Emocje jak na rybach

Najbardziej traumatycznym przeżyciem związanym z CrossFitem była dla mnie nauka Double Unders. To jedno z najbanalniejszych (jak na CrossFit) ćwiczeń, raz po raz doprowadzało mnie a to na skraj załamania nerwowego a to na granicę szału, a najczęściej dostawałem pospolitej kurwicy i miałem ochotę rzucić trening w cholerę i powiesić się na skakance.

W teorii wiedziałem  wszystko. Wiedziałem co, wiedziałem jak , wiedziałem co robić a czego unikać. W teorii mogłem się doktoryzować z tych cholernych doubli a w praktyce byłem szczęśliwy, gdy udało mi się skoczyć dwie – trzy sztuki.
Byłem świetnym tancerzem, jak na beznogiego…

Gdy już pociąłem nogi i ręce do krwi, postanowiłem na każdym, ale to dosłownie każdym treningu poświęcać kwadrans na naukę doubli. Początkowo szło mi jak po grudzie, ale z czasem zacząłem ciułać po 5, czasem 10 sztuk. Przed samozachwytem ratowały mnie regularne ataki „zaćmy na mózgu”, które objawiały się tym, że (zazwyczaj na treningu z dużą ilością DU) nagle ni z tego ni z owego zapominałem wszystko co wiedziałem o skakaniu DU i nie byłem w stanie wyskakać choćby trzech sztuk pod rząd, skutkiem czego ustanawiałem nowe rekordy we frustracji.

Prawdziwy przełom nastąpił, gdy podczas jednego z takich ataków powiedziałem „Dość. Choćbym miał tego treningu nie zrobić, wyskaczę te jebane double”. Dowcip polegał na tym, że jednym z elementów treningu było „wkupne” w postaci 100DU –  więc jak nietrudno się domyśleć, Time Cap zastał mnie ze skakanką w dłoni. Umordowałem się psychicznie jak co złego, ale od tamtego treningu już nigdy nie skoczyłem singli. Nie dlatego, żebym nagle doznał technicznego olśnienia –  o co to to nie – jeszcze dłuuuugo miałem ciułać double po 5 10 sztuk.  W trakcie tamtego treningu pękła jakaś psychiczna granica i zdecydowałem, że choćbym miał całe WODy spędzać na skakance – od dziś nie skaczę singli. Po prostu.

Jak już wspomniałem, Double są jednym z najprostszych ćwiczeń w CrossFicie i pomijając posiekane ręce i nogi, raczej trudno jest w trakcie ich nauki zrobić sobie krzywdę. „Palenie” w ramionach odetnie paliwo zanim zdążymy przeciążyć staw skokowy a pocięte łydki skutecznie wymuszą regularne chwile odpoczynku.
Zupełnie inaczej sytuacja ma się w trakcie nauki ciężarów, czy zaawansowanych ćwiczeń gimnastycznych – tu wystarczy jedna chwila nieuwagi, parę kilo za dużo i można sobie zrobić naprawdę groźne kuku. Przeciążenia jakim poddawany jest organizm są na tyle duże, że bardzo szybko dochodzi do zmęczenia mięśni i stawów a jak wszyscy wiemy zmęczone ciało jest dużo bardziej podatne na kontuzje, niż ciało wypoczęte.

Ponieważ ćwiczenia zaawansowane „na zmęczeniu” są idealnym podłożem dla kontuzji, nauka ich na zasadzie „zesram się a nie dam się” jest jedną z najkrótszych do fizjoterapeuty. Moje pierwsze podejścia do muscle upa były klasycznym tego przykładem. Podchodziłem do kółek, wskakiwałem i co prawda techniki mi brakowało, ale nadrobiwszy siłą gramoliłem się na górę. Podjarany sukcesem wskakiwałem po raz kolejny – siła jeszcze była więc jako tako wchodziłem –  toteż wskakiwałem po raz trzeci i, jak nietrudno się domyśleć, kończyła się dobra passa. Nie dając za wygraną wskakiwałem po raz kolejny tylko po to, by zaliczyć kolejną porażkę. Wskakiwałem więc jeszcze raz i jeszcze, żyłując ręce do granic możliwości. Organizm dawał znać, że to już jazda po bandzie jest, że boli i czas najwyższy odpuścić, ale nakręcony adrenaliną i chęcią „przegnania porażki” raz po raz próbowałem tego muscle upa wycisnąć –  aż w końcu gdzieś coś pieprznęło, zakuło i krzywiąc się z bólu zeskoczyłem z kółek.
Taki był finał mojej nauki muscle upów jesienią 2014

Lekcja ta, choć bolesna, uzmysłowiła mi  bardzo ważną zasadę: Nauka w trupa to głupota.
Aby się czegoś nauczyć, trzeba do tego podchodzić na chłodno, z głową i opanowaniem. Trzeba skupiać się na tym, co się robi i wiedzieć kiedy przestać. Trzeba zachować jasny umysł by umieć sobie powiedzieć „dobra, na dzisiaj dość. Dziś jeszcze nie wejdzie bo X,Y,Z. Trzeba przemyśleć, poprawić i wrócić do tematu za kilka dni”.
Bo inaczej można skończyć na ławce rezerwowych.

Mam świadomość, że to wszystko pięknie wygląda w teorii, że zmęczenie, frustracja i ambicja potrafią skutecznie rzucić się na rozum, ale październikowa przygoda z muscle upami dobitnie mi pokazała, że innej drogi nie ma. Owszem, wszyscy jesteśmy ambitni, wszyscy mamy „duszę wojownika”, wszyscy lubimy wygrywać a nic tak nie cieszy jak zwycięstwo mimo przeciwności – ale taka romantyczna mitologia poobijanego wojownika, który dostawszy wpierdol ostatkiem sił podnosi się i dopina swego jest dobra tylko na filmach. W praktyce taki wojownik kończy u fizjoterapeuty i zalicza długą odsiadkę w szatni.

Praktyka pokazuje, że nic tak dobrze nie działa jak powolna metodyczna praca. Największy progres odnotowuję wtedy, gdy zgodnie z planem odhaczam co mam do odhaczenia oraz odpuszczam wtedy, gdy ewidentnie nie idzie. Owo odpuszczanie, choć czasem jeszcze szwankuje, okazuje się być najważniejszym skillem, który przekłada się na wszystkie inne. Zamiast dać się ponieść ambicji (kto jej nie ma?) i dojechać się na wiór, mówię sobie „Zostaw; nie dziś to jutro. Nigdzie się śpieszysz, nic cię nie goni. Nic tym nikomu nie udowodnisz. Po prostu odpuść”. I wiesz co? Nic się nie dzieje! Niebiosa się nie rozstępują, Greg Glassman mnie nie wyklina, forma nie spada, konar nadal płonie –  życie toczy się tak, jak toczyło do tej pory, bo odpuszczone powtórzenie, czy nawet cała seria, nie zmienia absolutnie nic.

To, że odpuścisz gdy trzeba nie oznacza, że jesteś mientką fają a twoją szafkę zajmie koleżanka z zumby. Ze sportem jest podobnie, jak z rybami –  ciągnąc wielkiego szczupaka nie napierdalasz kołowrotkiem jak wściekły bo urwiesz żyłkę i ryba pójdzie w szuwary, tylko powoli podciągasz i popuszczasz, małymi kroczkami przyciągając go w zasięg podbieraka.

Ciężary, czy zaawansowana gimnastyka to są właśnie takie szczupaki, z którymi nie można na pałę, bo coś sobie urwiesz. Co prawda CrossFit jest bardziej emocjonujący od łowienia ryb a i łaszki ma nieco bardziej fantazyjne, ale zasada pozostaje ta sama.

Ćwicząc na spokojnie i metodycznie, prędzej czy później wyciągniesz swoją „taaaką rybę”, zaś rwąc na wariata zerwiesz sobie żyłkę, mięsień, czy inne ścięgno.
I kartę wędkarską Ci zabiorą…

Zdjęcie pochodzi ze strony india.com

Reklamy

Jedna myśl na temat “Emocje jak na rybach”

  1. Amen to that !!!

    DU to moje nemezis, ale walka trwa 🙂 Ja już swoje siedziałem na ławce rezerwowych – 8 miesięcy po tym jak wypadł mi dysk. Teraz wróciłem do gry, mądrzejszy i spokojniejszy niż poprzednio – nic nie robię już na dzika. Kontuzja kręgosłupa to jednak straszna dziwka.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s