Maximum wydajności przy minimum wysiłku

Temat fit-karty w krosficie to de facto kwestia kasy – rzecz drażliwa – więc i rozmowy na jej temat do najbardziej wyważonych nie należą.
Z jednej strony padają argumenty, że “chyba kogoś pojebało”, z drugiej zaś szydera o Januszach i Grażynach, którzy za paczkę dropsów chcą mieć towar Premium.
Klasyczny internetowy „dialog” naszych czasów 😀

Kto rozdał karty i w co nimi grają

Z grubsza rzecz biorąc, sport na fit-kartę wziął się stąd, że polskie prawo wymuszało na pracodawcy utworzenie funduszu socjalnego dla pracowników. Ponieważ prawo nakazywało “odłożyć kasę na przyjemności”, ktoś wpadł na pomysł, że zaoferuje firmom prosty i wygodny sposób na tej kasy zagospodarowanie – stworzy program, który “zaopiekuje się” firmowymi pieniążkami, za które da pracownikom tychże firm różne rozrywki aka „benefity”.

Dla firm było to zbawienne, ponieważ podpisywały z taką „benefitową” firmą deal, w myśl którego część “abonamentu za osobę” wpłacała firma (bo musiała na coś pieniążki z funduszu wydać), pozostałą kwotę dopłacał pracownik (co było o tyle łatwe, że potrącano mu ją z pensji -więc po pewnym czasie zapominał, że coś tam mu z wypłaty ubywa) a całość wpadała do kasy benefit-firmy.
W efekcie  zadowolony był pracodawca – że ma obowiązek z głowy,  oraz benefit firma – że ma zarobek.

Jakie są zasady tej gry

Fit-firmy (nazwijmy je tak, bo wpis ten mówi głównie o fit-benefitach ) oparte są o dwa rodzaje placówek – własne, czyli znane sieciowe fitness kluby; oraz mniejsze osiedlowe lokale, które z fit siecią podpisały umowę. O ile w przypadku własnych “sieciowych” lokali sprawa jest prosta, bo cała kasa od firmy, która “dała” pracownikom fit kartę trafia prosto do sieciowej kiesy, o tyle w przypadku osiedlowych klubów rzecz jest nieco bardziej skomplikowana.

W skrócie wygląda to mniej więcej tak:
Fit sieć podpisuje z osiedlową siłownią deal, że za każde zarejestrowane wejście na kartę, siłownia dostaje z fit sieci (mniej więcej) 15 złotych. Klient przychodzi do siłowni, odbija się kartą, system rejestruje wejście i na koniec miesiąca manager siłowni podlicza, że na fit kartę było tysiąc wejść, każde po 15 złotych – więc do fit sieci wędruje faktura na piętnaście tysięcy złotych polskich.
Faktura płacona jest albo po bożemu – czyli do 14 dni od wystawienia, albo po polsku – czyli z opóźnieniem. Ktokolwiek prowadził własny biznes ten wie, o czym mowa, a kto nie wie – ten może uznać się za szczęściarza 😉

Kwestia płynności i matematyka dla klas 1-3

Koszt karnetu open do boxa w Warszawie to 250 złotych. Klient przychodzi, kupuje karnet i czy wejdzie pięć razy w tygodniu, czy tylko raz przy niedzieli, dwie i pół stówki wpływa do kasy. Popularnym rozwiązaniem w klubach jest też okres wypowiedzenia wynoszący kolejny miesiąc – czyli de facto wymuszony miesiąc „zabezpieczenia” dla klubu.

każdy nowy klient, choćby tylko na miesiąc, przynosi do boxa pięć stów, co bardzo dobrze robi na płynność finansową.

Aby te pięćset złotych uzbierać na dealu z fit-kartą, trzeba w systemie uzbierać 33 wejścia w ciągu dwóch miesięcy, czyli mieć klubowicza, który trenuje cztery razy w tygodniu. “Co to są cztery treningi w tygodniu” – ktoś zapyta – przecież dla krosfitera trening cztery razy w tygodniu to lekko zaniżona średnia.  Pamiętajmy jednak, że krosfiterzy nie są w żaden sposób reprezentatywni dla typowego posiadacza fit-karty. Krosfiter to freak, fanatyk swojego sportu i stawianie go obok pracownika biurowego, który do fitness klubu idzie odreagować ciężki dzień w pracy, jest nieporozumieniem.
A takich „biurowych krosfiterów” jest coraz więcej, bo popularność krosfitu nie maleje

No dobrze, ale skoro krosfiter to freak, który najchętniej by nocował przy sztandze, to uzbieranie tych czterech treningów tygodniowo i 250 złotych miesięcznie nie powinno być problemem, prawda?
Czy z karnetu, czy z fit karty – box wyjdzie na swoje.

80% krosfiterów trenuje na tyle często, by z ich obecności, liczonej 15 złotych za wejście, uzbierać równowartość karnetu do boxa.

Jakiś czas temu przeprowadziłem ankietę, w której pytałem min o ilość treningów w tygodniu. Na ankietę odpowiedziało grubo ponad 400 osób z całego kraju – myślę więc, że wyniki można uznać za miarodajne. Wg tej ankiety, 60% krosfiterów robi 3-5 treningów tygodniowo, 20% robi od 5 do 8, 19% do trzech w tygodniu i tylko jeden procent robi ponad dziewięć treningów tygodniowo. Ewidentne więc jest, że zdecydowana większość krosfiterów to ludzie podchodzący do treningów z pasją i zaangażowaniem.

Z punktu widzenia boxa, który chciałby wejść w karciany biznes, są to bardzo dobre dane, ponieważ pokazują, że 80% krosfiterów trenuje na tyle często, by z ich obecności, liczonej 15 złotych za wejście, uzbierać równowartość karnetu do boxa.
Matematycznie wszystko się zgadza – ale matematyka to nie wszystko.

Płaska pupa na godziny

Idealnym narzędziem do kręcenia fit karcianej kasy są zajęcia w stylu “płaska pupa”, gdzie na salę przypada jedna instruktorka a na instruktorkę pięćdziesiąt pań, z których każda robi to co potrafi (co nie jest problemem, bo własnym ciałem sobie krzywdy nie zrobią) – i po godzinie mamy 750 złotych. Tymczasem w boxie z fit kartą w ciągu godziny “przemieli się” 20 osób (zakładając, że respektowany jest limit uczestników) co daje tylko 300 złotych – i to tylko wówczas, gdy na zajęciach jest komplet.

Aby zarobić tyle, co fitness klub na “płaskiej pupie”, fit karciany box musiałby napracować się ponad dwukrotnie więcej, co jest niewykonalne choćby ze względów lokalowych, że o ideologicznych nie wspomnę. Dlatego z biznesowego punktu widzenia dużo bezpieczniej jest nie wchodzić w karciany deal, gdzie łaska klubowicza na pstrym koniu jeździ, tylko brać gwarantowane 2, 5 stówy od łebka + kolejne 2, 5 za “miesiąc wypowiedzenia”.

W rozmowach z właścicielami boxów kilka razy usłyszałem, że “gdyby mieć duży lokal z dużym przemiałem, klubowiczów którzy na zajęcia chodzą 4-5 razy w tygodniu i kasę na trzy miesiące zakładki – to spokojnie można się utrzymać z fit karty”.
Kłopot w tym, że lokale są drogie, klubowicze humorzaści a “trzy miesiące zakładki” to w przypadku każdego biznesu, duża kasa.

Ideologiczny dysonans

Miejscem, gdzie między krosfitem a fit kartą mocno zgrzyta, jest ilość osób na zajęciach. Fit karty opierają się na zajęciach masowych – wspomnianej płaskiej pupie na 50 osób, sexy sylwetce i temu podobnych cardio fikołkach – zaś krosfit na małych, dających się kontrolować grupach. Oczywiście w praktyce z tą kontrolą bywa różnie, ale umówmy się, że do frekwencji z “płaskiej pupy” jeszcze trochę w boxach brakuje 😉

Krosfit nie może być masowy bo jeden trener nie jest w stanie ogarnąć masy ludzi machających ciężarami. Nie jest w stanie przypilnować jakości, która przy pracy ze sztangą musi być priorytetem. Musi, ponieważ o ile podrygując w rytm muzyki ciężko jest zrobić sobie krzywdę, o tyle chwila nieuwagi ze sztangą może skończyć się tragicznie.
Rzecz jasna zdarzają się kluby, gdzie krosfiterów na zajęciach jest niemal tyle, ile pań na płaskiej pupie – ale to jest zwykły skok na szmal i brak szacunku dla klienta, któremu obiecuje się zajęcia ćwierć indywidualne a sprzedaje zumbę w tłoku.

No przecież nie wyrzucę pieniędzy za drzwi…

W boxie, który oprze się na fit-karcianych klubowiczach, trener nie odmówi wpuszczenia na zajęcia z powodu przekroczonego limitu uczestników, ponieważ wie, że klient niewpuszczony na zajęcia więcej na nie nie przyjdzie. Klient masowy to klient chimeryczny i kapryśny a pamiętać trzeba, że głównym powodem założenia boxa była chęć zarabiania pieniędzy – więc aby te pieniądze na chimerycznym kliencie zarobić, trzeba się do jego kaprysów dostosować.
A krosfitowego boxa nie zakłada się po to, by się do czyjegoś widzimisię dopasowywać, tylko po to, by prowadzić go po swojemu.

Janusz dywersant…

Częstym argumentem przeciwko fit kartom w krosficie jest ten mówiący o rozbijaniu grupy przez niedzielnych krosfiterów. Że przyjdzie taki zupełny lajkonik, który podstawowych rzeczy nie umie i trener, zamiast zająć się grupą, będzie prowadził zajęcia dla początkujących. Z jednej strony ciężko tu odmówić logiki – ale jest to do ogarnięcia poprzez odesłanie delikwenta na zajęcia on ramp, tudzież klasę beginners, po których będzie mógł wpadać na zajęcia, jak mu kalendarz pozwala. Oczywiście, wymaga to pewnego zachodu – bo takim ludziom trzeba tłumaczyć, czasem się poużerać, czasem zaryzykować utratę klienta – ale jest to rzecz wykonalna.

“Inwazja Januszy” to problem mocno przerysowany i więcej w nim bezpodstawnej paniki, niż faktycznych powodów do strachu.

Znajomi właściciele klubów, w których honorowane są karty multisport przyznali, że w ich klubach jest duża grupa osób chodzących na zajęcia 4-5 razy w tygodniu, biznesowo wychodzą na swoje a rozbijający zajęcia “Janusz dywersant” to zjawisko incydentalne.

…i niebezpieczny głupek

Pójście “w kartę” przy obecnej popularności krosfitu wiąże się z czysto ludzkim ryzykiem, że wśród masy ludzi, którzy idą na “darmowe” zajęcia znajdzie się narwaniec, który upuści sobie sztangę na łeb i będą kłopoty. W fitness klubie ryzyko jest dużo mniejsze, bo tam większość osób albo cyka na orbitreku albo fika na innej maszynie – a te sprzęty raczej ciężko zrzucić sobie na łeb (o różnicach w zachowaniu bywalców fitness klubu pisałem TUTAJ).

W przypadku wolnych ciężarów ryzyko jest dość spore – więc lepiej dmuchać na zimne. Co prawda powszechną praktyką w boxie jest podpisywanie kwitu, że wszystko robimy na własną odpowiedzialność, ale wiadomo, że człowiek, który spieprzy się z pięciometrowej liny nie zawsze o tym pamięta.
A po co komu ciąganie się po sądach?

Kasa, wygoda i szczypta ideologii

Boxy to przeważnie małe “rodzinne” interesy, bez kilkumiesięcznej “zakładki” finansowej, bez metrażu pozwalającego na dorabianie płaską pupą. Gdyby nagle okazało się, że ludzie przestają przychodzić „na karnet”, szybko przyjęłyby rozwiązania fit-karciane, ponieważ z nich też da się utrzymać. Rzecz w tym, że chętnych na karnet nie brakuje – po co więc mają komplikować sobie życie?

Po co wchodzić w niepewny deal i martwić się, czy w tym miesiącu uzbiera się 20 wejść na łebka, skoro wciąż są chętni na rozwiązania karnetowe, które dają dużo większy zysk i płynność finansową?
Minimum wysiłku i maximum efektu –  czy nie o to właśnie chodzi w krosficie?

Brak fit-karty w krosficie jest kwestią pieniędzy. Ktoś powie, że to również kwestia jakości – ale umówmy się – nie ma boxa, który nie miałby na swoim koncie zajęć z grupami równie licznymi, co maraton zumby. Wystarczy krótki rekonesans po klubowych fanpejdżach by trafić na filmiki, które od „płaskiej pupy” różnią tylko kolorowe kettle i magnezja.
No i okrąglejsze pośladki pań – bo jednak siady muszą być 😉

Twierdzenie, że brak fit-kart w krosficie to skok na kasę, jest moim zdaniem przesadzone. Pamiętajmy, że po to się zakłada biznes, żeby z niego tę kasę mieć. Krosfit to nie są działania charytatywne na rzecz community, tylko sposób zarabiania na życie i ciężko jest zarzucać komuś, że wybiera rozwiązanie dające kasę większą i pewniejszą.

Ciężko mieć pretensje o to, że woli mieć stały i pewny zarobek, bo bank nie pyta, czy robisz coś dla community, tylko zdziera ratę kredytu.
A jak nie masz na kredyt to do boxa wchodzi pan komornik i robi “One rep Max”.
Z karnymi odsetkami.

Ile kosztuje kontuzja

Kontuzje zwykle kojarzą się z odstawką od sportu. Człowiek nagle dostaje szlaban na ulubioną aktywność i wydaje mu się, że gorzej być już nie może. Jest rozżalony i sfrustrowany – jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Kiedy przejdzie pierwsza fala złości, przychodzi pogodzenie się z faktem: ok, przeholowałem i muszę swoje odsiedzieć. Siada więc człowiek i czeka, czeka, cholera go od tego czekania bierze a kontuzja albo nie chce przejść, albo odnawia sie przy byle okazji. Wtedy zaczyna myśleć o pójściu do fachowca. Nie ortpedy-specjalisty od wszystkiego i niczego, tylko specjalisty z prawdziwego zdarzenia.
Prywatnie.

Gdy dorobiłem się łokcia tenisisty, specjalista od USG, który to zdiagnozował powiedział mi, że czekają mnie 2 miesiące odstawki od jakichkolwiek ćwiczeń siłowych na ręce. Troszkę mnie to podłamało, bo w połączeniu z kontuzją podudzia oznaczało to kompletne odstawienie od sportu. Aby przyspieszyć powrót na treningi postanowiłem pójść do fizjoterapeuty. Prywatnie, za kasę – bo  z ramienia prywatnej służby zdrowia czekałbym kilka miesięcy, zaś o państwowej nawet myśleć nie chciałem.

Na pierwszej wizycie, która w Warszawie kosztuje stówkę z hakiem, dowiaduję się, że są kontuzje, które nie przechodzą same z siebie. Ale jak to? Przecież ortopeda mówił, żeby nie uprawiać sportu, że powinno samo przejść. No mówił, mówił – ale to był ortopeda ogólny a nie lekarz sportowy – a ortopedzi ogólni są… „ogólni”  i „ogólnie” się znają.
„Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć…”

Z okolicą łokcia problem jest taki, że jest słabo ukrwiona, a ponieważ krew dostarcza wszystkie składniki pomagające w regeneracji, składników tych jest tam mało i proces „samoczynnego” gojenia trwa około roku. ROKU ODSTAWKI OD SPORTU. Przyspieszyć ten proces można rehabilitacją, czyli masażami zwiększającymi ukrwienie  (czyli prowokowaniem większych dostaw „naturalnych surowców odbudowujących uszkodzenia”). Standardowy czas wspomaganego rehabilitacją powrotu do zdrowia to ok 1,5 miesiąca przy dwóch sesjach rehabilitacyjnych tygodniowo. Zakładając, że miesiąc to 4 tygodnie dostajemy 12 spotkań z rehabilitantem po ( w uśrednieniu) stówce sztuka czyli 1200zł samej reahabilitacji.
A to nie wszystko.

Do tego trzeba doliczyć koszt prywatnego USG, kompresów żelowych do robienia okładów, stabilizatorów na łokieć, wałków do masażu – wszystkiego razem uzbiera się jakieś półtorej kawałka.
Poza kasą doliczamy też dojazdy na reahabilitację –  czyli czas, którego jako rodzic mam wiecznie za mało oraz, koniec końców, furę związanych z tym nerwów, bo przecież poza rehabiltacją jest jeszcze praca, dom, dziecko, różne wydarzenia losowe –  i wszystko to trzeba jakoś pospinać do kupy.
I jeszcze wyspać się w międzyczasie.

Jak widać z powyższego, kontuzja jest sprawą zupełnie nieopłacalną.
Odebranie przyjemności z ćwiczenia, fura kasy wydana na leczenie – moim zdaniem to zdecydowanie zbyt wysoka cena, jak za kilka endorfinowych strzałów.
Niestety, nauka ta (jak każda solidna nauka w tych czasach) słono kosztuje.
Płać i płacz, ojciec.
Ojciec płać…