Rodzina z marginesu

Każdy z nas zetknął się z powiedzeniem, że sport łączy ludzi – że CrossFitterzy, czy biegacze to jedna wielka sportowa rodzina. Czasem dla żartu ktoś doda, że patologiczna – ale jaka by nie była, swój to swój i akceptujemy go takim jaki jest. W końcu robi to, co my –  jest jednym z nas.

Wujek alkoholik, siostra lekomanka i teść, który każdą rozmowę sprowadza do politycznych przepychanek, obwijając „onych” za swoje życiowe niepowodzenia. No i jeszcze szwagier który po pijaku zrobił dzieciaka a ponieważ urodził się dyrektorem to pomimo trzech dych na karku jeszcze nie miał okazji ubrudzić sobie rąk pracą. Wszyscy znamy te historie, bo każda rodzina ma swoje „bąki pod kołdrą”. Każdy kogoś unika, kogoś nie znosi, każdemu gula skacze gdy musi się uśmiechać przy rodzinnym obiedzie.

Ponieważ sportowcy to zwykli ludzie, sportowa społeczność to taka właśnie „standardowa” rodzina. Wychodzimy razem na trening, razem się pocimy, razem pierdzimy i przeklinamy –  ale gdy tylko opadnie poziom adrenaliny i przebierzemy się w nietreningowe ciuchy, na wierzch wychodzą personalne różnice, które często gęsto są nie do pogodzenia.

10 lat temu bardzo chętnie wdawałem się w dyskusje i polemiki. Wydawało mi się, że logiczne argumenty są w stanie sprawić, że ktoś zrozumie mój punkt widzenia i będziemy w stanie jako-tako się dogadać, albo, jeśli trafię na wyjątkowo oporną jednostkę, w elokwentny sposób dam mu/jej do zrozumienia że jest idiotą –  choć tyle.  Z czasem przekonałem się, że rozmowy prowadzą donikąd. Ludzie po trzydziestce są już tak związani ze swoimi poglądami (rzecz jasna nie mówimy tu o politykach bo ci, bez względu na miejsce w sali sejmowej, to jedna kurwa większa od drugiej), że jakakolwiek argumentacja, czy wymiana poglądów jest bezcelowa. Nie ma sensu rozmawiać, szczególnie z ludźmi o zupełnie odmiennych poglądach, ponieważ różnica ta sprawia, że patrzymy na życie w zupełnie inny sposób i to, co dla mnie jest neutralne, dla kogoś będzie bluźnierstwem i pierwszym krokiem do bójki.
Żyjemy w różnych światach.

Nie raz mi się zdarzyło w trakcie treningu usłyszeć bzdury, od których krew uderzała do mózgu. Za każdym razem aż mnie język świerzbiał, by wdać się w  dyskusję, wyłożyć swoje racje i nie być obojętnym na pierdolenie farmazonów. Szczęśliwie za każdym z  tych razów do głosu dochodził rozsądek, który mówił „daj spokój, przecież nic tym nie zmienisz –  co najwyżej wprowadzisz nerwową atmosferę w miejscu, do którego przyjeżdżasz się zrelaksować. Nic na tym nie ugrasz –  więc po co ci to?
Skup się na robocie i nie rozpraszaj.”

Załóżmy, że któregoś razu by mnie poniosło i wdałbym się w dyskusję z kimś, kto ma biegunowo odmienne poglądy a do tego tendencję do bardzo kategorycznego wypowiadania opinii. Po trzech minutach nasza rozmowa zmieniłaby się w dopieprzanie, którego jedynym efektem byłoby podniesione ciśnienie i wzajemna wrogość. Nikt by nikogo nie przekonał a poranna dawka komfortu zmniejszyłaby się drastycznie.
Ktoś powie, że przynajmniej byłoby jasne na czym stoimy, nie byłoby „fałszywego porozumienia”, bylibyśmy w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Otóż nie – taka „wymiana poglądów” nic by nie wyklarowała a wręcz wiele by zaciemniła, bo zamiast skupić się na treningu (w końcu po to tam przychodzimy) tracilibyśmy energię na niwelowanie dyskomfortu związanego z przebywaniem z „tym baranem”, albo unikanie się nawzajem.

Idealnie byłoby otaczać się ludźmi podzielającymi Twoje poglądy. Kłopot  w tym, że jak każde rozwiązanie idealnie, jest ono zwyczajnie nieżyciowe. Kiedy człowiek jest młody i wojowniczy, podchodzi do życia na zasadzie czarno-białej i skory jest radykalnych posunięć. Im dalej jednak w życie tym częściej okazuje się, że kompromis to dużo praktyczniejsze rozwiązanie. Czasem takim kompromisem jest udanie, że czegoś się nie słyszy, puszczenie mimo uszu i nie wdanie się w jałową dyskusję.
Dla młodych bezkompromisowych może być to chowanie głowy w piasek i nieme przyzwolenie na poglądy balansujące na granicy świętokradztwa. Dla mnie jest to oszczędność na zdrowiu

Wyjaśnienie sobie kwestii światopoglądowych nie jest mi w niczym do treningu potrzebne –  więc często udaję, że nie słyszę głupot i olewam temat. Nie muszę ze znajomymi z treningów być w najlepszej komitywie, bo spędzam z nimi godzinkę dziennie.  Przy całej sympatii –  życia sobie z nimi nie ułożę – więc nie zależy mi, by mieć ich po swojej stronie światopoglądowej barykady. Wystarczy, jak będzie to zwykła neutralność; taka, by wzajemnie sie dopingować i pomóc, gdy sztanga okaże się za ciężka.
Koniec końców nie jesteśmy tam po to, by uprawiać agitację, tylko po to, by się spocić.

Jedną z najważniejszych „dorosłych” umiejętności jest umiejętność odpuszczania. Życie przynosi wiele powodów do napinki i trzeba umieć rozróżnić sprawy istotne od błahych. Trzeba wiedzieć, kiedy podnieść głos a kiedy przemilczeć; umieć odróżnić rozmówcę od pieniacza.

Oczywiście –  można walczyć z wiatrakami, bo tym w rzeczywistości jest próba przekonywania dorosłych ludzi co do niesłuszności ich poglądów. Można polemizować, kłócić się – nawet foszka strzelić można. Pytanie tylko, po co? Co to da że się z kimś poprztykasz, czy zwyczajnie zaakcentujesz różnice światopoglądowe. Jaki będzie zysk z tego, że zamanifestujesz swoje zdanie?
Moim zdaniem żaden – i pewnie dlatego, gdy tylko rozmowa  w towarzystwie schodzi na tematy okołopolityczne proszę, by nie dotykać tego tematu.
W końcu nie spotkaliśmy się po to, by nawzajem podnosić sobie ciśnienie, tylko po to, by się wyluzować.

Z przeprowadzonych w USA ( bo gdzieżby indziej?) badań wyszło, że każda wspólnie wykonywana czynność sprawia, że ludzie związują się emocjonalnie z grupą, z która ową czynność wykonują. Jeśli przyjdzie im się robić coś z grupą, do której czują niechęć, wskutek wspólnej pracy niechęć znika i ustępuje miejsca identyfikacji. Jest to ukształtowany przez miliony lat mechanizm ewolucyjny, ponieważ w dawnych, brutalnych czasach, kto nie współpracował ten ginął – a wiadomo że lepiej się współpracuje (i żyje) w sympatycznej atmosferze.

Sport ma być przyjemnością, więc szkoda czasu na zaśmiecanie go ideologią, czy prywatnymi poglądami. Nie ma sensu ćwiczyć w grupie „mimo wszystko” i czekać, aż pojawi się ta więź, skoro można ćwiczyć z przyjemnością, lub przynajmniej na neutralnej stopie.
Aby tak było, trzeba oddzielić rzeczy kardynalne od niewartych uwagi i pohamować ciągoty do „nawracania niewiernych”. Skneblować wewnętrznego polityka i skupić się na zimnej strużce płynącego po dupie potu.

Bo szkoda życia na spalanie się pierdołami.
Po prostu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s