Nie musisz być zajebisty

Obserwuję publikowane w sieci filmiki, na których CrossFiterzy – amatorzy z całego świata robią swoje pierwsze Bar Muscle Upy i włos mi się na głowie jeży. Takiego festiwalu pokracznej techniki nie widziałem od czasu, gdy przestałem oglądać „fail compilations”. Nie technika jest tu jednak problemem – bo każdy z nas sadził kasztany a niektórzy sadzą nadal. Problemem  jest zachęcanie i motywowanie ludzi do wykonywania rzeczy, na które ewidentnie nie są przygotowani. Stwarzanie atmosfery przyzwolenia do igrania z własnym zdrowiem i robienie z tego powodu do dumy.

Żyjemy w kulturze odhaczeń i zaliczeń, w której nie chodzi o to, by coś przeżyć i posmakować, tylko o to, by móc powiedzieć „ja też”. Świetnym tego przykładem jest maraton – każdy biegacz, może poza tymi absolutnie początkującymi, których największym marzeniem jest wcisnąć się w dżinsy z ubiegłego roku, chce przebiec „królewski dystans”. Już sama nazwa wali w dekiel – królewski dystans, przebiegnij go a poczujesz się jak król. Biegną więc wszyscy, przygotowani czy nie, ale biegną –  bo każdy chce być królem – i jak już wszyscy go pobiegną to nagle się okazuje, że ten „królewski dystans” to żadne wielkie halo – bo co to za królewskość, którą każdy na imprezie już zaliczył?

Maraton stał się czymś, co wypada przebiec, żeby nie było wiochy w towarzystwie. Biegasz? No biegam. To ile miałeś na maraton? No… Jeszcze nie pobiegłem… I fiuu, cała mozolnie budowana pozycja w grupie wali się w gruzy. Bo co to za biegacz, co maratonu nie pobiegł…

Fetysz kółek, fetysz drążka

Podobnie jest z Muscle Upem –  może nie na taką skalę, bo szczęśliwie CrossFit nie jest jeszcze tak popularny, jak bieganie – ale ogólnie ciśnienie jest straszne. Każdy chce  zrobić Muscle Upa, bo raz że widowiskowo to wygląda a dwa, że jest jakimś tam progiem, za którym zaczyna się „prawdziwy CrossFit”.
Tylko czy naprawdę coś się tam zaczyna?

O Muscle upie obszerniej pisałem jakiś czas temu –  więc nie będę się powtarzał. Generalnie chodzi o to, że jeden Muscle Up CrossFittera nie czyni. To że raz, na świeżaka, z żyłką na czole i naciągniętym barkiem wgramolisz się na te kółka, czy inny drążek, nie zmienia nic. Owszem, możesz poczuć zajarkę, złapać trop, poczuć krew i dostać kopa do dalszej pracy, ale pierwszy Muscle Up, podobnie jak pierwszy maraton, z ogólnosportowego punktu widzenia nie zmienia nic i jako taki nie jest wart, by dla niego ryzykować zdrowiem.

Gdy ukończyłem swój pierwszy maraton, największym zaskoczeniem było to, że nic, ale to ABSOLUTNIE NIC w moim życiu się nie zmieniło. Portale internetowe pełne są opowieści o tym, jak to po przekroczeniu mety maratonu stajesz sie kimś zupełnie innym – zahartowanym w bólu herosem. Tymczasem ja po maratonie wróciłem do domu, wziąłem prysznic, wypiłem sześć piw przy ognisku a nazajutrz poszedłem do pracy taki sam, jaki z niej wróciłem trzy dni wcześniej.
No, może ździebko skacowany…

CrossFit przed i po Muscle Upie również jest taki sam.  To samo jest zmęczenie, ta sama radość z PRów i przepocone po treningu gacie też śmierdzą tak samo. Owszem –  możesz robić treningi bez skalowania i dopisać sobie RX przy wyniku – ale żeby ten Muscle Up robił jakąś wielką różnicę w codziennych treningach to nie zauważyłem.
Poza tym, od pierwszego Muscle Upa do Muscle Upów wplatanych w regularne treningi to naprawdę dłuuuga droga jest – więc nie dajmy się zwariować.

„…My z synowcem na koń i jakoś to będzie…”

Odnoszę wrażenie, że byt wielką wagę przywiązujemy do rzeczy spektakularnych, wielkich jednorazowych osiągnięć a za mało jest w tym wszystkim mozolnej pracy  u podstaw. Zamiast konsekwentnie dziubać stricty na kółkach, podciągnięcia z obciążeniem i głębokie dipy, rwiemy się do gumy, boksa, czegokolwiek, co ułatwi nam zrobienie tego wymarzonego ruchu. I nieważne, że będzie to na wspomaganiu, skalowaniu, na siłę i na chama –  ważne że będzie i zostanie odhaczone. Choć brakuje nam techniki walimy te dropsy na sztangę. Choć biegamy jak paralitycy, startujemy w maratonach.
Bo RX, bo „prawdziwy” krosfit, bo grono „tych lepszych”…

Nic nie musisz

Jako sportowiec amator nie musisz biegać maratonów i robić Muscle upów, bo bez nich też możesz czuć się świetnie, mieć zajebiste wyniki i powody do zadowolenia. Możesz być zdrowszy, sprawniejszy, bardziej podobać się sobie i dziewczynom na plaży – to wszystko da się osiągnąć bez spektakularnych ruchów i ryzyka kontuzji. Trzeba tylko trochę czasu i cierpliwości.
To, że na tablicy w boxie nie dopiszesz RX przy nazwisku to nic nie znaczy –  bo RX nie został stworzony z myślą o nas, maluczkich, robiących krosfit po godzinach w korporacji. RX powstał z myślą o wymiataczach i jeśli ktoś z twoich „zwyczajnych” znajomych jedzie na RX to nie znaczy, że ty jesteś lebiegą, tylko że on jest zajebisty.
A ty nie musisz być zajebisty.
Nikt nie musi.

Be More Human

Mój CrossFit i ogólnie rzecz biorąc mój sport to przede wszystkim dobra zabawa. To moja godzina w ciągu dnia, mój wentyl bezpieczeństwa, moje dobre samopoczucie i moje małe PRy. Coś się uda –  to świetnie; coś nie uda – znaczy trzeba jeszcze popracować. Bez ciśnienia, bez napinki, bo nic nikomu nie muszę tym CrossFitem udowadniać.
To ma być najlepsza godzina dnia a nie powód do frustracji.

Nie twierdzę, że mój CrossFit musi być twoim CrossFitem. Mamy różne plany, ambicje, życiowe możliwości i każdy gra o swoje małe Carson. Rzecz w tym, by nie dać się opętać do tego stopnia, by przysłoniło zdrowy rozsądek i odebrało radość.
Bo koniec końców nieistotne jest na jakim RX lecisz i jakie wyniki logujesz. Liczy się Twoje zdrowie i dobre samopoczucie na co dzień.

 

Obrazek pochodzi ze strony http://competitorstraining.com/

Reklamy

4 myśli na temat “Nie musisz być zajebisty”

  1. Dobry tekst i w stu procentach zgodny z moimi odczuciami. Dawno się tak dobrze nie bawiłem, jak przy 16.2, który udało mi się zeskalować idealnie do moich możliwości. Z 16.3 będzie dużo trudniej, ale coś wykminię. Bo w gruncie rzeczy dla nas – crossfiterów drugiego sortu – liczyć sie powinny przede wszystkim dwie rzeczy: zdrowie i zabawa.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Dokładnie tak jest. Nic na siłę. A ten filmik po Twoim komentarzu znikł od razu…. dziwne… Już się nikt nie cieszył z „pierwszego razu”?
    Dopiero zaczynam przygodę z crossfitem, i tak szczerze – cieszy mnie każdy mały postęp. Bo przekraczam swoje granice. Uwielbiam patrzeć na innych jak biegają – z taką lekkością i radością na twarzy. Podobnie miałam gdy widziałam wskakujących na boxa, wow – rozdziawiałam buzię i zazdrościłam. I myślałam sobie – nigdy nie wskoczę – to nie możliwe. I za pierwszym razem nie wskoczyłam. Ale za drugim – dałam radę – i wiesz co? Cieszyłam się jak dziecko. Bo dałam radę. Tak też będzie z kolejnymi ćwiczeniami. Powoli i małymi kroczkami. Bo z treningów wytaczam się a nie wychodzę. Powodzenia.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s