Najkrótsza droga do ciemnej dupy

Gdy podczas ostatniego urlopu wychodziłem na plażę towarzyszył mi lekki dyskomfort, ponieważ wiedziałem, że suple od DajeszOjciec Catering & Nutrition niekoniecznie poszły w bica. Wystarczyło jednak krótkie rozejrzenie się po  wczasowiczach, by ten dyskomfort minął – bo nagle okazało się, że z tą swoją „krosfitową średnią” spokojnie plasuję się w czołówce plażowego peletonu. Może nie w zupełnym czubie, ale w ostatnią ćwiartkę wchodzę jak darmowe drinki z baru all inclusive.
Nie powiem, dobrze mi to zrobiło.
Ale…

Awans awansem

W czołówkę peletonu wszedłem nie dlatego, że mam ciało Adonisa, tylko dlatego że ludzie, tacy zwykli statystyczni Kowalscy, mają normalne ludzkie ciała ze wszystkimi, wynikającymi z trybu życia nadprogramowymi kilogramami. Owszem, zdarzali się mocno otyli – ale byli to głównie starsi, z pokolenia naszych rodziców, czasem babć. Moi (na oko) rówieśnicy wyglądali przeciętnie – raz lepiej, raz gorzej,  ale osób o sylwetce choćby umownie sportowej, było niewiele – i właśnie dlatego bez problemu wbiłem w czwartą ćwierć.

Patrząc na tych normalnych ludzi zastanawiałem się, czy to przypadkiem nie jest tak, że funkcjonując w tym swoim „fit środowisku”, mając fit-zainteresowania, zaczynam patrzeć na świat przez „fit okulary”, które dość mocno wykoślawiają rzeczywisty obraz. Czy nie przesiąkłem już fit wzorcami na tyle, by postrzegać „standardową” sylwetkę nie jako normalną, tylko jako „model do poprawy”. Mówiąc wprost: czy nie rzuciło mi się na dekiel tak mocno, że jedynym „dobrym wzorcem” jest dla mnie wzorzec sportowy a wszystko poniżej jest otyłe, brzydkie i nieatrakcyjne?
Obawiam się, że tak.

Funkcjonując w fit-środowisku chcąc nie chcąc nasiąkłem tymi Froningami, Dottirami, zdrowym żarciem i jednocyfrowym poziomem tkanki tłuszczowej – nawet, jeśli na co dzień traktuję je z przymrużeniem oka. Bezrefleksyjnie przyjmuję, że to co robię jest dobre, tak „powinno się robić” –  tymczasem życie pokazało mi, że tak wcale nie jest. Jest za to cała masa normalnych ludzi, którzy wyglądają przeciętnie i… nic się w związku z tym nie dzieje.

Najlepsza sztuka w stadzie

Mordujemy się by wyglądać jak te nasze fit-motywatory, lub przynajmniej lepiej od innych. By zrobić „wejście smoka” na plaży i zbierać zachwycone spojrzenia płci przeciwnej. By być najatrakcyjniejszym egzemplarzem w stadzie, albo przynajmniej w ścisłej czołówce tego stada.
Wszystko rozbija się o innych ludzi – o to co o nas pomyślą i powiedzą. Chcesz zaprzeczyć? To pomyśl o tym, jak wychodząc „do ludzi” zakładasz te ubrania, które ukrywają to, co uważasz za felerne, zaś w zaciszu domowym nie masz problemu z tym, by wyglądać codziennie i niedoskonale.

Lubimy sobie pogadać, że „ability not appearance”, ale w sytuacji, gdy internetowy fitnessPorn kosi tysiące lajków a co drugi box i fitness klub otwarcie mówi o „akcji plaża” i „sylwetce na lato” – można te „ability not appearance” między bajki włożyć.

Nie policzę, ile razy w korpo kuchni słyszałem rozmowy dziewczyn, które nie założą tego, czy tamtego, bo są za grube (co oczywiście jest problemem urojonym, bo to w zdecydowanej większości fajne, zdrowe kobitki). Nie założą, bo ludzie będą widzieli, że nie są idealne.

Mordujemy się, ponieważ na plaży nie ma jak ukryć tych niedoskonałości. Nagle obcy ludzie widzą nas takimi, jakimi jesteśmy tyko w domowym zaciszu – niedoskonałymi – bo człowiek z natury jest niedoskonały. Jedni się z tym pogodzą i powiedzą „trudno, taki/a jestem” inni zaś będą się zarzynać, by obcy ludzie zobaczyli ich takimi, jakimi chcą być widziani.

Nie wiem, czy to kwestia próżności, czy braku akceptacji samego siebie, ale fit-środowisko przesiąknięte jest tym pierdolcem na punkcie własnego wyglądu. Nie chodzi mi nawet o sporty sylwetkowe –  bo to najjaskrawszy i najłatwiejszy przykład – ale o ten potop zdjęć na instagramie, czy fejsbuku, gdzie wszyscy pokazują jacy to są zrobieni, jak im się mięśnie zarysowują i żyłki wychodzą.
Jeden wielki festiwal próżności i zbierania akceptacji pod postacią lajków.

Ciągły głód

Jak to jest, że „fitnesowo średni” ja, na tle normalnych ludzi nie mam powodów do narzekania, natomiast w zestawieniu z wzorcem „sylwetki plażowej” szału nie robię – myślałem grzejąc zadek w bułgarskim słońcu.
Otóż dzieje się tak, ponieważ fit światek operuje w wartościach szczytowych, albo mówiąc po ludzku dąży do ideału. Ideał jest wszystkim a wszystko poza ideałem nadaje się do poprawy. Jest to sytuacja tak chora, by nie powiedzieć pierdolnięta, że aż słów brak.
Rozumiem że fit-światek to odnoga sportu i przesiąknięty jest mentalnością zwycięzcy, że liczy się jak najwyższe miejsce na pudle – ale przenoszenie tej mentalności na pole tak delikatne, jak wygląd i samoocena kwalifikuje się do wizyty u specjalisty.

Zakładanie, że liczy się jak najlepszy efekt a wszystko poniżej 95% kwalifikuje się do poprawy jest najkrótszą drogą do frustracji. W życiu nie można mieć samych najwyższych not i najlepszych efektów – to jest po prostu niewykonalne! Dlatego też maksymaliści, ludzie zapatrzeni w najwyższe miejsce na podium mogą się albo zarzynać, albo frustrować- innej drogi nie ma.

Patrząc na tych normalnych, niedoskonałych plażowiczów zrozumiałem, jak mocno mi się ten fit-zajob na głowę rzucił, jak podświadomie przesiąkłem tym maksymalizmem. Wydawało mi się, że jestem poza tym – a tu pierdut, bolesną prawdą między oczy.

Krok wstecz i chłopski rozum

Nie dajmy się zwariować fit zajobowi, że w trakcie „akcji plaża” liczy się tylko idealne letnie ciało. Owszem, mam świadomość tego, że oceniamy się porównując do innych i zawsze znajdzie się ktoś „lepiej zrobiony”, ale celowanie w to, by być najidealniejszym egzemplarzem w każdym zestawieniu to najkrótsza droga do frustracji.

Rozumiem ambicje, rozumiem kompleksy, ale tak na chłopski rozum rzecz biorąc –gdyby każdy był idealny, ideał stałby się normą i spowszedniał -toteż lepiej cieszyć się z miejsca w drugiej połówce, niż narzekać, że się nie stoi na podium.

Poza tym, jak to mówią w robocie: „done is better than perfect” 😉

 

Reklamy

4 thoughts on “Najkrótsza droga do ciemnej dupy”

    1. Poproszę o rozwinięcie tej interesującej, animalnej frazy ‚zjadasz już swój ogon”. Konstruktywna krytyka byłaby bardzo ciekawa. Treści się powtarzają? Jakie tematy są ograne, gdzie szukać inspiracji, o czym warto pisać? Jak to widzisz we2u?

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s