Powrót do pionu

Masz fajne życie – dobrą robotę, rodzinę na której ci zależy, pasję w której się spełniasz; wszyscy jesteście zdrowi i niczego wam nie brakuje. To życie toczy się być może  nieco przewidywalnym, ale ułożonym i bezpiecznym torem, który pozwala ci bez obaw patrzeć w przyszłość. Masz więc jakieś plany, jakieś marzenia – siebie i swoich bliskich widzisz w perspektywie kilku najbliższych lat; czasem nieśmiało wybiegasz myślami jeszcze dalej.
Od czasu do czasu narzekasz na rutynę i brak ekscytacji, ale summa summarum lubisz to swoje życie i nie zamieniłbyś go na inne.

Jest piątunio, piąteczek… Pełen głupich pomysłów wsiadasz do korpo windy, by wzorem pewnego celebryty strzelić sobie samojebkę i wrzucić ją na fejsbuka. Już w głowie masz ułożony kąśliwy tekst, już winda podjeżdża, już się drzwi otwierają i wtedy odbierasz telefon, po którym wszystko staje się nieważne.
Zanim sie zorientujesz kładą ci dziecko na oddziale vis a vis onkologii, a ty nerwowo ściskając kierownicę gnasz do domu po śpiwór i karimatę. Jeszcze nie końca wiesz, co się dzieje, jeszcze lecisz na adrenalinie, ale organizm przeczuwa, że nie jest to nic dobrego…

Po dwóch-trzech dniach zaczynasz się jako tako ogarniać w nowej sytuacji. Praca-dom-szpital; ciuchy na zmianę, prowiant do pracy, absolutne minimum dookoła domu. Plany i zobowiązania zepchnięte na margines; spotkania odwołane lub odłożone na nieokreślone „później”. Powierzchowne zakotwiczenie w rzeczywistości, redukcja do formy przetrwalnikowej.

W środku nocy patrzysz po zarysach śpiących wokół ciebie ludzi i zastanawiasz się, jak wiele ról na co dzień gramy, jak wiele masek zakładamy, jak bardzo zależy nam aby pokazać innym ludziom, jacy jesteśmy zajebiści – a potem kładziemy się w ubraniu na szpitalnej podłodze, pół metra obok kogoś zupełnie obcego i całe to granie szlag trafia. Na ulicy wypięlibyśmy pierś, poprawili fryzurę, zaś w szpitalu po prostu kładziemy się jak zwierzęta warując obok swoich młodych.

Poranne wyjście ze szpitala jest jak lądowanie w obcym kraju gdzieś na końcu świata. Zamykasz za sobą drzwi i okazuje się, że poza kroplówkami, strzykawkami, transfuzjami i chemiami istnieje zupełnie inny świat, toczy się zupełnie inne życie –  gimnazjaliści pomykają na deskorolkach, dziewczęta popiskują, studentki noszą się na krótko a młode korpo szczury popijają latte ze starbucksa. Kobiety w metrze poprawiają makijaż wpatrzone w przenośne lusterka. Te co bardziej obojętne nakładając na usta błyszczyk udają, że nic ich nie interesuje, a już na pewno nie młodzi tatusiowe z koszulami wpuszczonymi w wymięte dżinsy. Panie są wyniosłe, panowie udają zblazowanych, metro się toczy.

Dwanaście godzin później cykl się zamyka. Mijasz siedzące przed nocnym lokalem towarzystwo w czapkach i szalikach; jakaś młoda para nie przerywając się obściskiwać przebiega tuż przed tramwajem – motorniczy trąbi, pasażerowie przeklinają – im się wydaje że są nieśmiertelni a tymczasem ty idziesz na oddział, z którego nie zawsze udaje się wyjść o własnych siłach. Oddajesz kurtkę w szatni, przechodzisz na skróty przez podwórko i po chwili jesteś już wśród łysych, pokłutych wenflonami dzieci.

Te dzieciaki to straszny widok. Maluchy, po kilka lat,  pozbawione włosów, strute chemią – jedne snują się umęczone, niemal wisząc na stojakach z kroplówkami; inne z  nudów na tych stojakach jeżdżą. Na przyniesionym przez rodziców laptopie ktoś strzela do Niemców grając w Enemy Territory , inni się przyglądają cierpliwie czekając na swoją kolej. Nie przeszkadzają im podłączone do żył kable – jeszcze nie umierają, jeszcze żyją – a dopóki żyją chcą się bawić.

Chciałbym uciec, nie patrzeć, udać że mnie to nie dotyczy – a potem siadam przy łóżku córki i patrzę, jak jej siedmioletnia łysiejąca koleżanka bawi się kroplówką z płytkami krwi. „Tata, a ja chciałabym mieć taką samą chorobę jak Amelka” – mówi córka kompletnie nie zdając sobie  sprawy z powagi sytuacji. Wszyscy w pokoju zamierają, bo jesteśmy tu jak turyści i takie deklaracje brzmią co najmniej obrazoburczo. Białaczka to nie zabawa, nawet jeśli chodzenie z kroplówką wydaje się fajniejsze od przymusowego siedzenia w łóżku…

Wychodzę na korytarz, patrzę na dwulatki podpięte do kroplówek, paromiesięczne niemowlę faszerowane chemią, warującą przy jej łóżku matkę w zaawansowanej ciąży, potem wracam do pokoju, patrzę na swoje dziecko i uzmysławiam sobie, że to, co mam może w każdej chwili zniknąć. Że takie rzeczy nie dzieją się w filmach, nie przytrafiają się komuś innemu – to jest namacalna rzeczywistość która może spaść na każdego bez wyjątku – nawet takiego szczęśliwego mnie w swoim fajnym poukładanym życiu.

Dla zachowania zdrowia psychicznego oglądam na tablecie transmisję z Amaroka, a w tle głowy przewijają mi się te nieudane PRy, niepoprawione czasy, niezrealizowane plany. Sportowa złość i frustracja, przekleństwa w duchu i na głos, zapatrzenie w to co nieosiągnięte i niedocenianie tego, co się już osiągnąć udało. Wszystko to tak nieprzystające, tak bardzo nie na miejscu tu, gdzie ludzie czekają na werdykt w selekcji do życia.

Zawijam się w ten sport jak w kokon, który ma mnie chronić przed rzeczywistością. Chcę w nim bezpiecznie przeczekać, aż się sytuacja wyjaśni i będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy, co nas czeka – ale to działa tylko połowicznie. Leżąc w nocy na podłodze nie mogę się opędzić od myśli, na jak błahe sprawy spalam swoją energię;  o jakie bzdury i błahostki wściekam. Jak często stwarzam sobie sztuczne problemy tam, gdzie powinienem mieć powody do dumy. Jak zamiast cieszyć się tym, co mam, daję sie ponieść irytacji i zmęczeniu.

A potem nas wypisują.
Taksówka, dom i wielka ulga, że w sumie było więcej strachu, niż dramatu. Nieszczęście przeszło bokiem, choć na tyle blisko, by sprzedać blachę na odmulenie i przypomnieć, co jest w życiu ważne.

Zrywam się z pracy by zabrać rodzinę do domu. Z poczuciem ulgi wnoszę torby na piętro – to już nie szybki przepak, dziś już wracamy do siebie. Wypakowuję więc rzeczy szpitalne, pakuję sportowe, przytulam córkę i oddycham z ulgą.
Wieczorne wiosła smakują jak najlepszy PR.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s