Ewolucyjne dziwadła

Człowiek jest z natury leniwy. Mechanizm ewolucyjny każe nam szukać najmniej męczących rozwiązań, skutkiem czego korzystamy z najdziwniejszych wynalazków – od koła począwszy na elektrycznej wycinarce włosów w nosie skończywszy. Im mniej energii zużywamy na pierdoły –  tym więcej jej będzie na walkę, prokreację i ogólnie rozumiane przetrwanie.
Tak zostaliśmy biologicznie zaprogramowani.

Leniwi przetrwają najdłużej

Przetrwanie to przede wszystkim pożywienie –  więc nic dziwnego, że jemy na potęgę. Dobrze zjeść to znaczy nie znać zagrożenia. Jest jedzenie – nie ma głodu; nie ma głodu – można się mnożyć (pewnie dlatego, tak wielu panów w chwilę po obfitym posiłku ma ochotę na amory). To są mechanizmy utrwalone przez miliardy lat ewolucji. Od najprymitywniejszych form życia chodziło o to by jeść, dupczyć i przetrwać.

Patrząc z ewolucyjnej perspektywy, ludzie z wyładowanymi po brzegi wózkami w marketach, czy zamawiający zestaw XXXL w fast foodzie są jak najbardziej normalni. Mają obfitość pożywienia –  więc robią zapasy. Na nic tu logiczne rozumowanie, że tego jedzenia przecież nie zabraknie, że zawsze można wyjść do marketu i kupić. Obfitość jedzenia to luksus ostatnich kilku dziesięcioleci i w porównaniu z milionami lat głodu i walki o pożywienie, jest zwyczajnie bez znaczenia.

Ktoś słusznie zauważy, że jedząc takie ilości niezdrowego jedzenia nie podnoszą, lecz zmniejszają swoje szanse na przetrwanie, ale nie jest to argument dla organu, który nauczony jest jeść, co popadnie i gdy popadnie. Nasz prymitywny, gadzi mózg jeszcze nie zarejestrował że nie musi żreć na potęgę, że jedzenia jest w bród i raczej go nie zabranie.
Nasz centralny układ sterowania funkcjonuje w stanie ciągłego zagrożenia głodem i nie w głowie mu zastanawianie się, czy w perspektywie lat dwudziestu zabije go miażdżyca, czy cukrzyca, ponieważ głównym priorytetem jest przeżycie z dnia na dzień.

Kiedyś to się żyło…

Gdzieś w późnym ogólniaku trafiłem na książkę Jerzego Jedlickiego pt „Świat zwyrodniały”. Autor przestudiował pisma myślicieli społecznych od czasów najdawniejszych, do czasów nam współczesnych i wiecie, co we wszystkich tych pismach się powtarzało? Narzekanie na czasy bieżące 🙂 Jak świat światem ludzie utyskują, jak to teraz jest źle i niedobrze a kiedyś  lepiej było. Jak to młodzi nie słuchają starych, moralność przeżarta jest zgnilizną  a cywilizacja chyli się ku upadkowi. Non stop ktoś na coś narzeka a kolejne pokolenia żyją o niebo lepiej od swoich rodziców (zapytajcie swoje matki o czasy pieluch tetrowych a babki o czasy gdy nie było pralek – one wam powiedzą, co to jest ciężkie życie).

Podobną sytuację obserwuję w światku sportowym. Zewsząd słychać lament, jak to teraz nikt sportu nie uprawia, fast foody do szkół dowożone są kontenerami, ludzie zamiast wyjść z domu siedzą przed komputerami – no świat się wali i antychryst ante portas.
A kiedyś to było lepiej…

Przez miliony lat, w zasadzie do lat powojennych XX wieku 100% ludzkiego czasu pochłaniała walka o przeżycie. Nie mówię tu o warstwach bogatych, które na słońce zabierały parasolki i bieliły skórę, by nie daj boże nie wyglądać jak opalony, pracujący w polu motłoch – tylko o większości społeczeństwa, która klepała biedę aż piszczało w uszach i dzwoniło w dziurawych zębach.
Zwykły człowiek zapierniczał od świtu do nocy a i tak klepał biedę, ponieważ musiał pracować na pana, króla, czy komu tam był aktualnie poddany. Praca w roli była ciężka i niewdzięczna. Płody ziemi może nie były nasączone nawozami i pestycydami, ale było ich mało, gdyż niewydajne metody obsiewu i zbioru plonów w połączeniu z ciężką pracą ludzi i zwierząt (a kto nie miał krowy ten do pługa zaprzęgał żonę –  to był dopiero CrossFit) nie dawały takich zbiorów z hektara, jakie mamy obecnie. Zbierało się mało –  a i to tylko wtedy, gdy nie było suszy, pasożytów czy innego dopustu bożego. Przez większość swego życia człowiek chodził zmęczony, głodny i szczęśliwy, gdy miał co do garnka włożyć. Klęski urodzaju były normą i taką samą normą było, że się umierało z głodu.

Człowiek, którego szczęściem było to, że pan nie obił batogiem, susza nie spaliła pola a zaraza nie wybiła bydła, nie zastanawiał się nad tym, czy to co je jest wartościowe, tylko jadł to, co było. Nie myślał też o ruchu na świeżym powietrzu, bo zapierniczał do upadłego. Półgodzinny AMRAP? MURPH w kamizelce? Nie bądźmy śmieszni –  w dawnych czasach harowało się w trupa, nierzadko w dosłownym tego słowa znaczeniu. I nie było że zakwasy, choroba, czy złamana ręka. Kto nie pracował ten nie jadł a kto nie jadł ten umierał.

Współcześnie powszechne jest utyskiwanie na to, jak to jedzenie jest naszpikowane chemią i polepszaczami – rzecz w tym, że to dzięki owej chemii i polepszaczom i zmianom w systemie upraw jedzenie kosztuje tyle, że średnio zamożny człowiek jest w stanie codziennie jeść mięso. Maszynowa produkcja żywności sprawia, że stać nas na jedzenie wszystkiego, na co mamy ochotę. Oczywiście, z jakością tego jedzenia bywa różnie, ale wszyscy wiemy, że nie da się zrobić tak, aby było dużo, dobrze i tanio. W żadnej z branż.

Aby poznać „prawdziwą” wartość jedzenia warto odwiedzić stoisko z żywnością „ekologiczną” – tam dopiero widać, ile kosztuje zdrowe, tradycyjne jedzenie.  Potem wystarczy owe ceny pomnożyć razy trzy –  i otrzymamy jako takie pojęcie o tym, ile kosztowało życie w czasach naszych pradziadków.
Jak wielu z nas stać dziś na takie jedzenie?

Częste mycie skraca życie

O poziomie higieny „w tamtych czasach” ciężko cokolwiek powiedzieć, bo przed 19-tym wiekiem było to pojęcie abstrakcyjne. Mycie raz na pół roku, czy na rok nie było niczym nadzwyczajnym. Mieszkanie w jednej chałupie razem ze zwierzętami, spanie na klepisku wśród robactwa i szczurów też nie było wielką patologią. Umieralność dzieci od najbanalniejszych chorób (np. biegunki) była tak wysoka, że gdy z dziesięciorga dzieci dwójka dożyła pełnoletniości, był to satysfakcjonujący „wynik”.

W zasadzie do XX wieku życie prostych ludzi było niemalże bydlęcą wegetacją. Owszem, powstawały arcydzieła literatury, architektury i innych sztuk pięknych, ale tworzyła je kasta próżniacza żyjąca z pasożytnictwa na prostych ludziach, wszyscy zaś inni byli zajęci wiązaniem końca z końcem .
Wybaczcie ten socjalistyczny ton –  ale tak to po prostu wyglądało

Dopiero czasy powojenne oraz związany z nimi boom przemysłowy oraz rewolucyjne zmiany kulturowo-społeczne sprawiły, że życie prostego człowieka przestawało przypominać bydlęcą wegetację. Owszem, nadal było ciężko a głód w pierwszych latach po wojnie był powszechny w całej Europie, ale zmiany na lepsze były ewidentne – prąd, bieżąca woda, transport – by wymienić tylko kilka. Kolejne dekady podnosiły standard życia ludzi –  pralki, lodówki, puszkowane jedzenie – to dzięki nim nagle zaczęliśmy mieć czas na coś więcej, niż umartwianie się, co do garnka włożyć.

Pokolenie sportowców i kiełbasa jak za Gierka

Jednym z ciekawszych argumentów „narzekaczy” jest przypominanie, jak to za naszych czasów bawiliśmy się na podwórkach a teraz dzieciaki garbią się przy konsolach i komputerach.
Lata 80/90 to moje szkolne czasy i pamiętam doskonale, że ganialiśmy po podwórkach bo nic innego nie było do roboty. Sekcja sportowa w szkole? Dobre sobie! Kółka zainteresowań w klubach osiedlowych? Wolne żarty! Łaziliśmy po budowach, jeździliśmy na jabłka, kradliśmy karbid, bo nic innego nie było do roboty. Rodzice byli zajęci odnajdywaniem się w kapitalizmie a my zajmowaliśmy się sobą. Byliśmy w ruchu bo nie było innej alternatywy.

Gdy któryś z kolegów miał Atari, czy magnetowid – wpadało się do niego całą chmarą i siedziało dopóki starzy nie wrócili z pracy. Zachowywaliśmy się dokładnie tak samo, jak współczesne dzieciaki, tylko nie mieliśmy tak powszechnego dostępu do „pasywnych” form rozrywki. Gdyby wówczas każdy miał komputer, zamiast grać w kosza pod blokiem łoilibyśmy po sieci w Call of Duty.

Ci, którzy narzekają na powszechność gadżetów  powinni zapytać swoich dziadków jak to było, gdy pojawiło się pierwsze we wsi radio, czy telewizory. Ludzie tak samo przyklejali się do ekranów a rodzice tak samo opieprzali swoje dzieci, że marnują czas zamiast zrobić coś z pożytkiem. Co prawda pomagał trochę fakt, że PRLowa telewizja była tak nudna, że podwórko było dużo ciekawszą alternatywą, ale to nie powód, by gloryfikować tamte czasy.

Doskonale pamiętam jak w sklepach nie było NIC a kupowane na kartki parówki miały smak papieru – zupełnie jakby produkowano je właśnie z tych  kartek. Pamiętam niewygodne buty i ohydne fartuszki w szkole. Ponieważ to wszystko pamiętam, uważam że mówienie o tym, jak to kiedyś ludzie żyli zdrowiej jest klasycznym przykładem idealizowania „pięknych czasów, które bezpowrotnie minęły”.

Pod kokardę i do urzygu

Żyjemy w świecie olbrzymiego wyboru za absurdalnie małe pieniądze. Tylko do nas zależy, czy nawpieprzamy się pod korek kurczakiem na antybiotykach, czy skubniemy tarty z ekologiczną rzepą. Mamy pierdylion możliwości, ale te możliwości nie są normalne.
W perspektywie miliardów lat ewolucji te kilkadziesiąt lat dobrobytu to nawet nie sekunda w skali doby. Nasz prymitywny mózg, centrum dowodzenia instynktami jeszcze nie zrozumiał, że to żarcie nie zniknie, że zawsze będzie go w bród. Dla niego jest to okazja, z której trzeba korzystać, póki jest.

„Zdrowy tryb życia” rozumiany jako zbliansowana dieta i regularny ruch, nie jest z ewolucyjnego  punktu widzenia ani zdrowy ani naturalny –  wręcz przeciwnie. Odmawianie sobie pożywienia, gdy akurat jest go pod dostatkiem, oraz wydatkowanie energii na coś innego, niż prokreacja, jest dla ludzkiego organizmu zmniejszaniem szans na przetrwanie –  a więc głupotą.

W ewolucyjnej perspektywie to my, sportowcy,  jesteśmy dziwadłami a gloryfikowany przez nas zdrowy tryb życia jest fanaberią.
Z biologicznego punktu widzenia jesteśmy patologią i bandą szkodników, która zamiast mnożyć się i żreć pod korek, zastanawia się nad poziomem tkanki tłuszczowej.

Co wcale nie przeszkadza nam uważać się za wzór do naśladowania…

Zdjęcie pochodzi ze strony https://superbodysuperbrainblog.wordpress.com

Reklamy

4 thoughts on “Ewolucyjne dziwadła”

  1. Z moich obserwacji wynika, że po posiłku większość osób bez względu na płeć ma ochotę spać. Solo. Żywność taka jest agresywna, toksyczna i po obiedzie cała rodzina leży pokotem. Obraz nędzy i rozpaczy. A jak się już zbudzą to wszyscy zjebani jak jasny sk……n. No bo jak organizm ma sobie normalnie poradzić z trawieniem kotleta, ziemniaków, sałatki, rosołku in one go?

    Polubienie

      1. Drapieżne to w ogóle się za bardzo nie ruszają. Inny organizm i dieta bez węgli. Roślinożercy mogą być cały czas w ruchu. Z ludżmi jest podobnie. Sportowcy bez węgli padają jak muchy.

        Polubienie

      2. A które zwierzę prowadzi taki tryb życia jak sportowiec?
        Jesteśmy wynaturzeniem i potrzebujemy wynaturzonej diety.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s