Ale o so chozi?

Produkty ALE kojarzyłem głównie z dziwną nazwą –  no bo co to za nazwa „ale”? Człowiek przyzwyczajony jest do nazw w stylu hiper duper atomic energy booster  –  a tu nagle spójnik.
Co prawda nazwa jest akronimem od Active Life Energy , jednak na pierwszy rzut oka tego nie wiadomo, toteż od razu nasuwa się pytanie „ale o co kaman”?

Oprócz dziwnej nazwy, produkty te kojarzyłem z bardzo pochlebnymi opiniami wśród znajomych –  i to nie tych, którzy chwalą wszystko, cokolwiek dostaną za friko. Chwalił to mój kolega ultras, który w tym roku cyknął 100 mil w 24 godziny, chwalił to Bartek, warszawski biegacz – osoba której w świecie biegowym nikomu przedstawiać nie trzeba, chwaliło też wielu innych –  toteż gdy odezwał sie do mnie przedstawiciel firmy z propozycją podesłania paczki testowej pomyślałem sobie „a czemu nie – może dla odmiany coś na blogu pochwalę”.

Ponieważ mam ostatnio rozbrat z bieganiem, zawartość paczki zabierałem ze sobą na treningi CrossFit. Wyszedłem z założenia, że skoro coś jest dobre, sprawdzi się bez względu na dyscyplinę – i na każdy trening brałem ze sobą coś z zestawu.

Zacząłem od izotonika, który był na pewno mniej chemiczny od np. takiego Oshee (bardziej chemiczny od kolorowego Oshee jest chyba tylko kret do rur), ale kubków smakowych nie urwał. W trakcie treningów piję głównie wodę, więc moja „baza porównawcza” do innych izotoników jest prawie żadna. O minerałach i elektrolitach też za wiele nie napiszę, bo nie odczułem ich wpływu na samopoczucie. Wiem że są, że jest ich dużo (bo tak jest na stronie www napisane) ale po opróżnieniu butelki nie zadałem sobie pytania „gdzie mogę to kupić”.
Rzecz jasna mam świadomość, że po półlitrowej butelce nie stanę sie nagle chodzącą studnią elektrolitów a efekty spożycia nie będą widoczne od razu, niemniej prawda jest taka, że wypiłem, czknąłem i większej różnicy nie zauważyłem.

Na drugi rzut poszedł magne-shot, który zażyłem podczas godzinnej pracy ze sztangą. Zażyłem to ciut za dużo powiedziane, bo 25ml to tyle, ile mieści się w małym kieliszku i prawdę mówiąc ledwo poczułem, że coś przełykam. Rozumiem, że taka jest istota tego „magnezowego shota” – ma dać jak najwięcej magnezu i jak mniej obciążyć żołądek, ale nie zauważyłem, by coś zmienił w samopoczuciu tak w trakcie jak i po treningu. Koncentracja i tak już padała, skurcze mnie szczęśliwie omijają (czekolada robi swoje 😉 ) –  więc z mojego punktu widzenia była to ciekawostka, której omal nie przegapiłem.

Trzy żele, jako źródło szybkich węgli zabrałem na dłuższe treningi. Scenariusz był zawsze taki sam – najpierw godzina (a często więcej) na mobilność i trening siłowy, potem szybki żel i wio z hardkorem. Tu znowu miałem mieszane uczucia –  bo z jednej strony żele są świetne w konsystencji (coś a la rzadki kisiel) wchodzą bez popitki i w ogóle nie czuć by „leżały na żołądku”,  tylko energetycznego kopa brak –  a przecież po to się żel łyka, żeby ten kop był.

Na opakowaniu  jest napisane, że jedna saszetka to 110kalorii. Moim zdaniem, jak na źródło szybkiej energii to trochę mało bo spalenie tych 110kcal to kwestia 10 minut treningu –  a potem co, kolejny żel co 10 minut? Ma to jeszcze jako taki sens gdy do zrobienia jest jakiś szybki AMRAP, ale jeśli w planach jest np. dłuższe wybieganie to łyknięcie jednego żelu nie zrobi większej różnicy, ponieważ przyjęta energia zaraz znika. To już lepiej rozrobić sobie przedtreningówkę, która da godzinnego kopa a potem zjeść coś konkretnego, niż co chwila otwierać nowy żel.

Rozumiem, że żel to nie tylko energia, ale też cała reszta zachodzącej w ciele chemii organicznej, niemniej w trakcie ostrego treningu nie myślę o uzupełnianiu elektrolitów, tylko działam w trybie alarmowym pt „Dajcie mi cukru! Dajcie mi energii! Elektrolity uzupełnię po treningu a na razie dajcie mi kopa, bo zaraz ducha wyzionę…”
I tego kopa niestety zabrakło.

DajeszOjciec jest blogiem szczerym –  więc i opinia o produktach ALE będzie szczera, a brzmi ona: bez zachwytów. Owszem, smakuje to dobrze, połkniętego żelu w ogóle nie czuć na żołądku (i nie cofa przy handstandach!) ale brak energetycznego kopa to z mojego punktu widzenia wada nie do przeskoczenia.

Mój „problem” z „ale-suplami” polega na zderzeniu oczekiwań z rzeczywistością. Skoro wszyscy moi znajomi zachwalali te produkty, naturalnym było, że spodziewałem się po nich czegoś ekstra, co sprawi że krzyknę „ALE te suple zajebiste!”. Tymczasem produkty ALE nie mają w sobie nic, co by mnie do takich okrzyków skłoniło. Są OK; w porównaniu z żelami od isostara na pewno wygrywają świetną konsystencją – ale to wszystko.

Gdyby ktoś mnie zapytał „dlaczego mam kupić te suple a nie inne” –  nie umiałbym udzielić odpowiedzi.

Reklamy

6 myśli na temat “Ale o so chozi?”

  1. Na ALE przelatałem ubiegłoroczne przygotowania do maratonu warszawskiego. ALE tylko żele. Szło super bez popijania. Na maratonie wciągnąłem ich 7 sztuk. Nie było efektu zwrotnego. Ale i ściany nie miałem i doleciałem w przyzwoitym na moje możliwości czasie. Nie mam efektu porównawczego, bo staram się unikać jak się da wszelkiej chemicznej suplementacji.

    Co do energii – akurat do tego służyły mi suszone mango z tesco (są też mieszanki z ananasem, morelami i czymś tam jeszcze). Ładowałem w siebie i na maratonie, w trakcie długich wybiegań i w trakcie połówki w W-wie, zapijałem wodą i wio do przodu 😉

    Polubienie

    1. Tak z ciekawości zapytam: skoro energię brałeś z mango, jaki był cel łyknięcia siedmiu żeli?
      Nie tam, żebym się czepiał, ale 7 żeli na 3-4h wysiłku pokazuje, że nie za wiele z nich energii było.

      Polubienie

      1. 2 poszło przed startem i 5 w trakcie. Czy dużo – przetaczałem swoje 85-kilogramowe cieslko to i zasysałem co jakiś czas. Fakt faktem po takiej porcji po biegu nie czułem w ogóle zjazdu energetycznego nawet kilka godzin po maratonie. A i jeść mi się nie chciało 😉

        Polubione przez 1 osoba

  2. 5 żeli podczas biegu to 137,5g węglowodanów, czyli 550kcal energii. Sam maraton to wydatek zwykle ponad 2000kcal, więc przy 85kg można uzupełniać dodatkowo energię, w tym przypadku z mango i innych suszonych owoców. Jednak sama zawartość węglowodanów w owocach jest zbyt niska a ich ilość spożywana na maratonie również, aby mogły stanowić jakieś znaczące źródło energii. Zastosowanie żeli uchroniło więc przed ścianą, a suszone owoce tylko dopełniły ten efekt. Także 1-2 żele przed startem to praktyka wielu czołowych biegaczy, także ich zastosowanie wśród amatorów, którzy biegną dłużej tym bardziej ma sens. Cieszę się, że żele ALE się spisały i nie było zjazdu energetycznego! Powodzenia w kolejnych startach!

    Polubienie

  3. No i ja się nietety też wcale-w-ogóle nie czułam po ALE jak ten obiecany Thunder, mimo że dwaj mili panowie w Biegomaniaku zachwalali toto mówiąc, że inni zachwalają itd. Więc to chyba jakiś taki efekt placebo-domino 😛 Wzięłam to wtedy sztuk 2 o smaku cola z kofeiną, bo nie było moich pysznych karmelowych tubek z Optonii, ale i tak nie biegłam na tym maratonu bo się wystraszyłam tej ryzykownej zmiany i testowania ALE na 42,195. I pewnie dobrze. Przetestowałam potem, na spokojnie i bez napinki. Fajerwerków brak.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s