Sterydy w Krosficie

Wraz z wielką popularnością krosfitu przyszła równie wielka fala podejrzeń o nadmiernie zamiłowanie do “cukiereczków”. Sport, w którym na porządku dziennym są treningi przyprawiające o zawroty głowy musiał trafić na “cenzurowane”. Ktoś musiał zapytać “ale jak to możliwe żeby na batatach, jarmużu i wołowinie robić takie cuda”?

Jak każdy nie oszukujący się za bardzo człowiek zakładałem, że krosfiterzy biorą –  bo w każdym sporcie biorą i nie widzę powodów, dla których krosfit miałby być tu jakimś wyjątkiem. Obstawiałem ścisłą czołówkę  –  bo to w każdej dziedzinie “usual suspects”. Może z kilkoma wyjątkami, ale tak z grubsza rzecz biorąc szacowałem, że połowa zawodników “pudełkowych” wspomaga się czymś „z pudełka”.

Ponieważ wiedzę o sterydach, jak też o stawaniu na podium mam czysto teoretyczną, postanowiłem zasięgnąć jej u źródła –  u ludzi, którzy na krosfitowych pudłach stawali, koks brali – czyli krótko mówiąc u praktyków w temacie. Znaleźć chętnych do rozmowy nie było łatwo, ale ostatecznie udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami, które ze względów oczywistych pozostaną anonimowe.

Łatka wstydu

Sterydy w sporcie są tajemnicą poliszynela – wszyscy wiedzą że są brane, ale nikt do brania się nie przyzna. Podstawową przyczyną tego „brania po cichaczu” są pieniądze. Sportowiec, który przyznaje się do koksowania automatycznie traci sponsorów, odcinając tym samym źródło utrzymania.

Żaden producent suplementów nie chce być kojarzony z “tym od koksu” ponieważ swoje produkty sprzedaje sloganami mówiącymi o pasji, poświęceniu, ciężkiej pracy – a gros jego klientów stanowią zwykli kowalscy, którzy wierzą, że po kreatynie i BCAA będą dźwigać jak chłopaki z Carson.

To dzięki sponsorom zawodnik jest w stanie trenować na takim poziomie, by wygrywać zawody lub przynajmniej utrzymywać się w czubie tabeli –  więc oficjalnie każdy jest czysty, choćby się świecił w nocy i miał twarz jak kalkulator.
Chwilami prowadzi to do sytuacji wręcz komicznych – gdy dwóch sportowców wytyka sobie nawzajem, że “ten drugi koksuje i oszukuje” a obaj koksują aż furczy – ale to świetnie pokazuje, jak silny jest strach przed“oficjalną łatką koksownika”.

Drugi powód to społeczny ostracyzm.
Obiegowa wiedza o sterydach pełna jest mitów, półprawd i zwyczajnych bzdur. Prób “odczarowania sterydów” podejmowano wiele, w najróżniejszych dyscyplinach sportu – ale efekt był zawsze ten sam:  żaden.
Słowo “sterydy” zdaje się mieć cudowną moc odbierania rozumu i jak by człowiek tematu nie tłumaczył, ginie zalany ignorancją i zwykłym hejtem. Z tego też powodu sterydy “zeszły do podziemia” a ci, którzy je biorą przestali tłumaczyć o co w tym chodzi.
Bo po co tłumaczyć komuś, kto nie chce zrozumieć, albo z góry zna odpowiedź?

Pobożne życzenia

Regularnie podsuwanym pomysłem na uporządkowanie kwestii sterydów wydaje się być ich zalegalizowanie. Stwórzmy kategorię  “koksy” – mówią ludzie – pozwólmy im rywalizować, niech się między sobą ścigają, niech biją te rekordy a normalni zawodnicy niech rywalizują między sobą. Będą oddzielne kategorie, oddzielne podium –  i będzie wiadomo, kto jest kto.
Brzmi to nawet sensownie, niestety jest tyleż niemożliwe, co naiwne.

Naiwne – bo tak jak w kategorii “open” startują zawodnicy ewidentnie pasujący do kategorii ”elite” (vide tegoroczne ponad stukilowe Power Cleany w kategorii Open na Amaroku) tak w kategorii “zwykli ludzie” będą startowali ci, którzy na co dzień wspomagają się grubą chemią.

Niemożliwe –  ponieważ wprowadzenie kontroli antydopingowych, które miałyby odsiać “czystych od nieczystych” jest marnowaniem czasu i pieniędzy. Jak podkreślali moi rozmówcy, prześliźnięcie się przez kontrolę jest banalne do tego stopnia, że “wpadają albo kompletni idioci albo ci, którzy chcą wpaść”.
Mówiąc wprost: kontrola antydopingowa, szczególnie w sporcie tak amatorskim jak rodzimy krosfit, to fikcja i trzeba się z tym pogodzić.

Chodź, opowiem ci bajeczkę…

Popuśćmy na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie taką sytuację: na CF Games oficjalnie zostaje utworzona osobna kategoria dla “koksowników” i każdy, nie ważne co wciąga, wciera i wstrzykuje, może brać w niej udział. Niech biorą co chcą –  w końcu “unknown and unknowable” nie wybiera między koksownikami i naturalami, kłody pod nogi wszystkim rzucając po równo. Jak to się ma do krosfitowej ideologii zdrowia i czystej michy? Jak wiarygodna staje się Glassmanowa krucjata przeciw coca coli? Kto ich wesprze w ogólnoamerykańskiej walce z cukrzycą, gdy oficjalnie zaakceptują kłucie tyłka środkami dużo bardziej niebezpiecznymi od “białego mordercy”?  Kto uciszy organizacje rodzicielskie krzyczące o złym przykładzie dla zawodników kategorii teens?
Przecież to samobójstwo!

Jakkolwiek znane są przypadki, w których sponsorzy nie odwrócili się od przyłapanego na dopingu sportowca, przekonany jestem, że przy całym nacisku na zdrowy tryb życia, który krosfit uczynił swoim znakiem firmowym, nie byłoby mowy o taryfie ulgowej – bo jasnym stałoby się, że CFHQ naucza jednego a praktykuje drugie.
Mówiąc wprost, jest bandą hipokrytów.

Dokładnie z chwilą, w której sterydy zostałyby oficjalnie uznane nastąpiłby masowy odwrót sponsorów i cały krosfit wróciłby do garażu a centrala, zamiast pieniążków z afiliacji, zobaczyłaby pozwy sądowe z tytułu utraconych zysków.

Chwilę później ruszyłoby tsunami hejtu potępiające wszystkich tych, którzy “legalizując” sterydy “zachęcają” do ich brania.
Dlatego zalegalizowanie sterydów nie jest w interesie CFHQ (ani żadnej innej organizacji sportowej).Lepiej opowiadać o zbawczej mocy czystej michy cichaczem robiąc to, co wszyscy wokół.

Dla hajsu, czy dla fejmu?

O ile na zachodzie można z krosfitu żyć całkiem nieźle (co w pewien sposób usprawiedliwia igraszki z niedozwolonymi substancjami)  o tyle w Polsce wciąż jeszcze za wielkich kokosów z tego nie ma. Owszem, z roku na rok jest coraz lepiej, niemniej wciąż jest to pula, z której nie wystarczy dla wszystkich – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko najlepszych zawodników.
Jeśli więc nie pieniądze, to co sprawia, że ludzie biorą się za koks?

Otóż od kasy ważniejsze okazuje się to, co jest podstawą –  nawet nie kręgosłupem, ale wręcz rdzeniem kręgowym sportu – rywalizacja i bycie lepszym od innych.
Chodzi o wynik; miejsce w sportowym stadzie.

Jeśli idzie się w poważną rywalizację –  to nie po to, by przegrać, tylko po to by wygrać. Jeśli wiesz, że będziesz rywalizował  z zawodnikami na koksie to nie masz innego wyjścia jak samemu zacząć ten koks brać – w przeciwnym wypadku jesteś przegrany już na starcie.

Rzecz jasna możesz iść w zaparte i wierzyć, że “na jarmużu i kurczaku z ryżem” też masz szansę na rywalizację, niemniej prędzej, czy później przyjdzie Twoja kolej na zderzenie z rzeczywistością. Nagle się zorientujesz, że trenując 6 dni w tygodniu po 3 godziny dziennie, pilnując snu i michy, biorąc suple i trzymając się profesjonalnego planu treningowego jedziesz na zawody i kończysz w ogonie.
I jasnym się staje, że choćbyś nie wiem jak ciężko pracował i flaki z siebie wypruwał – z chemią nie wygrasz.
I wtedy musisz się zdecydować.

Cudowne dzieci

Każdy z nas obserwuje na instagramie, czy innym fejsbuku sportowców, którzy raz po raz wrzucają PRy, zdjęcia z trzeciego treningu w jednym dniu i inne wyczyny z gatunku “to się nie dzieje”. Rano ciężary, w południe gimnastyka, wieczorem zarzynacz – i tak dzień w dzień.
Każdy z nas zadawał sobie to pytanie “Jak oni to robią – przecież ja po jednym porządnym treningu jestem nie do życia. Co oni żrą, że tak trenują”?
W wielu przypadkach odpowiedź jest prosta: koks.

Biorąc pod uwagę możliwości ludzkiego organizmu, nie ma takiej opcji by dzień w dzień robić po 2-3 solidne treningi, co tydzień wrzucać jakiś PR, ciągnąć taki tryb życia długimi miesiącami/latami i po drodze się nie rozsypać.

Można zdrowo jeść, wysypiać się, regularnie odwiedzać fizjoterapeutę i ogólnie dbać o siebie – ale pewnego poziomu wysiłku i intensywności nie da się utrzymać bez wspomagania.
Po prostu się nie da.

Argument o zadziwiających naturalnych predyspozycjach ciężko jest traktować poważnie, ponieważ wówczas trzeba by uznać, że jesteśmy wylęgarnią cudownych dzieci i z niezrozumiałych powodów (pewnie spisek!) nie przywozimy z imprez worków medali, czy innych statuetek.
Cudowne dzieci zdarzają się, owszem – ale nie za często i tylko w kategorii open, gdzie standardy nie są jeszcze tak wyśrubowane a treningi bazują bardziej na płucu, niż na bicepsie  – choć i tam spotkać można efedrynę, HGH, czy inne „cukiereczki”.

Czas cudownych dzieci mija wraz z wyjściem z “sportowej piaskownicy”. Gdy stawką w rywalizacji są coraz większe pieniądze, gdy wygrana niesie nie tylko popularność w wąskim gronie, ale też kontrakty sponsorskie – tam dzieci, nawet te cudowne, przeganiane są przez zawodowców na bombie.

Make life harder

Jeśli marzy ci się kariera w krosficie a oczami wyobraźni widzisz siebie na pudle, lepiej od razu sięgnij po biografię Dymitra Mendelejewa. Brutalna prawda jest taka, że temat koksu, choć oficjalnie wszyscy są czyści jak łza wikarego,  w szatni, między swojakami, jest równie powszechny jak dyskusje o dziewczynach, czy samochodach. Jeden z moich rozmówców na zagranicznych zawodach od topowego zachodniego zawodnika usłyszał wprost: “HGH musi być zawsze, u nas każdy bierze”.
A my ścigamy zachód.

O ile na zachodzie koksuje się profesjonalnie –  pod okiem lekarzy, trenerów, z regularnymi badaniami, czyszczeniem organizmu – o tyle w Polsce przypomina to  garażową manufakturę. Jak to określił mój rozmówca “Takie branie żeby brać, bez celu, bez sensu, bez planu (…) znam ludzi, którzy biorą tyle, że no aż strach”

No dobrze, ale co to znaczy “każdy” – ktoś zapyta. Wszyscy co do jednego? co drugi? Co trzeci?  Otóż wg moich rozmówców

ponad 80% topowych polskich krosfiterów leci na bombie, co oznacza tyle, że w czołówce stawki branie jest regułą, nie wyjątkiem.

Panie koksują niewiele gorzej od panów a ponieważ testosteron nie jest dla ich organizmów hormonem naturalnym, ryzykują też więcej. Ani lekarz rodzinny ani ginekolog nie potrafią doradzić w kwestiach tak podstawowych, jak sensownie połączyć pigułki antykoncepcyjne z koksem. Wszystko odbywa się na własną rękę, metodą prób i błędów.
Wszystko po to, by zrobić lepszy wynik i stanąć na pudle – warto o tym pamiętać, wklejając kolejnego mema z cyklu “siła jest kobietą”

Nadzwyczajne środki

Rozmawiałem z ludźmi trenującymi najróżniejsze sporty –  od pływania po futbol amerykański –  i wszyscy jak jeden mąż powtarzali to samo: Przygotowując się do kariery zawodniczej koksuje się od samego początku, ponieważ współczesne normy są tak wyśrubowane, że “au naturelle” są poza zasięgiem ludzkiego organizmu.

Nadzwyczajne wyniki wymagają nadzwyczajnej siły a nadzwyczajną siłę buduje się nadzwyczajnymi środkami. Wiedzą o tym wszyscy trenerzy we wszystkich dyscyplinach. Jedynymi ludźmi, którzy zdają się tego nie rozumieć, są fani.

Wśród przeciwników koksowania popularne jest przekonanie, że “sterydy ułatwiają treningi” przez co są formą oszukiwania. Jest w tym rozumowaniu pewien błąd logiczny, który zakłada, że bierze się po to, by łatwiej podnieść jakiś określony ciężar. Otóż nie – bierze się po to, by podnieść więcej, pobiec szybciej, słowem – pracować jeszcze ciężej, niż dotychczas.
Decyzja o sterydach to de facto decyzja o jeszcze cięższej pracy.

Decyzja o “odpaleniu bomby” to również decyzja o igraniu z własnym zdrowiem, ponieważ nawet brane z głową, sterydy niosą ze sobą sporo efektów ubocznych, z których żółta skóra, łysienie, czy syfy na plecach należą do tych mniej dokuczliwych. Na YT można znaleźć kilka filmików, których autorzy mówią wprost o rosnących piersiach, jazdach emocjonalnych, czy problemach z kuśką.
Rzecz jasna nie znaczy to, że każdy zawodowy krosfiter jest potencjalnym impotentem – to pokazuje, jak wiele sportowcy są w stanie poświęcić dla swojej pasji.

Jeśli facet jest w stanie położyć na szalę swoją męskość, to musi mu CHOLERNIE na sportowych wynikach zależeć –  bo nikt normalny nie igrał by z takim ryzykiem “ot tak, dla zabawy”

Sterydy to także spory wydatek. Koszt jednego cyklu to ok 2000 złotych. W tym czasie możesz zapomnieć o weekendowej wódeczce, odpuszczaniu treningów bo źle się czujesz, jedzenia śmieci etc – ponieważ wydałeś furę pieniędzy i musisz z nich wycisnąć ile się da.
Życie  “na cyklu” to de facto brak życia poza sportem –  wszystko jest podporządkowane treningom –  ilość i pory jedzenia, treningów, ograniczanie stresu, pilnowanie dawek (bo każdy organizm na koksy reaguje inaczej).  Mówiąc wprost: cykl sterydowy bardziej przypomina wojskowy reżim, niż radosne pizganie hantlami.

Sport jak każdy inny

Sytuacja, w której okazuje się, że niemal cała czołówka ulubionego sportu leci na sterydach może powodować skok ciśnienia – ale tylko u tych, którzy żyją w błogiej nieświadomości, wierząc w historie o zbawczej mocy czystej michy i ośmiu godzinach snu. Każdy mający jako takie pojęcie o fizjologii człowiek wie, że nie ma takich genów, które by pozwoliły na wykręcanie wyników z czołówki tabeli.

Nasz sport, nasz kochany krosfit, stawia przed zawodnikami zadania, które bez odpowiedniego “podlania” są po prostu niewykonalne. Spirala trudności jest tak nakręcona, że bez „podlania” można myśleć co najwyżej o rekreacyjnych startach w zawodach międzyboksowych.

Coming out bez konsekwencji

Jakiś czas temu przeprowadziłem ankietę, w której zapytałem: “gdyby sportowiec, któremu kibicujesz ujawnił się z braniem sterydów, czy (i jak) wpłynęłoby to na twoje nastawienie wobec niego” do wyboru dając zmianę na minus, brak zmiany oraz zmianę na plus.
Udzielone opinie rozkładały się niemal po równo – jedna połowa ankietowanych zadeklarowała, że ich stosunek do koksującego uległby zmianie “in minus”, drugiej połowie nie zrobiłoby to żadnej różnicy i tylko jedna osoba stwierdziła, że po takim coming oucie koksujący zawodnik zyskałby w jej oczach, ponieważ “to pokazuje, że traktuje rywalizację poważnie”

Poproszeni o uzasadnienie swojego wyboru, niemal wszyscy ankietowani używali tych samych argumentów. Ci, których opinia uległaby pogorszeniu, traktują sterydy jako “oszukiwanie”, ”chodzenie na skróty” i “nieuczciwą konkurencję” w stosunku do reszty zawodników. Ci, których opinia nie uległaby zmianie wychodzą z założenia, że choć nieoficjalne, sterydy są wszechobecne w sporcie i gdy wszyscy w każdej dyscyplinie biorą, oburzanie się na zawodnika, który miał odwagę się do tego przyznać jest nie na miejscu.

W kwestii sterydów, środowisko krosfitowe jest podzielone dokładnie na pół. Jedni pragną sportu “czystego” i nazywają je oszustwem; drudzy godzą się z faktem, że “tak po prostu jest” i nie robią z tego sensacji.

Krosfit nie różni się od “tradycyjnych“ dyscyplin sportowych i podlega tym samym mechanizmom, zgodnie z którymi każdy, kto myśli o poważnej karierze zawodniczej, musi przeprosić się z grubszą chemią. Jak to dosadnie ujął jeden z moich rozmówców ”Czyści to są ci, którzy robią WODa 3-4 razy w tygodniu a nie 2-3 razy dziennie. Jeśli myślisz o zawodach, czy sporcie na poważniej, to bez wspomagania nie masz o czym marzyć”.

Takie są realia i oburzanie się na nie jest tak samo sensowne, jak wściekanie się że zimą jest zimno a latem gorąco.

Practice what you preach

Moim zdaniem oburzenie na sterydy w krosficie bierze się z rozrzutu pomiędzy tym, co jest jednym z ideologicznych fundamentów krosfitu –  zdrowego odżywiania, dbałości o zdrowie, trosce o codzienną sprawność –  oraz tym, jak faktycznie wygląda krosfit na poziomie zawodniczym.

Ludzie nie są głupi i widzą, że gdy z jednej stronie papa Glassman prowadzi krucjatę przeciw kokakoli a z drugiej pudła obsadzone są terminatorami na koksie –  to coś tu nie gra.

Jeśli zewsząd słyszy się “eat clean train dirty” a twarzami krosfitu są ludzie, co do których nie ma wątpliwości, że nie grają czysto –  to ewidentnie ktoś ich robi w balona.
Ludzie to widzą i wkurza ich to.

Argumentacja, że nie ma co się porównywać do krosfitowej czołówki to jeden wielki logiczny No rep, ponieważ organizowana jest cała masa mniejszych i większych zawodów –  od ogólnokrajowych eventów po małe boxowe imprezy – na których to zawodach każdy może poczuć się jak “krosfit atlit”. “Chodź, zapisz się, będzie fajna zabawa” – zachęcają się ludzie nawzajem –  i choć każdy wie, że “to tylko boxowe zawody bez napinki” to jednak adrenalina i doping ze strony znajomych rozbudza ambicje. Udział w zawodach to część krosfitowej kultury, krosfitowego stylu życia.

Każdy krosfiter to potencjalny zawodnik a zawodnicy porównują się do innych, chcą być lepsi i wkurza ich gdy widzą, że są bez szans, bo konkurencja leci na bombie.

Krosfitowy hejt na sterydy bierze się stąd, że z jednej strony rozbudza się w ludziach ambicje, daje im się poczuć jak sportowiec, tytułuje per “atleta” – a z drugiej buduje szklany sufit, powyżej którego bez pomocy sterydów nie podskoczysz.
To jest hejt nierównych szans i zabranego cukierka.

Młodzi zbuntowani i starzy zmęczeni

Krosfitowy top to są nasi sportowi idole, wzorce do naśladowania. Mniej lub bardziej świadomie inspirujemy się nimi, chcemy być tacy jak oni. Sytuację, w której dowiadujemy się, że nasz idol koksuje, można porównać do odkrycia, że dziewczyna, w której się podkochiwaliśmy, okazała się być puszczalską.
Tak brutalne sprowadzenie na ziemię ciężko jest przyjąć “na chłodno” – dużo łatwiej jest stwierdzić, że jest zwykłą zdzirą, czyli mówiąc językiem krosfitu, zhejtować koksownika.
Hejt jest tu mechanizmem obronnym.

Poza “hejtem odebranych złudzeń” są jeszcze bardziej racjonalne argumenty.
Wyniki jakie może osiągnąć bądź osiągnął taki sportowiec nie są wypracowane w naturalny sposób. Jego organizm przekroczył najprawdopodobniej  własne możliwości a chemia dopingowa jest czynnikiem z zewnątrz, która w nienaturalny dla człowieka sposób pozwala przekraczać „nieprzekraczalne” granice dla naszego ciała.  – napisał jeden z ankietowanych, drugi zaś dodał:  robotę i tak musi zrobić ale ułatwia sobie regeneracje, nie jest to w porządku w stosunku do tych którzy nie biorą (jeżeli są tacy)

O ile wypowiedzi przeciwników koksowania pełne są buntu i niezgody na zastany stan rzeczy, o tyle ci, których opinia pozostaje bez zmian, są pogodzeni z faktami – wiedzą, że sport jest jaki jest a walka z zastaną rzeczywistością to de facto walka z wiatrakami.
Jak to ładnie skwitował jeden z ankietowanych “W dzisiejszych czasach bez dopingu NIKT nie jest w stanie zbliżyć się do podium i NIE MA czystych sportowców. W związku z czym bez świadomości, że doping istnieje nie możesz komuś kibicować. Albo masz ulubieńca, albo nie masz w ogóle.”

Pozbawić złudzeń dla własnego dobra

Nie mam nic przeciwko kosującym krosfiterom. Rozumiem co ich do tego popycha, rozumiem ich motywację i realia “poważnej rywalizacji”. Przyjmuję, że “w sporcie tak po prostu jest” i szanuję ich decyzje, nawet jeśli z mojego punktu widzenia są mocno ryzykowne.

Uważam jednak, że informacje o tym, że koks w krosficie jest na porządku dziennym, powinny być oficjalne i powtarzane jak najgłośniej. Niekoniecznie po nazwisku i z wytykaniem palcami, ale powinno być powszechnie wiadomo, że od pewnego poziomu bez koksu ani rusz.
Dlaczego?

Wiedza o tym, że “ten i ten koksuje” potrzebna jest po to, by obedrzeć ze złudzeń wszystkich maluczkich, którzy mniej lub bardziej świadomie równają do swoich idoli.

Jak pisałem wcześniej – krosfit jest przesiąknięty duchem rywalizacji i w zasadzie nie ma miesiąca bez zawodów, w których nie mógłby wziąć udziału każdy bez względu na stopień zaawansowania.
W sytuacji, gdy udział w zawodach jest częścią “bycia krosfiterem” każdy, kto myśli, by dźwigać jak elita powinien mieć świadomość ceny, jaką za to dźwiganie trzeba zapłacić. Że bycie “elite” to nie tylko setki lajków, fejm na insta i darmowe suple, ale też igranie ze zdrowiem, psychiczne jazdy, fura wydanej kasy i morderczy reżim.

Oglądając w necie filmiki z nieprawdopodobnymi wyczynami rodzimych krosfiterów warto mieć z tyłu głowy, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem są one wynikiem “załączenia nitro”.
Czy to w jakiekolwiek sposób umniejsza ich osiągnięciom? Moim zdaniem nie – bo sterydy same za sportowców roboty nie robią. Trzeba tylko pamiętać o cenie i ryzyku z tym związanym.

Chodzi o to, by uczciwie powiedzieć ludziom, że tam, gdzie kończy się krosfit “dla fanu” tam zaczyna się tablica Mendelejewa.

Chciałbym podziękować rodzinie, bogu i wszystkim gratisodawcom

Duże podziękowania należą się wszystkim osobom, które zdecydowały się opowiedzieć, jak wygląda polski krosfit i koksowanie od zakrystii. Wiele rzeczy, które “wydawały mi się” znalazły swoje potwierdzenie, kilka mnie zszokowało, zaś kilka innych zostało zupełnie “odczarowanych”.  Dzięki wam rozumiem więcej, niż rozumiałem i hejtuję mniej, niż hejtowałem –  więc możemy chyba odtrąbić sukces 😉

Zaś wszystkim tym, którzy dotrwali do końca wpisu, gratuluję i stawiam znaczek “RX” przy czytelnictwie za rok 2016 😉

 

Formotiva czyli koksy z telewizji

Przez długi czas suplementy były specyfikiem z „szarej strefy” – zrozumiałym tylko dla sportowców i co bardziej nakręconych bywalców fitness klubów, zaś dla typowego Kowalskiego kojarzącym się z zużytymi strzykawkami, bezpłodnością i potworami z Internetu. I nagle BANG – w telewizyjne bloki reklamowe weszła Formotiva, marka należąca do Aflofarmu, który w reklamach telewizyjnych zostawia kwoty, jakich większość z nas nie ogarnia nawet przy pomocy kalkulatora.

Na rynku pojawił się nowy gracz – a wraz z nim zestawy testowe dla fit -blogerów.

formocover

Pisanie o suplementach to dość trudna sprawa ponieważ… nie za bardzo jest o czym pisać. W przypadku butów, ciuchów, czy innych gadżetów sprawa jest o tyle prosta, że efekt ich działania (czy odczucia z użytkowania) są widoczne w zasadzie od pierwszego treningu. Tymczasem koksy to takie ustrojstwo, którego efekt jest rozłożony w czasie i, co gorsza, uzależniony od Twojej własnej pracy. Innymi słowy: żaden koks nie zadziała, jeśli nie wyprujesz z siebie podszewki na treningu.

Żeby napisać naprawdę miarodajną opinię o suplach, trzeba by pomierzyć maksy przed „cyklem”,  solidnie przepracować X tygodni, ponownie zmierzyć wyniki –  a i wtedy nie do końca będzie wiadomo, ile z tych wyników zawdzięczamy kreatynie z przedtreningówką a ile własnemu zawzięciu.
Prawda jest więc taka, że jak się nie chce przepisywać materiałów marketingowych producenta, to trzeba samodzielnie lać wodę.
Najlepiej do szejkera z suplami 😉

BCAA
BCAA

Po wlaniu wody do BCAA, napój przybiera barwę różowo-fioletową. Mam wrażenie, że formotiva oraz myprotein korzystają z tych samych aromatów, ponieważ zarówno in:fused jak i winogronowe BCAA charakteryzuje ten sam, chemiczny smak. Ja rozumiem, że suple to chemia par excellence, ale w takim np. isopure dało się wywalić/ukryć chemiczny aromat więc i rodzimym chemikom powinno sie to udać. Warto przynajmniej spróbować, bo produkt może na tym tylko zyskać.

Kreatyna o smaku cytrynowym miesza się i smakuje dużo lepiej. Nie jest to co prawda poziom kreatyny od amaroka, która (jak na moje podniebienie) jest najlepsza, ale skłamałbym mówiąc, że jest z nią coś nie tak.
Siły piekielnej co prawda jeszcze nie odnotowano, ale może to znak, że trzeba przestać ją wciągać nosem a zacząć pić jak człowiek 😉

krea
Kreatyna

Przedtreningówka o smaku balonówy przeniosła mnie w lata dzieciństwa, gdy w sklepach nie było nic, zimą grało się w piłkę w samym podkoszulku a kupowana za kieszonkowe od rodziców guma do żucia miała posmak tablicy Mendelejewa.
Po zażyciu przedtreningowego sznapsa wymłodniałem tak mentalnie jak i kondycyjnie. Co ciekawe, obyło się bez typowego dla pre-workoutów „walnięcia w dekiel”, włosów na sztorc i swędzenia skóry. Owszem, było podkręcenie, ale bez przypału i nerwowego miotania sie po boxie.

Jeśli chodzi o „zbilansowanie mocy” formotiva zrobiła wg mnie najlepszą przedtreningówkę. Nie za mocną, nie za słabą –  taką akurat.

Pre
Przedtreningówka o smaku balonówy

Z zestawu BCAA – Kreatyna – Przedtreningówka, najlepiej formotivie wyszła ta ostatnia. Kreatyna również jest OK, jeśli zaś chodzi o BCAA – winogrono to po prostu nie mój smak. Coś mi tam nie bangla, nie wiem co – ale sami wiecie jak to jest – albo coś smakuje albo nie. Obstawiam że cytrynowym opijałbym się jak maturzysta jabolem po egzaminach.

miarki

O ile same suple są OK, o tyle mam z nimi problem natury marketingowej.
Otóż na pudełku od kreatyny napisane jest, że sposób użycia to „Dorośli: 1 porcja (6g = 2 miarki)” tymczasem wg mojej wagi, jedna miarka to 13 gram. Gdybym brał zalecane na opakowaniu dwie miarki, przyjmowałbym dziennie 26 gram – czyli 4 razy tyle, ile napisano na opakowaniu.
I teraz nie wiem, czy ktoś się w produkcji pierdyknął wrzucając za dużą miarkę, czy też chodzi o to by człowiek wciągał tych supli więcej niż potrzeba.

Zamiast podsumowania

Nie zachęcę was do zakupu, ponieważ taka zachęta ze strony blogera, który dostał fanty za friko byłaby cokolwiek niepoważna. Nie zaszkodzi jednak, jeśli przy okazji najbliższych targów, czy innych zawodów, weźmiecie kilka próbek z ich stoiska i po prostu ocenicie sami.

Bo kto by tam blogerowi wierzył… 😉

Isopure Aminos -Koksowanie w klasie Premium

Pierwszy kontakt z suplami od Pakera ze smoczej jamy nawiązałem drogą poczty pantoflowej. Znajoma z Torunia tak długo zachwalała mi pewne białko, aż w końcu się skusiłem, wyprułem podszewkę z portfela i odjechałem jak papamobile.
Java –  cóż to było za białeczko…
Dlatego, gdy nadarzyła się okazja zrecenzowania nowego specyfiku od aptekarza z Krakowa nie zastanawiałem się ani chwili. Wszyscy lubimy dostawać trofiejki –  a już blogerzy lubią najbardziej –  a już naj naj bardziej to lubią wtedy, gdy są to prawdziwe sztosy.
Sytuacja była jak z czeskiego terminatora – Opór je marny…

Pierwszym, co się rzuca w oczy jest „uczucie Premium”. Wiem, brzmi to jak najdurniejszy tekst marketingowy z czasów świetności kabaretu Mumio, ale nic nie poradzę na to, że pudło Isopure jest zwyczajnie stylowe. Zajebiście wręcz stylowe. W czasach, gdy pudła z koksem wyglądają jak beczki z radioaktywnym szlamem, albo pakowane są w zwykłe plastikowe torebki, Isopure postawiło na User Experience i w efekcie pudełko z aminokwasami w porównaniu z konkurencją wygląda jak iPhone w zestawieniu z Nokią 3210.

Combo2

No, ale nie dla oglądania człowiek aminokwasy bierze –  liczy się efekt. O tym ciężko jest mówić, bo regeneracja, jak wiemy, opiera się nie tylko na braniu koksów, ale też spaniu, misce dobrego żarcia, poziomie stresu – składowych jest wiele i nie ma takiego legalnego specyfiku, który by przeskoczył np. chroniczny niedobór snu. Nie mogę więc napisać, że odkąd biorę Isopure wstaję rześki jak skowronek i nic mnie nie boli –  bo akurat boli –  ale to dlatego, że nam córka w nocy do łóżka włazi i kopie przez sen.
Taki lajf ojca – nic nie poradzisz 😉

Z informacji na opakowaniu wynika, że w pudełku jest wszystko, co trzeba: Tart Cherry na stany zapalne i odbudowę mięśni po treningu, Theanina na relaks i uspokojenie, witamina C na odporność i 5 gram BCAA na działkę 10 gram. Tyle informacji dla farmaceutów. Ja, jako człowiek bez wykształcenia kierunkowego, interesowałem się głównie tym, czy się dobrze miesza, pyska nie wykręca i nie zostawia jakiegoś paskudnego osadu na dnie. Tak, nie i nie. Miesza się ok, choć trzeba dać ze dwie minuty, żeby konsystencja była w miarę gładka (czyt. bez piany) – ale taki efekt wysokiej zawartości BCAA, która „z natury” słabo się rozpuszcza. Smak jest bardzo fajny, bez chemicznego posmaku, nie powoduje zgagi po spożyciu, ZAJEBIŚCIE wygląda w szklance i ogólnie nie ma się do czego przyczepić. Nie zostawia też „obcych” na dnie –  więc odpada podskórny lęk, że suple supelki, ale nie wygląda to najzdrowiej…

moko
Najlepszy sznaps w najlepszej imprezowni w stolicy

Isopure nie jest cudownym specyfikiem „szto by wuj stajał i dziengi byli” i sam roboty za ciebie nie zrobi. Z drugiej strony jednak cisnę te 5-6 treningów tygodniowo, pilnuję snu (z michą bywa różnie) popijam „wiśniówką” i póki co, stare gnaty zapodają jak należy. Tym, co zdecydowanie wyróżnia Isopure na tle wszystkich supli, które do tej pory brałem, jest wspomniany na początku „Premium User Experience”. Nie wiem, może to tylko mój snobizm i słabość do dobrze opakowanych przedmiotów, ale lubię brać do ręki tę stylową puchę, sypać proszek do fajnej szklanki i pić to jak człowiek a nie walić prosto z  shakera.
Niby to głupota, niby drobiazg – a składa się na całościowy odbiór produktu.

Jak to zwykle z suplami ze smoczej jamy bywa – towar jest wysokiej jakości a obsługa pierwsza klasa. Tych, których niepokoi kontakt przez Facebooka śpieszę uspokoić – swoje koksy zamawiałem w ten sam sposób i wszystko dotarło bez problemu. Ten biznes opiera się na renomie, którą spieprzyć łatwo – a raczej nie o to pakerowi chodzi 😉

puszka

I to tyle gadania z mojej strony.
Chętnych i ciekawskich zapraszam do apteki a sam zmykam strzelić wieczornego sznapsa.

prosit!

Matura na amfie – czyli „na sucho nawet trawa nie urośnie”

Pisanie o sterydach to bardzo ryzykowny ruch. Ryzykowny, ponieważ wszystkie strony dyskusji, bez względu na to, czy są zwolennikami czy przeciwnikami koksowania, reagują histerycznie niczym hipster, który oberwał szczypiorem w szczepionkę.
Ale czemu się dziwić – przecież w ciele każdej bestii tkwi ukryta wrażliwa dusza…

Daj mi numer do swojego dilera

Środowisko sportowe jest przesiąknięte rywalizacją na każdym, nawet najbardziej amatorskim poziomie. Każdy śledzi wyniki lepszych od siebie, porównuje się, aspiruje –  i choć rozumie, że ci lepsi od niego ćwiczą dłużej, ciężej, wytrwalej, widok codziennie wrzucanych do Internetu rekordów daje mu do myślenia. Człowiek czyta, słucha, widzi jak nieprawdopodobne wyniki robią, czym się suplementują – i po pewnym czasie dochodzi do wniosku, że bez dodatkowych „cukiereczków” o poważnych wynikach może co najwyżej poczytać na zalajkowanych profilach w internecie.
A nie po to przecież wziął się za sport, by czytać o wynikach –  on chce je robić!

Sportowe wzorce też nie ułatwiają mu sprawy. Wystarczy krótki rekonesans po męskich fit profilach na Facebooku i od razu widać, że na sucho nawet trawa nie urośnie. Część sportowców tylko „dziękuje” wspierającym ich producentom suplementów (to nic że w każdym poście –  to przecież tylko podziękowania) ale jest też spora grupa, która bezceremonialnie mówi „bierz to i to a najlepiej to zgłoś się do mnie, już ja cię odpowiednio poprowadzę”. I patrzy biedny Kowalski na te bestie, widzi ich suple, widzi ich wyniki – i dociera do niego że faktycznie – na sucho to co najwyżej pod prysznicem się ponapina.

Tutaj szczególnie poszkodowani są pasjonaci kulturystyki, ponieważ ich „wzorce do naśladowania” wyglądają jak potwory i każde dziecko wie, że swojej muskulatury nie zbudowali na ryżu z kurczakiem. Człowiek myślący o kulturystyce poważniej niż „wpadnę po robocie na godzinkę fitnesu” musi pogodzić się z faktem, że układ okresowy pierwiastków chemicznych będzie recytował wzdłuż, wszerz, wspak i na ukos –  bo bez tego nie ma co liczyć na wyniki.

Argument, że każdy ma swój rozum i sam za siebie decyduje jest naiwny i fałszywy. Decydować za siebie można wówczas, gdy ma się różne opcje/wzorce do wyboru. W sytuacji, gdy wszyscy „lepsi” sportowcy bez ogródek pokazują, czym się wspomagają (bez względu na to, czy jest to meta z teściem, czy tylko pół wiadra izolatu białkowego)  przekaz dla Kowalskiego jest jasny –  chcesz być zajebisty to musisz się wspomagać. Bo wszyscy lepsi od ciebie się wspomagają. Wszyscy wokół to robią.

Zastanawiające jest, że tyle się trąbi o zachudzonych modelkach wpędzających miliony dziewczyn w kompleksy, bulimię, anoreksję i koklusz – a przecież nakoksowani sportowcy robią dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. Niby wszyscy wiemy, że czołówka CF Games to nie są „zwykli” ludzie, ale z drugiej strony są to osoby funkcjonujące w zbiorowej wyobraźni i chcą czy nie chcą, są wzorami do naśladowania. Setki tysięcy ludzi chce wyglądać jak oni – a żeby wyglądać jak oni trzeba żyć jak oni. Żreć jak oni. Wciągać koks jak oni.

Oczywiście, można być twardym i powiedzieć „nie bo nie”; trenować dla siebie i mieć wywalone na to, co się dzieje w otoczeniu. Rzecz w tym, że nie żyjemy w próżni – trenujemy razem, pasjonujemy się razem, jeden drugiego pyta o wyniki, plany startowe. Nie ma czegoś takiego jak sport bez rywalizacji –  choćby tej cichej, ukrytej przed samym sobą. Robienie coraz lepszych wyników jest wpisane w istotę uprawiania sportu i w takich realiach nie dać się wkręcić w pęd „szybciej/dalej/więcej” to osiągnięcie kwalifikujące  do dożywotniej renty od MKOl

matura na amfetaminie

Sterydy bierze się po to, aby mieć wyniki. Najlepsze z najlepszych. Wiadomo, że same z siebie roboty nie robią, że poza za nimi jest masa pracy, wyrzeczeń i zapierdziel na poziomie dla sportowca-amatora niewyobrażalnym, niemniej każdy wie, że na pewnym poziomie bez dropsów ani rusz, bo się zwyczajnie dociera do fizycznych granic organizmu. Żeby przekroczyć te granice, bierze się sterydy, dzięki którym panowie wyglądają jak postaci z kreskówek a panie wyglądają jak panowie.

Pomimo tego, że sterydy same za ciebie roboty nie zrobią, że tak czy owak musisz się napocić jak wściekły, nie sposób nie zadać pewnego, mocno kontrowersyjnego pytania.
Czy te „wyniki na koksie” na pewno są twoje?

Wszyscy wiemy jak to jest, gdy przedtreningówka zaczyna działać – jednych swędzi, drugim włosy stają dęba a wszyscy są naspidowani jak gimnazjalista przed dyskoteką. W takim stanie robimy swoje PRy, trenujemy szybciej, mocniej, intensywniej, dorzynamy się do granic wytrzymałości. Rzecz jasna te PR-y i czasy same się nie robią, ale nie oszukujmy się, bez wspomagaczy by nie weszły –  bo gdyby wchodziły bez, jaki byłby sens łykania tej chemii?

Skoro zwykła przedtreningówka potrafi dać kopa, dzięki któremu robimy wyniki nieosiągalne „na sucho”, nietrudno sobie wyobrazić, jakiego kopa dają sterydy, o jak wiele pozwalają poprawić swoje osiągi. Są to jednak wyniki sztuczne, przypominające licealistę, który nażarł się amfetaminy, wykuł podręcznik na blachę i zdał wszystko na piątkach. Czy coś z tej wiedzy mu zostanie w głowie?  A gdzie tam! Świetnie to widać po przykładach bodybuilderów, którzy przestali brać sterydy – metamorfozy są chwilami tak dramatyczne, że aż trudno uwierzyć, że patrzymy na tego samego człowieka.

Z mojego punktu widzenia wyniki na sterydach to taka matura na amfetaminie. Ok, błyśnie jeden z drugim bicepsem, ale jest to biceps tak samo prawdziwy jak para silikonowych cycków. Świetnie, że szarpnie trzy stówy w martwym ciągu – ale niech szarpnie je po odstawieniu dropsów.
Niech napisze tą maturę z głowy a nie z wiadra koksu.

Nie brał tylko Jezus, bo mu ręce do krzyża przybili

To, że biorą wszyscy poza szachistami jest sportową tajemnicą poliszynela. Weź dowolną dyscyplinę sportową, zgarnij zawodników ze świecznika, zapowiedz kontrolę antydopingową i patrz jak nerwowo pocą im się dłonie.
Biorą wszyscy, bo wszyscy biorą. Nie weźmiesz ty –  weźmie kto inny i choćbyś nie wiem jak się starał, nie będziesz miał szans  nie tylko na to, by z nim wygrać, ale by mu dorównać. Nie weźmiesz to zostaniesz w tyle. Nie będziesz miał wyników –  nie będziesz miał sponsorów. Nie będziesz miał sponsorów –  nie będziesz miał z czego żyć i trenować.
Nie koksujesz – nie ma cię. Proste równanie.

Obrońcy sterydów argumentują, że decyzje o braniu każdy podejmuje samodzielnie, ale to bujda. Jeśli myślisz o karierze sportowej i wiesz, że czołówka z którą chciałbyś rywalizować wali taką chemię, że świeci po zmroku, to nie masz żadnego wyboru – albo walisz tak jak oni, albo idziesz walczyć z wiatrakami i odpadasz w pierwszym starciu. Nie jest to więc w żadnym wypadku kwestia wyboru. Jeśli kochasz sport i chcesz z niego żyć – wypnij tyłek i trzymaj „czysty” mocz w lodówce.

Być jak Hulk Froning

Mówi się, że sterydy pomagają pokonać granice ludzkich możliwości; pomagają tam, gdzie natura mówi „pas” – ale idąc tym tropem można powiedzieć, że branie amfy, czy LSD pomaga pokonać ograniczenia ludzkiego umysłu. Czy nawalony koksem maturzysta jest geniuszem z matematyki? Nie – on jest zwyczajnie naspidowany aż mu się zwoje mózgowe prostują. Podobnie jest z koksującymi sportowcami – z tą tylko różnicą, że ci nie koksują od święta a robią to na co dzień. Trzymając się szkolnych porównań, są to tacy wybitnie zdolni studenci, którzy non stop lecą na kresce. Owszem – wyniki robią nieprawdopodobne –  ale wystarczy ich od tej kreski odciąć i spadek w wynikach będzie zauważalny.
Owszem, nadal będą zdolni – ale nikt nie nazwie ich młodymi geniuszami

Moim zdaniem nawaleni kosem sportowcy nie wyglądają jak ludzie i nie robią ludzkich wyników. To, co się dzieje to już jest „freakshow” –  taniec niedźwiedzi i baba z brodą.
Rozumiem, że nie da się być czystym na szczycie, bo nie ma wówczas żadnych szans w  rywalizacji z nakoksowanymi potworami. Rozumiem, że stało się to normą, że wszyscy tak robią, że wymusza to pęd do coraz lepszych wyników.

Rozumiem, że „sorry, taki mamy sport” – ale „taki sport” już mnie nie interesuje.

Ale o so chozi?

Produkty ALE kojarzyłem głównie z dziwną nazwą –  no bo co to za nazwa „ale”? Człowiek przyzwyczajony jest do nazw w stylu hiper duper atomic energy booster  –  a tu nagle spójnik.
Co prawda nazwa jest akronimem od Active Life Energy , jednak na pierwszy rzut oka tego nie wiadomo, toteż od razu nasuwa się pytanie „ale o co kaman”?

Oprócz dziwnej nazwy, produkty te kojarzyłem z bardzo pochlebnymi opiniami wśród znajomych –  i to nie tych, którzy chwalą wszystko, cokolwiek dostaną za friko. Chwalił to mój kolega ultras, który w tym roku cyknął 100 mil w 24 godziny, chwalił to Bartek, warszawski biegacz – osoba której w świecie biegowym nikomu przedstawiać nie trzeba, chwaliło też wielu innych –  toteż gdy odezwał sie do mnie przedstawiciel firmy z propozycją podesłania paczki testowej pomyślałem sobie „a czemu nie – może dla odmiany coś na blogu pochwalę”.

Ponieważ mam ostatnio rozbrat z bieganiem, zawartość paczki zabierałem ze sobą na treningi CrossFit. Wyszedłem z założenia, że skoro coś jest dobre, sprawdzi się bez względu na dyscyplinę – i na każdy trening brałem ze sobą coś z zestawu.

Zacząłem od izotonika, który był na pewno mniej chemiczny od np. takiego Oshee (bardziej chemiczny od kolorowego Oshee jest chyba tylko kret do rur), ale kubków smakowych nie urwał. W trakcie treningów piję głównie wodę, więc moja „baza porównawcza” do innych izotoników jest prawie żadna. O minerałach i elektrolitach też za wiele nie napiszę, bo nie odczułem ich wpływu na samopoczucie. Wiem że są, że jest ich dużo (bo tak jest na stronie www napisane) ale po opróżnieniu butelki nie zadałem sobie pytania „gdzie mogę to kupić”.
Rzecz jasna mam świadomość, że po półlitrowej butelce nie stanę sie nagle chodzącą studnią elektrolitów a efekty spożycia nie będą widoczne od razu, niemniej prawda jest taka, że wypiłem, czknąłem i większej różnicy nie zauważyłem.

Na drugi rzut poszedł magne-shot, który zażyłem podczas godzinnej pracy ze sztangą. Zażyłem to ciut za dużo powiedziane, bo 25ml to tyle, ile mieści się w małym kieliszku i prawdę mówiąc ledwo poczułem, że coś przełykam. Rozumiem, że taka jest istota tego „magnezowego shota” – ma dać jak najwięcej magnezu i jak mniej obciążyć żołądek, ale nie zauważyłem, by coś zmienił w samopoczuciu tak w trakcie jak i po treningu. Koncentracja i tak już padała, skurcze mnie szczęśliwie omijają (czekolada robi swoje 😉 ) –  więc z mojego punktu widzenia była to ciekawostka, której omal nie przegapiłem.

Trzy żele, jako źródło szybkich węgli zabrałem na dłuższe treningi. Scenariusz był zawsze taki sam – najpierw godzina (a często więcej) na mobilność i trening siłowy, potem szybki żel i wio z hardkorem. Tu znowu miałem mieszane uczucia –  bo z jednej strony żele są świetne w konsystencji (coś a la rzadki kisiel) wchodzą bez popitki i w ogóle nie czuć by „leżały na żołądku”,  tylko energetycznego kopa brak –  a przecież po to się żel łyka, żeby ten kop był.

Na opakowaniu  jest napisane, że jedna saszetka to 110kalorii. Moim zdaniem, jak na źródło szybkiej energii to trochę mało bo spalenie tych 110kcal to kwestia 10 minut treningu –  a potem co, kolejny żel co 10 minut? Ma to jeszcze jako taki sens gdy do zrobienia jest jakiś szybki AMRAP, ale jeśli w planach jest np. dłuższe wybieganie to łyknięcie jednego żelu nie zrobi większej różnicy, ponieważ przyjęta energia zaraz znika. To już lepiej rozrobić sobie przedtreningówkę, która da godzinnego kopa a potem zjeść coś konkretnego, niż co chwila otwierać nowy żel.

Rozumiem, że żel to nie tylko energia, ale też cała reszta zachodzącej w ciele chemii organicznej, niemniej w trakcie ostrego treningu nie myślę o uzupełnianiu elektrolitów, tylko działam w trybie alarmowym pt „Dajcie mi cukru! Dajcie mi energii! Elektrolity uzupełnię po treningu a na razie dajcie mi kopa, bo zaraz ducha wyzionę…”
I tego kopa niestety zabrakło.

DajeszOjciec jest blogiem szczerym –  więc i opinia o produktach ALE będzie szczera, a brzmi ona: bez zachwytów. Owszem, smakuje to dobrze, połkniętego żelu w ogóle nie czuć na żołądku (i nie cofa przy handstandach!) ale brak energetycznego kopa to z mojego punktu widzenia wada nie do przeskoczenia.

Mój „problem” z „ale-suplami” polega na zderzeniu oczekiwań z rzeczywistością. Skoro wszyscy moi znajomi zachwalali te produkty, naturalnym było, że spodziewałem się po nich czegoś ekstra, co sprawi że krzyknę „ALE te suple zajebiste!”. Tymczasem produkty ALE nie mają w sobie nic, co by mnie do takich okrzyków skłoniło. Są OK; w porównaniu z żelami od isostara na pewno wygrywają świetną konsystencją – ale to wszystko.

Gdyby ktoś mnie zapytał „dlaczego mam kupić te suple a nie inne” –  nie umiałbym udzielić odpowiedzi.

Suple od amaroka czyli pysk w paragraf i cheat kody na nieśmiertelność

Mój pierwszy kontakt z suplami amaroka miał miejsce na Amarok East Side Challenge. Przydeptany jesienno-zimowym przesileniem potrzebowałem czegoś, co z rana postawi mnie na nogi a ponieważ na okoliczność zawodów suple sponsora były w cenach promocyjnych, postanowiłem się skusić na zakup przedtreningówki.

Pierwszy  kontakt z przetreningówką amaroka był dla mnie pierwszym kontaktem z przedtreningówką w ogóle –  wcześniej nie brałem takich specyfików, więc nie za bardzo wiedziałem czego oczekiwać. Coś tam czytałem w  internecie –  ale wszyscy wiemy, jak to jest z Internetem – tysiąc mądrych  i dziesięć tysięcy sprzecznych ze sobą opinii, najlepiej więc przekonać się samemu.
Zatem się przekonałem.

Podstawową zaletą przedtreningówki jest to, że wali w dekiel –  oj jak wali. Początkowo piłem ją tuż przed wyjściem na poranny trening, ale gdy raz i drugi zorientowałem się, że jadę jak wariat (a na co dzień jestem kierowcą mocno wyluzowanym) zacząłem brać ją w szejker i wypijać po dojechaniu do BOXa – nie ma co ryzykować, że zamiast na trening przyjadę na izbę przyjęć.
Powiedzmy sobie jasno: proszek ryje banię. Dziesięć minut po spożyciu chodziłem nakręcony jakbym kreskę amfy wciągnął i stan ten utrzymywał się do końca treningu. Nie było, że niewyspany, czy zmęczony – pełna nieśmiertelność i wszystkie cheat-kody odblokowane.
Pod tym kątem było zdecydowanie na plus.
Dużym minusem była natomiast słaba rozpuszczalność specyfiku. Pomimo kwadransa w szejkerze i solidnego wytrząsania, na wierzchu unosiła piana z resztkami proszku. Owszem, dawało się to pić, ale  nie było to przyjemne a za taką cenę, jaką amarok sobie winszuje, powinno raczej być.

Słaba rozpuszczalność przedtreningówki irytowała o tyle, że dokupiona z czasem kreatyna rozpuszcza sie idealnie. I-DE-AL-NIE. Ma świetny pomarańczowy smak, świetnie się rozpuszcza – jest to zdecydowanie najlepsza kreatyna jaką kiedykolwiek brałem i z czystym sumieniem polecam.
Można żłopać jak oranżadę.

Razem z kreatyną kupiłem też białko o smaku belgijskiej czekolady. Ponieważ tak się składa, że byłem w Belgii i obżerałem się tamtejszymi łakociami, stwierdzić muszę że towarzystwo od marketingu popłynęło z tą belgijską czekoladą, oj popłynęło. Smakuje to jak legendarny w PRLU wyrób czekolado podobny. Nie jest złe, fajnie się miesza, da się wypić, ale koło czekolady to nie leżało.

O ile białko w opcji „belgijska czekolada” smakuje poprawnie, o tyle smak waniliowy to porażka na całej linii. Któregoś razu  wymieszałem z serkiem wiejskim dołączoną do przesyłki saszetkę promocyjną (co jest u mnie powszechną praktyką, bardzo często miksuję białko z jogurtami naturalnymi, twarogami etc) i po kilku kęsach musiałem to wyrzucić do kosza, bo waliło taką chemią, tak pysk wykręcało, że zwyczajnie nie dało się tego przełknąć. Aż wyciągnąłem z kosza wieczko i drugi raz sprawdziłem, czy serek aby na pewno był świeży – bo wierzyć mi się nie chciało, że coś może być aż tak niesmaczne.
Niestety –  serek miał jeszcze długi okres przydatności do spożycia.

Waniliowego białka do Amaroka nie tknę nawet za darmo –  w przeciwieństwie do Ostrovitu, które mógłbym łyżką prosto z opakowania zajadać. Nie przekonają mnie żadne listy składników ani wykazy elementów – mój jaśniepański żołądek i arystokratyczne podniebienie mówią mu zdecydowane NIE.

Ostatnim zamówionym „koksem” (jak pieszczotliwie nazywam wszystkie suple) od amaroka była potreningówka. Dobrze smakuje, świetnie się rozpuszcza – czyli jest tak, jak być powinno. Jak działa i czy działa –  trudno mi powiedzieć ponieważ gdy skończyła się zawartość puszki nie zauważyłem żadnych zmian „in minus” w samopoczuciu czy tempie powrotu do formy. Z drugiej strony, nie wszystko musi być widoczne gołym okiem – niemniej na razie pozostanę przy 7h snu i solidnej misce żarcia po treningu.

Reasumując moją przygodę z suplami od amaroka, stwierdzam, co następuje:
Przedtreningówka – kiepsko się miesza, ale włącza wszystkie kody na nieśmiertelność.
Kreatyna –  super smak, super się miesza, wchodzi jak oranżada
Białko – czekoladowe jest ok, ale wanilia to porażka
Potreningówka –   super smak, super się miesza, ale jak jej nie biorę to organizm nie płacze.

Nie przekonał mnie Amarok na tyle, bym pozostał przy ich suplach. Mają rzeczy świetne (kreatyna) oraz biedne (te nieszczęsne waniliowe białko) – czyli wychodzi średnio na jeża.
Nie są też przesadnie atrakcyjni cenowo – więc najbliższą paczkę słodyczy kupie sobie z innej „cukierenki”. Producentów jak mrówków – więc prędzej czy później trafię na takiego, który robi to samo lepiej albo taniej.

Na koniec zaznaczam, że wszystko co powyżej to jest moja, w pełni subiektywna ocena supli, które kupiłem za własne pieniądze – twoja może być biegunowo odmienna. Nie piszę tu o „faktach obiektywnych”, składnikach, makroelementach itp., tylko o swoich odczuciach w stosunku do w/w cukiereczków. Jeśli poczułeś się urażony –  zawsze możesz mi napisać, że się nie znam, albo zwyczajnie nie liczyć się z opinią blogera, który nie rwie stówy do siadu.

Jak zacznę rwać to zaczną się powody do zmartwień – ale do tego czasu to jeszcze wiele supli w szejkerach się rozpuści 😉