoś coś dostaje, ktoś się wypowiada, komuś się wydaje że jest rzetelny i niezależny, świadomość marki rośnie – i wszyscy są zadowoleni. Pół biedy, jeśli wypowiadają się ludzie z wiedzą i doświadczeniem – wówczas jest szansa na rzeczowy i profesjonalny opis. Jeśli jednak robi to bloger, którego największym osiągnięciem jest półmaraton, to niczym się to nie różni od mądrości wypowiadanych przez celebrytów w telewizji śniadaniowej.

Co za dużo to i świnia nie zje

Mnogość blogów sprawia, że niemal każda nowinka na rynku zostanie zareklamowana, to znaczy przetestowana 😉 Każdy ciuch, gadżet, żel i baton w chwilę po premierze zostaje przetestowany, opisany i zalajkowany,  dzięki czemu pasjonatowi danej dziedziny (dajmy na to biegania) nie umknie żadna nowalijka i uzbrojony w tą wiedzę będzie w stanie dokonać najbardziej optymalnego i satysfakcjonującego zakupu.
Tylko czy ta wiedza jest naprawdę wartościowa? Czy jest potrzebna? Czy biegacz naprawdę potrzebuje tych wszystkich testów butów, skoro koniec końców i tak pójdzie do sklepu, sprawdzi czy mu dobrze na nodze leży; czy nie ociera, nic nie uwiera? Czy jest sens wierzyć na słowo, że produkt X jest niesmaczny, skoro inny bloger zajada się nim ze smakiem?  Jaka jest wartość takich porównań, skoro przeprowadzają je amatorzy? I po co świadomość istnienia tych wszystkich nowalijek, skoro koniec końców podpytuje się znajomych o ich opinie na temat produktów, które kupili za własne pieniądze i używają na co dzień od lat/miesięcy?
Moim zdaniem jest to wiedza bezużyteczna, informacyjny szum. Sztuczny mentalny tłok

Czy hajs się zgadza?

Zastanawia mnie też rachunek biznesowy takiego rozdawnictwa dla blogerów. Jeśli firma daje zegarek za 1,5 tysiąca blogerowi, który nie ma nawet tysiąca fanów (więc informacja o produkcie trafi do stu, może trzystu osób jeśli bloger wykupi post sponsorowany) to gdzie w tym wszystkim kalkulacja? Co prawda nie mam wglądu w Excela, ale odnoszę wrażenie, że status-quo w sportowej blogosferze jest wynikiem nieprzemyślanych ruchów w działach marketingu i ogólnej mody na fejsbukowych influencerów. Innymi słowy w modzie jest rozdawać fanty blogerom, bo to dobrze wygląda w kwartalnych podsumowaniach.
Power point się zgadza a bloger ma nowe gacie.

No więc wiemy, że nie jest różowo – ale co z tym fantem zrobić?
Otóż ja planuję robić to samo, co (z małym wyjątkiem na potrzeby tego wpisu) robiłem do tej pory – nie czytać recenzji, nie interesować się nowinkami, nie śledzić blogosfery i ogólnie rzecz biorąc mieć to, co się dookoła dzieje serdecznie w dupie.

Gdy będę potrzebował nowych butów – pójdę do sklepu i przymierzę.
Gdy będę potrzebował nowego zegarka z GPS – zapytam się trzy razy, czy na pewno go potrzebuję.
Gdy złapię smaka na nowe koksy – podpytam znajomych, lub zamówię próbkę
A gdy odezwie się ktoś  z propozycją artykułu sponsorowanego –  odeślę go do… No właśnie, koledzy po blogu –  do którego z Was mam go odesłać?

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Te(k)st sponsorowany”

  1. Pierwsza myśl, która mi się nasunęła to to, że już nigdy nie będę wchodził na kobiece blogi fitness. Wędzone ryby dobrym źródłem omeg-3… what the fuck…

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s