Prawdziwki i pozerzy czyli rzecz o afiliacji

Pisanie o afiliacji bądź jej braku to de facto pisanie o pieniądzach –  czyli temat drażliwy. Spróbujmy jednak podejść do niego w sposób niemodny – na chłodno i bez ekscytacji.
Rozbijmy temat na elementy składowe i zajmijmy się każdym z osobna.

Kwestia etyczna

Pierwsza kwestia to tzw. „kwestia moralna”. Tak, wiem, duże słowo – może za duże do czegoś tak trywialnego jak pocenie się za pieniądze – ale w świecie praw autorskich ciężko jest przejść obok tego obojętnie.

Otóż z etycznego punktu widzenia sprawa jest oczywista: CrossFit nie jest niczym nowym, ale to Grześ Glassman go nazwał, opatentował i rozpowszechnił – więc to jemu, na logikę oraz w świetle prawa, należą się profity z tego powodu.
Koniec, kropka.

Lokale bez afiliacji oferują swoim klubowiczom „cross treningi”, które są de facto CrossFitem, tylko pod inną nazwą, żeby się CFHQ nie przyczepiło. Nie udawajmy jednak głupich i powiedzmy to jasno: nie ma czegoś takiego jak „Cross”, jest CrossFit a używanie słowa „Cross” to zagrywka w stylu dresów z czterema paskami, czyli sprzedawania podróbki o nazwie łudząco podobnej do oryginału. Dlaczego nikt nie nazywa tych treningów obwodowymi, stacjonarnymi albo funkcjonalnymi? Bo określenia te nie kojarzą się z CrossFitem –  więc się nie sprzedadzą.
Tu chodzi o podobieństwo, podróbkę – o nic innego.

kwestia empatii

Co prawda daleko mi do jakości i rozmachu CrossFit HQ, ale sam bym się zirytował, gdybym nagle dowiedział się, że  jakiś fit magazyn publikuje moje teksty w nieznacznie zmienionej formie i ze słownikiem synonimów w ręku. Jeszcze bardziej bym się zirytował, gdybym w promocję bloga włożył furę czasu i pieniędzy; postawił wszystko na jedną kartę –  rzucił robotę, zajął się blogowaniem na pełny etat i nagle dowiedział się, że gdzieś tam ludzie trzepią kasę plagiatując moją pracę i wysiłek.

To nie jest kwestia megalomanii, tylko próba empatii. Weź, postaw się  na miejscu Grześka i wyobraź sobie, że ktoś na podróbce twojej pracy trzepie kasę nie odpalając ci ani złotówki. Tak, wiem, że Polska dla Stanów jest tym samym, czym dla nas Sudan –  więc nie ma co się ciskać, że jakiś Sudańczyk zarabia na życie podrabiając polską myśl blogerską; niemniej z etycznego punktu widzenia sprawa jest zero-jedynkowa. Tu nie ma odcieni szarości.

Kwestia Pieniędzy

Najprościej jest powiedzieć: chcesz otworzyć boxa, musisz mieć odłożoną działkę dla Glassmana, bo to on  CF wymyślił i jemu się należy. Na logikę jest to jak najbardziej poprawne, ale jeśli się uwzględni realia ekonomiczne Stanów Zjednoczonych oraz Polski logika przestaje być już tak bardzo żelazna – bo czym innym jest CrossFitowy startup w takiej np. Santa Cruz w Kaliforni a czym innym box na ścianie wschodniej Polski C, gdzie bezrobocie oscyluje w okolicach 20%.
To są dwa totalnie różne światy!

Podejście „jak cię nie stać na tysiąc baksów opłaty afiliacyjnej to w ogóle nie otwieraj biznesu” może i jest atrakcyjne z etycznego punktu widzenia, ale z finansowego już niekoniecznie – i już tłumaczę dlaczego.

Przy otwieraniu boxa jak przy remoncie mieszkania – każdy grosz się liczy a kasy jest ciągle za mało – nie znaczy to jednak, że jak ktoś tej afiliacji na starcie nie wykupi, ten perfidnie będzie łupił Grzesia Glassmana do końca swoich dni.
Znam przynajmniej jeden box, który zaczynał jako nieafiliowany (wiadomo, oszczędności startującego biznesu) jednak z czasem, gdy się rozkręcił, wykupił afiliację i teraz legitnie zasila kasę CrossFit HQ. Nie wiem, czy wyłożenie kasy na afiliację na starcie byłoby dla owego boxa zabójcze, czy też pacjent przeżyłby operację, ale gdyby właściciele wyszli z założenia „z afiliacją albo wcale”, box byłby na starcie uboższy – bo kasa na sztangi i bumpery popłynęła by za ocean – a to mogłoby przełożyć się na ilość klientów i czas, w którym box wyjdzie na swoje.
A jakby w terminie nie wyszedł na swoje to by zwyczajnie upadł i tyle by Grzesiu swoją dolę zobaczył.

Kwestia praktyczna

Koszt afiliacji to 3 tysiące dolarów rocznie, czyli przy obecnym kursie zielonego jakieś 12 tysięcy złotych. Za takie pieniądze można kupić Assault bike, ergometr i sztangę z kompletem bumperów. To bardzo dużo zarówno dla startującego boxa (można tym wyposażyć niewielki „garage gym”) jak i potencjalnego klubowicza, który wchodzi i widzi, czy jest sprzęt, czy go nie ma –  bo koniec końców ćwiczy się na sprzęcie a nie afiliacyjnym kwitku.

Gdy na mojej dzielnicy, dosłownie kwadrans spacerem od domu otwierał sie nowy box, tym, co powstrzymało mnie od  przepisania się z dotychczasowego (40 minut autobusem, 20 minut autem) był brak sprzętu właśnie. Z jednej strony wiedziałem, że taki urok startupu i że z czasem się to zmieni, ale z treningowego punktu widzenia brak ergometru, czy GHD był dla mnie bardzo istotny. Zupełnie nieistotne za to było, czy lokal ma w nazwie CrossFit, czy nie  – liczyła się dostępność sprzętu; czy będę miał na czym zrobić swój trening.

Gdyby zamiast afiliacji box miał tych kilka urządzeń, przepisałbym się bez chwili zastanowienia; ich brak przeważył, że zostałem w swoim dotychczasowym. Nie wiem, ilu jest takich klientów, jak ja, ale nie interesuje mnie, czy dżinsy są markowe, czy nie –  tylko jak wygodnie na tyłku leżą i czy nie muszę nosić ich na zmianę z bratem.

Kwestia lansu

Gdyby nagle sie okazało, że jakimś cudem box w którym trenowałem przez ostatnie 2,5 roku nie był afiliowany, nie zmieniłoby to zupełnie nic. Nadal są tam świetni trenerzy, sprzętu i miejsca jest fura a na treningach pilnuje się, by nikt sobie krzywdy nie zrobił. Jasne, Grzesiu Glassman nie organizowałby tam cyklicznych szkoleń CF LVL1, ale dla mnie brak afiliacji przeszedłby kompletnie niezauważony.

Powiedzmy sobie szczerze –  co mnie interesuje, czy box „odprowadza składki” do centrali, czy nie? Nic a nic! Taki jest model biznesowy tego sportu, ale osobie ćwiczącej ten model biznesowy formy nie podnosi, sprzętu i miejsca w boxie od tego nie przybywa. Mówiąc wprost: wisi mi to.

Mam świadomość, że są ludzie, dla których posiadanie dóbr markowych dobrze robi na ego – muszą mieć najnowszego ajfona, buty z limitowanej edycji i kartę członkowską do ekskluzywnego klubo go-go.  Takim ludziom członkostwo w  prawilnym boxie na pewno zrobi dobrze –  bo już od pierwszej klasy dla beginnersów, już na starcie będą PRO.
Mi jest obojętne, czy ciuchy które noszę są markowe czy nie – ważne aby były wygodne. Dokładnie takie samo podejście mam do miejsca, w którym ćwiczę.

Kwestia jakości

Pisząc o CrossFicie oficjalnym i nieoficjalnym trzeba rozróżnić dwa rodzaje krosfitu nieoficjalnego – boxy bez afiliacji oraz fitness kluby oferujące zajęcia z produktu krosfitopodobnego. O ile w przypadku fitness klubów sytuacja jest dość prosta – bo ani tam są warunki, ani sprzęt do „robienia CrossFitu” jak papa Glassman przykazał a prowadzone zajęcia  z „cross treningu” wciśnięte są między box, zumbę i zajęcia na płaską pupę; o tyle w przypadku nieafiliowanych boxów sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Nie chcę wymieniać z nazwy, ale mamy w kraju kilka nieafiliowanych miejscówek, które ilością miejsca i sprzętu deklasują niejeden „legalny” box. Co „gorsza” –  w miejscówkach tych nierzadko trenują ludzie z czołówki rodzimego CrossFitu –  więc argument, jakoby „nielegalny CrossFit” był gorszy jakościowo zupełnie kupy sie nie trzyma. Nie trzyma  tym bardziej, że są afiliowane boxy gdzie nie można rzucić żelazem o podłogę a trening to bardziej fitness na wyższych obrotach, niż sensowna myśl treningowa.

Skoro nieafiliowany box może być przestronny, bogato wyposażony i zatrudniać kumatych trenerów, wartościowanie na podstawie posiadania afiliacji przestaje mieć jakikolwiek sens. Owszem, w dyskusjach między właścicielami boxów może to być argument ostateczny, ale dla typowego klubowicza jest to kwestia trzeciorzędna.

Kwestia rozsądku

Wpis na tak nośny temat wypadłoby zakończyć jakimś zgrabnym tekstem, który zagrzeje dyskutantów do kręcenia gównoburzy a tym samym podbije blogerski fejm. Rzecz w tym, że prowadzenia boxa, afiliowanego czy nie, nie da się podsumować jednym zgrabnym zdaniem –  i dokładnie to próbowałem tym wpisem przekazać. Że ocenianie , wartościowanie i kręcenie hejtu na podstawie tego, czy ktoś płaci Papie Glassmanowi, czy nie, jest tyleż głupie, co powierzchowne, bo to temat dużo bardziej złożony, niż posiadanie kwitka z centrali. Że z punktu widzenia klienta boxa, podział na krosfit prawdziwy i nieprawdziwy jest z dupy wzięty – bo niejednokrotnie w „nieprawdziwych” boxach trenują ludzie z „prawdziwej” czołówki a nieprawilne boxy bywają lepiej wyposażone od tych z kwitami CrossFit HQ.

I że zamiast napinać się, kto ma bardziej markowe dżinsy lepiej skupić się na tym, by wygodnie na dupie leżały – czyli po prostu pójść na trening 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s