Nie jesteś sportowcem

Klasycznym obrazek z CrossFitu: Przychodzi nowy, nieopierzony, z deczka jeszcze zahukany i potykający się o piłkę lekarską. Mija kilka miesięcy, niech to będzie  nawet pół roku, czy rok – i ów (już nie taki) zahukany nowicjusz, który Froningów w Internetach i kolegów na zawodach się naoglądał, bierze się za bicie rekordów.
A co w tym złego – ktoś zapyta –  przecież w ciągu roku można sporo się nauczyć!
Na pewno?
No to policzmy.

Prawo jazdy na sztangę

Załóżmy, że robisz te swoje 3-4 treningi w tygodniu. W skali miesiąca jest tego sztuk 15, w skali roku 180 godzin treningowych. Czy w trakcie tych  godzin non stop szkolisz się ze sztangi? Nie. Robisz rozgrzewki, burpeeski, podciągasz się, skaczesz – raz są kettle, raz cardio, raz jeszcze coś innego. Konkretnej roboty ze sztangą jest ok godziny tygodniowo (jak chodzisz na CrossFit a nie podróbkę w fitness klubie, gdzie sztang jest 2-3 razy mniej, niż osób na zajęciach). W ciągu roku zaliczasz więc około 50ciu godzin pracy z ciężarami sensu stricte.

Aby zostać dopuszczonym do egzaminu na prawo jazdy, należy wyjeździć 40 godzin z instruktorem. Czy po tych 40 godzinach kursant umie jeździć? Skądże znowu. Po 40 godzinach to przechodzą ataki paniki przy samodzielnym odpalaniu silnika i człowiek dopiero zaczyna uczyć się jeździć. Po roku regularnej jazdy można powiedzieć, że jako tako ten samochód ogarnia – ale nikt nie powie, że ma dość wiedzy i doświadczenia, by brać się za bicie rekordów i popisy na szosie.

Porównanie ciężarów z jazdą autem nie wzięło się z przypadku –  obie czynności, aby były wykonywane bezpiecznie,  wymagają dużego stopnia „zautomatyzowania” – muszą wejść w krew, stać się nieświadome. Obie też są dynamiczne, wymagają szybkich i precyzyjnych zachowań a chwila nieuwagi może mieć dramatyczne konsekwencje.
Skoro więc zgadzamy się, że po 40 godzinach jazdy z instruktorem człowiek jest w stanie co najwyżej samodzielnie wsiąść do samochodu i nie rozbić się na pierwszym słupie, skąd bierze się przekonanie, że po kilkudziesięciu godzinach z gryfem jest gotowy na podchodzenie do ciężarów maksymalnych?

Obiecanki cacanki

Jednym z największych kłamstw, jakie sprzedaje się fit-kursantom jest to, że szybkim czasie zrobi się z nich sportowców. Już sama nomenklatura jest mocno aspirująca-  „atleci”, niby z amerykańska, ale na wzór siłaczy ze starych czasów, gdy jedną ręką podnosili cielaka a drugą maciorę z młodymi u cyca.

Niestety,  z CrossFitem (oraz krosfitnesem i całą resztą podróbek) i robieniem sportowców z Kowalskich jest podobnie jak z tym dowcipem: „kobieta może uczynić milionerem tylko tego mężczyznę, który już jest miliarderem”.
CrossFit uczyni cię zajebistym w krótkim czasie, ale tylko wtedy, gdy już jesteś w  co najmniej porządnej formie. W przeciwnym wypadku szykuj się na długą i mozolną pracę.

Jeśli jesteś typowym Kowalskim, CrossFit nie zrobi z ciebie sportowca ani w pół roku ani w rok. W pół roku to co najwyżej wyjdziesz z poziomu „ciemna dupa” na poziom „nie zabiję się kettlem„. Jasne, podskoczy ci wydolność tlenowa (kochane burpeeski) zrobisz kilka pierwszych podciągnięć siłowych, może nawet kilka cięższych martwych ciągów – ale to nie czyni cię sportowcem.
Na pewno zrzucisz parę kilo a koledzy i koleżanki będą patrzeć na Ciebie jak na kosmitę, bo dla nich wyzwaniem jest wycieczka po batonik do sklepu na parterze biurowca- ale to nie znaczy, że jesteś gość.
Wciąż jesteś początkujący –  jak ten kursant na prawo jazdy.

Jesteś diamentem!

Żyjemy w kulturze chwalenia za byle bzdurę i przesterowanych ocen. Wszystko jest „epickie”, „zaorane”, „zmasakrowane”. Wg tej skali każdy, kto rusza tyłek sprzed komputera od razu staje się sportowcem a kto nie rozbija sobie głowy gryfem ten się bierze za  rekordy…

Słabą technikę podczas robienia PRów argumentuje się słowami „ale czego się spodziewałeś, przecież to  mój ciężar maksymalny”.
Szczerze?
Oglądając podejścia do PRów z żelastwem spodziewam się techniki co najmniej na szkolne 4, ponieważ zakładam, że skoro bierzesz się za maksymalne, jak na swoje możliwości ciężary, to masz technikę opanowaną na tyle, że możesz do tematu podejść bezpiecznie, że jesteś pewien/pewna ruchów – znasz je na pamięć, wykonujesz bez zastanowienia a obecne podejście jest tylko wisienką na torcie, ukoronowaniem ciężkiej pracy a nie liczeniem na farta.

Jeśli do maxa podchodzisz bez gruntownego przygotowania, na zasadzie „a nuż się uda”, to moim zdaniem jesteś zwyczajnie głupi. Uważasz że przesadzam i hejtuję? To zastanów się, jak  nazwałbyś niedoświadczonego kierowcę, biorącego się za bicie rekordów prędkości na autostradzie…

Gen samozniszczenia

Na naszych oczach CrossFit staje się ofiarą swojej ideologii – elite fitness dla wszystkich. Nie ważne kim jesteś – my zrobimy z ciebie herosa. Przychodzą więc ci hero-wannabees na zajęcia, oczami wyobraźni widzą siebie w glorii i chwale i co ten biedny trener ma im powiedzieć? Że przez najbliższy rok będą orać podstawy i doprowadzać do używalności nieistniejącą mobilność?
Jeśli jest odpowiedzialny i traktuje swoich podopiecznych poważnie – to niekoniecznie im to powie, ale tak właśnie zrobi. Tu i tam pozwoli na małe sukcesy, ale nie dopuści, by porywali się na rzeczy, do których nie są przygotowani i będzie pracował nad zrobieniem z nich normalnych, sprawnych ludzi.

Kłopot zaczyna się, gdy kursanci trafiają na trenera, który mówi im to, co chcą usłyszeć i pozwala na igranie z własnym zdrowiem…

Rozmowa z lustrem na trzeźwo

Brak pokory i szczerości wobec samego siebie to chyba największy „grzech” popełniany przez CrossFitterów. Rwiemy się do tych PRów, sadzimy te kasztany byleby tylko przeskoczyć na „wyższy level” i dopiero, gdy nas na tych kasztanach nakryją, gdy ktoś głośno zapyta „człowieku, co ty robisz” zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno nie idziemy na skróty.
A powinno być odwrotnie!

Zanim pomyślisz o sobie, jako o sportowcu gotowym do mierzenia się z maxem swoich możliwości, odpowiedz sobie szczerze, ile  potrafisz. Ile godzin z danym ruchem przepracowałeś, jak dobra jest twoja technika. Czy podchodząc do np. rwania zastanawiasz się nad każdym ruchem, czy  też wykonujesz je instynktownie. Pamiętaj, że z ciężarami jak z szybką jazdą samochodem –  chwila nieuwagi i może skończyć się tragicznie.

Może Cię to zaboleć, możesz poczuć się urażony, ale nie jesteś sportowcem trenując po kilka godzin tygodniowo. Po prostu nie jesteś. To, że 3-4 razy w tygodniu przez godzinę się spocisz, że masz polajkowane sportowe profile a każdą wolną chwilę spędzasz czytając materiały z CrossFit.com nie sprawia, że prowadzisz sportowy tryb życia. Spójrz na siebie –  siedzisz na dupie przez większość życia – jaki więc z ciebie sportowiec?

Bardziej Janusz, niż Rysiek

Różnica miedzy zwykłym CrossFiterem a zawodnikiem z czołówki (nawet tej polskiej) polega na tym, że on wymachał grube setki, jeśli nie tysiące godzin i jego technika na co dzień jest jak żyleta –  więc nawet gdy w pośpiechu zawodów, czy przy ciężarze maksymalnym coś mu nie pójdzie idealnie, nadal jest to poziom co najmniej przyzwoity. On ruchy zna na pamięć, powtórzy je wyrwany z łóżka w środku nocy.
A ty nie.

I nie mów mi proszę, że na zawodach nie takie rzeczy uchodzą. Nie porównuj się do tych, którzy robią jako-tako, bo równać trzeba w górę, nie w dół.

 „Elite fitness” to nie tylko maksymalne ciężary, ale też maksymalna technika. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej, choćby Sam Josh Bridges Cię do tego przekonywał.

Słuchaj rozumu, bo gdy się uda, pogratulują Ci wszyscy wokół i lajki z nieba się posypią, ale gdy się rozpieprzysz, każdy przytaknie, że nikt Cię do tego nie zmuszał i nie będzie nikogo, kto Cię w szpitalu odwiedzi.

 

Reklamy

Jedna myśl na temat “Nie jesteś sportowcem”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s