AMRAP bez Time Cap’u

Masz trzydzieści parę lat. Kredyt, rodzinę i zapierdol w pracy. Z jednej strony jesteś jeszcze młody, z drugiej codziennie budzisz się zmęczony. Wieczorem, gdy popijesz, z poczuciem straconego życia przeglądasz zdjęcia z kawalerskich czasów…

Bardzo chciałbyś coś z tym zrobić, ale nie bardzo wiesz co i jak – bo masz rodzinę, dziecko a wszystkie związane z tym obowiązki dzielisz z żoną –  i tylko z żoną, ponieważ nie macie na miejscu nikogo do pomocy.
Zrobiłbyś wszystko, by nie czuć się jak dodatek do kredytu hipotecznego.

Kto rano wstaje –  ten nie zdąża odebrać dziecka

Jeśli chciałbyś trenować o szóstej rano – w sam raz żeby po treningu wziąć prysznic, coś zjeść i na 9 być w pracy – musisz wstać o piątej. Zakładając, że poprzedniego dnia naszykowałeś wszystkie potrzebne  rzeczy, możesz na spokojnie wziąć prysznic przekąsić coś lekkiego, przycupnąć na tronie  i chwilę przed szóstą zaparkować auto pod boxem. O ile masz auto –  bo jak nie masz to widzimy się o piątej na przystanku.

Półtorej godziny później jesteś już zmęczony, odświeżony i gotowy jechać do roboty. Znalezienie miejsca parkingowego na Mordorze w okolicach ósmej rano nie jest jeszcze wielkim problemem, choć zdarzają się  przykre niespodzianki pod postacią lawety straży miejskiej („ale przecież tu wszyscy parkują na zakazie…”). Powiedzmy zatem, że zaparkowałeś, jesteś w robocie i zasuwasz ku chwale matki korporacji.

Ponieważ żona zaprowadziła rano dziecko do szkoły, twoim zadaniem jest je z niej odebrać. Pamiętając, że świetlica otwarta jest do 17.30 kombinujesz, jak tu się wcześniej urwać, żeby ominąć falę powrotów z pracy i jakoś uciec z korpo-zagłębia. Udaje ci się wyjść o 16.30 – myślami już bawisz się z dzieckiem, pytasz jak minął dzień, odrabiacie razem lekcje – co prawda jeszcze nie pełen relaks, ale już żagle opuszczone, kotwica rzucona – chwila oddechu w spokojnej przystani swojego domu.

korki_deszcz
Słabo widzę ten powrót na czas

W międzyczasie spada deszcz i ruch drogowy ogarnia paraliż. Przez godzinę, wściekły jak sam skurwysyn wleczesz się do najbliższego zakrętu. Co prawda w międzyczasie udało ci się zadzwonić do żony z błaganiem, by jakimś cudem spróbowała dotrzeć do szkoły przed tobą (ciekawe jak, skoro pracuje jeszcze dalej od szkoły niż ty i tak samo jak ty musi się przedzierać przez zakorkowane miasto) ale to wszystko na nic.
Już wiesz, że treningi na rano nie są dla ciebie.

Paciorek, siusiu i spać

Trening na osiemnastą to bezpieczna opcja. Śpisz godzinkę  dłużej, spokojnie jesz śniadanie, zaprowadzasz dziecko na ósmą do świetlicy, wsiadasz w metro (chyba że lubisz stać w dojazdowych korkach do Mordoru), następnie w absurdalnie zatłoczony tramwaj na Wierzbnie i chwilę przed dziewiątą jesteś w robocie.
Nie musisz się martwić odebraniem dziecka ze szkoły. Byle do fajrantu.

tramwaj
W ramach rozgrzewki – praca łokciami

Teoretycznie pracujesz od 9 do 17, ale ponieważ w umowie o pracę masz wpisany tryb zadaniowy, bywa z tym różnie. Jak się uda dotrzeć do boxa na osiemnastą –  ćwiczysz w tłumie, bo 18 i 19 to najbardziej oblegane godziny w boxie i z komfortem treningu bywa różnie. Wychodzisz o 19.30  – bo kolejka pod prysznic. W domu jesteś przed dwudziestą – akurat by dać dziecku buziaka na dobranoc.

Aby zoptymalizować czas rozmawiasz z żoną w trakcie kolacji a później, gdy wyciągając z torby śmierdzące gacie słyszysz „a kupiłeś dziecku klej do szkoły?” robi ci się zwyczajnie głupio, bo nie kupiłeś, choć miałeś to zrobić już trzy dni temu.
Tylko kiedy miałeś kupić, skoro zaraz po robocie lecisz na trening a po treningu prosto do domu, by zdążyć choć zapytać, jak minął dzień?

Jeśli praca przytrzyma cię dłużej i nie uda ci się dotrzeć na ustaloną godzinę, możesz próbować wejść na zajęcia odbywające się godzinę później, ale to nic pewnego ponieważ godziny popołudniowe należą do najbardziej obleganych a w trosce o bezpieczeństwo ćwiczących, na zajęciach obowiązuje limit osób.

miejsce-na-grupie
śmiało, zmieścisz się na zajęciach

Załóżmy więc że podchodzisz do tematu “na bezpiecznie” i rezerwujesz klasę o godzinie dziewiętnastej – w takim układzie w domu będziesz przed dziewiątą. Tu znowu – kolacja, przepakowanie torby, dwa słowa z żoną –  i nagle, nie wiadomo kiedy, robi się dwudziesta druga. Koniec dnia. Paciorek, siusiu i spać.

Gdzie się podział weekend?

W tygodniu bywa różnie – toteż z nadzieją wyczekujesz weekendu, kiedy to obiecujesz sobie spokojny, porządny trening: mobilki, siłę, skilla i jak zdrowie dopisze to jakimś benchmarkiem na deser poprawić. Marzy ci się solidna dwugodzinna seria treningowa –  rekompensata za te wszystkie dni, kiedy było szybko, po łebkach albo wcale. Z myślą o tym treningu odmawiasz sobie wieczornego resetu. Tylko jedno piwko – symbolicznie – bo przecież jutro jedziesz po bandzie…

Banda bandą, ale w sobotę warto by się przede wszystkim wyspać. Następnie trzeba pójść na bazarek, zrobić normalne zakupy a nie jakieś gówno z marketu pod blokiem, nastawić obiad, ogarnąć mieszkanie, którego nie było czasu ani siły ogarnąć w tygodniu. Nadrobić te wszystkie zdawkowe rozmowy, jakiś spacer z dzieckiem, jakaś kłótnia z żoną…

Żyjąc w rodzinie nie jesteś jedynym, który ma plany weekendowe. Żona też chce wyjść do kina, pochodzić po sklepach. Warto też wyskoczyć do IKEI po coś fajnego z nowego katalogu, do Factory –  bo akurat mają przeceny, do rodziny której nie widziało się od tygodni. A to trzeba coś naprawić, coś przestawić – jak to w życiu –  ciągle jest coś do zrobienia.

ikea
„to będzie szybka akcja. Wchodzimy, kupujemy i wychodzimy…”

Nagle okazuje się że weekend, na który tak czekałeś, przelewa się przez palce jak suple z niedokręconego szejkera. Z dwóch mocnych sesji treningowych udaje ci się zrobić jedną, wciśniętą między sprzątanie a wizytę u rodziny.
Lepsze to, niż nic…

Być jak triatlonista

W środowisku triathlonowym popularny jest dowcip mówiący o tym, że jeśli triatlonistę na mecie wita rodzina, to widać trenował za mało. Co prawda w krosficie, o ile nie ma się ambicji zawodniczych, trenuje się nieco mniej, jednak wpływ treningów (szczególnie tych wieczornych)  na życie rodzinne bywa porównywalny.

Trenując popołudniami nie masz czasu ani dla rodziny ani na wywiązywanie się z domowych obowiązków. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są pretensje –  w końcu nie po to człowiek zakłada rodzinę, żeby ze wszystkim bujać się samemu. Rodzina to wspólna walka z codziennością a tymczasem ty z rana odfajkowujesz kwadrans na zaprowadzenie dziecka do szkoły, zaś wieczorem cię nie ma, bo znikasz do zabawy w sport.
Normalne więc, że żona patrzy na ciebie krzywo.

Zapuszczony jak młody ojciec

Nic dziwnego, że młodzi ojcowie po trzydziestce wyglądają nieciekawie –  bo już samo ogarnięcie tego wszystkiego, pospinanie żeby mieć czas na trening, wymaga sporej logistyki, dopasowania trybów dnia dwóch dorosłych osób i w wielu przypadkach, zwyczajnie nie da się pewnych rzeczy pogodzić. Nie chcę tu usprawiedliwiać lenistwa, ale mam świadomość, że nie każdy ma charakter wojownika, który stanie na głowie, żeby choć godzinkę z dnia urwać dla siebie.

Gdy ma się dziecko w wieku przed/szkolnym, żona pracuje na pełny etat, brak pomocy ze strony dziadków, na dojazdach do roboty spędza  się co najmniej 2 godziny dziennie, w pracy kolejne 8 i więcej a potem  z wywieszonym jęzorem leci się przez zakorkowane miasto do szkoły/domu – to po całym dniu takich atrakcji można mieć wszystkiego dość.

Gdy szkolne świetlice otwarte są od 7.30 do 17.30, pracuje się zwykle od 9 do 17 a po pracy ma się związane z życiem rodzinnym obowiązki, wygospodarowanie w tym wszystkim dwóch godzin na trening (wliczając dojazd do boxa) wymaga grubej ekwilibrystyki. Pół biedy, gdy partner/ka wykazuje zrozumienie i można wypracować “tryb zmianowy”, jeśli jednak podział obowiązków jest zachwiany a żona należy do tych, które mają pretensje o każde wyjście z domu, zorganizowanie kilku treningów tygodniowo może być mocno kłopotliwe.

Lepszy biceps w fitness klubie, niźli rwanie na jutubie

Niby o tym wiesz, jednak czasem bierze cię cholera – szczególnie wtedy, gdy napatrzysz się w internecie na rekordy bliższych i dalszych znajomych; gdy dotrze do ciebie, że przecież nie jesteś jeszcze tak stary, że co prawda, jak pisał Adaśko Mickiewicz, “wiek męski, wiek klęski” – ale ty się na to nie godzisz i ty im wszystkim pokażesz. Ty sobie udowodnisz…

Ludowe porzekadło mówi, że “baby nie przegadasz, wódki nie przepijesz” –  i dokładnie tak samo jest z życiem w rodzinie. Prędzej czy później  (a najczęściej bardzo szybko) życie udowodni ci, że twój czas napinki się skończył; że to już pora cieszyć się z małych sukcesów a większe zostawić młodszym od siebie. Że pora cieszyć się tym, co masz.
Dlatego, zanim znowu zrobisz sobie ciśnienie i poczujesz się ‘gorszy’ przypomnij sobie, jak wiele zachodu i poświęcenia kosztowało cię wyjście na ten trening.

Zamiast równać do oglądanych w internecie zawodników pomyśl, że to jest czas, który udało ci się urwać z  obowiązków. To jest wywalczone i wyszarpane – twoje małe trofeum.
Nie deprecjonuj go.

Rodzina to AMRAP bez końca –  dlatego bądź realistą i ciesz się, że nie dziadziejesz tak szybko jak twoi koledzy.

 

 

 

Reklamy

Powrót do strefy komfortu

Na siłowni, gdzie wiele lat temu pompowałem bica swego, urzędował instruktor w koszulce z napisem: ” Za każdym razem, gdy odpuszczasz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci tyłek”. Już wtedy mnie to śmieszyło, jako klasyczny przypadek ciężkiego bzika, robiącego z rzeczy, która powinna być przyjemnością jakiś wyścig do zajebistości.
Gdy kilka lat później poznałem CrossFit – wydawał mi się wolny od tej przypadłość, bardziej wyluzowany, bez ciśnienia –  takie trochę „ciężary na luzaku”.

Tymczasem w Krosficie ściga się niemal każdy. Jedni sami ze sobą – ze swoimi słabościami, nowymi „poziomami” do odhaczenia (pierwsze to, pierwsze tamto), znaczkiem „RX” dopisanym przy wyniku na tablicy. Znowuż inni myślami są już na zawodach –  ścigają się więc z innymi, realizują plany treningowe, liczą makra i procenty 1 rep maxa.
Jednych i drugich łączy ciągły pęd do lepszego siebie, słynne krosfitowe „better than yesterday”.

Chodzi o to, by każdego dnia być lepszym, niż wczoraj. Znam ten mechanizm –  bo sam tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata. W pogoni za nowym skillem, czy dodatkowymi dropsami na gryfie. Ciągle do przodu, ciągłe więcej, szybciej, ciężej.
Czasem wkręcałem się aż za bardzo i kończyło się frustracją, albo wynikającą z przerostu ambicji kontuzją.

Zdaj się na instynkt…

Jest w branży rekrutacyjnej takie powiedzenie, że po roku pracownikowi opadają różowe okulary a po dwóch jest już na tyle zmęczony, by rozglądać się za nowym miejscem pracy. Coś w tym jest, bo mniej więcej po dwóch latach zaczęło mi się zmieniać podejście do CrossFitu – przestałem się napinać, mieć ciśnienie i zacząłem robić to, na co mam ochotę.
Co prawda nadal jest to mój sport, nadal nie widzę siebie nigdzie indziej – ale tym razem na swoich zasadach.
Na zupełnym luzie.

Regularnie mi się zdarza, że jadę na trening z konkretnym planem do wykonania, po czym przebieram się, wchodzę na salę i robię coś kompletnie innego. Miało być cardio –  jest godzina rwania; miały być siady –  są burpeesy z kurwibajkiem.
To trochę jak z planowaniem obiadu w knajpie: myśli człowiek „ale bym dziś duże burrito opędzlował” –  po czym siada przy stoliku, otwiera menu i zamawia michę Chilli con Carne oraz smażone papryczki jalapeno z serem.
Dokładnie tak samo podchodzę do treningu.

…bo z planów i tak nici

Czasem  myślę, że fajnie byłoby przykleić się na dłużej do jakiegoś planu treningowego (najchętniej tego, co serwuje Pat Sherwood w CrossFit Linchpin) i zobaczyć, jakie daje to efekty – ale wiem, że na dłuższą metę nie dam rady –  więc odpuszczam.
Nie chodzi tu nawet o to, że codzienność rodzinno-zawodowa bywa nieprzewidywalna i czasem po prostu nie mam jak i kiedy zrobić tego treningu. Chodzi o to, że lubię „płynąć z prądem” i robić to, na co w danej chwili mam smak.

Ktoś zauważy, że w ten sposób wybieram tylko to, co chcę i nie wychodząc poza strefę komfortu stoję w miejscu –  ale to nie do końca prawda. Nie było takiej dziedziny CF, która w ciągu ostatniego roku nie poszłaby u mnie do przodu. Jedne bardziej, drugie mniej – ale dane z dzienniczka treningowego nie kłamią –  cały czas wyniki idą do góry.
Gdybym konsekwentnie trzymał się fachowego planu treningowego pewnie progres byłby jeszcze większy – ale też i cena byłaby proporcjonalna. Aby mieć lepsze wyniki w sporcie musiałbym narzucić sobie większy rygor –  a ja nie lubię rygoru. Szczególnie tam, gdzie mam swoją małą strefę życiowego komfortu.

Przyjemność przede wszystkim

Nie interesuje mnie ciśnienie na codzienne przekraczanie granic. Dorosłe życie to w zasadzie jedna wielka lista obowiązków – rzeczy których się nie chce a które po prostu trzeba, bo inaczej wszystko się zawali. Dopisywanie do tej listy treningu, traktowanie go ambicjonalnie, jako celu do zrealizowania jest z mojego punktu widzenia bezsensowne, ponieważ trening to dla mnie przyjemność, czas relaksu – ten moment, gdy znów mam kilkanaście lat, jestem już po lekcjach  i wygłupiam się dla samej przyjemności wygłupiania – a nie przedłużenie pracy zawodowej, czy obowiązków domowych.
Rzecz jasna, jest to dość specyficzne pojmowany relaks – bo mało kto relaksuje się dygocąc na podłodze 😉
Tu chodzi o relaks mentalny –  o tą chwilę, gdy wyrywasz się ze świata obowiązków i powinności i robisz tylko to, na co masz ochotę.

Trening to dla mnie czas zerwania się ze smyczy – odpowiednik piątkowego wyjścia z kolegami na miasto –  a w trakcie piątkowego wyjścia w miasto wszystko jest płynne, nieokreślone i decyduje się w ostatniej chwili. CrossFit to dla mnie zabawa –  dlatego tak bardzo obca jest mi ta wszechobecna w fit-światku konwencja walki, nie poddawania się, krwi, potu i łez.

Taki sam, jak wczoraj

Nie rozumiem, dlaczego miałbym zgodnie z CrossFitowym duchem codziennie wychodzić ze strefy komfortu i być lepszym niż wczoraj. Mało mam gonitwy w życiu codziennym?
Co mi to da, że będę lepszy –  czy nie wystarczy być po prostu dobrym? Czy zawsze trzeba chcieć więcej i więcej?
Czy nie wystarczy że napierdalam w pracy? Muszę jeszcze ścigać tam, gdzie przychodzę odpocząć?

CrossFit przestał być dla mnie kwestią ambicji i udowadniania sobie, jaki to zajebisty nie jestem. Straciłem ciśnienie na czas, czy „RX” przy notce w dzienniczku treningowym.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że większość rzeczy już sobie udowodniłem, czy też zwyczajnie zrozumiałem swoje miejsce w szeregu – ale odpuściłem wyścigi i wróciłem do strefy mentalnego komfortu.
Siedzę w niej wygodnie, bawię się sportem i cieszę wszystkim, co się wydarza po drodze.

I to jest najlepszy krosfit, jaki kiedykolwiek robiłem.
 

Bling, bling. Mlask, mlask

Święta to dla wielu czas kulinarnej grozy. Przyzwyczajeni do w miarę czystej michy i równie rozsądnego cheatowania wracamy w rodzinne strony, gdzie pojęcie umiaru i zdrowej żywności nie istnieje. Co bardziej bezkompromisowi jadą uzbrojeni we własne pudełka z  jedzeniem, jednak zdecydowana większość z nas poddaje się w rezygnacji wiedząc, że tak się u nas świętuje, taka tradycja i tak już musi być. Trzeba jakoś przeżyć te 2-3 dni obżarstwa a potem zwiększy się ilość treningów, zaciśnie pasa, wrzuci ze trzy desperackie memy na fejsa i po dwóch tygodniach wszystko wróci do normy.
Może na plaży nikt nie zauważy…

Idea świątecznego obżarstwa pochodzi z czasów, gdy pożywienie zdobywało się ciężką pracą a głód był zjawiskiem normalnym. Nie, nie mówię tu o mrokach średniowiecza – ale o pierwszej połowie XX wieku. Jeśli nie wierzycie – zapytajcie dziadków –  oni wam powiedzą, jak to naprawdę wyglądało. Nie musicie zresztą pytać dziadków –  zapytajcie rodziców, jak wyglądało zdobywanie jedzenia w PRLu i ile się stało w kolejce po cokolwiek. Poszukajcie w sieci zdjęć pustych sklepów i półek pełnych octu – tak wyglądał nasz świat jeszcze 30 lat temu. Mam to szczęście, że pamiętam wszystko jak przez mgłę, ale nasi rodzice i dziadkowie pamiętają to doskonale.

To, że możemy pójść do sklepu, kupić co chcemy i obeżreć się pod korek to żaden dramat, tylko luksus. Nieprawdopodobny luksus naszych czasów – że jest jedzenie, jest go w bród i jest tak tanie, że w zasadzie każdy, poza osobami naprawdę ubogimi, może się w ten czas nawpieprzać do urzygu.
Luksusem jest też to, że możemy się przejmować „etycznym” pochodzeniem kupowanych jajek, czy mięsa. Luksusem jest czas, który zamiast spędzać na staniu w kolejce za pralką, obskurną meblościanką, czy zwyczajnym kawałkiem wędliny o smaku starego kartonu, możemy poświęcić na bieganie, CrossFit, czy pompowanie bica na siłowni. Luksusem jest to, że możemy narzekać na ceny markowych ciuchów do fitnesu – bo kiedyś nie było nic. KOMPLETNIE NIC.
Była bieda z nędzą, syf i gołoborze.
I wódka na kartki.

Nie piszę Wam o tym, by straszyć kombatanckimi opowieściami, czy wywoływać duchy czasów (mam nadzieję) bezpowrotnie minionych. Piszę o tym, byście pamiętali, że ten wasz fitnesowy dramat, ta katorga którą będziecie przeżywali przy rodzinnym stole to jest luksus. Luksus tak nieprawdopodobny, że się w bani nie mieści. Miejcie więc wyrozumiałość dla babć i mam, które będą was futrowały serniczkami, mazurkami i wszystkim tym, co według nich jest najlepsze a w was budzi poczucie winy. One, w odróżnieniu od was pamiętają NAPRAWDĘ ciężkie czasy i rozumieją, że pełne półki nie są niczym oczywistym.
Że to, co dziś powszechne i ogólnodostępne, może się skończyć z dnia na dzień.

Skończcie więc z tą świąteczną histerią i cieszcie się, że problem przejedzenia jest w te dni największym z waszych problemów. Że stać was na to, by się martwić pierdołami.
To jest luksus –  więc pławcie się w nim, póki możecie.

 

P.S.
To była wersja krótka.
Wersję dłużą, ale na nieco inny temat, znajdziesz tu.

Szklanka w połowie pełna

Jednym z głównych „atutów reklamowych” CrossFitu jest społeczność ćwiczących. Owa „CrossFit community” ma być tym, czego brak jest w klasycznych fitness klubach – zżytą paczką znajomych, sportową grupą wsparcia, która zamiast zawistnie patrzeć na twoje bicepsy, czy pośladki, będzie cię dopingować i wspierać w sportowej walce.
Jednak sam sport i zdrowy styl życia to nie wszystko. CrossFit to także pamięć o poległych,  workouty połączone ze zbiórkami pieniędzy. To wsparcie lokalnej społeczności w chwilach, gdy pomimo dwóch stów w deadlifcie czujesz, że sam nie dasz rady.  Ta bardzo amerykańska „samoorganizacja” ludzi, którzy zamiast jojczyć i czekać aż „ktoś coś zrobi” sami zakasują rękawy i robią to, czego  sytuacja wymaga.
To coś, co bardzo chciałbym zobaczyć na swoim podwórku.

Rodzima CF community, szczególnie w jej facebookowej postaci, nie ma najlepszej opinii. Najprościej było by powiedzieć, że tacy po prostu jesteśmy – mali, zawistni, egocentryczni i skupieni na byciu lepszym od innych – ale nie byłaby to prawda. W internecie, jak w każdym innym medium, najbardziej widoczne jest to, co najbardziej kontrowersyjne i najmniej wartościowe. Tymczasem poza garstką frustratów, jest cała masa życzliwych osób, które nie są tak „medialne” jak sieciowi debile – ale są i wystarczy tylko im powiedzieć „hej, zróbmy coś razem”, by zamiast kolejnej internetowej kupy powstało coś pięknego, co będzie miało realne przełożenie na ludzkie życie.
Świetnym przykładem takiej akcji jest zbiórka pieniędzy na leczenie i rehabilitację Hani Mielec, w którą włączyła się spora część znanego mi sportowego Internetu. Nie wiem, jak to wyglądało na innych profilach, ale na dajeszojcu wystarczyło rzucić hasło, że potrzebna jest pomoc i nagle kilkadziesiąt osób bez zastanowienia sięgnęło do kieszeni. Ot tak, po prostu, bo gdzieś tam komuś potrzebna jest pomoc – a to przecież normalne, że się pomaga.

Gdy myślę o polskiej krosfitowej społeczności, to chciałbym ją widzieć taką, jaką była tego dnia – bezinteresowną, nastawioną na innego człowieka, chętną do pomocy. Tak, wiem, zaraz ktoś powie że to naiwne i sprzeczne z naszym „polskim charakterem” – ale kurna chata – skądś się te kilkadziesiąt przelewów wzięło!  Ktoś powie, że to tylko kilkadziesiąt osób na 2,5 tysiąca „fanów” – ale dzięki temu „tylko” będą pieniądze na leki, benzynę by dojechać do lekarza, będzie kilka zmartwień mniej –  więc to żadne „tylko”, lecz bardzo dużo. Każde trochę to więcej, niż nic!
Pamiętajmy też, że ludzkie zachowania są zaraźliwe – zarówno te złe, jak i te dobre –  więc dzisiejsze kilkadziesiąt za tydzień będzie setką, za miesiąc dwoma a za rok się okaże, że co drugi krosfiter komuś pomaga – i to będzie zajebiście wielkie „tylko pół”.
Pół, dzięki któremu połowie potrzebujących będzie w życiu lżej.

Wykręty, wymóweczki, usprawiedliwienia…

No dobra, ale dlaczego mam komuś pomagać, skoro mi nikt nie pomaga?
Przede wszystkim dlatego, że jesteś człowiekiem a ludzie przetrwali tylko dlatego, że jeden pomagał drugiemu. Pomimo różnych skurwysyństw, które zgotowaliśmy sobie nawzajem, jesteśmy tu gdzie jesteśmy tylko dlatego, że ludzie wspierali jeden drugiego. To  że ktoś wobec ciebie zachował się jak menda nie jest powodem, byś ty również był mendą wobec innych – bo zachowując się w ten sposób zniżasz się do jego poziomu i powielasz mendowate wzorce.
Oczywiście, możesz argumentować tekstami o przetrwaniu najsilniejszych, ale pamiętaj, że nawet najsilniejszy wojownik kiedyś bywał ranny i on też potrzebował pomocy a ciężko jest o pomoc w atmosferze „wyścigu szczurów”.
Ja wiem, że fajnie jest myśleć o sobie jako  twardzielu, który niczego od nikogo nie potrzebuje, ale jeśli tak myślisz to…. Nie, nie będę złośliwy. Prędzej czy później życie zweryfikuje twoje poglądy w sposób dużo bardziej dosadny, niż moje słowa…

Każdemu w życiu powija się noga. KAŻDEMU. Możesz być okazem zdrowia a jutro odkryją u ciebie nowotwór, możesz w wypadku stracić nogi i zostać przykuty do wózka. Ktoś z twoich bliskich może zachorować na nieuleczalną chorobę a możesz też zwyczajnie przepajacować z ciężarem i rozpieprzyć sobie kręgosłup na treningu.
Pół biedy, jeśli masz bogatych rodziców, którzy gotowi są poświęcić ci resztę życia, ale jeśli to ty  jesteś rodzicem i oprócz małego dziecka masz na głowie kredyt hipoteczny, to masz zwyczajnie przejebane.
PRZE-JE-BA-NE.

W społeczeństwie, gdzie nikt nikomu nie pomaga, będziesz skazany na samotność i wegetację w biedzie, zaś wśród ludzi, dla których pomoc jest naturalna, zawsze znajdzie się ktoś, kto przyniesie ci bułki i koc na zimę. Dziś pomagasz ty, jutro pomagają tobie – prościej się nie da. Jeśli nie nauczono cię empatii, potraktuj to jako polisę ubezpieczeniową. Polisa ta, jak każda inna, może się nie zwrócić – bo a nuż ci się pofarci i będziesz miał „bezwypadkowe życie” – ale praktyka pokazuje, że lepiej ją mieć, niż  resztę swoich dni przewegetować w ciemnej dupie.
I nie oszukuj się, że jesteś niezniszczalny.
Nikt nie jest.

Sam/a nie mam kasy i nie stać mnie na pomaganie.
Ale na karnet na CF i modne ciuszki to masz?
No jasne, ja rozumiem, że to jest Twoja ciężko zarobiona kasa i masz prawo wydawać ją na co tylko chcesz – ale proszę nie mów wtedy że „nie masz”, tylko że  „nie chcesz”. Bądźmy wobec siebie uczciwi i nazywajmy sprawy po imieniu.

Jakbym tak każdemu pomagał to bym zbankrutował.
Masz rację –  czegoś takiego nie zniósłby nawet portfel arabskiego szejka. Rzecz w tym, że nie trzeba pomagać każdemu –  wystarczy, że pomożesz  jednej, dwóm osobom ze swojego otoczenia. Mając na uwadze, że każdy  zna kogoś, komu trzeba pomóc, rychło się okaże że pomagając tylko „znajomym” ogarniamy wszystkich dookoła.
Nie potrzeba też tu wielkich pieniędzy –  wystarczy dwa złote tygodniowo, by efektem skali osiągnąć olbrzymi efekt. Jeśli uważasz, że to demagogia, policz sam: mam na fanpejczu 2,5 tysiąca fanów, jeśli każdy z nich, tygodniowo przeleje 2 złote na pomoc potrzebującym, to tygodniowo zbiera się tego 5K a po miesiącu jest tego 20 tysięcy.
Wiesz ilu osobom można pomóc taka kwotą?
A wiesz ilu jest blogerów z dużo większą ode mnie liczbą fanów?

Maszyna do życia

O tym, jaka jest siła takich pieniędzy, niech świadczy historia, którą w tym roku usłyszałem od wolontariusza Szlachetnej Paczki: Była sobie samotna matka, która nie mogła się podjąć pracy, bo sama wychowywała chore dziecko – nie miała więc pieniędzy na życie, bo nie mogła podjąć pracy – sytuacja totalnie patowa. Potrafiła co prawda szyć, ale nie było jej stać na maszynę (ani na leki dla dziecka). Poprosiła więc, by w paczce ktoś podarował jej maszynę, dzięki której mogłaby dorabiać poprawkami krawieckimi.
I wiesz co się stało, gdy dostała tą maszynę?
Mogąc pracować z domu (i jednocześnie opiekować się dzieckiem) kobita powoli stanęła  na nogi i po roku sama pomagała innym potrzebującym!
Więc teraz pomyśl proszę, że ten twój batonik, te dwa zeta, których nawet nie zauważysz gdy ci z portfela wypadnie, może komuś pomóc wyjść z biedy. Możesz komuś podarować normalne życie (a sobie zaoszczędzić burpeesów na najbliższym treningu).
A to wszystko za dwa złote tygodniowo!

Nie dam na Cwaniaka!

Nie pomagam, bo nie mam pewności, czy moja darowizna nie pójdzie na lewe konta.
Jeśli faktycznie każdą pomoc i zbiórkę postrzegasz jako potencjalne pole do przekrętów to jest mi Cię zwyczajnie szkoda, bo strasznie smutno musi być żyć w przeświadczeniu, że każdy chce Cię wyrolować. Wiem, że świat nie jest różowy, że są cwaniaki i kanciarze, ale nie pomagając nikomu, żeby przypadkiem nie trafić na oszusta sprawiasz, że świat jest jeszcze gorszy, bo cwaniak i tak znajdzie sposób by przycwaniakować a biedni pozostaną biedni. Oczywiście, poczujesz się przy tym lepiej –  bo przecież nie dałeś się nabrać (choć nawet nie wiesz, czy ktoś miał taki zamiar) – ale gdzieś tam po drugiej stronie zostawiasz tą matkę z dzieckiem, która bez maszyny do szycia nie ma szans na powrót do normalności.

Zastanów się też proszę, czy to, że postrzegasz świat jako wrogi i czatujący na to by cię wydymać ,aby na pewno świadczy o tym, że jesteś takim atrakcyjnym celem do wydymania, czy też po prostu traktujesz to jako wymówkę, by nie robić nic.

To się nie śni

Moje marzenie o rodzimym CF community to de facto marzenie o społeczeństwie obywatelskim – zaufaniu, wzajemnej życzliwości, podawaniu sobie ręki, gdy ktoś zaliczy życiowego NoRepa. Dlatego z przyjemnością patrzę na to, co się dzieje przy okazji zbiórki dla Hani Mielec, bo to pokazuje, że nie zatraciliśmy normalnych odruchów, że jest w nas potencjał na coś więcej, niż konsumentów osiemnastej edycji tańca z gwiazdami. Że w czasach atomizacji i mody na egocentryzm są jeszcze ludzie, którzy patrzą dalej, niż poza ekran smartfona.

Ktoś powie, że to naiwne –  że wokół zawiść, afery, umowy śmieciowe i parawany nad Bałtykiem. Zgadza się –  tak jest – ale z drugiej strony zaglądam na konto pomocowe dla Hani i wiesz, co widzę?
Że w czasie pisania tego tekstu wpadło kolejne 500zł.

Jak dla mnie, szklanka jest do połowy pełna 🙂

 

P.S.
A jakbyś chciał dorzucić swoje dwa zeta – to tu masz skarbonkę.

Powrót do pionu

Masz fajne życie – dobrą robotę, rodzinę na której ci zależy, pasję w której się spełniasz; wszyscy jesteście zdrowi i niczego wam nie brakuje. To życie toczy się być może  nieco przewidywalnym, ale ułożonym i bezpiecznym torem, który pozwala ci bez obaw patrzeć w przyszłość. Masz więc jakieś plany, jakieś marzenia – siebie i swoich bliskich widzisz w perspektywie kilku najbliższych lat; czasem nieśmiało wybiegasz myślami jeszcze dalej.
Od czasu do czasu narzekasz na rutynę i brak ekscytacji, ale summa summarum lubisz to swoje życie i nie zamieniłbyś go na inne.

Jest piątunio, piąteczek… Pełen głupich pomysłów wsiadasz do korpo windy, by wzorem pewnego celebryty strzelić sobie samojebkę i wrzucić ją na fejsbuka. Już w głowie masz ułożony kąśliwy tekst, już winda podjeżdża, już się drzwi otwierają i wtedy odbierasz telefon, po którym wszystko staje się nieważne.
Zanim sie zorientujesz kładą ci dziecko na oddziale vis a vis onkologii, a ty nerwowo ściskając kierownicę gnasz do domu po śpiwór i karimatę. Jeszcze nie końca wiesz, co się dzieje, jeszcze lecisz na adrenalinie, ale organizm przeczuwa, że nie jest to nic dobrego…

Po dwóch-trzech dniach zaczynasz się jako tako ogarniać w nowej sytuacji. Praca-dom-szpital; ciuchy na zmianę, prowiant do pracy, absolutne minimum dookoła domu. Plany i zobowiązania zepchnięte na margines; spotkania odwołane lub odłożone na nieokreślone „później”. Powierzchowne zakotwiczenie w rzeczywistości, redukcja do formy przetrwalnikowej.

W środku nocy patrzysz po zarysach śpiących wokół ciebie ludzi i zastanawiasz się, jak wiele ról na co dzień gramy, jak wiele masek zakładamy, jak bardzo zależy nam aby pokazać innym ludziom, jacy jesteśmy zajebiści – a potem kładziemy się w ubraniu na szpitalnej podłodze, pół metra obok kogoś zupełnie obcego i całe to granie szlag trafia. Na ulicy wypięlibyśmy pierś, poprawili fryzurę, zaś w szpitalu po prostu kładziemy się jak zwierzęta warując obok swoich młodych.

Poranne wyjście ze szpitala jest jak lądowanie w obcym kraju gdzieś na końcu świata. Zamykasz za sobą drzwi i okazuje się, że poza kroplówkami, strzykawkami, transfuzjami i chemiami istnieje zupełnie inny świat, toczy się zupełnie inne życie –  gimnazjaliści pomykają na deskorolkach, dziewczęta popiskują, studentki noszą się na krótko a młode korpo szczury popijają latte ze starbucksa. Kobiety w metrze poprawiają makijaż wpatrzone w przenośne lusterka. Te co bardziej obojętne nakładając na usta błyszczyk udają, że nic ich nie interesuje, a już na pewno nie młodzi tatusiowe z koszulami wpuszczonymi w wymięte dżinsy. Panie są wyniosłe, panowie udają zblazowanych, metro się toczy.

Dwanaście godzin później cykl się zamyka. Mijasz siedzące przed nocnym lokalem towarzystwo w czapkach i szalikach; jakaś młoda para nie przerywając się obściskiwać przebiega tuż przed tramwajem – motorniczy trąbi, pasażerowie przeklinają – im się wydaje że są nieśmiertelni a tymczasem ty idziesz na oddział, z którego nie zawsze udaje się wyjść o własnych siłach. Oddajesz kurtkę w szatni, przechodzisz na skróty przez podwórko i po chwili jesteś już wśród łysych, pokłutych wenflonami dzieci.

Te dzieciaki to straszny widok. Maluchy, po kilka lat,  pozbawione włosów, strute chemią – jedne snują się umęczone, niemal wisząc na stojakach z kroplówkami; inne z  nudów na tych stojakach jeżdżą. Na przyniesionym przez rodziców laptopie ktoś strzela do Niemców grając w Enemy Territory , inni się przyglądają cierpliwie czekając na swoją kolej. Nie przeszkadzają im podłączone do żył kable – jeszcze nie umierają, jeszcze żyją – a dopóki żyją chcą się bawić.

Chciałbym uciec, nie patrzeć, udać że mnie to nie dotyczy – a potem siadam przy łóżku córki i patrzę, jak jej siedmioletnia łysiejąca koleżanka bawi się kroplówką z płytkami krwi. „Tata, a ja chciałabym mieć taką samą chorobę jak Amelka” – mówi córka kompletnie nie zdając sobie  sprawy z powagi sytuacji. Wszyscy w pokoju zamierają, bo jesteśmy tu jak turyści i takie deklaracje brzmią co najmniej obrazoburczo. Białaczka to nie zabawa, nawet jeśli chodzenie z kroplówką wydaje się fajniejsze od przymusowego siedzenia w łóżku…

Wychodzę na korytarz, patrzę na dwulatki podpięte do kroplówek, paromiesięczne niemowlę faszerowane chemią, warującą przy jej łóżku matkę w zaawansowanej ciąży, potem wracam do pokoju, patrzę na swoje dziecko i uzmysławiam sobie, że to, co mam może w każdej chwili zniknąć. Że takie rzeczy nie dzieją się w filmach, nie przytrafiają się komuś innemu – to jest namacalna rzeczywistość która może spaść na każdego bez wyjątku – nawet takiego szczęśliwego mnie w swoim fajnym poukładanym życiu.

Dla zachowania zdrowia psychicznego oglądam na tablecie transmisję z Amaroka, a w tle głowy przewijają mi się te nieudane PRy, niepoprawione czasy, niezrealizowane plany. Sportowa złość i frustracja, przekleństwa w duchu i na głos, zapatrzenie w to co nieosiągnięte i niedocenianie tego, co się już osiągnąć udało. Wszystko to tak nieprzystające, tak bardzo nie na miejscu tu, gdzie ludzie czekają na werdykt w selekcji do życia.

Zawijam się w ten sport jak w kokon, który ma mnie chronić przed rzeczywistością. Chcę w nim bezpiecznie przeczekać, aż się sytuacja wyjaśni i będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy, co nas czeka – ale to działa tylko połowicznie. Leżąc w nocy na podłodze nie mogę się opędzić od myśli, na jak błahe sprawy spalam swoją energię;  o jakie bzdury i błahostki wściekam. Jak często stwarzam sobie sztuczne problemy tam, gdzie powinienem mieć powody do dumy. Jak zamiast cieszyć się tym, co mam, daję sie ponieść irytacji i zmęczeniu.

A potem nas wypisują.
Taksówka, dom i wielka ulga, że w sumie było więcej strachu, niż dramatu. Nieszczęście przeszło bokiem, choć na tyle blisko, by sprzedać blachę na odmulenie i przypomnieć, co jest w życiu ważne.

Zrywam się z pracy by zabrać rodzinę do domu. Z poczuciem ulgi wnoszę torby na piętro – to już nie szybki przepak, dziś już wracamy do siebie. Wypakowuję więc rzeczy szpitalne, pakuję sportowe, przytulam córkę i oddycham z ulgą.
Wieczorne wiosła smakują jak najlepszy PR.

 

Nie spać na lekcjach

Niepełnosprawni, czy to spotykani w tzw. realu, czy w Internecie, zawsze przypominają mi o tym, jak łatwo wszystko można stracić. Są jak średniowieczne „memento mori” – pamiętaj ojciec, chwila nieuwagi, głupi  niefart i zamiast fikać na handstandy możesz lizać łapy na wózku inwalidzkim. Uważaj i nie fisiuj chłopaku. Ciesz się tym co masz.  Nie marudź i doceniaj!

Czasem jednak zdarzają się inni niepełnosprawni –  tacy, którzy pomimo kalectwa prezentują formę godną pozazdroszczenia przez 99% młodych zdrowych byczków. Najczęściej widuję ich na  filmikach, bądź zdjęciach – rwą sztangę jednorącz, robią iron mana na protezach czy wspinają się po linie siedząc na wózku inwalidzkim.
Nieprawdopodobne rzeczy…

Gdy ich tak oglądam, poza nieskrywanym podziwem i szacunkiem, zastanawiam się czy paradoksalnie nie mają łatwiej. Wiem, brzmi to absurdalnie i bluźnierczo, ale zanim odsądzicie mnie od empatii i zdrowego rozsądku pozwólcie mi wyjaśnić, skąd takie myśli.

Człowiek wiodący „normalne” życie zazwyczaj marnotrawi je na masę pierdół , spala się na rzeczach nieistotnych, ekscytuje bzdurami, pozwala by czas leciał mu przez palce bo przecież „ma całe życie przed sobą”, wszystko zdąży. A potem nagle okazuje się, że to jego „całe życie” nagle miga mu przed oczami, bo idiota na drodze, bo źle postawiona noga, bo dopadająca znienacka choroba, lub inny nieszczęśliwy splot wydarzeń.

Gdy jakimś fartem  uda mu się z tego wyjść obronną ręką, przychodzi otrzeźwienie –  zaczyna rozumieć, że nic nie jest pewne, nic nie jest dane na zawsze, że w każdej chwili można wszystko stracić. Świadomość ta daje mu ogromną przewagę, potężnego energetycznego kopa do działania –  wie, że ma wszystko do stracenia dlatego nie może sobie pozwolić na luksus marnowania czasu na pierdoły. To jedyny czas jaki ma i ma go coraz mniej –  więc ciśnie go jak przysłowiową cytrynę.

Każdy, kto uprawia jakikolwiek sport wie, że 95% sukcesu bierze się z głowy. To głowa wygania na trening, to głowa daje motywację, to głowa wysyła sygnały nerwowe do mięśni każąc im pracować do i poza granicami wytrzymałości. Dlatego pomimo fizycznych ograniczeń niepełnosprawni  mają swoistą „przewagę” nad zdrowymi. Sport nie jest dla nich kaprysem, tylko sposobem na wyrwanie się z ograniczeń okaleczonego ciała – dlatego ich determinacja jest nieporównywalnie większa, ich siła woli jest nie do pojęcia dla zdrowego człowieka. Dlatego robią rzeczy, od których oczy wychodzą nam z orbit.

Nie mam na celu deprecjonowania ich osiągnięć „bo maja łatwiej” –  wręcz przeciwnie – podziwiam ich za to, że pomimo nieszczęścia i ograniczeń robią rzeczy, które mnie, zdrowego faceta w sile wieku wpędzają, może nie w kompleksy, ale sprowadzają do pionu i pokazują miejsce w szatni. Są dla mnie niesamowitą inspiracją i motywacją –  bo skoro oni mogą, to jakie ja mam argumenty za tym, żeby nie móc?

Niepełnosprawni mogą nas, zdrowych koni, wiele nauczyć – o sile woli, o determinacji, o tym, jak cenny jest czas, który mamy i jak bez sensu jest go marnować. Dają nam te lekcje, nawet nie za friko, ale „dopłacając” swoim zdrowiem. Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, to oni płacą za to, żebyśmy mogli coś zrozumieć. Uczą nas o wartości życia.
Przekimać taką lekcję do duży błąd.

Szanuj dychę swoją

Gdy tylko biegacz oswoi się z bieganiem, gdy przestanie wpadać w samozachwyt z faktu, że przeżył kilkukilometrowy trucht, zaczyna wchodzić (a może raczej wbiegać) na  bardzo grząski grunt ambicjonalnego bagna. Jeszcze kilka tygodni temu sama myśl o pięciokilometrowym biegu powodowała u niego wzrost tętna i problemy z oddechem. Dziś ta sama myśl powoduje u niego skok adrenaliny. Już nie myśli o piątce jako „biegu o życie” – chce pobiec na wynik. Lepszy wynik.

Doskonale znam ten mechanizm. Upojenie przekraczaniem własnych możliwości  jest, mówię to z całym przekonaniem, dziesięć razy lepsze od upojenia alkoholowego. To stan euforii porównywalnej do zakochania; poczucie niezniszczalności i nieśmiertelności. Totalny endorfinowy haj.
Jak z każdym hajem, wiąże się z nim ryzyko uzależnienia i przeholowania –  skoro jest dobrze, dlaczego nie może być lepiej? Skoro przekroczyłem granicę, za którą jeszcze kilka tygodni temu czekały chóry anielskie, spróbujmy przesunąć ją jeszcze kawałek. Zobaczmy, czy się da. Czy może być jeszcze fajniej.

Zaczynasz czytać o bieganiu, poznawać biegowych znajomych, uczestniczyć w forach czy fejsbukowych grupach. Wiesz, że są ludzie, którzy przebiegli maraton ze złamaniem w stopie, czy na protezach. Porównujesz swoje czasy, nawet nie do lepszych znajomych, ale do mistrzów, ikon sportu i mimo że wiesz, jak wielki dystans was dzieli gdzieś podświadomie myślisz „przecież to ludzie tacy sami jak ja; skoro oni mogli –  to i ja mogę”.
Wpadasz w spiralę.

Od tej pory każdy bieg jest biegiem „po coś” – po czas, dystans, kalorie. Każdy bieg ma swój cel i sens. Jeśli nie spełni założeń, uważany jest za zły, nieudany, taki sobie. Znajomi pytają „jak poszło” a ty mówisz „słabo”.
Już nie kręcisz się w spirali.
Pikujesz na główkę.

A potem znienacka jesteś uziemiony. Na tydzień, dwa, miesiąc i więcej. Najpierw się wściekasz i przeklinasz, potem siadasz i płaczesz a na koniec wyciągasz wnioski. I tęsknisz. Tęsknisz za tą dyszką, na którą kiedyś nie opłacało się wychodzić, bo szkoda ciuchy przepacać. Jadąc rowerem (jeśli masz tyle szczęścia, że nie uziemiło cię na cacy) mijasz biegaczy i czujesz to wstrętne ukłucie zazdrości. Chciałbyś tak jak oni, chociaż potruchtać, poturlać się po ścieżkach. Piękna wiosna za oknem, biega wszystko, co ma nogi –  a ty siedzisz na ławce rezerwowych i szlag cię jasny trafia.

A jeszcze później do pracy wraca kolega, który zniknął, bo był „poważnie chory”. Bardzo poważnie. Wygrał z rakiem i wrócił –  a ty patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jutro możesz nie biegać – nie dlatego, że ci się nie chce, się przetrenowałeś, czy złapałeś jakąś tam kontuzję – ale dlatego, że możesz nie być w stanie się ruszyć. „Ale jak, skąd, przecież jestem w sile wieku” – myślisz sobie –  a potem patrzysz na niego i dociera do ciebie, że jesteście z podobnego rocznika. On też był młodym byczkiem i robił połówkę w godzinę trzydzieści pięć…

Gdyby spisano dekalog biegacza, jedno z głównych przykazań powinno brzmieć „szanuj dychę swoją”.
Doceniaj każdy trening, bo nigdy nie wiesz, czy nie będzie ostatnim w tym miesiącu/roku.  Nigdy nie wiesz, co i skąd podłapiesz. Możesz dbać o siebie, prowadzić zdrowy tryb życia, mieć świetne wyniki a potem ni z tego ni z owego budzisz się ze spuchnięta stopą i żaden lekarz, fizjoterapeuta, nawet mnich tybetański  nie są w stanie ci powiedzieć, co to jest, jak to leczyć, kiedy minie i czy można z tym sport uprawiać.
Choroba spada na ciebie jak grom z jasnego nieba i jesteś z tym bezradny.

Nie, to nie jest science fiction.
Kwiecień tego roku miał być dla mnie powrotem do dużej formy. Pogoiłem kontuzje, nabrałem treningowego rozpędu, czułem, że organizm nabiera coraz większej pary po czym ni z tego ni z owego spuchła mi stopa. W ciągu miesiąca odwiedziłem czterech ortopedów, fizjoterapeutę, chirurga naczyniowego i tybetańskiego mnicha; zrobiłem dwa rentgeny, cztery USG oraz badania krwi. Wszystko wskazuje, że jestem zdrów jak byk, ale z bieganiem to lepiej przyhamować, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, dlaczego stopa spuchła i jakie będą tego konsekwencje.
I co zrobisz?

Gdy  biegając mijam młodych ludzi na wózku, czy o kulach, czuję jakiś wewnętrzny dyskomfort. Nie potrafię go nazwać – jest to jakiś dziwny mix poczucia winy, niestosowności zachowania – chyba najbliższe będzie porównanie tego do obnoszenia się z pieniędzmi w towarzystwie tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Mijam ich i myślę sobie, że trochę nie na miejscu jest moje napinanie się na  czas i kilometry, gdy obok siedzi człowiek, którego marzeniem jest zrobić kilka kroków o własnych siłach. Czuję się głupio i przyspieszam jeszcze bardziej, by jak najszybciej uciec od tego uczucia; zdławić je kolejnym  wyrzutem endorfin.
Działa. Do kolejnego spotkania.

Jakkolwiek bezdusznie to nie zabrzmi, uważam, że takie spotkania są potrzebne. Są jak policzek w twarz, gdy zawiodą wszystkie racjonalne argumenty. Strzał w pysk i krótki, rzeczowy przekaz: „Szanuj dychę swoją, bo możesz nawet tego nie mieć. Wystarczy chwila nieuwagi, debil na drodze albo zwyczajnie źle postawiona noga przy zbiegu. Duża prędkość, kawałek korzenia, głupi niefart i nie będziesz w stanie nawet chodzić. Spuść ciśnienie i spójrz na to z boku. Zamiast deptać w pedał gazu ciesz się krajobrazem. Przestań zapieprzać z miejsca na miejsce i ciesz się chwilą. Ciesz się tym, co jest. Tu i teraz. ”
To też Działa. Na jakiś czas…

Jednym z najgorszych błędów, jakie możesz popełnić  jest deprecjonowanie swojego wysiłku.
Wychodzisz na trening – zazwyczaj po całym dniu w pracy, zmęczony, wypruty psychicznie. Przełamałeś naturalną potrzebę odpoczynku i odmóżdżenia po całym dniu na wysokich obrotach – już samo to jest  wielkim sukcesem, ale nie myślisz o tym w ten sposób; nastawiasz się na wynik, potrzebujesz małego sukcesu na koniec dnia; czegoś, co pozwoli ci z satysfakcją zawinąć się w kołdrę. Biegniesz piątkę, dychę, dajesz z siebie tyle, ile w danym dniu możesz po czym wracasz do domu i mówisz sobie „mogło być lepiej”.
A co gdybyś w ogóle nie mógł biegać?

Szanuj dychę, piątkę, czy ile tam biegasz. Szanuj każdy wysiłek i bądź dla siebie dobry. Nie rób sobie wyrzutów z powodu „gorszego” treningu, bo nie ma czegoś takiego, jak „gorszy trening”. Wyszedłeś z domu, pokonałeś lenia – od tej pory każdy kilometr to dodatkowy bonus.  Wybij sobie z głowy przekonanie, że miernikiem twojego sukcesu jest czas, czy dystans. Ciesz się, że masz tyle zdrowia i siły woli, by wyjść z domu. I nie zbywaj tego kpiącym „Tak, to może mam przestać jeść bo dzieci w Somalii głodują” – bo nigdy nie wiesz, kiedy sam przejdziesz na sportową dietę i z zazdrością będziesz patrzeć na niedzielnych truchtaczy.

Jasne jest że tak, jak nie można żyć  z ciągłą świadomością śmierci, tak nie da się biegać w permanentnym cieniu kontuzji, czy choroby.  Warto jednak od czasu do czasu sobie o niej przypomnieć – tak dla otrzeźwienia. Żyjąc w zadowoleniu ze swojej kondycji i wyników, w przekonaniu o nieśmiertelności warto czasem wrócić do pionu i docenić to, co się ma. Warto na chwilę odstawić pogoń za wynikiem i zwyczajnie cieszyć się tym, co się już nabiegało.

Warto pamiętać, że sukcesem jest już to, że masz siłę woli by wyjść i parę w nogach, by biec.
Że nie musisz być najlepszy – wystarczy jak będziesz dobry.
Przede wszystkim dla siebie.