Ciężkie pstrągi i inne powody do hejtu na krosfit

CrossFit, jak każde popularne zjawisko, ma tylu zwolenników, co i przeciwników. Przy wszystkich różnicach łączy ich to, że jedni i drudzy są tak głęboko okopani na swoich pozycjach, że potrzebują wejść na stołek, by dostrzec racje drugiej strony.
Wśród masy bezsensownych zarzutów wobec krosfitu jest jeden, wobec którego ciężko jest przejść obojętnie kwitując go jako bezmyślny hejt.
Jest to zarzut o propagowanie złej techniki i fundowanie ludziom kontuzji.

Zarzuty o gwałcenie techniki padają na krosfit zarówno z sal gimnastycznych, jak i piwnic z ciężarami. Co prawda największy prym w wysuwaniu tych zarzutów wiodą ludzie, których główna aktywność polega na spięciach bicepsa w ograniczonym zakresie ruchu – ale umówmy się, że podchodzimy do tematu na poważnie.

Po co ten pośpiech?

Absolutnym fundamentem krosfitu jest równanie mówiące, że moc =  (siła * dystans)/czas. Mówiąc po ludzku, jeśli masz do zrobienia 100 podciągnięć, większą moc wygenerujesz wykonując je w 10 minut, niż w trakcie godziny. W absolutnym skrócie: im szybciej trenujesz tym większą moc generujesz.

Założenie, że “im szybciej tym większa moc” jest główną przyczyną tego, że jedna połowa krosfitowych treningów odbywa się na czas, druga zaś na max rund w określonym czasie.
W obydwu przypadkach chodzi o to samo –  o maximum wykonanej pracy.
Tylko czy szybciej (mocniej) na pewno oznacza lepiej?

Sezon na pstrąga

Chyba żadne krosfitowe ćwiczenie nie budzi takich emocji, jak podciągnięcia z kippingiem, zwane pieszczotliwie pstrągami. Jedni krzyczą, że to nie są podciągnięcia, drudzy że to najprostsza droga do rozwalenia sobie barku.
Moim zdaniem jedni nie rozumieją krosfitu a drudzy mają trochę racji.

Według klasycznej szkoły sytuacja jest zerojedynkowa – albo masz dość pary by się siłowo podciągnąć, albo nie masz. W krosficie, poza siłą liczy się też wydajność –  nie tylko ile, ale też jak szybko jesteś w stanie się podciągnąć –  i to nie raz, nie dwa, ale kilkadziesiąt razy pod rząd.

Wiedząc, że intensywność to praca razy czas, ktoś wpadł na logiczny w gruncie rzeczy pomysł, że podciągnięcie przy pomocy “bujnięcia z biodra” sprawi, że ręce mniej się zmęczą, niż przy klasycznych podciągnięciach siłowych – a to znowu pozwoli na szybsze skończenie treningu, co w efekcie da tę samą pracę, tylko wykonaną szybciej.
Mówiąc po ludzku “waląc z biodra” wygeneruje się więcej mocy.

kipping

Problem z generowaniem mocy polega na tym, że im więcej jej generujemy –  tym trudniej ją kontrolować. To jak z jazdą samochodem – jadąc 60km/h mamy pełną kontrolę nad kierownicą, przy stówie trzeba już się skupić, zaś przy 160 wystarczy chwila nieuwagi i dramat gotowy.

Nitro dla kierowcy amatora

Kipping aby był bezpieczny musi być wykonywany poprawnie technicznie – tak samo jak bezpieczna jest szybka jazda zawodowego kierowcy.  Gdy wykonuje go ktoś z doświadczeniem wygląda to fenomenalnie, niemalże jak taniec. Jest moc, jest prędkość a papa Glassmana dostaje zadyszki z radości. Niestety, kipping często traktowany jest nie jako “wyższy bieg” pozwalający na wygenerowanie większej mocy, ale  jako ułatwienie dla tych, którzy mają problemy z podciąganiem siłowym.
Takie nitro dla kierowców amatorów

Teoria się zgadza, tylko praktyka szwankuje

Żeby robić dobry i bezpieczny kipping trzeba mieć mocne ramiona. Bardzo mocne . Jakbyśmy dobrej techniki nie mieli, to z mechanicznego punktu widzenia kipping to jest “bujanie” całego ciała na zawiasach barków. Zakładając że ważysz 80 kg, w trakcie kippingu bujasz ciężarem około 60 kg – to bardzo dużo. Dla krosfiterów – amatorów jest to ZA DUŻO,  ponieważ wraz ze zmęczeniem spada jakość wykonywanych ćwiczeń a bujanie kilkudziesięcioma kilogramami „na pałę” to nie jest dobry pomysł.

Przy całym krosfitowym “pilnowaniu standardów”  (hello, zeszłoroczne muscle upy) realia wyglądają tak, że do treningów na kilkadziesiąt powtórzeń podchodzą osoby, które za swój sukces uważają pierwsze siłowe podciągnięcie. Wchodzi więc taka osoba na gumę licząc, że jakoś to będzie. Obok niej zwisa kolega, który siłowo podciągnie się kilka razy –  i choć pierwsze kilkanaście powtórzeń może im wyjść przyzwoicie, to w piętnastej minucie takiej “Cindy”, gdy ręce spompowane są do nieprzyzwoitości, kipping zamienia się w szamotanie pstrąga.
I taki kipping uważam za powód do hejtu – bo głupotę trzeba hejtować.

Za słaby na PR-y

Wiem, że to co piszę stoi w sprzeczności z założeniami krosfitu, z fundamentalnym równaniem wedle którego szybkość razy ciężar oznacza większą moc – ale  nie widzę sensu robienia podciągnięć na czas przez ludzi, którzy ewidentnie są na ten konkretny trening za słabi. Przy całym krosfitowym etosie niezniszczalności musimy pamiętać o swoich słabych stronach. Pamiętać, że w trakcie pracy na czas ZAWSZE cierpi technika –  a gdy siły i techniki brak, pracując “na tempo” sami prosimy się o kłopoty.

kipping na czas, bez siły i techniki to głupota oraz oszukiwanie samego siebie.

Kipping nie powstał jako “wersja skalowana” podciągnięcia, tylko jako “wyższy bieg” pozwalający wygenerować większą moc tym, którzy coś już potrafią. Dla osoby bez siły i techniki, z treningowego punktu widzenia, poza zarżnięciem nie ma w tym nic.
Wytrzymałość mięśniową można budować na inne sposoby a jeśli mięśni brak –  ich budową trzeba się zająć najpierw.

Wiem, że to pięknie robi na ego, gdy powiesz  “zrobiłem 100 podciągnięć” –  ale to dość drogi benefit, za który ( w najlepszym wypadku) płaci się pozrywaną skórą dłoni.
To po prostu głupie –  i tyle.

Zarzuty wagi ciężkiej

W zasadzie brak mi argumentów, którymi mógłbym bronić robienia dwuboju na czas przez osobę, która krosfit ćwiczy od trzech miesięcy, pół roku, czy nawet rok przez trzy dni w tygodniu. Gdyby to jeszcze był EMOM na singlach, czy klasa techniczna pod okiem trenera, mogłoby to jako tako wyglądać  – ale gdy na tablicy w boxie rozpisane są power snatche na czas – to nie ma żadnej, ale to najmniejszej szansy, by  u takiego – powiedzmy szczerze – zielonego krosfitera wyglądało to przyzwoicie.

Można próbować się bronić argumentem, że to przecież normalne, że początkującemu wychodzi gorzej – takie przecież prawo początkującego – ale nie wytrzymuje to starcia z logiką.

Skoro wiemy że ktoś jest początkujący a jego technika kuleje, jaki jest sens dawania mu w treningu skomplikowanych ruchów ze sztangą NA CZAS?

W krosficie jest wielu zawodników, którzy mają super technikę i aż miło na nich popatrzeć. Są osoby, które nawet w dziesiątej minucie AMRAPu trzymają fason i ciężko im cokolwiek zarzucić. Rzecz w tym, że jest ich niewiele a  przytłaczająca większość z nich to są albo trenerzy, albo ludzie o ugruntowanej pozycji zawodniczej (co zazwyczaj na jedno wychodzi).

Krosfit jest piękny, gdy robi się go poprawnie. Rzecz w tym, że większość z nas tak nie robi –  bo wciąż jesteśmy początkujący

crossfit-snatches

 

Dyżurną receptą na luki w technice jest zmniejszenie ciężaru w trakcie WODa.
Nie umiesz w dwubój –  to weź sztangę piętnastkę, załóż dwie piątki i rób tak, jak potrafisz. Znam tę metodę bo sam ją długi czas stosowałem. Rzecz w tym, że jest to recepta pozorna – bo nawet jeśli założysz te 25 kilo, których w trakcie rozgrzewki nawet nie poczujesz, to przy trzydziestym/czterdziestym powtórzeniu, na zmęczeniu, zadyszce i w pościgu za kolegą w końcu majtniesz tym gryfem tak niefortunnie, że coś sobie urwiesz.
Bo praca byle jak musi kiedyś skończyć się źle.

Bądźmy szczerzy: jak nie umiesz w ciężary to równie chujowo będziesz robił i dwudziestką i czterdziestką. Ryzyko kontuzji będzie mniejsze – ale techniki ci od tego nie przybędzie.

Przepustką do “robienia ciężarów na czas” powinna być siła i technika z dużą przewagą tej drugiej. Jeśli jesteś silny jak wół i do siadu rwiesz instynktownie – proszę bardzo, wywijaj gryfem do woli.
Jeśli jednak przed każdym bojem musisz się zastanowić nad tym co zrobić, musisz poprawić ustawienie, skupić się i generalnie rzecz biorąc nie czujesz się za pewnie –  to moim zdaniem ostatnim, co powinieneś robić jest rwanie tej sztangi na czas.

Trudne pytania do samego siebie

Rozumiem założenia krosfitu oraz chęć robienia go tak, jak papa Glassman przykazał.
Może jednak warto wykonać krok wstecz i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy mam dość siły? Czy technika weszła mi w krew, czy muszę pilnować każdego powtórzenia? Czy to, co robię na zmęczeniu pod koniec dziesięciominutowego AMRAPu ma ręce i nogi, czy też szamoczę się i tańczę pod gryfem.

Odpowiedź może boleć –  ale na pewno zaboli mniej od kilkumiesięcznej odsiadki i grubej kasy zostawionej u fizjoterapeuty.

 

 


 

P.S.
Tuż po tym, jak napisałem tego posta, znalazłem w sieci dwa wpisy, które uważam z lekturę obowiązkową dla każdego myślącego krosfitera

 

Reklamy

Czy istnieje krosfit poza boxem?

Miałem to szczęście, że krosfit poznałem w jednym z najlepszych miejsc w Polsce – CrossFit Mokotów. Tam nauczyłem się nie tylko pierwszych DU, HSPU, czy innych muscle upów, ale też poznałem “krosfit od zakrystii”. To był mój najlepszy krosfitowy czas i jeśli Bryan Adams kiedyś nagra zaktualizowaną wersję “Summer of 69” –  na pewno będzie w niej zdanie lub dwa o RFCM.
No i będzie nosiła tytuł “Summer of 2013” 🙂

Tak, jak w piosence Bryana Adamsa, piękne lato zostało przerwane przez prozę życia – zmieniłem robotę, dziecko poszło do szkoły i nagle zorientowałem się, że nie bardzo mi wychodzi godzenie życia rodzinno-zawodowego z regularnymi wizytami w  boxie. Jasnym się stało, że jeśli chcę utrzymać dotychczasowe 4-5 treningów  tygodniowo, muszę poszukać czegoś bliżej pracy, lepiej skomunikowanego i otwartego w weekendy.
Niestety, okazało się, że jedynym miejscem spełniającym te kryteria są sieciowe fitness kluby…

Od świtu do zmierzchu

Największą zaletą ftnesiarni są jej godziny otwarcia –  piątek świątek i niedziela od bladego świtu do późnej nocy. Szczególnie te weekendy, gdy  ranek i przedpołudnie mam przywalone obowiązkami a czas na trening znajduję dobrze po południu (gdy większość boxów jest już zamknięta) albo w niedzielny poranek (gdy boxy są jeszcze pozamykane) – tuż przed wyjazdem do rodziny, do IKEI, bądź gdziekolwiek indziej, gdzie rodzinne plany poniosą .
Ileż weekendów mi te fitness kluby uratowały!

rings
Nie ma to jak muscle upy w sobotni wieczór

Albo w tygodniu, grubo po dwudziestej – gdy już wszystko w domu ogarnięte i dziatwa położona. Do boxa już nie pojadę, bo ledwo się przebiorę a już trzeba będzie się zbierać – a osiedlowa fitnesiarnia otwarta do jedenastej w nocy, trzy stacje metra od domu…

Za paczkę dropsów

Drugą zaletą fitnesiarni jest ich cena. Nie oszukujmy się – te kilkadziesiąt złotych, które ściągają nam z pensji na multisporta kontra 250 złotych za karnet do boxa to jest nokaut pierwszym uderzeniem. Wiele razy, mijając się z chłopakami z cross treningu słyszałem teksty w stylu “byłem na dniu otwartym w boxie X, ale dwie i pół stówy za karnet – chyba ich pojebało”. Rzecz jasna można tu polemizować i argumentować, co stoi za taką a nie inną ceną, ale dla wielu ludzi dwieście pięćdziesiąt złotych to zwyczajnie za dużo.
Ja tam bardzo chętnie ponownie płaciłbym te 2,5 paczki, byleby mieć boxa dostęp tak swobodny, jak do fitnesiarni – ale jest jak  jest i nie ma co gdybać.

Blisko.Tanio. Nie bez wad.

Fitness klub jest blisko, fitness klub jest tani, ale też robienie krosfitu w “strefie funkcjonalnej” fitness klubu ma swoje wady. Co prawda  żadna nie ma takiego kalibru, który kazałby krzyknąć “no nie dam rady, wychodzę” – ale są.
Większość z nich to drobne niedogodności, które zebrane do kupy potrafią być uciążliwe – ale w sytuacji, gdy masz do wyboru, zrobić trening w warunkach nieidealnych, albo nie zrobić go wcale, wybór jest oczywisty.

Prosto pod gryf

Dla mnie największą uciążliwością robienia krosfitu w fitnesiarni są ludzie, którzy przychodzą robić fitness i zwyczajnie nie wiedzą, jak się zachować w otoczeniu wolnych ciężarów. Pół biedy, gdy strefa funkcjonalna jest w jakiś sposób wydzielona z fitness klubu, ma osobna salę – wówczas można w miarę swobodnie robić swoje. Gdy strefa fitness jest nieogrodzoną “wysepką” z RIGiem w centrum klubu, trzeba bardzo uważać na osoby, które zapatrzone w telefony włażą prosto pod sztangę. Robią tak nie z głupoty, czy złośliwości, tylko dlatego, że przyzwyczajeni do maszyn nie mają świadomości, jakim zagrożeniem może być lecące w powietrzu kilkadziesiąt kilo. Zwyczajnie do głowy im nie przychodzi, że coś może się stać.

snaczyk
przy rwaniu zalecam czujność 200%

Niedawno miałem taką sytuację: bumpery na kiju, zbieram się do rwania  –  a tu babeczka idzie prosto na mnie. Żeby jeszcze była odwrócona w drugą stronę, zagapiła się –  to rozumiem –  ale widziała mnie, widziała co się szykuje i  z lecącą sztangą rozminęła się może o 20 centymetrów.
Do dziś nie wiem, czy chciała mi coś udowodnić, czy nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, czy też była zwyczajnie głupia.

Nieużywane, czyli niczyje

Kolejny “ludzki problem” bierze się z przekonania, że sprzęt bez użytkownika = sprzęt wolny. Zapomnij więc o tym, że zrobisz np “ghosta”, czy “fight gone bad”, bo jak tylko zejdziesz z wioseł, ktoś ci na nie wlezie, albo przestawi sztangę, którą robiłeś Sumo Deadlift High Pull – bo przecież na niej nie ćwiczyłeś a on potrzebował miejsca, by robić bicka przed tym konkretnym lustrem.

bicek
trening bez bicka przed lustrem się nie liczy

Zdarzają się też sytuacje z drugiego końca spektrum. Wchodzisz na salę, widzisz bezpańską sztangę – “pewnie ktoś po sobie nie sprzątnął” – myślisz. Robisz więc rozgrzewkę, dociąganie, jakieś drobne mobilki –  wszystkiego schodzi się jakieś 20/25 minut, po czym nie zdążysz nawet zdjąć bumperów ze sztangi, gdy nagle wpada rozgorączkowany człowiek z awanturą, że to jego sprzęt i on tu ćwiczy –  choć przez ostatni kwadrans oparty o ścianę pisał smsy na telefonie.

Obce ciało

Znajomi, których zaniosło do fitness klubu narzekają głównie na to, że sztangą rzucić nie wolno. Dla mnie to mały problem; nie wolno rzucać to nie rzucam i ćwiczę przyjmowanie na barki. Rzecz jasna – ciężarów submaksymalnych w ten sposób nie zrobię a i na zmęczeniu trzeba bardziej uważać – ale jest to dla mnie do przełknięcia. Bardziej przeszkadzają mi ludzie, którzy nie mają pojęcia jak się zachować –  ale nie winię ich za to, bo to oni są “u siebie” a  ja jestem w fitnesiarni “ciałem obcym”, ja robię dziwne rzeczy i to ja muszę uważać na nich a nie oni na mnie. Taka jest prawda i trzeba się z tym pogodzić.

Dobre maniery albo butelki

Powszechny w boxach system “nagradzania” burpeesami za bałagan, jakkolwiek brutalny, jest bardzo efektywny i szybko uczy tych, których rodzice za młodu  nie nauczyli, że zabawki należy odnosić tam, skąd się wzięło. W fitnesiarniach tego nie ma i bywa że sprzętu trzeba szukać po całym klubie. Owszem, zdarzają się trenerzy, którzy uczulają swoich podopiecznych, albo (o zgrozo!) sami sprzątają potreningowy pierdolnik, niemniej zdarza się, że gryf jest w jednej części klubu, bumpery w drugiej a zaciski rzucone gdzieś w kąt.

To, co w boxie jest normą – czyli dbanie o miejsce, w którym ćwiczysz –  w fitness klubach jest dopiero w powijakach. Ludzie wchodzą “za darmo” i zachowują się “jak za darmo”.

Rzecz jasna nie wszyscy, ale nagminnie zdarza się, że ktoś rzuci pustym gryfem o ziemię albo zostawi po sobie bajzel.

W boxie tego nie uświadczysz ponieważ box to społeczność a ta, oprócz funkcji wspierająco rozrywkowej, pełni też funkcję “kontrolną”. Jesteś częścią grupy i zachowujesz się tak, jak grupa. Grupa sprząta –  sprzątasz i ty.

W fitnesiarni jesteś wolnym atomem – wpadasz, robisz swoje, wypadasz –  a to, czy po sobie sprzątniesz czy nie, jest kwestią tego, czy wyniosłeś z domu wychowanie, czy puste butelki do skupu.

Dla osoby “wychowanej” w boxie wizyta w fitness klubie może być lekkim szokiem cywilizacyjnym, nawet jeśli kiedyś tam człowiek bywał na siłowni i co nieco pamięta.
Czasami trzeba ugryźć się w język widząc to, co swoim podopiecznym sprzedają trenerzy personalni. Czasami odwrócić głowę, by nie parsknąć śmiechem na widok ćwiczeń żywcem wyjętych  z “gym fail compilations”. Czasem udać że nie widzisz tego obrzydzenia, które budzi twój przemoczony podkoszulek a czasem po prostu mieć wyjebane, gdy patrzą na ciebie jak babę z brodą, bo jako jedyny nie masz słuchawek w uszach i robisz setkę Burpees na czas.

Kolorowe jarmarki

Jeśli chodzi o sprzęt –  z tym bywa różnie. W jednym klubie jest full wypas na dwadzieścia sztang i grube dziesiątki bumperów, w innym zaś kilka wygiętych kijów i kierownice od samochodów. Generalnie jednak ze sprzętem do OLY jest coraz lepiej i widać, że kluby inwestują w krosfitnes. Co prawda kettle nadal kolorowe i każdy z innej bajki (żaden z CKB) niemniej jest czym trening zrobić nawet wtedy, gdy ludzi w klubie huk – a to jest najważniejsze.

Najciekawszym sprzętem stojącym w fitnesiarniach są kolorowe RIGi z drabinkami, jakimiś wypustkami do mocowania sztang, podwójnymi drążkami, na których za cholerę nie idzie zrobić kippingu bo można głową w coś przypieprzyć… Nie wiem, co bierze pan konstruktor tychże, ale telefon do dilera przyjmę z wdzięcznością 😉

rig
Stabilizacja przede wszystkim!

Żarty żartami, ale zdarza się też, że RIG przykręcony jest do podłogi tak niestabilnie, że zrobienie bar MU wprawia całą konstrukcję w dygoty i trening jest zwyczajnie niebezpieczny. Managerowie w fitness klubach już zrozumieli, że z krosfitu jest pieniądz, ale jeszcze nie do końca w ten krosfitnes umią – a już na pewno są tacy, którzy nie umieją dokręcić RIGa do podłogi.
Ale już, nie dworuję, bo to tylko jeden taki przypadek 😉

Krosfit na pół gwizdka

W fitness klubie można próbować robić krosfit, ale nigdy nie będzie on tak komfortowy, jak w normalnym boxie. W każdej fitnesiarni, którą odwiedziłem, było coś nie tak – w jednej RIG, na którym strach było się podciągać, w drugiej sztangą rzucić nie można, w trzeciej ludzie ładują się prosto pod gryf. Nie jest to z mojej strony pretensja, czy narzekanie, tylko stwierdzenie faktu. Fitness kluby nie są stworzone do robienia krosfitu a obecne w nich strefy funkcjonalne to wynik kompromisu i próba dostosowania się do oczekiwań klientów.

Z mojego punktu widzenia sytuacja jest jasna. Chcesz komfortowo trenować krosfit? Chcesz mieć pewność, że nikt ci ergometru nie zajumie, pod sztangę nie wlezie a sprzęt będzie taki jak trzeba? To idź do boxa – tam są inne obyczaje, ludzie są inaczej wychowani przez trenerów i każdy rozumie, na czym polega sport, który uprawiamy.

Strefa funkcjonalna w fitness klubie, choćby najlepsza, zawsze będzie tylko zamiennikiem. Rzecz jasna, da się w niej zrobić prosty trening, czy ciężary bez podejścia do maxa, ale nigdy nie będzie to tak komfortowe, jak w boxie, zaś pewnych rzeczy się po prostu zrobić nie da –  bo brak sprzętu, brak miejsca, bo ludzie nie rozumieją, że skakanka boli.

Mówiąc wprost: robienie krosfitu w fitness klubie to fikcja.
Krosfitnes – Skolko ugodno – ale prawdziwy krosfit robi się tylko w miejscu do tego przeznaczonym. Czyli w boxie.

Albo półśrodek albo nic

Pomimo tych wszystkich niedogodności, korzystam ze “stref funkcjonalnych” i robię w nich co mogę, ponieważ wbrew temu, co mówią krosfitowe memy, to życie rodzinno-zawodowe jest najważniejsze i to pod nie dostosowuję całą resztę.

Mając do wyboru “zrobić co się da” albo nie zrobić nic, wybór jest oczywisty. Robię to co mogę, tam gdzie mogę, zaś “prawilny krosfit” zostawiam sobie na okazjonalne wizyty w zaprzyjaźnionych boxach.
Bo priorytetem jest praca i rodzina.

AMRAP bez Time Cap’u

Masz trzydzieści parę lat. Kredyt, rodzinę i zapierdol w pracy. Z jednej strony jesteś jeszcze młody, z drugiej codziennie budzisz się zmęczony. Wieczorem, gdy popijesz, z poczuciem straconego życia przeglądasz zdjęcia z kawalerskich czasów…

Bardzo chciałbyś coś z tym zrobić, ale nie bardzo wiesz co i jak – bo masz rodzinę, dziecko a wszystkie związane z tym obowiązki dzielisz z żoną –  i tylko z żoną, ponieważ nie macie na miejscu nikogo do pomocy.
Zrobiłbyś wszystko, by nie czuć się jak dodatek do kredytu hipotecznego.

Kto rano wstaje –  ten nie zdąża odebrać dziecka

Jeśli chciałbyś trenować o szóstej rano – w sam raz żeby po treningu wziąć prysznic, coś zjeść i na 9 być w pracy – musisz wstać o piątej. Zakładając, że poprzedniego dnia naszykowałeś wszystkie potrzebne  rzeczy, możesz na spokojnie wziąć prysznic przekąsić coś lekkiego, przycupnąć na tronie  i chwilę przed szóstą zaparkować auto pod boxem. O ile masz auto –  bo jak nie masz to widzimy się o piątej na przystanku.

Półtorej godziny później jesteś już zmęczony, odświeżony i gotowy jechać do roboty. Znalezienie miejsca parkingowego na Mordorze w okolicach ósmej rano nie jest jeszcze wielkim problemem, choć zdarzają się  przykre niespodzianki pod postacią lawety straży miejskiej („ale przecież tu wszyscy parkują na zakazie…”). Powiedzmy zatem, że zaparkowałeś, jesteś w robocie i zasuwasz ku chwale matki korporacji.

Ponieważ żona zaprowadziła rano dziecko do szkoły, twoim zadaniem jest je z niej odebrać. Pamiętając, że świetlica otwarta jest do 17.30 kombinujesz, jak tu się wcześniej urwać, żeby ominąć falę powrotów z pracy i jakoś uciec z korpo-zagłębia. Udaje ci się wyjść o 16.30 – myślami już bawisz się z dzieckiem, pytasz jak minął dzień, odrabiacie razem lekcje – co prawda jeszcze nie pełen relaks, ale już żagle opuszczone, kotwica rzucona – chwila oddechu w spokojnej przystani swojego domu.

korki_deszcz
Słabo widzę ten powrót na czas

W międzyczasie spada deszcz i ruch drogowy ogarnia paraliż. Przez godzinę, wściekły jak sam skurwysyn wleczesz się do najbliższego zakrętu. Co prawda w międzyczasie udało ci się zadzwonić do żony z błaganiem, by jakimś cudem spróbowała dotrzeć do szkoły przed tobą (ciekawe jak, skoro pracuje jeszcze dalej od szkoły niż ty i tak samo jak ty musi się przedzierać przez zakorkowane miasto) ale to wszystko na nic.
Już wiesz, że treningi na rano nie są dla ciebie.

Paciorek, siusiu i spać

Trening na osiemnastą to bezpieczna opcja. Śpisz godzinkę  dłużej, spokojnie jesz śniadanie, zaprowadzasz dziecko na ósmą do świetlicy, wsiadasz w metro (chyba że lubisz stać w dojazdowych korkach do Mordoru), następnie w absurdalnie zatłoczony tramwaj na Wierzbnie i chwilę przed dziewiątą jesteś w robocie.
Nie musisz się martwić odebraniem dziecka ze szkoły. Byle do fajrantu.

tramwaj
W ramach rozgrzewki – praca łokciami

Teoretycznie pracujesz od 9 do 17, ale ponieważ w umowie o pracę masz wpisany tryb zadaniowy, bywa z tym różnie. Jak się uda dotrzeć do boxa na osiemnastą –  ćwiczysz w tłumie, bo 18 i 19 to najbardziej oblegane godziny w boxie i z komfortem treningu bywa różnie. Wychodzisz o 19.30  – bo kolejka pod prysznic. W domu jesteś przed dwudziestą – akurat by dać dziecku buziaka na dobranoc.

Aby zoptymalizować czas rozmawiasz z żoną w trakcie kolacji a później, gdy wyciągając z torby śmierdzące gacie słyszysz „a kupiłeś dziecku klej do szkoły?” robi ci się zwyczajnie głupio, bo nie kupiłeś, choć miałeś to zrobić już trzy dni temu.
Tylko kiedy miałeś kupić, skoro zaraz po robocie lecisz na trening a po treningu prosto do domu, by zdążyć choć zapytać, jak minął dzień?

Jeśli praca przytrzyma cię dłużej i nie uda ci się dotrzeć na ustaloną godzinę, możesz próbować wejść na zajęcia odbywające się godzinę później, ale to nic pewnego ponieważ godziny popołudniowe należą do najbardziej obleganych a w trosce o bezpieczeństwo ćwiczących, na zajęciach obowiązuje limit osób.

miejsce-na-grupie
śmiało, zmieścisz się na zajęciach

Załóżmy więc że podchodzisz do tematu “na bezpiecznie” i rezerwujesz klasę o godzinie dziewiętnastej – w takim układzie w domu będziesz przed dziewiątą. Tu znowu – kolacja, przepakowanie torby, dwa słowa z żoną –  i nagle, nie wiadomo kiedy, robi się dwudziesta druga. Koniec dnia. Paciorek, siusiu i spać.

Gdzie się podział weekend?

W tygodniu bywa różnie – toteż z nadzieją wyczekujesz weekendu, kiedy to obiecujesz sobie spokojny, porządny trening: mobilki, siłę, skilla i jak zdrowie dopisze to jakimś benchmarkiem na deser poprawić. Marzy ci się solidna dwugodzinna seria treningowa –  rekompensata za te wszystkie dni, kiedy było szybko, po łebkach albo wcale. Z myślą o tym treningu odmawiasz sobie wieczornego resetu. Tylko jedno piwko – symbolicznie – bo przecież jutro jedziesz po bandzie…

Banda bandą, ale w sobotę warto by się przede wszystkim wyspać. Następnie trzeba pójść na bazarek, zrobić normalne zakupy a nie jakieś gówno z marketu pod blokiem, nastawić obiad, ogarnąć mieszkanie, którego nie było czasu ani siły ogarnąć w tygodniu. Nadrobić te wszystkie zdawkowe rozmowy, jakiś spacer z dzieckiem, jakaś kłótnia z żoną…

Żyjąc w rodzinie nie jesteś jedynym, który ma plany weekendowe. Żona też chce wyjść do kina, pochodzić po sklepach. Warto też wyskoczyć do IKEI po coś fajnego z nowego katalogu, do Factory –  bo akurat mają przeceny, do rodziny której nie widziało się od tygodni. A to trzeba coś naprawić, coś przestawić – jak to w życiu –  ciągle jest coś do zrobienia.

ikea
„to będzie szybka akcja. Wchodzimy, kupujemy i wychodzimy…”

Nagle okazuje się że weekend, na który tak czekałeś, przelewa się przez palce jak suple z niedokręconego szejkera. Z dwóch mocnych sesji treningowych udaje ci się zrobić jedną, wciśniętą między sprzątanie a wizytę u rodziny.
Lepsze to, niż nic…

Być jak triatlonista

W środowisku triathlonowym popularny jest dowcip mówiący o tym, że jeśli triatlonistę na mecie wita rodzina, to widać trenował za mało. Co prawda w krosficie, o ile nie ma się ambicji zawodniczych, trenuje się nieco mniej, jednak wpływ treningów (szczególnie tych wieczornych)  na życie rodzinne bywa porównywalny.

Trenując popołudniami nie masz czasu ani dla rodziny ani na wywiązywanie się z domowych obowiązków. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są pretensje –  w końcu nie po to człowiek zakłada rodzinę, żeby ze wszystkim bujać się samemu. Rodzina to wspólna walka z codziennością a tymczasem ty z rana odfajkowujesz kwadrans na zaprowadzenie dziecka do szkoły, zaś wieczorem cię nie ma, bo znikasz do zabawy w sport.
Normalne więc, że żona patrzy na ciebie krzywo.

Zapuszczony jak młody ojciec

Nic dziwnego, że młodzi ojcowie po trzydziestce wyglądają nieciekawie –  bo już samo ogarnięcie tego wszystkiego, pospinanie żeby mieć czas na trening, wymaga sporej logistyki, dopasowania trybów dnia dwóch dorosłych osób i w wielu przypadkach, zwyczajnie nie da się pewnych rzeczy pogodzić. Nie chcę tu usprawiedliwiać lenistwa, ale mam świadomość, że nie każdy ma charakter wojownika, który stanie na głowie, żeby choć godzinkę z dnia urwać dla siebie.

Gdy ma się dziecko w wieku przed/szkolnym, żona pracuje na pełny etat, brak pomocy ze strony dziadków, na dojazdach do roboty spędza  się co najmniej 2 godziny dziennie, w pracy kolejne 8 i więcej a potem  z wywieszonym jęzorem leci się przez zakorkowane miasto do szkoły/domu – to po całym dniu takich atrakcji można mieć wszystkiego dość.

Gdy szkolne świetlice otwarte są od 7.30 do 17.30, pracuje się zwykle od 9 do 17 a po pracy ma się związane z życiem rodzinnym obowiązki, wygospodarowanie w tym wszystkim dwóch godzin na trening (wliczając dojazd do boxa) wymaga grubej ekwilibrystyki. Pół biedy, gdy partner/ka wykazuje zrozumienie i można wypracować “tryb zmianowy”, jeśli jednak podział obowiązków jest zachwiany a żona należy do tych, które mają pretensje o każde wyjście z domu, zorganizowanie kilku treningów tygodniowo może być mocno kłopotliwe.

Lepszy biceps w fitness klubie, niźli rwanie na jutubie

Niby o tym wiesz, jednak czasem bierze cię cholera – szczególnie wtedy, gdy napatrzysz się w internecie na rekordy bliższych i dalszych znajomych; gdy dotrze do ciebie, że przecież nie jesteś jeszcze tak stary, że co prawda, jak pisał Adaśko Mickiewicz, “wiek męski, wiek klęski” – ale ty się na to nie godzisz i ty im wszystkim pokażesz. Ty sobie udowodnisz…

Ludowe porzekadło mówi, że “baby nie przegadasz, wódki nie przepijesz” –  i dokładnie tak samo jest z życiem w rodzinie. Prędzej czy później  (a najczęściej bardzo szybko) życie udowodni ci, że twój czas napinki się skończył; że to już pora cieszyć się z małych sukcesów a większe zostawić młodszym od siebie. Że pora cieszyć się tym, co masz.
Dlatego, zanim znowu zrobisz sobie ciśnienie i poczujesz się ‘gorszy’ przypomnij sobie, jak wiele zachodu i poświęcenia kosztowało cię wyjście na ten trening.

Zamiast równać do oglądanych w internecie zawodników pomyśl, że to jest czas, który udało ci się urwać z  obowiązków. To jest wywalczone i wyszarpane – twoje małe trofeum.
Nie deprecjonuj go.

Rodzina to AMRAP bez końca –  dlatego bądź realistą i ciesz się, że nie dziadziejesz tak szybko jak twoi koledzy.

 

 

 

Dziewczyny nie czytają atlasów anatomicznych

Po niedawnym wpisie na temat kulturystyki dowiedziałem się, że strasznie musi mnie boleć dupa – a to z tego powodu, że muskularni panowie wzbudzają większe zainteresowanie wśród kobiet na plaży zaś ja, jako osoba niemuskularna, czuję się z tego powodu gorszy i muszę to sobie hejtem zrekompensować.
Postanowiłem więc, że sprawdzę, czy faktycznie napakowani panowie są tak atrakcyjni dla kobiet. Być może nie jest jeszcze dla mnie za późno  – wszak medycyna z farmakologią nie takie cuda widziały.

W tym celu stworzyłem ankietę, w której do wyboru dałem pięć typów sportowych sylwetek – od ultramaratończyka do championa kulturystyki (przypadkowe fotki z internetu, zamazane twarze – żeby nie było, że atakuję kogoś personalnie) Nie dawałem sylwetek “normalnych”, ponieważ nie one były przyczynkiem do dyskusji. 

Chciałem sprawdzić, czy obiegowe hasło mówiące, że “napakowana sylwetka jest atrakcyjna dla kobiet” jest prawdziwe.
No bo jak prawdziwe –  to pakować trzeba!

Ponieważ zależało mi na opiniach “zwyczajnych kobiet” (czytaj: nie związanych ze sportami siłowo/sylwetkowymi), prośbę o wypełnienie ankiety rozesłałem głównie po niesportowych koleżankach z prośbą aby udostępniły ją również swoim znajomym.
Co prawda było to utrudnione, ponieważ większość moich znajomych uprawia ten, czy inny rodzaj sportu –  ale  ponieważ naciskałem na udostępnianie ankiety koleżankom “niesportowym” wierzę, że przynajmniej połowa odpowiedzi pochodzi właśnie od nich.

Zależało mi na opiniach kobiet niesportowych, ponieważ tych niesportowych jest na świecie więcej – toteż i szansa na to, że się za pakerem obejrzą, wzrasta;  zaś pytanie tych sportowych o preferencje n/t muskularnych sylwetek byłoby  jak pytanie alkoholika, czy mu wódka smakuje 😉

Przygotowując skalę ocen wyszedłem z założenia, że albo coś się nie podoba, albo podoba, ewentualnie jest “takie se”. Wiedząc, że coś może się podobać bardziej lub mniej, do każdego z trzech stanów dodałem opcję “połowiczną”, co w efekcie dało sprawdzoną, szkolną, sześciostopniową skalę ocen.

Po pięciu dniach w internecie i zebraniu prawie pięciuset odpowiedzi usiadłem do podsumowania wyników.

Suchoklates kontra koksownik

ultrasi_wyniki

Zdjęcie nr 1 to sylwetka ultramaratończyka – klasyczny “Suchoklates” będący obiektem drwin chłopaków z siłowni.
⅔ ankietowanych pań (prawie 70%) przyznało mu 1 oraz 2 punkty – co jest jasnym sygnałem, że popularne na biegowych memach hasło mówiące, że
“biegacz jest najseksowniejszym facetem na imprezie” można między bajki włożyć.
Wielkich powodów do płaczu nie ma, ponieważ prawie 27% pań przyznało mu 3-4 punkty, a niecałe 5% stwierdziło, że jest bardzo dobrze/zajebiście, niemniej ogólny odbiór nie pozostawia wątpliwości – nie jest to damski obiekt westchnień.


surfer_wyniki

Druga w kolejności jest sylwetka “średnio wysportowana”. Wykres ocen “dwójki” jest niemal lustrzanym odbiciem “jedynki”. Za atrakcyjną i bardzo atrakcyjną uważa je ⅔ ankietowanych, 26% uważa ją z “średnią” i tylko osiem pań na sto uważa ją za nieatrakcyjną. Obiektywnie patrząc, różnica w muskulaturze między sylwetką nr 1 i 2 nie jest szalona, jednak dla pań tych kilka dodatkowych kilogramów robi olbrzymią różnicę. 


model_wyniki

Trzecia sylwetka to “klasyka z okładki popularnego magazynu fitness” – przypakowana, z sześciopakiem – ale jeszcze nie na poziomie zawodów kulturystycznych. Podobnie jak w przypadku sylwetki nr 2, za bardzo atrakcyjną uważa ją ⅔ ankietowanych, jednak aż 11% kobiet więcej przyznało jej notę maksymalną. Ponownie mamy 25% oceniających ją jako “średnio atrakcyjną” i pięć na sto mówiących, że im się nie podoba.

Jest to najwyżej notowana, czyli najatrakcyjniejsza zdaniem pań, męska sylwetka.
Wzorzec ciacha.


bb_wyniki

Sylwetka nr 4 to już poziom zawodnika kulturystyki – widać każdy mięsień, żyłkę. Widać też drastyczną zmianę w ocenach kobiet. 81% pań uznaje ją za nieatrakcyjną, 15% uważa, że jest średnio atrakcyjna zaś  5 i 6 punktów przyznało jej tylko 4% ankietowanych.

Choć różnica  w muskulaturze pomiędzy sylwetką 3 i4 nie jest przesadnie wielka, to olbrzymia różnica w ich ocenie pokazuje, że na pewnym poziomie o atrakcyjności decydują detale. Takim detalem może być poziom tkanki tłuszczowej obydwu panów. Obaj mają niski, ale nie da się ukryć, że jeden z nich wciąż wygląda zdrowo i naturalnie a u drugiego widać żyły i włókna składowe mięśni. To w zasadzie jedyna istotna różnica między nimi, ale jak pokazują wyniki ocen – kluczowa.


koksy_wyniki

Posiadacze kulturystycznych sylwetek z najwyższej półki, wzory do naśladowania dla osiedlowych siłaczy, nie stanowią obiektów westchnień dla czterech z pięciu pań .
83%  ankietowanych przyznało im 1 punkt. Kolejne 10% przyznało 2 punkty. Kolejne 4 % pań zadeklarowało, że “może być” (3-4 punkty) a tylko niecałe 2% uznało je za atrakcyjne i bardzo atrakcyjne.

Krótko mówiąc, ze stu przypadkowo wybranych pań tylko dwie obejrzą się za nimi maślanym wzrokiem, 4-5 uzna że “może być”, zaś dla pozostałych będą zdecydowanie nieatrakcyjni.
Tyle wychodzi z liczb.

Każdy wie, ale nikt nie powie

Liczby liczbami, ale co naprawdę mówi nam ta ankieta? Ano mówi to, co wie każdy rozsądnie myślący człowiek: że kobiety nie lubią skrajności. Zarówno ultramaratończycy, jak też zawodowi kulturyści są atrakcyjni tylko dla pewnej grupy odbiorców – zakładam, że sobie podobnych – ale to “grupy koneserów”, nieliczne ze swej natury.

Mówi też tyle, że sylwetka kulturystyczna w swej najlepszej, zawodniczej postaci – ten cel do którego dąży wielu adeptów bodybuildingu – jest atrakcyjna głównie dla trenujących go panów. Że kobietom nie podobają się widoczne żyły i włókna mięśniowe i cały ten kulturystyczny trud to w sumie męska zabawa w męskim gronie. 

Potwierdza też to, co wszyscy wiedzą – czyli że najbardziej atrakcyjna jest sylwetka wysportowana, ewentualnie przypakowana ale bez przesady. Rozrzut w ocenach sylwetki nr 3 i 4 pokazuje, jak łatwo jest “przedobrzyć z pakowaniem”. Jak łatwo z poziomu “super ciacho” stać się niemal zupełnie nieatrakcyjnym dla kobiet. Rzecz jasna jest wielu panów,  którzy uparcie będą twierdzić, że “lepiej by spadł deszcz, niż masa” oraz „żyły są sexy” – ale dane są w tej kwestii bezlitosne.
Co za dużo –  to niezdrowo.

Dwie różne skale

Rozrzut pomiędzy wysoką oceną własnej atrakcyjności a postrzeganiem przez „zwykłych ludzi” bierze się stąd, że przebywamy głównie wśród osób o podobnych zainteresowaniach i nie popełniamy „mezaliansów”. Większość znanych mi „mocnych zawodników” ma żony/dziewczyny ze środowiska sportowego. Z niego ma również znajomych, co bierze się ze wspólnej nauki na AWF, wspólnej pracy w fitness klubie, udziału we wspólnych konferencjach, szkoleniach itd. Jest to normalny życiowy mechanizm wspólny dla wszystkich grup społecznych i zawodowych. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale te tylko potwierdzają regułę.

Dla osoby od dziesięciu lat obracającej się w fit- środowisku, gdzie słowa masa, wycinka i waskularyzacja odmieniane są przez wszystkie przypadki; gdzie w codziennością jest „walka o najlepszą wersję samego siebie” a standardy i oczekiwania podkręcone są do 11-tki,  piękne będzie to, co dla zwykłych Kowalskich wygląda jak kartka z  atlasu anatomicznego.

To, co dla kulturysty jest „przyzwoitym punktem wyjścia” dla zwykłego Kowalskiego ociera się o granice akceptacji –  a bierze się to stąd, że sportowcy i zwykli ludzie żyją w dwóch zupełnie różnych „skalach estetycznych”. Dla jednych zawsze może być lepiej, dla drugich już dawno było za dużo.

No ale po co ci to?

Na koniec trzeba odpowiedzieć na pytanie, które zawsze pada przy takich okazjach: Po co w ogóle robić taką ankietę, skoro gusta są różne a “nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba”?
Po co  określać, kto się podoba a kto nie? Przecież może to kogoś zaboleć, ludzie są wrażliwi…

Otóż cel tej ankiety był jeden: Sprawdzić wśród możliwie szerokiego  grona „zwyczajnych” kobiet, czy napakowani mężczyźni są dla nich tak atrakcyjni, jak sami twierdzą.
Czy powtarzany w kółko argument
“możecie nas hejtować, ale zwyczajnie boli was dupa, że nie jesteście tak zajebiści jak my –  bo to za nami a nie za wami laski oglądają się na plaży” ma rację bytu, czy też  jest zwyczajnie wyssany z palca (albo innego szejkera).

Wyniki pokazują, jak olbrzymi jest rozrzut pomiędzy tym, co panowie uważają za swoje atuty a co na ten temat sądzą same zainteresowane. Wielokrotnie słyszane teksty w stylu “kobieta wybierając między pakerem a chuderlakiem zawsze wybierze pakera” okazują się nie mieć żadnego pokrycia w liczbach.
W sytuacji, gdy klasycznego “suchoklatesa” na jeden punkt ocenia 35% ankietowanych, zaś asy bodybuildingu „jedynkę” dostają od osiemdziesięciu trzech pań na sto, ewidentnym się staje, że te opowieści o dziewczynach oglądających się za pakerami na plaży niewiele mają wspólnego z tychże panów atrakcyjnością.

Takie są suche dane – ale chłopaki z siłowni i tak je zignorują, bo wiedzą, że na sucho to nawet trawa nie urośnie…

Konkurs piękności w przykusych gatkach

Za każdym razem, gdy zdarzy mi się zażartować z kulturystyki, słyszę że jestem hejterem. Małym zawistnikiem, który nie mając dość siły, by samemu coś osiągnąć naśmiewa się z tych, którzy do czegoś doszli.
Nie da się ukryć, że wielkim fanem bodybuildingu nie jestem – ale nie nazwałbym tego zawistnym hejtem. Moja niechęć do „pompowania bica” ma bardzo konkretne podłoże.
Już tłumaczę, jakie.

Prawdziwy mężczyzna nie napina się przed lustrem

Kulturystyka nie przemawia do mnie z jednego zasadniczego względu – dobrego smaku. Widok nasmarowanych bronzerem facetów, paradujących w samych slipkach po scenie, tak zwyczajnie i po ludzku budzi we mnie niesmak. Rozumiem „tło” tego napinania i smarowania – że chodzi o to, by jak najlepiej pokazać wypracowaną muskulaturę a nabrązowione mięśnie są lepiej widoczne – niemniej bez względu na to, jaki jest cel takiego zachowania,  napinanie się i wyginanie ku uciesze widowni jest czymś, co w moim prywatnym „zestawie męskich wzorców” nie znajduje się nawet w poczekalni.

Kulturystyka to sport sylwetkowy, oceniający wygląd  –  czyli de facto męski konkurs piękności – a w moim przekonaniu, branie udziału w konkursach piękności nie przystoi facetowi.

Facet to nie tylko biceps i włosy na jajach – facet to przede wszystkim pewien sposób bycia,  kod zachowania, zasady których się przestrzega. Nie oznacza to, że musi być od razu chrząkającym prymitywem, ale choćby był wielki jak autobus i miał bicepsy jak anakonda, z chwilą, gdy rozbiera się do slipek i paraduje przed publicznością, od striptizera w damskim klubie dzieli go tylko brak muzyki i pijanych czterdziestolatek na widowni..

Fundament bodybuildingu –  sprawdzanie, czy mięśnie są równe, symetryczne, czy mają zachowane proporcje – kojarzy mi się z ocenianiem zwierząt na wystawach, albo niewolników na targach.

Nie podoba mi się sama idea porównywania wyglądu, ponieważ wg mnie facet ma być funkcjonalny a nie ładny. Ładny to może być samochód, obraz – ale nie mężczyzna. Owszem, istotne jest aby był zadbany i nie umierał na zawał wnosząc siatki na piętro – ale smarowanie się bronzerem i napinanie przed lustrem to moim zdaniem jest postawienie świata na głowie.

Przy okazji Cross Baltic Challenge miałem okazję zetknąć się ze światkiem kulturystycznym i wyglądało to jak muskularny wyścig zbrojeń –  kto większy, kto silniejszy, kto bardziej upodobni się do postaci z komiksu. Oglądając pokazy kulturystyczne w pewnej chwili zapytałem sam siebie „Stary, czy ty zdajesz sobie sprawę co robisz? Stoisz w tłumie nawalonych koksem facetów i oglądasz innych facetów, którzy w samych slipkach, usmarowani jakimś mazidłem prężą się do publiczności. Czy to jest rozrywka dla dorosłego faceta?”

Ładniejszy od swojej dziewczyny

Kultura siłowniania przesiąknięta jest narcyzmem i kultem swojego ciała. Ostatnio sporo czasu spędzam w fitness klubach i widzę jak wszyscy oglądają te bicepsy, prężą się do luster i sprawdzają, czy już im tricepsy stwardniały. Nogi chude jak patyki, ale koszulki na ramiączkach obowiązkowo – żeby w każdej chwili móc sprawdzić jak napuchł, czy już urósł…

Niedawno byłem świadkiem sytuacji, jak jakiś siłowniany (sądząc po muskulaturze) weteran oglądał swe bicepsy przed lustrem. Prężył się, napinał, oceniał i analizował, aż w pewnej chwili podeszła do niego jego dziewczyna i poirytowanym głosem zapytała „długo jeszcze będziesz się oglądał”?
Ja po czymś takim skurczyłbym się w sobie i spalił ze wstydu –  a on spokojnie, udając że nie słyszy, dalej kontemplował swoje ramiona…

I to jest dokładnie to, czego w bodybuildingu nie rozumiem – jakim cudem dorosły i teoretycznie dojrzały facet może stać przed lustrem i podziwiać swoje mięśnie? Jaki poziom samo zachwytu i narcyzmu trzeba osiągnąć, by mizdrzyć się przed lustrem jak kobieta?

Nie jestem przeciw – ja po prostu nie rozumiem.

Nie przeszkadza mi to, że kulturystyka to takie trochę „sprzedawanie fikcji”  – bo forma, w jakiej prezentują się zawodnicy na scenie, jest krótkotrwała. Miesiącami zbijają wagę, kilka dni przed zawodami zaczynają się odwadniać, na scenę wchodzą chwiejnym krokiem, wciągają brzuchy po czym gdy tylko z tej sceny zejdą, „dają w gaz” –  jedzą i piją jak szaleni, nierzadko przybierając kilkanaście kilogramów w ciągu 2-3 dni a po „idealnej formie” zostają tylko zdjęcia.

Nie przeszkadza mi też, że dla tych piętnastu minut chwały robią ze swoim zdrowiem cuda na kiju – są dorośli i sami za siebie odpowiadają. Co prawda ta forma, która utrzymuje się tylko na kilka dni  zawodów jest wzorcem, dla którego męczą i kłują się tysiące im podobnych –  ale to też mi nie przeszkadza – bo daleko mi do oburzenia z powodu „propagowania chorych wzorców”, czy czegoś w tym stylu. Jesteśmy dorośli i każdy wybiera to, co mu się podoba.

Dla mnie widok faceta prężącego się przed lustrem jest po prostu śmieszny.
Co z tego, że wielki jest jak holownik, skoro zachowuje się jak gimnazjalistka?
Co z tego, że włożył w siebie masę pracy, wysiłku i wyrzeczeń, skoro srożąc się przed lustrem całą tą swoją samczość, tą siłę i testosteron rozmienia na drobne?

Znam ludzi, którzy poważnie traktują bodybuilding. Doceniam i podziwiam ilość pracy, którą w siebie wkładają – ja bym nie był w stanie tak się poświęcić jak oni –  to bez dwóch zdań.
Nie mogę jednak zrozumieć celu, dla którego się poświęcają. Nie rozumiem, dlaczego biorą udział w konkursie piękności dla panów. Dlaczego nie jest im głupio wychodzić w slipkach i napinać się przed publicznością, albo zachwycać się bicepsem przed lustrem w fitness klubie?

Bilet do cyrku

Facet ma dziesiątki sposobów na popisanie się tężyzną fizyczną. Może podnosić ciężary, trenować sporty walki, boksować, uprawiać judo, zapasy; może nawet zostać strażakiem, wojskowym czy innym ratownikiem górskim. Może robić masę rzeczy, które od wieków wpisywały się w społeczną rolę mężczyzny i były traktowane, jako „zajęcie dla twardzieli”.

Nie rozumiem, dlaczego wybiera te najbardziej cyrkowe.

Powrót do strefy komfortu

Na siłowni, gdzie wiele lat temu pompowałem bica swego, urzędował instruktor w koszulce z napisem: ” Za każdym razem, gdy odpuszczasz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci tyłek”. Już wtedy mnie to śmieszyło, jako klasyczny przypadek ciężkiego bzika, robiącego z rzeczy, która powinna być przyjemnością jakiś wyścig do zajebistości.
Gdy kilka lat później poznałem CrossFit – wydawał mi się wolny od tej przypadłość, bardziej wyluzowany, bez ciśnienia –  takie trochę „ciężary na luzaku”.

Tymczasem w Krosficie ściga się niemal każdy. Jedni sami ze sobą – ze swoimi słabościami, nowymi „poziomami” do odhaczenia (pierwsze to, pierwsze tamto), znaczkiem „RX” dopisanym przy wyniku na tablicy. Znowuż inni myślami są już na zawodach –  ścigają się więc z innymi, realizują plany treningowe, liczą makra i procenty 1 rep maxa.
Jednych i drugich łączy ciągły pęd do lepszego siebie, słynne krosfitowe „better than yesterday”.

Chodzi o to, by każdego dnia być lepszym, niż wczoraj. Znam ten mechanizm –  bo sam tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata. W pogoni za nowym skillem, czy dodatkowymi dropsami na gryfie. Ciągle do przodu, ciągłe więcej, szybciej, ciężej.
Czasem wkręcałem się aż za bardzo i kończyło się frustracją, albo wynikającą z przerostu ambicji kontuzją.

Zdaj się na instynkt…

Jest w branży rekrutacyjnej takie powiedzenie, że po roku pracownikowi opadają różowe okulary a po dwóch jest już na tyle zmęczony, by rozglądać się za nowym miejscem pracy. Coś w tym jest, bo mniej więcej po dwóch latach zaczęło mi się zmieniać podejście do CrossFitu – przestałem się napinać, mieć ciśnienie i zacząłem robić to, na co mam ochotę.
Co prawda nadal jest to mój sport, nadal nie widzę siebie nigdzie indziej – ale tym razem na swoich zasadach.
Na zupełnym luzie.

Regularnie mi się zdarza, że jadę na trening z konkretnym planem do wykonania, po czym przebieram się, wchodzę na salę i robię coś kompletnie innego. Miało być cardio –  jest godzina rwania; miały być siady –  są burpeesy z kurwibajkiem.
To trochę jak z planowaniem obiadu w knajpie: myśli człowiek „ale bym dziś duże burrito opędzlował” –  po czym siada przy stoliku, otwiera menu i zamawia michę Chilli con Carne oraz smażone papryczki jalapeno z serem.
Dokładnie tak samo podchodzę do treningu.

…bo z planów i tak nici

Czasem  myślę, że fajnie byłoby przykleić się na dłużej do jakiegoś planu treningowego (najchętniej tego, co serwuje Pat Sherwood w CrossFit Linchpin) i zobaczyć, jakie daje to efekty – ale wiem, że na dłuższą metę nie dam rady –  więc odpuszczam.
Nie chodzi tu nawet o to, że codzienność rodzinno-zawodowa bywa nieprzewidywalna i czasem po prostu nie mam jak i kiedy zrobić tego treningu. Chodzi o to, że lubię „płynąć z prądem” i robić to, na co w danej chwili mam smak.

Ktoś zauważy, że w ten sposób wybieram tylko to, co chcę i nie wychodząc poza strefę komfortu stoję w miejscu –  ale to nie do końca prawda. Nie było takiej dziedziny CF, która w ciągu ostatniego roku nie poszłaby u mnie do przodu. Jedne bardziej, drugie mniej – ale dane z dzienniczka treningowego nie kłamią –  cały czas wyniki idą do góry.
Gdybym konsekwentnie trzymał się fachowego planu treningowego pewnie progres byłby jeszcze większy – ale też i cena byłaby proporcjonalna. Aby mieć lepsze wyniki w sporcie musiałbym narzucić sobie większy rygor –  a ja nie lubię rygoru. Szczególnie tam, gdzie mam swoją małą strefę życiowego komfortu.

Przyjemność przede wszystkim

Nie interesuje mnie ciśnienie na codzienne przekraczanie granic. Dorosłe życie to w zasadzie jedna wielka lista obowiązków – rzeczy których się nie chce a które po prostu trzeba, bo inaczej wszystko się zawali. Dopisywanie do tej listy treningu, traktowanie go ambicjonalnie, jako celu do zrealizowania jest z mojego punktu widzenia bezsensowne, ponieważ trening to dla mnie przyjemność, czas relaksu – ten moment, gdy znów mam kilkanaście lat, jestem już po lekcjach  i wygłupiam się dla samej przyjemności wygłupiania – a nie przedłużenie pracy zawodowej, czy obowiązków domowych.
Rzecz jasna, jest to dość specyficzne pojmowany relaks – bo mało kto relaksuje się dygocąc na podłodze 😉
Tu chodzi o relaks mentalny –  o tą chwilę, gdy wyrywasz się ze świata obowiązków i powinności i robisz tylko to, na co masz ochotę.

Trening to dla mnie czas zerwania się ze smyczy – odpowiednik piątkowego wyjścia z kolegami na miasto –  a w trakcie piątkowego wyjścia w miasto wszystko jest płynne, nieokreślone i decyduje się w ostatniej chwili. CrossFit to dla mnie zabawa –  dlatego tak bardzo obca jest mi ta wszechobecna w fit-światku konwencja walki, nie poddawania się, krwi, potu i łez.

Taki sam, jak wczoraj

Nie rozumiem, dlaczego miałbym zgodnie z CrossFitowym duchem codziennie wychodzić ze strefy komfortu i być lepszym niż wczoraj. Mało mam gonitwy w życiu codziennym?
Co mi to da, że będę lepszy –  czy nie wystarczy być po prostu dobrym? Czy zawsze trzeba chcieć więcej i więcej?
Czy nie wystarczy że napierdalam w pracy? Muszę jeszcze ścigać tam, gdzie przychodzę odpocząć?

CrossFit przestał być dla mnie kwestią ambicji i udowadniania sobie, jaki to zajebisty nie jestem. Straciłem ciśnienie na czas, czy „RX” przy notce w dzienniczku treningowym.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że większość rzeczy już sobie udowodniłem, czy też zwyczajnie zrozumiałem swoje miejsce w szeregu – ale odpuściłem wyścigi i wróciłem do strefy mentalnego komfortu.
Siedzę w niej wygodnie, bawię się sportem i cieszę wszystkim, co się wydarza po drodze.

I to jest najlepszy krosfit, jaki kiedykolwiek robiłem.
 

Smród, głód i goła dupa – czyli czego nie dowiesz się z reklam CrossFitu

Kojarzycie te marketingowe obrazki, na których krosfiterzy wyglądają jakby w ogóle się nie męczyli? Gdy zastygnięci w pół swinga, czy skoku na skrzynię sprawiają wrażenie, jakby to nie był wysiłek a dobra zabawa. Jak bez względu na wszystko trzymają styl i profesjonalizm?

Coś wam powiem w sekrecie.
To kłamstwo.

1. Słodki smak zwycięstwa i kwaśny smród pracy

CrossFit ma opinię hardkorowego treningu a w trakcie hardkorowych treningów człowiek się poci. Bardzo. Czasem wręcz jak świnia a latem to jeszcze bardziej. Dla panów nie jest to jakimś szczególnym problemem, ale dla pań, które cenią sobie swój wygląd i dbają o to, by w każdej chwili zachować styl i klasę, może być  to pewnym wyzwaniem, ponieważ ciężko jest zachować klasę, gdy buzia nabiega krwią niczym dojrzały burak, makijaż rozmazał się dwa kwadranse temu a na dupie widnieje plama potu rozmiaru jeziora Bajkał po wiosennych roztopach.

CrossFit jest fizyczny i naturalistyczny. Się pierdzi, się poci, się beka a jak dasz siebie wszystko, to pod koniec treningu problemem jest nie tyle utrzymanie stylu, co zwieracza.
Jeśli myślisz, że pod koniec treningu będziesz wyglądać, jak postaci z reklamy – muszę cię zmartwić.
Będziesz wyglądać raczej tak

dead_tired

O ile jednak po treningu można wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku, o tyle przepocone do ostatniego włókna ciuchy, wchodzą właśnie w fazę fermentacji. Są mokre, śmierdzące, zawinięte w reklamówkę i schowane w ciepłą torbę na najbliższych dziesięć godzin (chyba że trenujesz po pracy i skończywszy trening szorujesz prosto do domu). Jakbyś tych ciuchów nie prał, nie odgrzybiał, nie suszył i nie wietrzył, po jakimś czasie zaczynają zwyczajnie śmierdzieć – walić klasycznym menelem, ulicznym bejem.
Trzeba więc kupić nowe a krosfitowa stylówka do najtańszych nie należy…

2. Sportowy Klub BDSM

Jedyny krosfiter bez posiekanych przedramion to ten, który nie próbował skakać double unders. Wszyscy inni doskonale wiedzą, czym pachnie skakanka (szczególnie z metalową linką). Ślady na piszczelach, ślady na rękach –  pół biedy, jeśli jest zimno i można to przykryć długim rękawem, ale latem, gdy człowiek chciałby odsłonić trochę ciała, trzeba przygotować się na dziwne spojrzenia koleżanek z pracy i zatroskane pytania szefostwa „czy w czymś ci można pomóc…”

du

Nie lepiej jest ze sztangą – poorane do krwi piszczele, poobijane obojczyki (żegnajcie bluzki z dekoltem!) a jak się człowiek chwilę zagapi to i w pysk dać sobie można. Obtłuczone kettlem nadgarstki, przypalone liną nogi, pozrywana skóra z dłoni… O ile panowie mogą się schować pod garniturem, lub koszulą z krawatem, o tyle panie, szczególnie latem, muszą się zdrowo nagimnastykować by nie wzbudzać niezdrowych sensacji.

_adventure_journal_shes-got-legs-6601
pani Krysiu, pani dziś nie wstaje zza biurka…

3. Wieczny głód

Jeśli wydaje ci się, że CrossFit to dobry sposób aby schudnąć –  to masz rację –  WYDAJE CI SIĘ.

Ci wszyscy krosfitowi zawodnicy, których oglądasz po Internetach nie wyglądają tak dobrze dlatego, że trenują CrossFit, tylko dlatego, że trenują od lat i trzymają tzw. „czystą michę”, co jest milion razy trudniejsze od najtrudniejszego treningu.
A dlaczego?
Ano dlatego, że  po dobrym krosfitowym treningu organizm dostaje pierdolca i pożerasz wszystko, co cie w ręce wpadnie, ze szczególnym uwzględnieniem słodyczy.

Nie ma takiej opcji, by być na redukcji i trenować CrossFit. Niby ktoś tam próbował, ale z doświadczenia wiem, że tych, którym się udało jest nieporównywalnie mniej od tych, którym się nie udało. Zdecydowana większość z nas przegrywa z rozpędzonym metabolizmem i pożera ilości jedzenia, które normalnego Kowalskiego zaprowadziłyby do „kwadransowych grubasów”.

I wiesz co?
Zazwyczaj jesteśmy ciągle głodni…

lodowka
to tylko na najbliższe 3 dni; potem się coś dokupi…

4. Zakupowy koszmar

Jeśli ćwiczysz  dostatecznie długo i nie migasz się od ćwiczeń na nogi (co w krosficie jest dość trudne) to w pewnym momencie staniesz przed znanym wszystkim kobietom dylematem pt „ja nie mam co na siebie włożyć” – bo nie znajdziesz w sklepie niczego, co będziesz w stanie w miarę komfortowo ubrać.

spodnei
raczysz, kurwa, żartować…

Nagle zrozumiesz, dlaczego wszyscy „pakerzy”, piątek świątek i niedziela, do sklepu, czy do kościoła –  chodzą w dresach. Nie, nie dlatego, że tak lubią, tylko dlatego, że to jedyne ubranie, które na nich pasuje. Po prostu nie da się kupić normalnych ubrań na sportową, umięśnioną (acz nie „przepakowaną”) sylwetkę.

Możesz sobie pomyśleć „żrą koksy i rosną jak niedźwiedzie, to mają za swoje” –  ale nic bardziej mylnego. Większość „normalnych” krosfiterów (tych bez ambicji zawodniczych) ma koszmarne problemy ze znalezieniem wygodnych dżinsów – tylko dlatego, że mają umięśnione uda albo szerokie łydki. Tymczasem wszystko w sklepach ma etykietę „skinny”, albo inny „fit” i generalnie produkowane jest z myślą o wyrośniętych chińczykach, albo wychudzonych nastolatkach.

ile_ty_masz_w_przysiadzie
Ciekawe, ile zarzuca do siadu…

 

Jeśli trafisz spodnie o odpowiedniej długości i rozmiarze w pasie (co samo w sobie bywa już nie lada wyzwaniem) może się okazać, że nogawka daje się naciągnąć do połowy uda a znam i takie przypadki, gdy nie dała się nawet naciągnąć na łydkę.
Albo, gdy dresy opinały jak legginsy…

Popularnym problem u pań (które również borykają się z kupnem dżinsów, ale, w odróżnieniu od panów, mogą wyjść do pracy w czymś elastycznym) jest próba zakupu koszuli. Opięty bicek, nie dopinająca się klatka piersiowa – jeśli twoja praca wymaga od ciebie w miarę reprezentacyjnego ubioru, poznasz to wszystko na własnej skórze i po trzykroć przeklniesz wszystkie marki odzieżowe – zarówno te ekskluzywne, jak i popularne sieciówki dla młodzieży.

Rzecz jasna, pozostaje jeszcze chodzenie w bojówkach oraz odzież szyta na miarę – ale umówmy się, że nie do  każdej pracy można pójść w bojówkach a odzież  na miarę jest, delikatnie mówiąc, droga.
Krótko mówiąc jesteś w odzieżowej dupie.

10672274_1628338890717245_9129811455988818290_n
My, na krosficie, lubimy mieć przesrane

I tak wygląda codzienność krosfitera: z torby wali starym menelem, jesteś poobijany, głodny i nie masz co na siebie włożyć.

Trochę inaczej, niż na reklamie. Prawda?