Być jak Rocky Balboa

Będąc młodocianym metalowcem ganiałem w glanach przez okrągły rok – czy śniegu po pachy, czy żarówa jak na pustyni Mojave, popierniczałem w wysokich skórzanych buciorach, bo pogoda czy nie –  fason trzeba mieć. Kolega mój, który był gotem, kwestię stylu traktował jeszcze bardziej poważnie i bez względu na pogodę nosił długie skórzane spodnie i ciemne okulary. Nie wiem, jakim cudem nie ugotował sobie jajec na twardo, ale założył rodzinę i dorobił się dziatwy –  można więc powiedzieć, że miał farta chłopina.

Wspomnienia sprzed dwudziestu lat wracają do mnie, ilekroć w pełnym słońcu i temperaturze, w której ja najchętniej paradowałbym w stroju adamowym, widzę biegacza lub biegaczkę ubranych „na długo”. Zawsze się wtedy zastanawiam, co ich popycha do tak desperackich kroków. Co sobie myślą ubierając grube bawełniane bluzy na trzydziestostopniowy upał.
Co chcą osiągnąć i czy zdają sobie sprawę z tego, ile ryzykują?

Wśród sportowców panuje głupie przekonanie, że „pot to jest płaczący tłuszcz”, że im więcej wypacasz tym więcej sadełka spalasz. Wszyscy jak jeden mąż mają przed oczami sceny z Rocky’ego, gdzie Sylwuś Stallone ubrany w długie ciuchy poci sie jak parowóz, po czym  wychodzi na ring, zrzuca szlafrok i wygląda jak atlas anatomiczny. Recepta na boski wygląd wydaje się więc prosta – trzeba się pocić, pocić ile wlezie –  bo im  więcej się spocisz tym lepiej wyglądać będziesz. I nie ważne jest, że utrata wody to nie to samo, co utrata sadła – pocenie się jest przecież prostsze, niż zbilansowana dieta i lata konsekwentnych treningów…

Truizmem jest stwierdzenie, że trenując w szalonym upale narażamy swój organizm na ryzyko odwodnienia. Bardzo Duże Ryzyko. Jeśli po godzinie truchtu o 9 rano (ok 30 stopni) wracam o 2,5 kg lżejszy to znaczy to tyle, że właśnie straciłem z organizmu 2,5 litra wody oraz całą masę mikroelementów (a przecież piłem w trakcie biegu). Wiedząc, że woda stanowi ok 65% masy ciała człowieka (czyli w moim przypadku ok 50 kg) owe wypocone 2,5litra daje 5% całej ilości wody w ciele.
Jeśli ja, ubrany w podkoszulek na ramiączkach i krótkie spodenki wytracam 5% wody z ciała, to ile wytracić musi „twardziel”, który w trakcie upałów biega w „długim rynsztunku”? Jakiego pierdolca musi dostawać jego organizm, który nie dość, że nie ma czym nawadniać mięśni, stawów, mózgu, to jeszcze zmuszony jest funkcjonować w piekarniku?
Brak wody, temperatura jak przy gorączce, gęstniejąca krew, brak tlenu – idealne warunki by fiknąć na zawał w poprzek ścieżki biegowej…

No ale przecież ludzie biegają w Badwater, wygrywają konkursy fitness –  więc da się. Przestań chłopie dramatyzować i daj ludziom ćwiczyć tak, jak mają na to ochotę…
Jasne, da się –  ludzkie ciało ma niesamowite zdolności adaptacyjne, jest w stanie znieść absurdalnie trudne warunki – ale za to wszystko, prędzej czy później przyjdzie się zapłacić. Rzecz jasna każdy jest dorosły i każdy zapłaci z własnego „portfela”, ale z mojego punktu widzenia jest to gra niewarta świeczki.

Kiedy masz dwadzieścia lat, wydaje ci się że jesteś nieśmiertelny i wszystko możesz. Sprawdzasz granice, szukasz ściany tylko po to, by ją przesunąć. Piętnaście lat później udowadniasz sobie co innego –  że jeszcze możesz, że to nie koniec, że choć tu i ówdzie siwiejesz a biceps już nie tak twardy jak kiedyś, wciąż jeszcze jesteś bykiem. W sumie na każdym etapie życia znajdzie się powód, by coś tam sobie udowodnić.

Sportowcy, bez względu na dyscyplinę, to ambitne stworzenia. Lubią się ścigać, rywalizować, udowadniać sobie oraz innym jacy to zajebiści nie są. Jestem taki sam – popełniam te same grzeszki.
Pytanie tylko, jak daleko warto się posunąć, by coś tam sobie udowodnić. Czy warto ryzykować zdrowiem dla chwilowego wyrzutu endorfin i lansu wśród znajomych?

Odpuszczenie treningu w szalony upał wydaje się marnotrawstwem i uciekaniem od wyzwań. Przecież nie wybierasz pogody, jaka będzie w dniu zaplanowanego startu –  więc musisz być przygotowany na wszystko. W końcu sport to walka ze swoimi słabościami, walka o wyniki – sportowiec jest wojownikiem a co to za wojownik, co wybiera swoje walki? Wojownik musi być gotowy na wszystko. Nawet na ugotowanie się w temperaturze 35 stopni.

Nie wolno odpuszczać treningów z powodu pogody, ponieważ zawsze znajdzie się powód do odpuszczenia – jak nie pogoda to samopoczucie, jak nie samopoczucie to jeszcze coś innego. Wojownik nie odpuszcza, wojownik walczy. Wojownik realizuje plany treningowe po to, by zwyciężyć w zawodach.

Etos wojownika jest szalenie kuszący – w końcu kto nie chciałby myśleć o sobie per „twardziel”? Byłem na tym etapie i wiem, jak upajające jest to uczucie, gdy zrobisz coś absurdalnie trudnego –  w moim przypadku był to półmaraton w 37 stopniach. Szczęśliwie mam to za sobą i wiem, że u mnie jest to droga donikąd. Na dłuższą metę nic sobie tym półmaratonem nie udowodniłem, formy nim nie zbudowałem. Był to zwyczajny głupi wybryk, który szczęśliwie nie skończył się tragicznie.

Wiem, że są sporty, w których odpowiednie odwodnienie bywa warunkiem zwycięstwa, ale pomijam je, bo to dla mnie niepojęty poziom abstrakcji jest. Laski, które nie piją na dwa dni przed zawodami fitness, kulturyści, którzy na scenę wchodzą z zawrotami głowy… Ja rozumiem, że dla nich jest to ważne, że taka jest konwencja sportu, który uprawiają, ale dla mnie jest to ten sam poziom igrania z własnym zdrowiem, co maratony po pustyni.
Nie moja bajka, więc zostawiam to na boku.

Dzisiejszy bieg był średnio przyjemny. O ile w lesie kicało się w miarę komfortowo, o tyle na osiedlowych ścieżkach zaczął się koszmar nagrzanego asfaltu. Wciągając w płuca rozgrzany kisiel raz po raz pytałem siebie „Po co ci to? Przecież nic sobie tym nie udowodnisz, kondycji tym człapaniem nie zbudujesz. To nie trening, tylko zwykłe dorzynanie jest…” I przestałem biec. Wyłączyłem GPS, dopiłem wodę i spokojnym krokiem wróciłem do domu.

Dwa lata temu udławiłbym się frustracją – dziś byłem z siebie dumny.
Rozum zwyciężył – nie jestem wojownikiem.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Być jak Rocky Balboa”

  1. Anthrax „We’ve come for you all” sobie słucham i czytam, i znów widzę przed oczyma, jak te kulturysty z mojej siłowni (technicznie z tej na ktorej ćwiczę) są poubierane w bluzy z kapturem, a i te kaptury mają na głowach. No i nie wiem po co. Zawsze zadawałem sobie pytanie, czy nie jest im gorąco. Spalają sobie tłuszcz. Trzeba było zamiast pszenicy postawić na grykę.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s