Fit-terroryści kontra gołodupce

Gdy wiozący nas taksówkarz zapytał „nudistićko, czy tekstylno” zawahałem się, po czym odpowiedziałem „tekstylno” i pojechaliśmy z rodziną na normalną plażę dla normalnych ludzi, gdzie otyli faceci pohukując jak gimnazjaliści przed dyskoteką ekscytowali się obecnością nagich kobiet w zasięgu wzroku. Chlupałem się w morzu, chłodziłem nurkując przy dnie a bliskość plaży dla naturystów nie dawała mi spokoju –  bo przecież mieć tak na wyciągniecie ręki i nie spróbować… Głupio mi było przed samym sobą, bo czułem się jak mientka faja, której nagle zabrakło odwagi by powiedzieć taksówkarzowi „nudistićko” – a przecież krosfit, RX-y, PR-y i w ogóle „unknown and unknowable„…

Pierwsze spotkanie z plażą dla naturystów przegrałem haniebnie –  bo przez walkowera – zwyczajnie nie podjąłem walki. Zabrakło mi odwagi by ściągnąć gacie i pójść „między gołe baby”. Wstydziłem się wszystkiego tego, czego wstydzi się normalny facet – że skurczy się od zimnej wody, że dygnie na widok jakiejś fajnej babeczki i będzie wstyd jak beret. Wystraszyłem się jak dzieciak i jak dzieciak przegrałem. Być może dlatego za drugim razem bez zastanowienia pomaszerowaliśmy rodziną prosto na „nudistićko„.
Raz  się żyje…

Wszystkie strachy i lęki okazały się zupełnie bezpodstawne. Skrępowanie trwało dosłownie chwilę, po czym, gdy okazało się, że wcale wszyscy na ciebie nie patrzą –  bo są tak samo goli jak ty i jedyne, co cię wyróżnia z tłumu to blada nieopalona dupa – wtopiliśmy się w otoczenie i czuliśmy się bardziej swobodnie, niż na normalnej tekstylnej plaży. Nikt nie prężył muskułów, nie hałasował, nie pokazywał jaki to nabuzowany hormonami nie jest. Ludzie, którzy tam przyszli, nie musieli niczego udowadniać i niczym nadrabiać – bo nie było czym.
Wszystko było, momentami, jak na dłoni 😉

Popularny stereotyp naturysty to stary wydepilowany Niemiec, pomarszczony emeryt świecący pomarszczonym tyłkiem gdzieś na obrzeżach „normalnej” plaży albo zboczeniec śliniący się na widok pary cycków. Sam przez długi czas  tak wyobrażałem sobie naturystę –  bo innych (poza zboczeńcem) nie widziałem. Tymczasem  na plaży zdecydowana większość to byli ludzie po trzydziestce, czterdziestce – już nie najmłodsi, ale jeszcze nie starzy. Było trochę emerytów oraz, co bardzo dało mi do myślenia, niemal w ogóle nie było osób w okolicach dwudziestki. Z młodziaków była jedna para, która pięć minut zastanawiała się, jak tu się rozebrać, żeby nic nie pokazać (po czym klapnęła plackiem na brzuchu i tak leżała przez cały czas) oraz grupa studentek, która najpierw nerwowo pochichując przeszła brzegiem morza zerkając na nagich ludzi a po dwóch godzinach ze sztuczną nonszalancją wróciła uboższa o góry od kostiumu kąpielowego.

Okolice dwudziestki to czas, kiedy wyglądamy najlepiej – ewolucja wie co robi  i nie bez powodu jest to okres największej atrakcyjności fizycznej. Tym bardziej zastanawia więc, że jest to też czas wstydu, kompleksów, porównywania, udawania, puszenia się i zastanawiania co ludzie powiedzą. Ci młodzi, piękni ludzie których widziałem na plaży, byli ewidentnie skrępowani, co było o tyle bezpodstawne, że wyglądali świetnie – może nie w kategoriach „muscle & fitness” ale nic im nie brakowało a już na pewno nie mieli powodów do wstydu.

Ludzie po trzydziestce, rodziny, matki z dziećmi (był nawet dziadek z na oko dziesięcioletnim wnuczkiem) byli wyluzowani i, nomen omen, naturalni. Tu były rozstępy, tam inne sadełko, czy pomarańczowa skórka – wszystkie te normalne rzeczy, które przychodzą z wiekiem i obowiązkami –  i nikt sobie z tego problemów nie robił.  Wiadomo – każdy gdzieś tam zerkał mniej lub bardziej z ukosa –  ale bez typowego plażowego „obcinania”.

Młodzież lubi akcentować, jak to bardzo ma na wszystko „wyjebane”, ale to właśnie tam, wśród ludzi po trzydziestce, tego wyjebania było najwięcej. Trzydziesto, czterdziestolatki swoje lata już przeżyły i wiedzą, że młode piękne ciało nie jest wieczne, że wszyscy mamy coś, czego się wstydzimy, że goła dupa to żadne wielkie halo i że co prawda jeden ma większego a drugi mniejszego, ale w wodzie to wszystkim się kurczy – więc generalnie, pardon le mot, jeden chuj 😉

Największym zdziwieniem (i sporym lękiem) związanym z wizytą na plaży naturystów było to, że nagość tam była pozbawiona seksualności. Wszystkie te rozebrane, czasem naprawdę bardzo apetyczne babeczki były zupełnie „niekonsumpcyjne”. Owszem, fajnie było popatrzeć –  bo i było na co – ale, jak śpiewało TSA, bez podtekstów. Być może dlatego, że wszystko to, co dzień jest skrywane za parawanem niedostępności, tam było zupełnie oczywiste. Nikt się nie zachowywał prowokacyjnie, czy zmysłowo – cała ta damsko-męska gra została przed wejściem na plażę i każdy mógł się swobodnie poopalać, bądź popływać na golasa.

Podczas kąpieli w towarzystwie obcych, nagich kobiet przyszło mi do głowy, jaką straszną krzywdę robią ludziom religie demonizujące ciało. Trzy dni wcześniej byłem na plaży, na której ubrane od stóp do głów  islamskie kobiety kąpały się w dwuczęściowych płaszczach przeciwdeszczowych, by nie kusić mężczyzn i zachować czystość. Patrzyłem na nie i żal mi ich było, bo z nieba lał się żar – 38stopni i najdrobniejszego wiaterku – a one zakutane po uszy, żeby przypadkiem komuś na ich widok nie dygnął…

Może się to wydać nie do wiary, ale nagość na plaży naturystów nie ma nic wspólnego z seksem, podnieceniem i wszystkim tym, co trzy główne religie uważają za zło złe najgorsze. Owszem, jeśli ktoś jest napalonym gimnazjalistą obecność gołych kobiet szybko go zawstydzi, ale normalny dorosły chłop, który wie jak wygląda kobieta, nie znajdzie tam żadnych niezdrowych podniet. Być może tłumaczy to brak osób bardzo młodych na plaży naturystów – do pewnych spraw trzeba po prostu dorosnąć, by móc konsumować je bez przesadnej ekscytacji i ryzyka udławienia.

Swoją drogą śmieszna jest ta nasza kultura, w której wszystko jest przesiąknięte seksem jak dobry BOX smrodem potu, a jednocześnie naga plaża budzi takie emocje. Z jednej strony normą są kobiety paradujące w strojach kąpielowych po wypoczynkowych deptakach, z drugiej zaś zdjęcie tych, bądźmy szczerzy, strzępków ubrania które na sobie noszą, wymaga sporej odwagi i przełamania wewnętrznych oporów.

Być może to kwestia wstydu; tego że nie jesteśmy tak idealni jak lansowane wzorce, nie dorastamy do stawianych sobie oczekiwań. Martwimy się, że nie będziemy tak idealni jak reszta –  czyli gorsi.
Jeśli tak, to wizyta na plaży naturystów jest najbardziej dosadną formą manifestacji „mam to gdzieś”, obyczajowym Punk Rockiem.

No fajnie, fajnie, ale gdzie w tym wszystkim CrossFit?

Jeden z najzabawniejszych CrossFitowych memów brzmi „Ability Over Appearance” – czyli nie ważne jak wyglądasz, ważne co potrafisz. Bawi mnie on strasznie, bo trudno o bardziej odstający od rzeczywistości slogan. Wystarczy szybki rekonesans po popularnych fit profilach, by jasnym się stało, że ich główna zawartość stanowią albo treningowe samojebki prezentujące wysportowane ciała albo klasyczny food-porn pokazujący, jakimi to zdrowymi wynalazkami owe boskie ciała są napędzane. Sportowy światek żyje w jakimś „kołowrocie zdrowego wyglądu” – pręży bica, szuka żyłek, mierzy poziom tkanki tłuszczowej – wszystko po to, by być bardziej „fit” i zbierać kolejne lajki pod fociami.

Wizyta na plaży naturystów pokazała mi, że można być pięknym bez całej tej fit obsesji. Można być atrakcyjnym będąc normalnym, standardowym, z odrobiną nadmiaru tu, czy tam. Rzecz jasna, nie mówimy tu o sadle wylewającym się za podbrzusze, ale o typowym kowalskim, który zawsze ma jakiś „nadbagaż”.

Nie trzeba być idealnym, żeby wyglądać dobrze. Owszem, fajnie mieć sportową sylwetkę, bo to przyciąga uwagę –  ale to bardziej łechtanie własnego ego jest, niż obiektywny miernik atrakcyjności. Mam wrażenie, że ta gonitwa za sześciopakiem i jednocyfrowym poziomem tkanki tłuszczowej to bardziej pogoń za uznaniem ze strony obcych ludzi, niż faktyczne zadowolenie z „bycia sobą”.
Taka gra pod publiczkę.

To, co na plaży naturystów było najfajniejsze to właśnie owo „zadowolenie z bycia sobą”. Dosłowne i w przenośni zrzucenie uniformów; rezygnacja z przybieranych póz. W życiu nie widziałem takiego chilloutu jak na plaży naturystów – i tego wyluzowania będzie mi brakować przez najbliższy rok.

Bo że na plażę golasów pojadę –  to pewne jak głupie pomysły Dave’a Castro na gejmsach 2016.

Reklamy

6 myśli na temat “Fit-terroryści kontra gołodupce”

  1. Przypomniało mi się jak byłam na plaży nudystów na Gran Canaria. Przechodziliśmy a nad brzegiem stał facet i gapił się na morze. Miał najdziwniejsze przyrodzenie jakie w życiu widziałam i inni też. Przechodnie patrzyli z niedowierzaniem. A on stał dumny i patrzył sie na morze. Największy twardziel 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s