Maximum wydajności przy minimum wysiłku

Temat fit-karty w krosficie to de facto kwestia kasy – rzecz drażliwa – więc i rozmowy na jej temat do najbardziej wyważonych nie należą.
Z jednej strony padają argumenty, że “chyba kogoś pojebało”, z drugiej zaś szydera o Januszach i Grażynach, którzy za paczkę dropsów chcą mieć towar Premium.
Klasyczny internetowy „dialog” naszych czasów 😀

Kto rozdał karty i w co nimi grają

Z grubsza rzecz biorąc, sport na fit-kartę wziął się stąd, że polskie prawo wymuszało na pracodawcy utworzenie funduszu socjalnego dla pracowników. Ponieważ prawo nakazywało “odłożyć kasę na przyjemności”, ktoś wpadł na pomysł, że zaoferuje firmom prosty i wygodny sposób na tej kasy zagospodarowanie – stworzy program, który “zaopiekuje się” firmowymi pieniążkami, za które da pracownikom tychże firm różne rozrywki aka „benefity”.

Dla firm było to zbawienne, ponieważ podpisywały z taką „benefitową” firmą deal, w myśl którego część “abonamentu za osobę” wpłacała firma (bo musiała na coś pieniążki z funduszu wydać), pozostałą kwotę dopłacał pracownik (co było o tyle łatwe, że potrącano mu ją z pensji -więc po pewnym czasie zapominał, że coś tam mu z wypłaty ubywa) a całość wpadała do kasy benefit-firmy.
W efekcie  zadowolony był pracodawca – że ma obowiązek z głowy,  oraz benefit firma – że ma zarobek.

Jakie są zasady tej gry

Fit-firmy (nazwijmy je tak, bo wpis ten mówi głównie o fit-benefitach ) oparte są o dwa rodzaje placówek – własne, czyli znane sieciowe fitness kluby; oraz mniejsze osiedlowe lokale, które z fit siecią podpisały umowę. O ile w przypadku własnych “sieciowych” lokali sprawa jest prosta, bo cała kasa od firmy, która “dała” pracownikom fit kartę trafia prosto do sieciowej kiesy, o tyle w przypadku osiedlowych klubów rzecz jest nieco bardziej skomplikowana.

W skrócie wygląda to mniej więcej tak:
Fit sieć podpisuje z osiedlową siłownią deal, że za każde zarejestrowane wejście na kartę, siłownia dostaje z fit sieci (mniej więcej) 15 złotych. Klient przychodzi do siłowni, odbija się kartą, system rejestruje wejście i na koniec miesiąca manager siłowni podlicza, że na fit kartę było tysiąc wejść, każde po 15 złotych – więc do fit sieci wędruje faktura na piętnaście tysięcy złotych polskich.
Faktura płacona jest albo po bożemu – czyli do 14 dni od wystawienia, albo po polsku – czyli z opóźnieniem. Ktokolwiek prowadził własny biznes ten wie, o czym mowa, a kto nie wie – ten może uznać się za szczęściarza 😉

Kwestia płynności i matematyka dla klas 1-3

Koszt karnetu open do boxa w Warszawie to 250 złotych. Klient przychodzi, kupuje karnet i czy wejdzie pięć razy w tygodniu, czy tylko raz przy niedzieli, dwie i pół stówki wpływa do kasy. Popularnym rozwiązaniem w klubach jest też okres wypowiedzenia wynoszący kolejny miesiąc – czyli de facto wymuszony miesiąc „zabezpieczenia” dla klubu.

każdy nowy klient, choćby tylko na miesiąc, przynosi do boxa pięć stów, co bardzo dobrze robi na płynność finansową.

Aby te pięćset złotych uzbierać na dealu z fit-kartą, trzeba w systemie uzbierać 33 wejścia w ciągu dwóch miesięcy, czyli mieć klubowicza, który trenuje cztery razy w tygodniu. “Co to są cztery treningi w tygodniu” – ktoś zapyta – przecież dla krosfitera trening cztery razy w tygodniu to lekko zaniżona średnia.  Pamiętajmy jednak, że krosfiterzy nie są w żaden sposób reprezentatywni dla typowego posiadacza fit-karty. Krosfiter to freak, fanatyk swojego sportu i stawianie go obok pracownika biurowego, który do fitness klubu idzie odreagować ciężki dzień w pracy, jest nieporozumieniem.
A takich „biurowych krosfiterów” jest coraz więcej, bo popularność krosfitu nie maleje

No dobrze, ale skoro krosfiter to freak, który najchętniej by nocował przy sztandze, to uzbieranie tych czterech treningów tygodniowo i 250 złotych miesięcznie nie powinno być problemem, prawda?
Czy z karnetu, czy z fit karty – box wyjdzie na swoje.

80% krosfiterów trenuje na tyle często, by z ich obecności, liczonej 15 złotych za wejście, uzbierać równowartość karnetu do boxa.

Jakiś czas temu przeprowadziłem ankietę, w której pytałem min o ilość treningów w tygodniu. Na ankietę odpowiedziało grubo ponad 400 osób z całego kraju – myślę więc, że wyniki można uznać za miarodajne. Wg tej ankiety, 60% krosfiterów robi 3-5 treningów tygodniowo, 20% robi od 5 do 8, 19% do trzech w tygodniu i tylko jeden procent robi ponad dziewięć treningów tygodniowo. Ewidentne więc jest, że zdecydowana większość krosfiterów to ludzie podchodzący do treningów z pasją i zaangażowaniem.

Z punktu widzenia boxa, który chciałby wejść w karciany biznes, są to bardzo dobre dane, ponieważ pokazują, że 80% krosfiterów trenuje na tyle często, by z ich obecności, liczonej 15 złotych za wejście, uzbierać równowartość karnetu do boxa.
Matematycznie wszystko się zgadza – ale matematyka to nie wszystko.

Płaska pupa na godziny

Idealnym narzędziem do kręcenia fit karcianej kasy są zajęcia w stylu “płaska pupa”, gdzie na salę przypada jedna instruktorka a na instruktorkę pięćdziesiąt pań, z których każda robi to co potrafi (co nie jest problemem, bo własnym ciałem sobie krzywdy nie zrobią) – i po godzinie mamy 750 złotych. Tymczasem w boxie z fit kartą w ciągu godziny “przemieli się” 20 osób (zakładając, że respektowany jest limit uczestników) co daje tylko 300 złotych – i to tylko wówczas, gdy na zajęciach jest komplet.

Aby zarobić tyle, co fitness klub na “płaskiej pupie”, fit karciany box musiałby napracować się ponad dwukrotnie więcej, co jest niewykonalne choćby ze względów lokalowych, że o ideologicznych nie wspomnę. Dlatego z biznesowego punktu widzenia dużo bezpieczniej jest nie wchodzić w karciany deal, gdzie łaska klubowicza na pstrym koniu jeździ, tylko brać gwarantowane 2, 5 stówy od łebka + kolejne 2, 5 za “miesiąc wypowiedzenia”.

W rozmowach z właścicielami boxów kilka razy usłyszałem, że “gdyby mieć duży lokal z dużym przemiałem, klubowiczów którzy na zajęcia chodzą 4-5 razy w tygodniu i kasę na trzy miesiące zakładki – to spokojnie można się utrzymać z fit karty”.
Kłopot w tym, że lokale są drogie, klubowicze humorzaści a “trzy miesiące zakładki” to w przypadku każdego biznesu, duża kasa.

Ideologiczny dysonans

Miejscem, gdzie między krosfitem a fit kartą mocno zgrzyta, jest ilość osób na zajęciach. Fit karty opierają się na zajęciach masowych – wspomnianej płaskiej pupie na 50 osób, sexy sylwetce i temu podobnych cardio fikołkach – zaś krosfit na małych, dających się kontrolować grupach. Oczywiście w praktyce z tą kontrolą bywa różnie, ale umówmy się, że do frekwencji z “płaskiej pupy” jeszcze trochę w boxach brakuje 😉

Krosfit nie może być masowy bo jeden trener nie jest w stanie ogarnąć masy ludzi machających ciężarami. Nie jest w stanie przypilnować jakości, która przy pracy ze sztangą musi być priorytetem. Musi, ponieważ o ile podrygując w rytm muzyki ciężko jest zrobić sobie krzywdę, o tyle chwila nieuwagi ze sztangą może skończyć się tragicznie.
Rzecz jasna zdarzają się kluby, gdzie krosfiterów na zajęciach jest niemal tyle, ile pań na płaskiej pupie – ale to jest zwykły skok na szmal i brak szacunku dla klienta, któremu obiecuje się zajęcia ćwierć indywidualne a sprzedaje zumbę w tłoku.

No przecież nie wyrzucę pieniędzy za drzwi…

W boxie, który oprze się na fit-karcianych klubowiczach, trener nie odmówi wpuszczenia na zajęcia z powodu przekroczonego limitu uczestników, ponieważ wie, że klient niewpuszczony na zajęcia więcej na nie nie przyjdzie. Klient masowy to klient chimeryczny i kapryśny a pamiętać trzeba, że głównym powodem założenia boxa była chęć zarabiania pieniędzy – więc aby te pieniądze na chimerycznym kliencie zarobić, trzeba się do jego kaprysów dostosować.
A krosfitowego boxa nie zakłada się po to, by się do czyjegoś widzimisię dopasowywać, tylko po to, by prowadzić go po swojemu.

Janusz dywersant…

Częstym argumentem przeciwko fit kartom w krosficie jest ten mówiący o rozbijaniu grupy przez niedzielnych krosfiterów. Że przyjdzie taki zupełny lajkonik, który podstawowych rzeczy nie umie i trener, zamiast zająć się grupą, będzie prowadził zajęcia dla początkujących. Z jednej strony ciężko tu odmówić logiki – ale jest to do ogarnięcia poprzez odesłanie delikwenta na zajęcia on ramp, tudzież klasę beginners, po których będzie mógł wpadać na zajęcia, jak mu kalendarz pozwala. Oczywiście, wymaga to pewnego zachodu – bo takim ludziom trzeba tłumaczyć, czasem się poużerać, czasem zaryzykować utratę klienta – ale jest to rzecz wykonalna.

“Inwazja Januszy” to problem mocno przerysowany i więcej w nim bezpodstawnej paniki, niż faktycznych powodów do strachu.

Znajomi właściciele klubów, w których honorowane są karty multisport przyznali, że w ich klubach jest duża grupa osób chodzących na zajęcia 4-5 razy w tygodniu, biznesowo wychodzą na swoje a rozbijający zajęcia “Janusz dywersant” to zjawisko incydentalne.

…i niebezpieczny głupek

Pójście “w kartę” przy obecnej popularności krosfitu wiąże się z czysto ludzkim ryzykiem, że wśród masy ludzi, którzy idą na “darmowe” zajęcia znajdzie się narwaniec, który upuści sobie sztangę na łeb i będą kłopoty. W fitness klubie ryzyko jest dużo mniejsze, bo tam większość osób albo cyka na orbitreku albo fika na innej maszynie – a te sprzęty raczej ciężko zrzucić sobie na łeb (o różnicach w zachowaniu bywalców fitness klubu pisałem TUTAJ).

W przypadku wolnych ciężarów ryzyko jest dość spore – więc lepiej dmuchać na zimne. Co prawda powszechną praktyką w boxie jest podpisywanie kwitu, że wszystko robimy na własną odpowiedzialność, ale wiadomo, że człowiek, który spieprzy się z pięciometrowej liny nie zawsze o tym pamięta.
A po co komu ciąganie się po sądach?

Kasa, wygoda i szczypta ideologii

Boxy to przeważnie małe “rodzinne” interesy, bez kilkumiesięcznej “zakładki” finansowej, bez metrażu pozwalającego na dorabianie płaską pupą. Gdyby nagle okazało się, że ludzie przestają przychodzić „na karnet”, szybko przyjęłyby rozwiązania fit-karciane, ponieważ z nich też da się utrzymać. Rzecz w tym, że chętnych na karnet nie brakuje – po co więc mają komplikować sobie życie?

Po co wchodzić w niepewny deal i martwić się, czy w tym miesiącu uzbiera się 20 wejść na łebka, skoro wciąż są chętni na rozwiązania karnetowe, które dają dużo większy zysk i płynność finansową?
Minimum wysiłku i maximum efektu –  czy nie o to właśnie chodzi w krosficie?

Brak fit-karty w krosficie jest kwestią pieniędzy. Ktoś powie, że to również kwestia jakości – ale umówmy się – nie ma boxa, który nie miałby na swoim koncie zajęć z grupami równie licznymi, co maraton zumby. Wystarczy krótki rekonesans po klubowych fanpejdżach by trafić na filmiki, które od „płaskiej pupy” różnią tylko kolorowe kettle i magnezja.
No i okrąglejsze pośladki pań – bo jednak siady muszą być 😉

Twierdzenie, że brak fit-kart w krosficie to skok na kasę, jest moim zdaniem przesadzone. Pamiętajmy, że po to się zakłada biznes, żeby z niego tę kasę mieć. Krosfit to nie są działania charytatywne na rzecz community, tylko sposób zarabiania na życie i ciężko jest zarzucać komuś, że wybiera rozwiązanie dające kasę większą i pewniejszą.

Ciężko mieć pretensje o to, że woli mieć stały i pewny zarobek, bo bank nie pyta, czy robisz coś dla community, tylko zdziera ratę kredytu.
A jak nie masz na kredyt to do boxa wchodzi pan komornik i robi “One rep Max”.
Z karnymi odsetkami.

Reklamy

Sterydy w Krosficie

Wraz z wielką popularnością krosfitu przyszła równie wielka fala podejrzeń o nadmiernie zamiłowanie do “cukiereczków”. Sport, w którym na porządku dziennym są treningi przyprawiające o zawroty głowy musiał trafić na “cenzurowane”. Ktoś musiał zapytać “ale jak to możliwe żeby na batatach, jarmużu i wołowinie robić takie cuda”?

Jak każdy nie oszukujący się za bardzo człowiek zakładałem, że krosfiterzy biorą –  bo w każdym sporcie biorą i nie widzę powodów, dla których krosfit miałby być tu jakimś wyjątkiem. Obstawiałem ścisłą czołówkę  –  bo to w każdej dziedzinie “usual suspects”. Może z kilkoma wyjątkami, ale tak z grubsza rzecz biorąc szacowałem, że połowa zawodników “pudełkowych” wspomaga się czymś „z pudełka”.

Ponieważ wiedzę o sterydach, jak też o stawaniu na podium mam czysto teoretyczną, postanowiłem zasięgnąć jej u źródła –  u ludzi, którzy na krosfitowych pudłach stawali, koks brali – czyli krótko mówiąc u praktyków w temacie. Znaleźć chętnych do rozmowy nie było łatwo, ale ostatecznie udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami, które ze względów oczywistych pozostaną anonimowe.

Łatka wstydu

Sterydy w sporcie są tajemnicą poliszynela – wszyscy wiedzą że są brane, ale nikt do brania się nie przyzna. Podstawową przyczyną tego „brania po cichaczu” są pieniądze. Sportowiec, który przyznaje się do koksowania automatycznie traci sponsorów, odcinając tym samym źródło utrzymania.

Żaden producent suplementów nie chce być kojarzony z “tym od koksu” ponieważ swoje produkty sprzedaje sloganami mówiącymi o pasji, poświęceniu, ciężkiej pracy – a gros jego klientów stanowią zwykli kowalscy, którzy wierzą, że po kreatynie i BCAA będą dźwigać jak chłopaki z Carson.

To dzięki sponsorom zawodnik jest w stanie trenować na takim poziomie, by wygrywać zawody lub przynajmniej utrzymywać się w czubie tabeli –  więc oficjalnie każdy jest czysty, choćby się świecił w nocy i miał twarz jak kalkulator.
Chwilami prowadzi to do sytuacji wręcz komicznych – gdy dwóch sportowców wytyka sobie nawzajem, że “ten drugi koksuje i oszukuje” a obaj koksują aż furczy – ale to świetnie pokazuje, jak silny jest strach przed“oficjalną łatką koksownika”.

Drugi powód to społeczny ostracyzm.
Obiegowa wiedza o sterydach pełna jest mitów, półprawd i zwyczajnych bzdur. Prób “odczarowania sterydów” podejmowano wiele, w najróżniejszych dyscyplinach sportu – ale efekt był zawsze ten sam:  żaden.
Słowo “sterydy” zdaje się mieć cudowną moc odbierania rozumu i jak by człowiek tematu nie tłumaczył, ginie zalany ignorancją i zwykłym hejtem. Z tego też powodu sterydy “zeszły do podziemia” a ci, którzy je biorą przestali tłumaczyć o co w tym chodzi.
Bo po co tłumaczyć komuś, kto nie chce zrozumieć, albo z góry zna odpowiedź?

Pobożne życzenia

Regularnie podsuwanym pomysłem na uporządkowanie kwestii sterydów wydaje się być ich zalegalizowanie. Stwórzmy kategorię  “koksy” – mówią ludzie – pozwólmy im rywalizować, niech się między sobą ścigają, niech biją te rekordy a normalni zawodnicy niech rywalizują między sobą. Będą oddzielne kategorie, oddzielne podium –  i będzie wiadomo, kto jest kto.
Brzmi to nawet sensownie, niestety jest tyleż niemożliwe, co naiwne.

Naiwne – bo tak jak w kategorii “open” startują zawodnicy ewidentnie pasujący do kategorii ”elite” (vide tegoroczne ponad stukilowe Power Cleany w kategorii Open na Amaroku) tak w kategorii “zwykli ludzie” będą startowali ci, którzy na co dzień wspomagają się grubą chemią.

Niemożliwe –  ponieważ wprowadzenie kontroli antydopingowych, które miałyby odsiać “czystych od nieczystych” jest marnowaniem czasu i pieniędzy. Jak podkreślali moi rozmówcy, prześliźnięcie się przez kontrolę jest banalne do tego stopnia, że “wpadają albo kompletni idioci albo ci, którzy chcą wpaść”.
Mówiąc wprost: kontrola antydopingowa, szczególnie w sporcie tak amatorskim jak rodzimy krosfit, to fikcja i trzeba się z tym pogodzić.

Chodź, opowiem ci bajeczkę…

Popuśćmy na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie taką sytuację: na CF Games oficjalnie zostaje utworzona osobna kategoria dla “koksowników” i każdy, nie ważne co wciąga, wciera i wstrzykuje, może brać w niej udział. Niech biorą co chcą –  w końcu “unknown and unknowable” nie wybiera między koksownikami i naturalami, kłody pod nogi wszystkim rzucając po równo. Jak to się ma do krosfitowej ideologii zdrowia i czystej michy? Jak wiarygodna staje się Glassmanowa krucjata przeciw coca coli? Kto ich wesprze w ogólnoamerykańskiej walce z cukrzycą, gdy oficjalnie zaakceptują kłucie tyłka środkami dużo bardziej niebezpiecznymi od “białego mordercy”?  Kto uciszy organizacje rodzicielskie krzyczące o złym przykładzie dla zawodników kategorii teens?
Przecież to samobójstwo!

Jakkolwiek znane są przypadki, w których sponsorzy nie odwrócili się od przyłapanego na dopingu sportowca, przekonany jestem, że przy całym nacisku na zdrowy tryb życia, który krosfit uczynił swoim znakiem firmowym, nie byłoby mowy o taryfie ulgowej – bo jasnym stałoby się, że CFHQ naucza jednego a praktykuje drugie.
Mówiąc wprost, jest bandą hipokrytów.

Dokładnie z chwilą, w której sterydy zostałyby oficjalnie uznane nastąpiłby masowy odwrót sponsorów i cały krosfit wróciłby do garażu a centrala, zamiast pieniążków z afiliacji, zobaczyłaby pozwy sądowe z tytułu utraconych zysków.

Chwilę później ruszyłoby tsunami hejtu potępiające wszystkich tych, którzy “legalizując” sterydy “zachęcają” do ich brania.
Dlatego zalegalizowanie sterydów nie jest w interesie CFHQ (ani żadnej innej organizacji sportowej).Lepiej opowiadać o zbawczej mocy czystej michy cichaczem robiąc to, co wszyscy wokół.

Dla hajsu, czy dla fejmu?

O ile na zachodzie można z krosfitu żyć całkiem nieźle (co w pewien sposób usprawiedliwia igraszki z niedozwolonymi substancjami)  o tyle w Polsce wciąż jeszcze za wielkich kokosów z tego nie ma. Owszem, z roku na rok jest coraz lepiej, niemniej wciąż jest to pula, z której nie wystarczy dla wszystkich – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko najlepszych zawodników.
Jeśli więc nie pieniądze, to co sprawia, że ludzie biorą się za koks?

Otóż od kasy ważniejsze okazuje się to, co jest podstawą –  nawet nie kręgosłupem, ale wręcz rdzeniem kręgowym sportu – rywalizacja i bycie lepszym od innych.
Chodzi o wynik; miejsce w sportowym stadzie.

Jeśli idzie się w poważną rywalizację –  to nie po to, by przegrać, tylko po to by wygrać. Jeśli wiesz, że będziesz rywalizował  z zawodnikami na koksie to nie masz innego wyjścia jak samemu zacząć ten koks brać – w przeciwnym wypadku jesteś przegrany już na starcie.

Rzecz jasna możesz iść w zaparte i wierzyć, że “na jarmużu i kurczaku z ryżem” też masz szansę na rywalizację, niemniej prędzej, czy później przyjdzie Twoja kolej na zderzenie z rzeczywistością. Nagle się zorientujesz, że trenując 6 dni w tygodniu po 3 godziny dziennie, pilnując snu i michy, biorąc suple i trzymając się profesjonalnego planu treningowego jedziesz na zawody i kończysz w ogonie.
I jasnym się staje, że choćbyś nie wiem jak ciężko pracował i flaki z siebie wypruwał – z chemią nie wygrasz.
I wtedy musisz się zdecydować.

Cudowne dzieci

Każdy z nas obserwuje na instagramie, czy innym fejsbuku sportowców, którzy raz po raz wrzucają PRy, zdjęcia z trzeciego treningu w jednym dniu i inne wyczyny z gatunku “to się nie dzieje”. Rano ciężary, w południe gimnastyka, wieczorem zarzynacz – i tak dzień w dzień.
Każdy z nas zadawał sobie to pytanie “Jak oni to robią – przecież ja po jednym porządnym treningu jestem nie do życia. Co oni żrą, że tak trenują”?
W wielu przypadkach odpowiedź jest prosta: koks.

Biorąc pod uwagę możliwości ludzkiego organizmu, nie ma takiej opcji by dzień w dzień robić po 2-3 solidne treningi, co tydzień wrzucać jakiś PR, ciągnąć taki tryb życia długimi miesiącami/latami i po drodze się nie rozsypać.

Można zdrowo jeść, wysypiać się, regularnie odwiedzać fizjoterapeutę i ogólnie dbać o siebie – ale pewnego poziomu wysiłku i intensywności nie da się utrzymać bez wspomagania.
Po prostu się nie da.

Argument o zadziwiających naturalnych predyspozycjach ciężko jest traktować poważnie, ponieważ wówczas trzeba by uznać, że jesteśmy wylęgarnią cudownych dzieci i z niezrozumiałych powodów (pewnie spisek!) nie przywozimy z imprez worków medali, czy innych statuetek.
Cudowne dzieci zdarzają się, owszem – ale nie za często i tylko w kategorii open, gdzie standardy nie są jeszcze tak wyśrubowane a treningi bazują bardziej na płucu, niż na bicepsie  – choć i tam spotkać można efedrynę, HGH, czy inne „cukiereczki”.

Czas cudownych dzieci mija wraz z wyjściem z “sportowej piaskownicy”. Gdy stawką w rywalizacji są coraz większe pieniądze, gdy wygrana niesie nie tylko popularność w wąskim gronie, ale też kontrakty sponsorskie – tam dzieci, nawet te cudowne, przeganiane są przez zawodowców na bombie.

Make life harder

Jeśli marzy ci się kariera w krosficie a oczami wyobraźni widzisz siebie na pudle, lepiej od razu sięgnij po biografię Dymitra Mendelejewa. Brutalna prawda jest taka, że temat koksu, choć oficjalnie wszyscy są czyści jak łza wikarego,  w szatni, między swojakami, jest równie powszechny jak dyskusje o dziewczynach, czy samochodach. Jeden z moich rozmówców na zagranicznych zawodach od topowego zachodniego zawodnika usłyszał wprost: “HGH musi być zawsze, u nas każdy bierze”.
A my ścigamy zachód.

O ile na zachodzie koksuje się profesjonalnie –  pod okiem lekarzy, trenerów, z regularnymi badaniami, czyszczeniem organizmu – o tyle w Polsce przypomina to  garażową manufakturę. Jak to określił mój rozmówca “Takie branie żeby brać, bez celu, bez sensu, bez planu (…) znam ludzi, którzy biorą tyle, że no aż strach”

No dobrze, ale co to znaczy “każdy” – ktoś zapyta. Wszyscy co do jednego? co drugi? Co trzeci?  Otóż wg moich rozmówców

ponad 80% topowych polskich krosfiterów leci na bombie, co oznacza tyle, że w czołówce stawki branie jest regułą, nie wyjątkiem.

Panie koksują niewiele gorzej od panów a ponieważ testosteron nie jest dla ich organizmów hormonem naturalnym, ryzykują też więcej. Ani lekarz rodzinny ani ginekolog nie potrafią doradzić w kwestiach tak podstawowych, jak sensownie połączyć pigułki antykoncepcyjne z koksem. Wszystko odbywa się na własną rękę, metodą prób i błędów.
Wszystko po to, by zrobić lepszy wynik i stanąć na pudle – warto o tym pamiętać, wklejając kolejnego mema z cyklu “siła jest kobietą”

Nadzwyczajne środki

Rozmawiałem z ludźmi trenującymi najróżniejsze sporty –  od pływania po futbol amerykański –  i wszyscy jak jeden mąż powtarzali to samo: Przygotowując się do kariery zawodniczej koksuje się od samego początku, ponieważ współczesne normy są tak wyśrubowane, że “au naturelle” są poza zasięgiem ludzkiego organizmu.

Nadzwyczajne wyniki wymagają nadzwyczajnej siły a nadzwyczajną siłę buduje się nadzwyczajnymi środkami. Wiedzą o tym wszyscy trenerzy we wszystkich dyscyplinach. Jedynymi ludźmi, którzy zdają się tego nie rozumieć, są fani.

Wśród przeciwników koksowania popularne jest przekonanie, że “sterydy ułatwiają treningi” przez co są formą oszukiwania. Jest w tym rozumowaniu pewien błąd logiczny, który zakłada, że bierze się po to, by łatwiej podnieść jakiś określony ciężar. Otóż nie – bierze się po to, by podnieść więcej, pobiec szybciej, słowem – pracować jeszcze ciężej, niż dotychczas.
Decyzja o sterydach to de facto decyzja o jeszcze cięższej pracy.

Decyzja o “odpaleniu bomby” to również decyzja o igraniu z własnym zdrowiem, ponieważ nawet brane z głową, sterydy niosą ze sobą sporo efektów ubocznych, z których żółta skóra, łysienie, czy syfy na plecach należą do tych mniej dokuczliwych. Na YT można znaleźć kilka filmików, których autorzy mówią wprost o rosnących piersiach, jazdach emocjonalnych, czy problemach z kuśką.
Rzecz jasna nie znaczy to, że każdy zawodowy krosfiter jest potencjalnym impotentem – to pokazuje, jak wiele sportowcy są w stanie poświęcić dla swojej pasji.

Jeśli facet jest w stanie położyć na szalę swoją męskość, to musi mu CHOLERNIE na sportowych wynikach zależeć –  bo nikt normalny nie igrał by z takim ryzykiem “ot tak, dla zabawy”

Sterydy to także spory wydatek. Koszt jednego cyklu to ok 2000 złotych. W tym czasie możesz zapomnieć o weekendowej wódeczce, odpuszczaniu treningów bo źle się czujesz, jedzenia śmieci etc – ponieważ wydałeś furę pieniędzy i musisz z nich wycisnąć ile się da.
Życie  “na cyklu” to de facto brak życia poza sportem –  wszystko jest podporządkowane treningom –  ilość i pory jedzenia, treningów, ograniczanie stresu, pilnowanie dawek (bo każdy organizm na koksy reaguje inaczej).  Mówiąc wprost: cykl sterydowy bardziej przypomina wojskowy reżim, niż radosne pizganie hantlami.

Sport jak każdy inny

Sytuacja, w której okazuje się, że niemal cała czołówka ulubionego sportu leci na sterydach może powodować skok ciśnienia – ale tylko u tych, którzy żyją w błogiej nieświadomości, wierząc w historie o zbawczej mocy czystej michy i ośmiu godzinach snu. Każdy mający jako takie pojęcie o fizjologii człowiek wie, że nie ma takich genów, które by pozwoliły na wykręcanie wyników z czołówki tabeli.

Nasz sport, nasz kochany krosfit, stawia przed zawodnikami zadania, które bez odpowiedniego “podlania” są po prostu niewykonalne. Spirala trudności jest tak nakręcona, że bez „podlania” można myśleć co najwyżej o rekreacyjnych startach w zawodach międzyboksowych.

Coming out bez konsekwencji

Jakiś czas temu przeprowadziłem ankietę, w której zapytałem: “gdyby sportowiec, któremu kibicujesz ujawnił się z braniem sterydów, czy (i jak) wpłynęłoby to na twoje nastawienie wobec niego” do wyboru dając zmianę na minus, brak zmiany oraz zmianę na plus.
Udzielone opinie rozkładały się niemal po równo – jedna połowa ankietowanych zadeklarowała, że ich stosunek do koksującego uległby zmianie “in minus”, drugiej połowie nie zrobiłoby to żadnej różnicy i tylko jedna osoba stwierdziła, że po takim coming oucie koksujący zawodnik zyskałby w jej oczach, ponieważ “to pokazuje, że traktuje rywalizację poważnie”

Poproszeni o uzasadnienie swojego wyboru, niemal wszyscy ankietowani używali tych samych argumentów. Ci, których opinia uległaby pogorszeniu, traktują sterydy jako “oszukiwanie”, ”chodzenie na skróty” i “nieuczciwą konkurencję” w stosunku do reszty zawodników. Ci, których opinia nie uległaby zmianie wychodzą z założenia, że choć nieoficjalne, sterydy są wszechobecne w sporcie i gdy wszyscy w każdej dyscyplinie biorą, oburzanie się na zawodnika, który miał odwagę się do tego przyznać jest nie na miejscu.

W kwestii sterydów, środowisko krosfitowe jest podzielone dokładnie na pół. Jedni pragną sportu “czystego” i nazywają je oszustwem; drudzy godzą się z faktem, że “tak po prostu jest” i nie robią z tego sensacji.

Krosfit nie różni się od “tradycyjnych“ dyscyplin sportowych i podlega tym samym mechanizmom, zgodnie z którymi każdy, kto myśli o poważnej karierze zawodniczej, musi przeprosić się z grubszą chemią. Jak to dosadnie ujął jeden z moich rozmówców ”Czyści to są ci, którzy robią WODa 3-4 razy w tygodniu a nie 2-3 razy dziennie. Jeśli myślisz o zawodach, czy sporcie na poważniej, to bez wspomagania nie masz o czym marzyć”.

Takie są realia i oburzanie się na nie jest tak samo sensowne, jak wściekanie się że zimą jest zimno a latem gorąco.

Practice what you preach

Moim zdaniem oburzenie na sterydy w krosficie bierze się z rozrzutu pomiędzy tym, co jest jednym z ideologicznych fundamentów krosfitu –  zdrowego odżywiania, dbałości o zdrowie, trosce o codzienną sprawność –  oraz tym, jak faktycznie wygląda krosfit na poziomie zawodniczym.

Ludzie nie są głupi i widzą, że gdy z jednej stronie papa Glassman prowadzi krucjatę przeciw kokakoli a z drugiej pudła obsadzone są terminatorami na koksie –  to coś tu nie gra.

Jeśli zewsząd słyszy się “eat clean train dirty” a twarzami krosfitu są ludzie, co do których nie ma wątpliwości, że nie grają czysto –  to ewidentnie ktoś ich robi w balona.
Ludzie to widzą i wkurza ich to.

Argumentacja, że nie ma co się porównywać do krosfitowej czołówki to jeden wielki logiczny No rep, ponieważ organizowana jest cała masa mniejszych i większych zawodów –  od ogólnokrajowych eventów po małe boxowe imprezy – na których to zawodach każdy może poczuć się jak “krosfit atlit”. “Chodź, zapisz się, będzie fajna zabawa” – zachęcają się ludzie nawzajem –  i choć każdy wie, że “to tylko boxowe zawody bez napinki” to jednak adrenalina i doping ze strony znajomych rozbudza ambicje. Udział w zawodach to część krosfitowej kultury, krosfitowego stylu życia.

Każdy krosfiter to potencjalny zawodnik a zawodnicy porównują się do innych, chcą być lepsi i wkurza ich gdy widzą, że są bez szans, bo konkurencja leci na bombie.

Krosfitowy hejt na sterydy bierze się stąd, że z jednej strony rozbudza się w ludziach ambicje, daje im się poczuć jak sportowiec, tytułuje per “atleta” – a z drugiej buduje szklany sufit, powyżej którego bez pomocy sterydów nie podskoczysz.
To jest hejt nierównych szans i zabranego cukierka.

Młodzi zbuntowani i starzy zmęczeni

Krosfitowy top to są nasi sportowi idole, wzorce do naśladowania. Mniej lub bardziej świadomie inspirujemy się nimi, chcemy być tacy jak oni. Sytuację, w której dowiadujemy się, że nasz idol koksuje, można porównać do odkrycia, że dziewczyna, w której się podkochiwaliśmy, okazała się być puszczalską.
Tak brutalne sprowadzenie na ziemię ciężko jest przyjąć “na chłodno” – dużo łatwiej jest stwierdzić, że jest zwykłą zdzirą, czyli mówiąc językiem krosfitu, zhejtować koksownika.
Hejt jest tu mechanizmem obronnym.

Poza “hejtem odebranych złudzeń” są jeszcze bardziej racjonalne argumenty.
Wyniki jakie może osiągnąć bądź osiągnął taki sportowiec nie są wypracowane w naturalny sposób. Jego organizm przekroczył najprawdopodobniej  własne możliwości a chemia dopingowa jest czynnikiem z zewnątrz, która w nienaturalny dla człowieka sposób pozwala przekraczać „nieprzekraczalne” granice dla naszego ciała.  – napisał jeden z ankietowanych, drugi zaś dodał:  robotę i tak musi zrobić ale ułatwia sobie regeneracje, nie jest to w porządku w stosunku do tych którzy nie biorą (jeżeli są tacy)

O ile wypowiedzi przeciwników koksowania pełne są buntu i niezgody na zastany stan rzeczy, o tyle ci, których opinia pozostaje bez zmian, są pogodzeni z faktami – wiedzą, że sport jest jaki jest a walka z zastaną rzeczywistością to de facto walka z wiatrakami.
Jak to ładnie skwitował jeden z ankietowanych “W dzisiejszych czasach bez dopingu NIKT nie jest w stanie zbliżyć się do podium i NIE MA czystych sportowców. W związku z czym bez świadomości, że doping istnieje nie możesz komuś kibicować. Albo masz ulubieńca, albo nie masz w ogóle.”

Pozbawić złudzeń dla własnego dobra

Nie mam nic przeciwko kosującym krosfiterom. Rozumiem co ich do tego popycha, rozumiem ich motywację i realia “poważnej rywalizacji”. Przyjmuję, że “w sporcie tak po prostu jest” i szanuję ich decyzje, nawet jeśli z mojego punktu widzenia są mocno ryzykowne.

Uważam jednak, że informacje o tym, że koks w krosficie jest na porządku dziennym, powinny być oficjalne i powtarzane jak najgłośniej. Niekoniecznie po nazwisku i z wytykaniem palcami, ale powinno być powszechnie wiadomo, że od pewnego poziomu bez koksu ani rusz.
Dlaczego?

Wiedza o tym, że “ten i ten koksuje” potrzebna jest po to, by obedrzeć ze złudzeń wszystkich maluczkich, którzy mniej lub bardziej świadomie równają do swoich idoli.

Jak pisałem wcześniej – krosfit jest przesiąknięty duchem rywalizacji i w zasadzie nie ma miesiąca bez zawodów, w których nie mógłby wziąć udziału każdy bez względu na stopień zaawansowania.
W sytuacji, gdy udział w zawodach jest częścią “bycia krosfiterem” każdy, kto myśli, by dźwigać jak elita powinien mieć świadomość ceny, jaką za to dźwiganie trzeba zapłacić. Że bycie “elite” to nie tylko setki lajków, fejm na insta i darmowe suple, ale też igranie ze zdrowiem, psychiczne jazdy, fura wydanej kasy i morderczy reżim.

Oglądając w necie filmiki z nieprawdopodobnymi wyczynami rodzimych krosfiterów warto mieć z tyłu głowy, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem są one wynikiem “załączenia nitro”.
Czy to w jakiekolwiek sposób umniejsza ich osiągnięciom? Moim zdaniem nie – bo sterydy same za sportowców roboty nie robią. Trzeba tylko pamiętać o cenie i ryzyku z tym związanym.

Chodzi o to, by uczciwie powiedzieć ludziom, że tam, gdzie kończy się krosfit “dla fanu” tam zaczyna się tablica Mendelejewa.

Chciałbym podziękować rodzinie, bogu i wszystkim gratisodawcom

Duże podziękowania należą się wszystkim osobom, które zdecydowały się opowiedzieć, jak wygląda polski krosfit i koksowanie od zakrystii. Wiele rzeczy, które “wydawały mi się” znalazły swoje potwierdzenie, kilka mnie zszokowało, zaś kilka innych zostało zupełnie “odczarowanych”.  Dzięki wam rozumiem więcej, niż rozumiałem i hejtuję mniej, niż hejtowałem –  więc możemy chyba odtrąbić sukces 😉

Zaś wszystkim tym, którzy dotrwali do końca wpisu, gratuluję i stawiam znaczek “RX” przy czytelnictwie za rok 2016 😉

 

Ciężkie pstrągi i inne powody do hejtu na krosfit

CrossFit, jak każde popularne zjawisko, ma tylu zwolenników, co i przeciwników. Przy wszystkich różnicach łączy ich to, że jedni i drudzy są tak głęboko okopani na swoich pozycjach, że potrzebują wejść na stołek, by dostrzec racje drugiej strony.
Wśród masy bezsensownych zarzutów wobec krosfitu jest jeden, wobec którego ciężko jest przejść obojętnie kwitując go jako bezmyślny hejt.
Jest to zarzut o propagowanie złej techniki i fundowanie ludziom kontuzji.

Zarzuty o gwałcenie techniki padają na krosfit zarówno z sal gimnastycznych, jak i piwnic z ciężarami. Co prawda największy prym w wysuwaniu tych zarzutów wiodą ludzie, których główna aktywność polega na spięciach bicepsa w ograniczonym zakresie ruchu – ale umówmy się, że podchodzimy do tematu na poważnie.

Po co ten pośpiech?

Absolutnym fundamentem krosfitu jest równanie mówiące, że moc =  (siła * dystans)/czas. Mówiąc po ludzku, jeśli masz do zrobienia 100 podciągnięć, większą moc wygenerujesz wykonując je w 10 minut, niż w trakcie godziny. W absolutnym skrócie: im szybciej trenujesz tym większą moc generujesz.

Założenie, że “im szybciej tym większa moc” jest główną przyczyną tego, że jedna połowa krosfitowych treningów odbywa się na czas, druga zaś na max rund w określonym czasie.
W obydwu przypadkach chodzi o to samo –  o maximum wykonanej pracy.
Tylko czy szybciej (mocniej) na pewno oznacza lepiej?

Sezon na pstrąga

Chyba żadne krosfitowe ćwiczenie nie budzi takich emocji, jak podciągnięcia z kippingiem, zwane pieszczotliwie pstrągami. Jedni krzyczą, że to nie są podciągnięcia, drudzy że to najprostsza droga do rozwalenia sobie barku.
Moim zdaniem jedni nie rozumieją krosfitu a drudzy mają trochę racji.

Według klasycznej szkoły sytuacja jest zerojedynkowa – albo masz dość pary by się siłowo podciągnąć, albo nie masz. W krosficie, poza siłą liczy się też wydajność –  nie tylko ile, ale też jak szybko jesteś w stanie się podciągnąć –  i to nie raz, nie dwa, ale kilkadziesiąt razy pod rząd.

Wiedząc, że intensywność to praca razy czas, ktoś wpadł na logiczny w gruncie rzeczy pomysł, że podciągnięcie przy pomocy “bujnięcia z biodra” sprawi, że ręce mniej się zmęczą, niż przy klasycznych podciągnięciach siłowych – a to znowu pozwoli na szybsze skończenie treningu, co w efekcie da tę samą pracę, tylko wykonaną szybciej.
Mówiąc po ludzku “waląc z biodra” wygeneruje się więcej mocy.

kipping

Problem z generowaniem mocy polega na tym, że im więcej jej generujemy –  tym trudniej ją kontrolować. To jak z jazdą samochodem – jadąc 60km/h mamy pełną kontrolę nad kierownicą, przy stówie trzeba już się skupić, zaś przy 160 wystarczy chwila nieuwagi i dramat gotowy.

Nitro dla kierowcy amatora

Kipping aby był bezpieczny musi być wykonywany poprawnie technicznie – tak samo jak bezpieczna jest szybka jazda zawodowego kierowcy.  Gdy wykonuje go ktoś z doświadczeniem wygląda to fenomenalnie, niemalże jak taniec. Jest moc, jest prędkość a papa Glassmana dostaje zadyszki z radości. Niestety, kipping często traktowany jest nie jako “wyższy bieg” pozwalający na wygenerowanie większej mocy, ale  jako ułatwienie dla tych, którzy mają problemy z podciąganiem siłowym.
Takie nitro dla kierowców amatorów

Teoria się zgadza, tylko praktyka szwankuje

Żeby robić dobry i bezpieczny kipping trzeba mieć mocne ramiona. Bardzo mocne . Jakbyśmy dobrej techniki nie mieli, to z mechanicznego punktu widzenia kipping to jest “bujanie” całego ciała na zawiasach barków. Zakładając że ważysz 80 kg, w trakcie kippingu bujasz ciężarem około 60 kg – to bardzo dużo. Dla krosfiterów – amatorów jest to ZA DUŻO,  ponieważ wraz ze zmęczeniem spada jakość wykonywanych ćwiczeń a bujanie kilkudziesięcioma kilogramami „na pałę” to nie jest dobry pomysł.

Przy całym krosfitowym “pilnowaniu standardów”  (hello, zeszłoroczne muscle upy) realia wyglądają tak, że do treningów na kilkadziesiąt powtórzeń podchodzą osoby, które za swój sukces uważają pierwsze siłowe podciągnięcie. Wchodzi więc taka osoba na gumę licząc, że jakoś to będzie. Obok niej zwisa kolega, który siłowo podciągnie się kilka razy –  i choć pierwsze kilkanaście powtórzeń może im wyjść przyzwoicie, to w piętnastej minucie takiej “Cindy”, gdy ręce spompowane są do nieprzyzwoitości, kipping zamienia się w szamotanie pstrąga.
I taki kipping uważam za powód do hejtu – bo głupotę trzeba hejtować.

Za słaby na PR-y

Wiem, że to co piszę stoi w sprzeczności z założeniami krosfitu, z fundamentalnym równaniem wedle którego szybkość razy ciężar oznacza większą moc – ale  nie widzę sensu robienia podciągnięć na czas przez ludzi, którzy ewidentnie są na ten konkretny trening za słabi. Przy całym krosfitowym etosie niezniszczalności musimy pamiętać o swoich słabych stronach. Pamiętać, że w trakcie pracy na czas ZAWSZE cierpi technika –  a gdy siły i techniki brak, pracując “na tempo” sami prosimy się o kłopoty.

kipping na czas, bez siły i techniki to głupota oraz oszukiwanie samego siebie.

Kipping nie powstał jako “wersja skalowana” podciągnięcia, tylko jako “wyższy bieg” pozwalający wygenerować większą moc tym, którzy coś już potrafią. Dla osoby bez siły i techniki, z treningowego punktu widzenia, poza zarżnięciem nie ma w tym nic.
Wytrzymałość mięśniową można budować na inne sposoby a jeśli mięśni brak –  ich budową trzeba się zająć najpierw.

Wiem, że to pięknie robi na ego, gdy powiesz  “zrobiłem 100 podciągnięć” –  ale to dość drogi benefit, za który ( w najlepszym wypadku) płaci się pozrywaną skórą dłoni.
To po prostu głupie –  i tyle.

Zarzuty wagi ciężkiej

W zasadzie brak mi argumentów, którymi mógłbym bronić robienia dwuboju na czas przez osobę, która krosfit ćwiczy od trzech miesięcy, pół roku, czy nawet rok przez trzy dni w tygodniu. Gdyby to jeszcze był EMOM na singlach, czy klasa techniczna pod okiem trenera, mogłoby to jako tako wyglądać  – ale gdy na tablicy w boxie rozpisane są power snatche na czas – to nie ma żadnej, ale to najmniejszej szansy, by  u takiego – powiedzmy szczerze – zielonego krosfitera wyglądało to przyzwoicie.

Można próbować się bronić argumentem, że to przecież normalne, że początkującemu wychodzi gorzej – takie przecież prawo początkującego – ale nie wytrzymuje to starcia z logiką.

Skoro wiemy że ktoś jest początkujący a jego technika kuleje, jaki jest sens dawania mu w treningu skomplikowanych ruchów ze sztangą NA CZAS?

W krosficie jest wielu zawodników, którzy mają super technikę i aż miło na nich popatrzeć. Są osoby, które nawet w dziesiątej minucie AMRAPu trzymają fason i ciężko im cokolwiek zarzucić. Rzecz w tym, że jest ich niewiele a  przytłaczająca większość z nich to są albo trenerzy, albo ludzie o ugruntowanej pozycji zawodniczej (co zazwyczaj na jedno wychodzi).

Krosfit jest piękny, gdy robi się go poprawnie. Rzecz w tym, że większość z nas tak nie robi –  bo wciąż jesteśmy początkujący

crossfit-snatches

 

Dyżurną receptą na luki w technice jest zmniejszenie ciężaru w trakcie WODa.
Nie umiesz w dwubój –  to weź sztangę piętnastkę, załóż dwie piątki i rób tak, jak potrafisz. Znam tę metodę bo sam ją długi czas stosowałem. Rzecz w tym, że jest to recepta pozorna – bo nawet jeśli założysz te 25 kilo, których w trakcie rozgrzewki nawet nie poczujesz, to przy trzydziestym/czterdziestym powtórzeniu, na zmęczeniu, zadyszce i w pościgu za kolegą w końcu majtniesz tym gryfem tak niefortunnie, że coś sobie urwiesz.
Bo praca byle jak musi kiedyś skończyć się źle.

Bądźmy szczerzy: jak nie umiesz w ciężary to równie chujowo będziesz robił i dwudziestką i czterdziestką. Ryzyko kontuzji będzie mniejsze – ale techniki ci od tego nie przybędzie.

Przepustką do “robienia ciężarów na czas” powinna być siła i technika z dużą przewagą tej drugiej. Jeśli jesteś silny jak wół i do siadu rwiesz instynktownie – proszę bardzo, wywijaj gryfem do woli.
Jeśli jednak przed każdym bojem musisz się zastanowić nad tym co zrobić, musisz poprawić ustawienie, skupić się i generalnie rzecz biorąc nie czujesz się za pewnie –  to moim zdaniem ostatnim, co powinieneś robić jest rwanie tej sztangi na czas.

Trudne pytania do samego siebie

Rozumiem założenia krosfitu oraz chęć robienia go tak, jak papa Glassman przykazał.
Może jednak warto wykonać krok wstecz i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy mam dość siły? Czy technika weszła mi w krew, czy muszę pilnować każdego powtórzenia? Czy to, co robię na zmęczeniu pod koniec dziesięciominutowego AMRAPu ma ręce i nogi, czy też szamoczę się i tańczę pod gryfem.

Odpowiedź może boleć –  ale na pewno zaboli mniej od kilkumiesięcznej odsiadki i grubej kasy zostawionej u fizjoterapeuty.

 

 


 

P.S.
Tuż po tym, jak napisałem tego posta, znalazłem w sieci dwa wpisy, które uważam z lekturę obowiązkową dla każdego myślącego krosfitera

 

Czy istnieje krosfit poza boxem?

Miałem to szczęście, że krosfit poznałem w jednym z najlepszych miejsc w Polsce – CrossFit Mokotów. Tam nauczyłem się nie tylko pierwszych DU, HSPU, czy innych muscle upów, ale też poznałem “krosfit od zakrystii”. To był mój najlepszy krosfitowy czas i jeśli Bryan Adams kiedyś nagra zaktualizowaną wersję “Summer of 69” –  na pewno będzie w niej zdanie lub dwa o RFCM.
No i będzie nosiła tytuł “Summer of 2013” 🙂

Tak, jak w piosence Bryana Adamsa, piękne lato zostało przerwane przez prozę życia – zmieniłem robotę, dziecko poszło do szkoły i nagle zorientowałem się, że nie bardzo mi wychodzi godzenie życia rodzinno-zawodowego z regularnymi wizytami w  boxie. Jasnym się stało, że jeśli chcę utrzymać dotychczasowe 4-5 treningów  tygodniowo, muszę poszukać czegoś bliżej pracy, lepiej skomunikowanego i otwartego w weekendy.
Niestety, okazało się, że jedynym miejscem spełniającym te kryteria są sieciowe fitness kluby…

Od świtu do zmierzchu

Największą zaletą ftnesiarni są jej godziny otwarcia –  piątek świątek i niedziela od bladego świtu do późnej nocy. Szczególnie te weekendy, gdy  ranek i przedpołudnie mam przywalone obowiązkami a czas na trening znajduję dobrze po południu (gdy większość boxów jest już zamknięta) albo w niedzielny poranek (gdy boxy są jeszcze pozamykane) – tuż przed wyjazdem do rodziny, do IKEI, bądź gdziekolwiek indziej, gdzie rodzinne plany poniosą .
Ileż weekendów mi te fitness kluby uratowały!

rings
Nie ma to jak muscle upy w sobotni wieczór

Albo w tygodniu, grubo po dwudziestej – gdy już wszystko w domu ogarnięte i dziatwa położona. Do boxa już nie pojadę, bo ledwo się przebiorę a już trzeba będzie się zbierać – a osiedlowa fitnesiarnia otwarta do jedenastej w nocy, trzy stacje metra od domu…

Za paczkę dropsów

Drugą zaletą fitnesiarni jest ich cena. Nie oszukujmy się – te kilkadziesiąt złotych, które ściągają nam z pensji na multisporta kontra 250 złotych za karnet do boxa to jest nokaut pierwszym uderzeniem. Wiele razy, mijając się z chłopakami z cross treningu słyszałem teksty w stylu “byłem na dniu otwartym w boxie X, ale dwie i pół stówy za karnet – chyba ich pojebało”. Rzecz jasna można tu polemizować i argumentować, co stoi za taką a nie inną ceną, ale dla wielu ludzi dwieście pięćdziesiąt złotych to zwyczajnie za dużo.
Ja tam bardzo chętnie ponownie płaciłbym te 2,5 paczki, byleby mieć boxa dostęp tak swobodny, jak do fitnesiarni – ale jest jak  jest i nie ma co gdybać.

Blisko.Tanio. Nie bez wad.

Fitness klub jest blisko, fitness klub jest tani, ale też robienie krosfitu w “strefie funkcjonalnej” fitness klubu ma swoje wady. Co prawda  żadna nie ma takiego kalibru, który kazałby krzyknąć “no nie dam rady, wychodzę” – ale są.
Większość z nich to drobne niedogodności, które zebrane do kupy potrafią być uciążliwe – ale w sytuacji, gdy masz do wyboru, zrobić trening w warunkach nieidealnych, albo nie zrobić go wcale, wybór jest oczywisty.

Prosto pod gryf

Dla mnie największą uciążliwością robienia krosfitu w fitnesiarni są ludzie, którzy przychodzą robić fitness i zwyczajnie nie wiedzą, jak się zachować w otoczeniu wolnych ciężarów. Pół biedy, gdy strefa funkcjonalna jest w jakiś sposób wydzielona z fitness klubu, ma osobna salę – wówczas można w miarę swobodnie robić swoje. Gdy strefa fitness jest nieogrodzoną “wysepką” z RIGiem w centrum klubu, trzeba bardzo uważać na osoby, które zapatrzone w telefony włażą prosto pod sztangę. Robią tak nie z głupoty, czy złośliwości, tylko dlatego, że przyzwyczajeni do maszyn nie mają świadomości, jakim zagrożeniem może być lecące w powietrzu kilkadziesiąt kilo. Zwyczajnie do głowy im nie przychodzi, że coś może się stać.

snaczyk
przy rwaniu zalecam czujność 200%

Niedawno miałem taką sytuację: bumpery na kiju, zbieram się do rwania  –  a tu babeczka idzie prosto na mnie. Żeby jeszcze była odwrócona w drugą stronę, zagapiła się –  to rozumiem –  ale widziała mnie, widziała co się szykuje i  z lecącą sztangą rozminęła się może o 20 centymetrów.
Do dziś nie wiem, czy chciała mi coś udowodnić, czy nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, czy też była zwyczajnie głupia.

Nieużywane, czyli niczyje

Kolejny “ludzki problem” bierze się z przekonania, że sprzęt bez użytkownika = sprzęt wolny. Zapomnij więc o tym, że zrobisz np “ghosta”, czy “fight gone bad”, bo jak tylko zejdziesz z wioseł, ktoś ci na nie wlezie, albo przestawi sztangę, którą robiłeś Sumo Deadlift High Pull – bo przecież na niej nie ćwiczyłeś a on potrzebował miejsca, by robić bicka przed tym konkretnym lustrem.

bicek
trening bez bicka przed lustrem się nie liczy

Zdarzają się też sytuacje z drugiego końca spektrum. Wchodzisz na salę, widzisz bezpańską sztangę – “pewnie ktoś po sobie nie sprzątnął” – myślisz. Robisz więc rozgrzewkę, dociąganie, jakieś drobne mobilki –  wszystkiego schodzi się jakieś 20/25 minut, po czym nie zdążysz nawet zdjąć bumperów ze sztangi, gdy nagle wpada rozgorączkowany człowiek z awanturą, że to jego sprzęt i on tu ćwiczy –  choć przez ostatni kwadrans oparty o ścianę pisał smsy na telefonie.

Obce ciało

Znajomi, których zaniosło do fitness klubu narzekają głównie na to, że sztangą rzucić nie wolno. Dla mnie to mały problem; nie wolno rzucać to nie rzucam i ćwiczę przyjmowanie na barki. Rzecz jasna – ciężarów submaksymalnych w ten sposób nie zrobię a i na zmęczeniu trzeba bardziej uważać – ale jest to dla mnie do przełknięcia. Bardziej przeszkadzają mi ludzie, którzy nie mają pojęcia jak się zachować –  ale nie winię ich za to, bo to oni są “u siebie” a  ja jestem w fitnesiarni “ciałem obcym”, ja robię dziwne rzeczy i to ja muszę uważać na nich a nie oni na mnie. Taka jest prawda i trzeba się z tym pogodzić.

Dobre maniery albo butelki

Powszechny w boxach system “nagradzania” burpeesami za bałagan, jakkolwiek brutalny, jest bardzo efektywny i szybko uczy tych, których rodzice za młodu  nie nauczyli, że zabawki należy odnosić tam, skąd się wzięło. W fitnesiarniach tego nie ma i bywa że sprzętu trzeba szukać po całym klubie. Owszem, zdarzają się trenerzy, którzy uczulają swoich podopiecznych, albo (o zgrozo!) sami sprzątają potreningowy pierdolnik, niemniej zdarza się, że gryf jest w jednej części klubu, bumpery w drugiej a zaciski rzucone gdzieś w kąt.

To, co w boxie jest normą – czyli dbanie o miejsce, w którym ćwiczysz –  w fitness klubach jest dopiero w powijakach. Ludzie wchodzą “za darmo” i zachowują się “jak za darmo”.

Rzecz jasna nie wszyscy, ale nagminnie zdarza się, że ktoś rzuci pustym gryfem o ziemię albo zostawi po sobie bajzel.

W boxie tego nie uświadczysz ponieważ box to społeczność a ta, oprócz funkcji wspierająco rozrywkowej, pełni też funkcję “kontrolną”. Jesteś częścią grupy i zachowujesz się tak, jak grupa. Grupa sprząta –  sprzątasz i ty.

W fitnesiarni jesteś wolnym atomem – wpadasz, robisz swoje, wypadasz –  a to, czy po sobie sprzątniesz czy nie, jest kwestią tego, czy wyniosłeś z domu wychowanie, czy puste butelki do skupu.

Dla osoby “wychowanej” w boxie wizyta w fitness klubie może być lekkim szokiem cywilizacyjnym, nawet jeśli kiedyś tam człowiek bywał na siłowni i co nieco pamięta.
Czasami trzeba ugryźć się w język widząc to, co swoim podopiecznym sprzedają trenerzy personalni. Czasami odwrócić głowę, by nie parsknąć śmiechem na widok ćwiczeń żywcem wyjętych  z “gym fail compilations”. Czasem udać że nie widzisz tego obrzydzenia, które budzi twój przemoczony podkoszulek a czasem po prostu mieć wyjebane, gdy patrzą na ciebie jak babę z brodą, bo jako jedyny nie masz słuchawek w uszach i robisz setkę Burpees na czas.

Kolorowe jarmarki

Jeśli chodzi o sprzęt –  z tym bywa różnie. W jednym klubie jest full wypas na dwadzieścia sztang i grube dziesiątki bumperów, w innym zaś kilka wygiętych kijów i kierownice od samochodów. Generalnie jednak ze sprzętem do OLY jest coraz lepiej i widać, że kluby inwestują w krosfitnes. Co prawda kettle nadal kolorowe i każdy z innej bajki (żaden z CKB) niemniej jest czym trening zrobić nawet wtedy, gdy ludzi w klubie huk – a to jest najważniejsze.

Najciekawszym sprzętem stojącym w fitnesiarniach są kolorowe RIGi z drabinkami, jakimiś wypustkami do mocowania sztang, podwójnymi drążkami, na których za cholerę nie idzie zrobić kippingu bo można głową w coś przypieprzyć… Nie wiem, co bierze pan konstruktor tychże, ale telefon do dilera przyjmę z wdzięcznością 😉

rig
Stabilizacja przede wszystkim!

Żarty żartami, ale zdarza się też, że RIG przykręcony jest do podłogi tak niestabilnie, że zrobienie bar MU wprawia całą konstrukcję w dygoty i trening jest zwyczajnie niebezpieczny. Managerowie w fitness klubach już zrozumieli, że z krosfitu jest pieniądz, ale jeszcze nie do końca w ten krosfitnes umią – a już na pewno są tacy, którzy nie umieją dokręcić RIGa do podłogi.
Ale już, nie dworuję, bo to tylko jeden taki przypadek 😉

Krosfit na pół gwizdka

W fitness klubie można próbować robić krosfit, ale nigdy nie będzie on tak komfortowy, jak w normalnym boxie. W każdej fitnesiarni, którą odwiedziłem, było coś nie tak – w jednej RIG, na którym strach było się podciągać, w drugiej sztangą rzucić nie można, w trzeciej ludzie ładują się prosto pod gryf. Nie jest to z mojej strony pretensja, czy narzekanie, tylko stwierdzenie faktu. Fitness kluby nie są stworzone do robienia krosfitu a obecne w nich strefy funkcjonalne to wynik kompromisu i próba dostosowania się do oczekiwań klientów.

Z mojego punktu widzenia sytuacja jest jasna. Chcesz komfortowo trenować krosfit? Chcesz mieć pewność, że nikt ci ergometru nie zajumie, pod sztangę nie wlezie a sprzęt będzie taki jak trzeba? To idź do boxa – tam są inne obyczaje, ludzie są inaczej wychowani przez trenerów i każdy rozumie, na czym polega sport, który uprawiamy.

Strefa funkcjonalna w fitness klubie, choćby najlepsza, zawsze będzie tylko zamiennikiem. Rzecz jasna, da się w niej zrobić prosty trening, czy ciężary bez podejścia do maxa, ale nigdy nie będzie to tak komfortowe, jak w boxie, zaś pewnych rzeczy się po prostu zrobić nie da –  bo brak sprzętu, brak miejsca, bo ludzie nie rozumieją, że skakanka boli.

Mówiąc wprost: robienie krosfitu w fitness klubie to fikcja.
Krosfitnes – Skolko ugodno – ale prawdziwy krosfit robi się tylko w miejscu do tego przeznaczonym. Czyli w boxie.

Albo półśrodek albo nic

Pomimo tych wszystkich niedogodności, korzystam ze “stref funkcjonalnych” i robię w nich co mogę, ponieważ wbrew temu, co mówią krosfitowe memy, to życie rodzinno-zawodowe jest najważniejsze i to pod nie dostosowuję całą resztę.

Mając do wyboru “zrobić co się da” albo nie zrobić nic, wybór jest oczywisty. Robię to co mogę, tam gdzie mogę, zaś “prawilny krosfit” zostawiam sobie na okazjonalne wizyty w zaprzyjaźnionych boxach.
Bo priorytetem jest praca i rodzina.

AMRAP bez Time Cap’u

Masz trzydzieści parę lat. Kredyt, rodzinę i zapierdol w pracy. Z jednej strony jesteś jeszcze młody, z drugiej codziennie budzisz się zmęczony. Wieczorem, gdy popijesz, z poczuciem straconego życia przeglądasz zdjęcia z kawalerskich czasów…

Bardzo chciałbyś coś z tym zrobić, ale nie bardzo wiesz co i jak – bo masz rodzinę, dziecko a wszystkie związane z tym obowiązki dzielisz z żoną –  i tylko z żoną, ponieważ nie macie na miejscu nikogo do pomocy.
Zrobiłbyś wszystko, by nie czuć się jak dodatek do kredytu hipotecznego.

Kto rano wstaje –  ten nie zdąża odebrać dziecka

Jeśli chciałbyś trenować o szóstej rano – w sam raz żeby po treningu wziąć prysznic, coś zjeść i na 9 być w pracy – musisz wstać o piątej. Zakładając, że poprzedniego dnia naszykowałeś wszystkie potrzebne  rzeczy, możesz na spokojnie wziąć prysznic przekąsić coś lekkiego, przycupnąć na tronie  i chwilę przed szóstą zaparkować auto pod boxem. O ile masz auto –  bo jak nie masz to widzimy się o piątej na przystanku.

Półtorej godziny później jesteś już zmęczony, odświeżony i gotowy jechać do roboty. Znalezienie miejsca parkingowego na Mordorze w okolicach ósmej rano nie jest jeszcze wielkim problemem, choć zdarzają się  przykre niespodzianki pod postacią lawety straży miejskiej („ale przecież tu wszyscy parkują na zakazie…”). Powiedzmy zatem, że zaparkowałeś, jesteś w robocie i zasuwasz ku chwale matki korporacji.

Ponieważ żona zaprowadziła rano dziecko do szkoły, twoim zadaniem jest je z niej odebrać. Pamiętając, że świetlica otwarta jest do 17.30 kombinujesz, jak tu się wcześniej urwać, żeby ominąć falę powrotów z pracy i jakoś uciec z korpo-zagłębia. Udaje ci się wyjść o 16.30 – myślami już bawisz się z dzieckiem, pytasz jak minął dzień, odrabiacie razem lekcje – co prawda jeszcze nie pełen relaks, ale już żagle opuszczone, kotwica rzucona – chwila oddechu w spokojnej przystani swojego domu.

korki_deszcz
Słabo widzę ten powrót na czas

W międzyczasie spada deszcz i ruch drogowy ogarnia paraliż. Przez godzinę, wściekły jak sam skurwysyn wleczesz się do najbliższego zakrętu. Co prawda w międzyczasie udało ci się zadzwonić do żony z błaganiem, by jakimś cudem spróbowała dotrzeć do szkoły przed tobą (ciekawe jak, skoro pracuje jeszcze dalej od szkoły niż ty i tak samo jak ty musi się przedzierać przez zakorkowane miasto) ale to wszystko na nic.
Już wiesz, że treningi na rano nie są dla ciebie.

Paciorek, siusiu i spać

Trening na osiemnastą to bezpieczna opcja. Śpisz godzinkę  dłużej, spokojnie jesz śniadanie, zaprowadzasz dziecko na ósmą do świetlicy, wsiadasz w metro (chyba że lubisz stać w dojazdowych korkach do Mordoru), następnie w absurdalnie zatłoczony tramwaj na Wierzbnie i chwilę przed dziewiątą jesteś w robocie.
Nie musisz się martwić odebraniem dziecka ze szkoły. Byle do fajrantu.

tramwaj
W ramach rozgrzewki – praca łokciami

Teoretycznie pracujesz od 9 do 17, ale ponieważ w umowie o pracę masz wpisany tryb zadaniowy, bywa z tym różnie. Jak się uda dotrzeć do boxa na osiemnastą –  ćwiczysz w tłumie, bo 18 i 19 to najbardziej oblegane godziny w boxie i z komfortem treningu bywa różnie. Wychodzisz o 19.30  – bo kolejka pod prysznic. W domu jesteś przed dwudziestą – akurat by dać dziecku buziaka na dobranoc.

Aby zoptymalizować czas rozmawiasz z żoną w trakcie kolacji a później, gdy wyciągając z torby śmierdzące gacie słyszysz „a kupiłeś dziecku klej do szkoły?” robi ci się zwyczajnie głupio, bo nie kupiłeś, choć miałeś to zrobić już trzy dni temu.
Tylko kiedy miałeś kupić, skoro zaraz po robocie lecisz na trening a po treningu prosto do domu, by zdążyć choć zapytać, jak minął dzień?

Jeśli praca przytrzyma cię dłużej i nie uda ci się dotrzeć na ustaloną godzinę, możesz próbować wejść na zajęcia odbywające się godzinę później, ale to nic pewnego ponieważ godziny popołudniowe należą do najbardziej obleganych a w trosce o bezpieczeństwo ćwiczących, na zajęciach obowiązuje limit osób.

miejsce-na-grupie
śmiało, zmieścisz się na zajęciach

Załóżmy więc że podchodzisz do tematu “na bezpiecznie” i rezerwujesz klasę o godzinie dziewiętnastej – w takim układzie w domu będziesz przed dziewiątą. Tu znowu – kolacja, przepakowanie torby, dwa słowa z żoną –  i nagle, nie wiadomo kiedy, robi się dwudziesta druga. Koniec dnia. Paciorek, siusiu i spać.

Gdzie się podział weekend?

W tygodniu bywa różnie – toteż z nadzieją wyczekujesz weekendu, kiedy to obiecujesz sobie spokojny, porządny trening: mobilki, siłę, skilla i jak zdrowie dopisze to jakimś benchmarkiem na deser poprawić. Marzy ci się solidna dwugodzinna seria treningowa –  rekompensata za te wszystkie dni, kiedy było szybko, po łebkach albo wcale. Z myślą o tym treningu odmawiasz sobie wieczornego resetu. Tylko jedno piwko – symbolicznie – bo przecież jutro jedziesz po bandzie…

Banda bandą, ale w sobotę warto by się przede wszystkim wyspać. Następnie trzeba pójść na bazarek, zrobić normalne zakupy a nie jakieś gówno z marketu pod blokiem, nastawić obiad, ogarnąć mieszkanie, którego nie było czasu ani siły ogarnąć w tygodniu. Nadrobić te wszystkie zdawkowe rozmowy, jakiś spacer z dzieckiem, jakaś kłótnia z żoną…

Żyjąc w rodzinie nie jesteś jedynym, który ma plany weekendowe. Żona też chce wyjść do kina, pochodzić po sklepach. Warto też wyskoczyć do IKEI po coś fajnego z nowego katalogu, do Factory –  bo akurat mają przeceny, do rodziny której nie widziało się od tygodni. A to trzeba coś naprawić, coś przestawić – jak to w życiu –  ciągle jest coś do zrobienia.

ikea
„to będzie szybka akcja. Wchodzimy, kupujemy i wychodzimy…”

Nagle okazuje się że weekend, na który tak czekałeś, przelewa się przez palce jak suple z niedokręconego szejkera. Z dwóch mocnych sesji treningowych udaje ci się zrobić jedną, wciśniętą między sprzątanie a wizytę u rodziny.
Lepsze to, niż nic…

Być jak triatlonista

W środowisku triathlonowym popularny jest dowcip mówiący o tym, że jeśli triatlonistę na mecie wita rodzina, to widać trenował za mało. Co prawda w krosficie, o ile nie ma się ambicji zawodniczych, trenuje się nieco mniej, jednak wpływ treningów (szczególnie tych wieczornych)  na życie rodzinne bywa porównywalny.

Trenując popołudniami nie masz czasu ani dla rodziny ani na wywiązywanie się z domowych obowiązków. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są pretensje –  w końcu nie po to człowiek zakłada rodzinę, żeby ze wszystkim bujać się samemu. Rodzina to wspólna walka z codziennością a tymczasem ty z rana odfajkowujesz kwadrans na zaprowadzenie dziecka do szkoły, zaś wieczorem cię nie ma, bo znikasz do zabawy w sport.
Normalne więc, że żona patrzy na ciebie krzywo.

Zapuszczony jak młody ojciec

Nic dziwnego, że młodzi ojcowie po trzydziestce wyglądają nieciekawie –  bo już samo ogarnięcie tego wszystkiego, pospinanie żeby mieć czas na trening, wymaga sporej logistyki, dopasowania trybów dnia dwóch dorosłych osób i w wielu przypadkach, zwyczajnie nie da się pewnych rzeczy pogodzić. Nie chcę tu usprawiedliwiać lenistwa, ale mam świadomość, że nie każdy ma charakter wojownika, który stanie na głowie, żeby choć godzinkę z dnia urwać dla siebie.

Gdy ma się dziecko w wieku przed/szkolnym, żona pracuje na pełny etat, brak pomocy ze strony dziadków, na dojazdach do roboty spędza  się co najmniej 2 godziny dziennie, w pracy kolejne 8 i więcej a potem  z wywieszonym jęzorem leci się przez zakorkowane miasto do szkoły/domu – to po całym dniu takich atrakcji można mieć wszystkiego dość.

Gdy szkolne świetlice otwarte są od 7.30 do 17.30, pracuje się zwykle od 9 do 17 a po pracy ma się związane z życiem rodzinnym obowiązki, wygospodarowanie w tym wszystkim dwóch godzin na trening (wliczając dojazd do boxa) wymaga grubej ekwilibrystyki. Pół biedy, gdy partner/ka wykazuje zrozumienie i można wypracować “tryb zmianowy”, jeśli jednak podział obowiązków jest zachwiany a żona należy do tych, które mają pretensje o każde wyjście z domu, zorganizowanie kilku treningów tygodniowo może być mocno kłopotliwe.

Lepszy biceps w fitness klubie, niźli rwanie na jutubie

Niby o tym wiesz, jednak czasem bierze cię cholera – szczególnie wtedy, gdy napatrzysz się w internecie na rekordy bliższych i dalszych znajomych; gdy dotrze do ciebie, że przecież nie jesteś jeszcze tak stary, że co prawda, jak pisał Adaśko Mickiewicz, “wiek męski, wiek klęski” – ale ty się na to nie godzisz i ty im wszystkim pokażesz. Ty sobie udowodnisz…

Ludowe porzekadło mówi, że “baby nie przegadasz, wódki nie przepijesz” –  i dokładnie tak samo jest z życiem w rodzinie. Prędzej czy później  (a najczęściej bardzo szybko) życie udowodni ci, że twój czas napinki się skończył; że to już pora cieszyć się z małych sukcesów a większe zostawić młodszym od siebie. Że pora cieszyć się tym, co masz.
Dlatego, zanim znowu zrobisz sobie ciśnienie i poczujesz się ‘gorszy’ przypomnij sobie, jak wiele zachodu i poświęcenia kosztowało cię wyjście na ten trening.

Zamiast równać do oglądanych w internecie zawodników pomyśl, że to jest czas, który udało ci się urwać z  obowiązków. To jest wywalczone i wyszarpane – twoje małe trofeum.
Nie deprecjonuj go.

Rodzina to AMRAP bez końca –  dlatego bądź realistą i ciesz się, że nie dziadziejesz tak szybko jak twoi koledzy.

 

 

 

Powrót do strefy komfortu

Na siłowni, gdzie wiele lat temu pompowałem bica swego, urzędował instruktor w koszulce z napisem: ” Za każdym razem, gdy odpuszczasz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci tyłek”. Już wtedy mnie to śmieszyło, jako klasyczny przypadek ciężkiego bzika, robiącego z rzeczy, która powinna być przyjemnością jakiś wyścig do zajebistości.
Gdy kilka lat później poznałem CrossFit – wydawał mi się wolny od tej przypadłość, bardziej wyluzowany, bez ciśnienia –  takie trochę „ciężary na luzaku”.

Tymczasem w Krosficie ściga się niemal każdy. Jedni sami ze sobą – ze swoimi słabościami, nowymi „poziomami” do odhaczenia (pierwsze to, pierwsze tamto), znaczkiem „RX” dopisanym przy wyniku na tablicy. Znowuż inni myślami są już na zawodach –  ścigają się więc z innymi, realizują plany treningowe, liczą makra i procenty 1 rep maxa.
Jednych i drugich łączy ciągły pęd do lepszego siebie, słynne krosfitowe „better than yesterday”.

Chodzi o to, by każdego dnia być lepszym, niż wczoraj. Znam ten mechanizm –  bo sam tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata. W pogoni za nowym skillem, czy dodatkowymi dropsami na gryfie. Ciągle do przodu, ciągłe więcej, szybciej, ciężej.
Czasem wkręcałem się aż za bardzo i kończyło się frustracją, albo wynikającą z przerostu ambicji kontuzją.

Zdaj się na instynkt…

Jest w branży rekrutacyjnej takie powiedzenie, że po roku pracownikowi opadają różowe okulary a po dwóch jest już na tyle zmęczony, by rozglądać się za nowym miejscem pracy. Coś w tym jest, bo mniej więcej po dwóch latach zaczęło mi się zmieniać podejście do CrossFitu – przestałem się napinać, mieć ciśnienie i zacząłem robić to, na co mam ochotę.
Co prawda nadal jest to mój sport, nadal nie widzę siebie nigdzie indziej – ale tym razem na swoich zasadach.
Na zupełnym luzie.

Regularnie mi się zdarza, że jadę na trening z konkretnym planem do wykonania, po czym przebieram się, wchodzę na salę i robię coś kompletnie innego. Miało być cardio –  jest godzina rwania; miały być siady –  są burpeesy z kurwibajkiem.
To trochę jak z planowaniem obiadu w knajpie: myśli człowiek „ale bym dziś duże burrito opędzlował” –  po czym siada przy stoliku, otwiera menu i zamawia michę Chilli con Carne oraz smażone papryczki jalapeno z serem.
Dokładnie tak samo podchodzę do treningu.

…bo z planów i tak nici

Czasem  myślę, że fajnie byłoby przykleić się na dłużej do jakiegoś planu treningowego (najchętniej tego, co serwuje Pat Sherwood w CrossFit Linchpin) i zobaczyć, jakie daje to efekty – ale wiem, że na dłuższą metę nie dam rady –  więc odpuszczam.
Nie chodzi tu nawet o to, że codzienność rodzinno-zawodowa bywa nieprzewidywalna i czasem po prostu nie mam jak i kiedy zrobić tego treningu. Chodzi o to, że lubię „płynąć z prądem” i robić to, na co w danej chwili mam smak.

Ktoś zauważy, że w ten sposób wybieram tylko to, co chcę i nie wychodząc poza strefę komfortu stoję w miejscu –  ale to nie do końca prawda. Nie było takiej dziedziny CF, która w ciągu ostatniego roku nie poszłaby u mnie do przodu. Jedne bardziej, drugie mniej – ale dane z dzienniczka treningowego nie kłamią –  cały czas wyniki idą do góry.
Gdybym konsekwentnie trzymał się fachowego planu treningowego pewnie progres byłby jeszcze większy – ale też i cena byłaby proporcjonalna. Aby mieć lepsze wyniki w sporcie musiałbym narzucić sobie większy rygor –  a ja nie lubię rygoru. Szczególnie tam, gdzie mam swoją małą strefę życiowego komfortu.

Przyjemność przede wszystkim

Nie interesuje mnie ciśnienie na codzienne przekraczanie granic. Dorosłe życie to w zasadzie jedna wielka lista obowiązków – rzeczy których się nie chce a które po prostu trzeba, bo inaczej wszystko się zawali. Dopisywanie do tej listy treningu, traktowanie go ambicjonalnie, jako celu do zrealizowania jest z mojego punktu widzenia bezsensowne, ponieważ trening to dla mnie przyjemność, czas relaksu – ten moment, gdy znów mam kilkanaście lat, jestem już po lekcjach  i wygłupiam się dla samej przyjemności wygłupiania – a nie przedłużenie pracy zawodowej, czy obowiązków domowych.
Rzecz jasna, jest to dość specyficzne pojmowany relaks – bo mało kto relaksuje się dygocąc na podłodze 😉
Tu chodzi o relaks mentalny –  o tą chwilę, gdy wyrywasz się ze świata obowiązków i powinności i robisz tylko to, na co masz ochotę.

Trening to dla mnie czas zerwania się ze smyczy – odpowiednik piątkowego wyjścia z kolegami na miasto –  a w trakcie piątkowego wyjścia w miasto wszystko jest płynne, nieokreślone i decyduje się w ostatniej chwili. CrossFit to dla mnie zabawa –  dlatego tak bardzo obca jest mi ta wszechobecna w fit-światku konwencja walki, nie poddawania się, krwi, potu i łez.

Taki sam, jak wczoraj

Nie rozumiem, dlaczego miałbym zgodnie z CrossFitowym duchem codziennie wychodzić ze strefy komfortu i być lepszym niż wczoraj. Mało mam gonitwy w życiu codziennym?
Co mi to da, że będę lepszy –  czy nie wystarczy być po prostu dobrym? Czy zawsze trzeba chcieć więcej i więcej?
Czy nie wystarczy że napierdalam w pracy? Muszę jeszcze ścigać tam, gdzie przychodzę odpocząć?

CrossFit przestał być dla mnie kwestią ambicji i udowadniania sobie, jaki to zajebisty nie jestem. Straciłem ciśnienie na czas, czy „RX” przy notce w dzienniczku treningowym.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że większość rzeczy już sobie udowodniłem, czy też zwyczajnie zrozumiałem swoje miejsce w szeregu – ale odpuściłem wyścigi i wróciłem do strefy mentalnego komfortu.
Siedzę w niej wygodnie, bawię się sportem i cieszę wszystkim, co się wydarza po drodze.

I to jest najlepszy krosfit, jaki kiedykolwiek robiłem.
 

Smród, głód i goła dupa – czyli czego nie dowiesz się z reklam CrossFitu

Kojarzycie te marketingowe obrazki, na których krosfiterzy wyglądają jakby w ogóle się nie męczyli? Gdy zastygnięci w pół swinga, czy skoku na skrzynię sprawiają wrażenie, jakby to nie był wysiłek a dobra zabawa. Jak bez względu na wszystko trzymają styl i profesjonalizm?

Coś wam powiem w sekrecie.
To kłamstwo.

1. Słodki smak zwycięstwa i kwaśny smród pracy

CrossFit ma opinię hardkorowego treningu a w trakcie hardkorowych treningów człowiek się poci. Bardzo. Czasem wręcz jak świnia a latem to jeszcze bardziej. Dla panów nie jest to jakimś szczególnym problemem, ale dla pań, które cenią sobie swój wygląd i dbają o to, by w każdej chwili zachować styl i klasę, może być  to pewnym wyzwaniem, ponieważ ciężko jest zachować klasę, gdy buzia nabiega krwią niczym dojrzały burak, makijaż rozmazał się dwa kwadranse temu a na dupie widnieje plama potu rozmiaru jeziora Bajkał po wiosennych roztopach.

CrossFit jest fizyczny i naturalistyczny. Się pierdzi, się poci, się beka a jak dasz siebie wszystko, to pod koniec treningu problemem jest nie tyle utrzymanie stylu, co zwieracza.
Jeśli myślisz, że pod koniec treningu będziesz wyglądać, jak postaci z reklamy – muszę cię zmartwić.
Będziesz wyglądać raczej tak

dead_tired

O ile jednak po treningu można wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku, o tyle przepocone do ostatniego włókna ciuchy, wchodzą właśnie w fazę fermentacji. Są mokre, śmierdzące, zawinięte w reklamówkę i schowane w ciepłą torbę na najbliższych dziesięć godzin (chyba że trenujesz po pracy i skończywszy trening szorujesz prosto do domu). Jakbyś tych ciuchów nie prał, nie odgrzybiał, nie suszył i nie wietrzył, po jakimś czasie zaczynają zwyczajnie śmierdzieć – walić klasycznym menelem, ulicznym bejem.
Trzeba więc kupić nowe a krosfitowa stylówka do najtańszych nie należy…

2. Sportowy Klub BDSM

Jedyny krosfiter bez posiekanych przedramion to ten, który nie próbował skakać double unders. Wszyscy inni doskonale wiedzą, czym pachnie skakanka (szczególnie z metalową linką). Ślady na piszczelach, ślady na rękach –  pół biedy, jeśli jest zimno i można to przykryć długim rękawem, ale latem, gdy człowiek chciałby odsłonić trochę ciała, trzeba przygotować się na dziwne spojrzenia koleżanek z pracy i zatroskane pytania szefostwa „czy w czymś ci można pomóc…”

du

Nie lepiej jest ze sztangą – poorane do krwi piszczele, poobijane obojczyki (żegnajcie bluzki z dekoltem!) a jak się człowiek chwilę zagapi to i w pysk dać sobie można. Obtłuczone kettlem nadgarstki, przypalone liną nogi, pozrywana skóra z dłoni… O ile panowie mogą się schować pod garniturem, lub koszulą z krawatem, o tyle panie, szczególnie latem, muszą się zdrowo nagimnastykować by nie wzbudzać niezdrowych sensacji.

_adventure_journal_shes-got-legs-6601
pani Krysiu, pani dziś nie wstaje zza biurka…

3. Wieczny głód

Jeśli wydaje ci się, że CrossFit to dobry sposób aby schudnąć –  to masz rację –  WYDAJE CI SIĘ.

Ci wszyscy krosfitowi zawodnicy, których oglądasz po Internetach nie wyglądają tak dobrze dlatego, że trenują CrossFit, tylko dlatego, że trenują od lat i trzymają tzw. „czystą michę”, co jest milion razy trudniejsze od najtrudniejszego treningu.
A dlaczego?
Ano dlatego, że  po dobrym krosfitowym treningu organizm dostaje pierdolca i pożerasz wszystko, co cie w ręce wpadnie, ze szczególnym uwzględnieniem słodyczy.

Nie ma takiej opcji, by być na redukcji i trenować CrossFit. Niby ktoś tam próbował, ale z doświadczenia wiem, że tych, którym się udało jest nieporównywalnie mniej od tych, którym się nie udało. Zdecydowana większość z nas przegrywa z rozpędzonym metabolizmem i pożera ilości jedzenia, które normalnego Kowalskiego zaprowadziłyby do „kwadransowych grubasów”.

I wiesz co?
Zazwyczaj jesteśmy ciągle głodni…

lodowka
to tylko na najbliższe 3 dni; potem się coś dokupi…

4. Zakupowy koszmar

Jeśli ćwiczysz  dostatecznie długo i nie migasz się od ćwiczeń na nogi (co w krosficie jest dość trudne) to w pewnym momencie staniesz przed znanym wszystkim kobietom dylematem pt „ja nie mam co na siebie włożyć” – bo nie znajdziesz w sklepie niczego, co będziesz w stanie w miarę komfortowo ubrać.

spodnei
raczysz, kurwa, żartować…

Nagle zrozumiesz, dlaczego wszyscy „pakerzy”, piątek świątek i niedziela, do sklepu, czy do kościoła –  chodzą w dresach. Nie, nie dlatego, że tak lubią, tylko dlatego, że to jedyne ubranie, które na nich pasuje. Po prostu nie da się kupić normalnych ubrań na sportową, umięśnioną (acz nie „przepakowaną”) sylwetkę.

Możesz sobie pomyśleć „żrą koksy i rosną jak niedźwiedzie, to mają za swoje” –  ale nic bardziej mylnego. Większość „normalnych” krosfiterów (tych bez ambicji zawodniczych) ma koszmarne problemy ze znalezieniem wygodnych dżinsów – tylko dlatego, że mają umięśnione uda albo szerokie łydki. Tymczasem wszystko w sklepach ma etykietę „skinny”, albo inny „fit” i generalnie produkowane jest z myślą o wyrośniętych chińczykach, albo wychudzonych nastolatkach.

ile_ty_masz_w_przysiadzie
Ciekawe, ile zarzuca do siadu…

 

Jeśli trafisz spodnie o odpowiedniej długości i rozmiarze w pasie (co samo w sobie bywa już nie lada wyzwaniem) może się okazać, że nogawka daje się naciągnąć do połowy uda a znam i takie przypadki, gdy nie dała się nawet naciągnąć na łydkę.
Albo, gdy dresy opinały jak legginsy…

Popularnym problem u pań (które również borykają się z kupnem dżinsów, ale, w odróżnieniu od panów, mogą wyjść do pracy w czymś elastycznym) jest próba zakupu koszuli. Opięty bicek, nie dopinająca się klatka piersiowa – jeśli twoja praca wymaga od ciebie w miarę reprezentacyjnego ubioru, poznasz to wszystko na własnej skórze i po trzykroć przeklniesz wszystkie marki odzieżowe – zarówno te ekskluzywne, jak i popularne sieciówki dla młodzieży.

Rzecz jasna, pozostaje jeszcze chodzenie w bojówkach oraz odzież szyta na miarę – ale umówmy się, że nie do  każdej pracy można pójść w bojówkach a odzież  na miarę jest, delikatnie mówiąc, droga.
Krótko mówiąc jesteś w odzieżowej dupie.

10672274_1628338890717245_9129811455988818290_n
My, na krosficie, lubimy mieć przesrane

I tak wygląda codzienność krosfitera: z torby wali starym menelem, jesteś poobijany, głodny i nie masz co na siebie włożyć.

Trochę inaczej, niż na reklamie. Prawda?