Amatorzy po PR-y!

Przy okazji rozmów na temat CrossFit Open często pada argument, że wspólna rywalizacja przy okazji tak ważnego eventu  jest dla wielu CrossFitterów okazją do przekroczenia kolejnych granic, zrobienia czegoś, co do tej pory było poza zasięgiem.  Że choćby dlatego warto wziąć udział w CrossFit Open, by dać się ponieść „fali” i wejść na wyższy poziom nie tylko sportu, ale też krosfitowej zajawki.
Do argumentów tych podchodziłem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony rozumiem, że kogoś może to faktycznie nakręcić i dać siłę do zrobienia czegoś, o czym marzył od dłuższego czasu;  z drugiej strony jednak moje własne doświadczenia mówią mi, że nie tędy droga.

Półtora roku temu, przy okazji wigilijnego WODa w CrossFit Mokotów zrobiłem 22 bar Muscle Upy. Było to dla mnie coś nieprawdopodobnego, bo raz, że Bar MU był dla mnie wciąż ruchem świeżym, nieotrzaskanym i robionym w oparach ekscytacji  a dwa, że owe BAR MU były tylko częścią kolosalnego WODa od outlaw Barbell.
Biorąc udział w tym treningu wiedziałem, na co się piszę, bo znałem swoje możliwości i widziałem, co było na tablicy rozpisane –  ale cała ta wiedza uszła gdzieś bokiem, bo byli wszyscy znajomi, była atmosfera krosfitowego święta i bibki po treningu. Krótko mówiąc włączyła się adrenalina a wyłączył rozum.

Ukończywszy godzinnego kolosa z 22 BAR MU czułem się niezniszczalny i byłem na takim haju, który zrozumie tylko ten, kto choć raz w życiu wykonał coś, co uważał za niemożliwe. Niestety, jak za każdy haj, tak i za ten przyszło mi się zapłacić – a cena była słona: rozwalone lewe ramię i kilka miesięcy wyłączenia z grupowych treningów.

Rzecz jasna, mam świadomość że każdy jest inny, ma inne ciało itd., ale wiedząc to co wiem, bazując na swoim doświadczeniu uważam, że przekraczanie granic „przy okazji” różnych eventów to kiepski pomysł. Uważam tak, ponieważ w moim przypadku niemal każde „popłynięcie z falą” kończyło się jakimś kuku – mniejszym lub większym, ale zawsze coś się działo – i kiedy opadło uniesienie i zeszła adrenalina, zostawałem z tym nowym PRem i perspektywą przerwy od sportu.
A po kilku dniach, gdy uczucie dumy zwietrzało, pozostawał zwykły głód i poczucie odstawienia na boczny tor.

Moim zdaniem, jeśli czegoś nie potrafisz  „na co dzień” a jest to rzecz technicznie wymagająca – typu Muscle Up, czy rwanie do siadu – to robienie tego po raz pierwszy w trakcie rywalizacji jest głupim pomysłem – i już tłumaczę dlaczego.

Jeśli bierzesz się za coś „na fali”, to bankowo nie przyłożysz do ruchu takiej uwagi, jak powinieneś – bo emocje, adrenalina, odrealnienie. Świetnie to widać na przykładzie klasy technicznej z ciężarów i  zwykłego WODa. Podczas klasy technicznej rwanie idzie niczego sobie, trener chwali  i w ogóle – a w trakcie WODa, gdzie jest adrenalina, ambicja i ściganie z kolegami, technika dwuboju… no powiedzmy, że nie jest tak idealna, jak powinna.
I weźmy teraz jakiś ruch, którego nie potrafisz wykonać na chłodno, na skupieniu, na co brak ci albo siły albo techniki, albo obydwu tych rzeczy na raz – i zrób go na czas, w atmosferze rywalizacji…
Weź proszę trzy głębokie wdechy i odpowiedz sobie na chłodno, jakie jest prawdopodobieństwo, że NIE ZROBISZ sobie krzywdy?

Rysiek Froning znany jest z powiedzenia, że „w trakcie treningu słuchasz swego ciała a w trakcie zawodów każesz mu się zamknąć”. Lubimy je powtarzać, bo to zgrabne powiedzonko i daje +5 do prawilności.  Rzecz w tym, że pomiędzy nami, zwykłymi krosfiterami a Ryśkiem od różańca zieje przepaść  i stosowanie jego filozofii na potrzeby pracownika biurowego, który 3-4 razy w tygodniu robi WODa i raz na dwa tygodnie zaliczy klasę z ciężarów to jakieś nieporozumienie.
Mamy inne style życia, inne cele a nasze krosfity to dwie różne dyscypliny sportu, w związku z czym człowiek, który CrossFitem zajmuje się hobbystycznie, powinien w ogóle zapomnieć, że ktoś taki jak Froning w ogóle istnieje.

Przekraczanie granic podczas zawodów/eventów ma sens  w przypadku zawodników z doświadczeniem – takich, którzy nie zastanawiają się nad techniką, bo ruchy wykonują automatycznie. W ich przypadku ryzyko zrobienia sobie kuku jest mniejsze, bo wiedzą co robią.
W przypadku Kowalskiego, który tej „bazy” nie ma, jest to zwykła głupota.

Namawianie CrossFitterów amatorów na przekraczanie swoich granic w trakcie eventów ma tyle samo sensu, co namawianie biegacza, który do tej pory robił niezobowiązujące dyszki do przebiegnięcia maratonu, czy wzięcia udziału w biegu przełajowym. Owszem, niejednemu się to uda, ale cała masa innych zrobi sobie kuku i skończy u fizjoterapeuty. Ale i to nie jest najgorsze –  bo najgorsze będzie to, że z ich „osiągnięcia” nic nie wyniknie tak samo, jak samo nie wynikło z moich 22 BAR MU.

Bo kiedy opadnie adrenalina i zostajesz sam na sam z kontuzją, nie da się uciec przed konkluzją, że z tego jednorazowego PRu KOMPLETNIE NIC nie wynikło – nie stałeś się od niego lepszym sportowcem, nie wszedłeś na wyższy poziom. Z całą brutalnością dociera do ciebie, że nie ma dróg na skróty i na każdego skilla trzeba sumiennie pracować a nie liczyć na adrenalinowy haj.

I oczywiście postanawiasz sobie sumiennie pracować –  bo już poczułeś ten smak zwycięstwa – ale to dopiero za kilka miesięcy, jak się kontuzja zagoi…

Reklamy

8 myśli na temat “Amatorzy po PR-y!”

  1. Patrzysz na to zupełnie jednostronnie i nie widzisz, że to nie chodzi aby podczas eventu dać się oskórować i zrobić sobie krzywdę. Czasem jednak takie rzeczy jak open posuwają nas do przodu ale w inny sposób. Ja np. pomimo roku w crossficie przez wiele miesięcy bezskutecznie próbowałam nauczyć się DU. Moje ciało miało mnie w dupie ale próbowałam tylko nie szło. No i zapisano mnie na zawody, może chcialam ale się bałam, ostatecznie postanowiłam sprostać wyzwaniu. Zwykłe niby zawody, takie boxowe. Mogłam przecież na tych DU stanąć i powiedzieć, że nie umiem. Miesiąc przed zawodami zaparłam się… dwie godziny ze skakanką i poszły pierwsze w życiu DU. Efekt ? Zapalenie obu ścięgien achillesa i co najmniej trzy tygodnie bez zbliżania się do skakanki. No ale umiałam już DU. Na zawodach skakałam je tak, że do dziś każdy pamięta moją walkę. Znam wiele historii z mojego boxa gdy ludzie właśnie osiągali olbrzymie postępy dzięki zawodom, dzięki open. Mnie to zawsze motywowało, nawet jak tylko biegłam. Dlatego dla jednych może to jest fajne dla innych nie, nie ma co jednak wszystkich mierzyć swoją miarą.

    Polubienie

  2. Jak dla mnie super wpis,dokładnie wiem co masz na myśli. Na poziomie zwykłego smiertelnika parę kilo więcej na sztandze czy kilka sekund urwanych z czasu nie ma najmniejszego sensu jeśli może się to zakończyć kontuzją. Wielu ludzi nie ma odpowiedniej mobilności ale pomimo tego widzą WOD na bordzie i jadą RX,tak samo może być z open. Każdy powinien skupić się na sobie i dokładnie mierzyć siebie swoją miarą. Pozdro!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję za dobre słowo.
      Generalnie chodzi o to, by mierzyć siły na zamiary i nie dać się nakręcić ponad siły – a to w krosficie sztuka nie lada 😉

      Polubienie

  3. A mnie się wydaje, że adrenalina pomagająca przekroczyć granice nie musi oznaczać całkowitego wyłączenia myślenia. Optymistycznie zakładam, że większość crossfiterów hobbystów to jednak rozgarnięci ludzie, świadomi własnych ograniczeń i własnego poziomu. Jeśli ktoś ma się porwać z motyką na słońce i zrobić sobie krzywdę, to zrobi to i na Open, i na WODzie, jak przedtreningówka mocniej trzepnie 😛 A kontuzyjne ćwiczenia typu MU czy snatch to nie jedyne, co można „zyskać” na Open. Takie „drobiazgi” jak pierwsze DU, przełamanie strachu przed zwykłym wskokiem na boxa czy rekord na wiosłach na jakimś tam dystansie, dla każdego z nas były kiedyś przełomem i pewnie dla wielu osób będą podczas Open. Do dziś pamiętam swoje pierwsze chest to bary z Open 2014 🙂 Zrobiłam całe 4, absolutnie na fali adrenaliny, obiektywnie wynik WODa był ch*jowy a ja byłam z siebie dumna jak mało kiedy 🙂 I na tym właśnie dla mnie Open polega.

    Zanim wprowadzono opcję Scaled, też uważałam, że to bez sensu namawiać do startu ludzi, którzy ledwo wiedzą jak sztangę złapać, bo jednak taki np overhead squat jakiejś tam mobilności wymaga i ciężar może nie astronomiczny, ale jest, więc istnieje spora szansa coś sobie zepsuć. Teraz, w wersji skalowanej, myślę, że każdy da radę i może sam sobie dać powód do dumy, a pewnie też cel na następny rok 🙂

    Polubienie

    1. Magda, ale czym innym jest pierwszy pullup, czy DU (rzeczy relatywnie proste i nie grożące kontuzją) a czym innym rzeczy trudne technicznie typu MU, czy snatch (a to o nich pisałem). Owszem, trzeba zachęcać, motywować, ale też nie przesadzajmy z tym skalowaniem i nie róbmy z open CrossFit Kids – rywalizacji dla tych, którzy nawet na boxa wskoczyć nie potrafią.

      Polubienie

      1. Wiesz, kiedyś miałam podobne zdanie, a teraz myślę, że czemu nie w zasadzie? Skoro ludzie mają zajawkę, ruszyli dupę z kanapy, co im się chwali, to niech walczą na swoim poziomie ze swoimi słabościami i przesuwają swoje granice. Trochę bardziej zaawansowani spinają tyłki z całej siły na WODy Rx, a światowa elita zapier**la tak, że aż iskry lecą i tu się zgadzam, że my zwykli ludzie na Froninga nie powinniśmy patrzeć (tzn patrzeć można, bo brzydki nie jest 😉 ) i się z nim porównywać, bo to kompletnie inna kategoria. Oni są do podziwiania tylko 😉

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s