Ciężkie pstrągi i inne powody do hejtu na krosfit

CrossFit, jak każde popularne zjawisko, ma tylu zwolenników, co i przeciwników. Przy wszystkich różnicach łączy ich to, że jedni i drudzy są tak głęboko okopani na swoich pozycjach, że potrzebują wejść na stołek, by dostrzec racje drugiej strony.
Wśród masy bezsensownych zarzutów wobec krosfitu jest jeden, wobec którego ciężko jest przejść obojętnie kwitując go jako bezmyślny hejt.
Jest to zarzut o propagowanie złej techniki i fundowanie ludziom kontuzji.

Zarzuty o gwałcenie techniki padają na krosfit zarówno z sal gimnastycznych, jak i piwnic z ciężarami. Co prawda największy prym w wysuwaniu tych zarzutów wiodą ludzie, których główna aktywność polega na spięciach bicepsa w ograniczonym zakresie ruchu – ale umówmy się, że podchodzimy do tematu na poważnie.

Po co ten pośpiech?

Absolutnym fundamentem krosfitu jest równanie mówiące, że moc =  (siła * dystans)/czas. Mówiąc po ludzku, jeśli masz do zrobienia 100 podciągnięć, większą moc wygenerujesz wykonując je w 10 minut, niż w trakcie godziny. W absolutnym skrócie: im szybciej trenujesz tym większą moc generujesz.

Założenie, że “im szybciej tym większa moc” jest główną przyczyną tego, że jedna połowa krosfitowych treningów odbywa się na czas, druga zaś na max rund w określonym czasie.
W obydwu przypadkach chodzi o to samo –  o maximum wykonanej pracy.
Tylko czy szybciej (mocniej) na pewno oznacza lepiej?

Sezon na pstrąga

Chyba żadne krosfitowe ćwiczenie nie budzi takich emocji, jak podciągnięcia z kippingiem, zwane pieszczotliwie pstrągami. Jedni krzyczą, że to nie są podciągnięcia, drudzy że to najprostsza droga do rozwalenia sobie barku.
Moim zdaniem jedni nie rozumieją krosfitu a drudzy mają trochę racji.

Według klasycznej szkoły sytuacja jest zerojedynkowa – albo masz dość pary by się siłowo podciągnąć, albo nie masz. W krosficie, poza siłą liczy się też wydajność –  nie tylko ile, ale też jak szybko jesteś w stanie się podciągnąć –  i to nie raz, nie dwa, ale kilkadziesiąt razy pod rząd.

Wiedząc, że intensywność to praca razy czas, ktoś wpadł na logiczny w gruncie rzeczy pomysł, że podciągnięcie przy pomocy “bujnięcia z biodra” sprawi, że ręce mniej się zmęczą, niż przy klasycznych podciągnięciach siłowych – a to znowu pozwoli na szybsze skończenie treningu, co w efekcie da tę samą pracę, tylko wykonaną szybciej.
Mówiąc po ludzku “waląc z biodra” wygeneruje się więcej mocy.

kipping

Problem z generowaniem mocy polega na tym, że im więcej jej generujemy –  tym trudniej ją kontrolować. To jak z jazdą samochodem – jadąc 60km/h mamy pełną kontrolę nad kierownicą, przy stówie trzeba już się skupić, zaś przy 160 wystarczy chwila nieuwagi i dramat gotowy.

Nitro dla kierowcy amatora

Kipping aby był bezpieczny musi być wykonywany poprawnie technicznie – tak samo jak bezpieczna jest szybka jazda zawodowego kierowcy.  Gdy wykonuje go ktoś z doświadczeniem wygląda to fenomenalnie, niemalże jak taniec. Jest moc, jest prędkość a papa Glassmana dostaje zadyszki z radości. Niestety, kipping często traktowany jest nie jako “wyższy bieg” pozwalający na wygenerowanie większej mocy, ale  jako ułatwienie dla tych, którzy mają problemy z podciąganiem siłowym.
Takie nitro dla kierowców amatorów

Teoria się zgadza, tylko praktyka szwankuje

Żeby robić dobry i bezpieczny kipping trzeba mieć mocne ramiona. Bardzo mocne . Jakbyśmy dobrej techniki nie mieli, to z mechanicznego punktu widzenia kipping to jest “bujanie” całego ciała na zawiasach barków. Zakładając że ważysz 80 kg, w trakcie kippingu bujasz ciężarem około 60 kg – to bardzo dużo. Dla krosfiterów – amatorów jest to ZA DUŻO,  ponieważ wraz ze zmęczeniem spada jakość wykonywanych ćwiczeń a bujanie kilkudziesięcioma kilogramami „na pałę” to nie jest dobry pomysł.

Przy całym krosfitowym “pilnowaniu standardów”  (hello, zeszłoroczne muscle upy) realia wyglądają tak, że do treningów na kilkadziesiąt powtórzeń podchodzą osoby, które za swój sukces uważają pierwsze siłowe podciągnięcie. Wchodzi więc taka osoba na gumę licząc, że jakoś to będzie. Obok niej zwisa kolega, który siłowo podciągnie się kilka razy –  i choć pierwsze kilkanaście powtórzeń może im wyjść przyzwoicie, to w piętnastej minucie takiej “Cindy”, gdy ręce spompowane są do nieprzyzwoitości, kipping zamienia się w szamotanie pstrąga.
I taki kipping uważam za powód do hejtu – bo głupotę trzeba hejtować.

Za słaby na PR-y

Wiem, że to co piszę stoi w sprzeczności z założeniami krosfitu, z fundamentalnym równaniem wedle którego szybkość razy ciężar oznacza większą moc – ale  nie widzę sensu robienia podciągnięć na czas przez ludzi, którzy ewidentnie są na ten konkretny trening za słabi. Przy całym krosfitowym etosie niezniszczalności musimy pamiętać o swoich słabych stronach. Pamiętać, że w trakcie pracy na czas ZAWSZE cierpi technika –  a gdy siły i techniki brak, pracując “na tempo” sami prosimy się o kłopoty.

kipping na czas, bez siły i techniki to głupota oraz oszukiwanie samego siebie.

Kipping nie powstał jako “wersja skalowana” podciągnięcia, tylko jako “wyższy bieg” pozwalający wygenerować większą moc tym, którzy coś już potrafią. Dla osoby bez siły i techniki, z treningowego punktu widzenia, poza zarżnięciem nie ma w tym nic.
Wytrzymałość mięśniową można budować na inne sposoby a jeśli mięśni brak –  ich budową trzeba się zająć najpierw.

Wiem, że to pięknie robi na ego, gdy powiesz  “zrobiłem 100 podciągnięć” –  ale to dość drogi benefit, za który ( w najlepszym wypadku) płaci się pozrywaną skórą dłoni.
To po prostu głupie –  i tyle.

Zarzuty wagi ciężkiej

W zasadzie brak mi argumentów, którymi mógłbym bronić robienia dwuboju na czas przez osobę, która krosfit ćwiczy od trzech miesięcy, pół roku, czy nawet rok przez trzy dni w tygodniu. Gdyby to jeszcze był EMOM na singlach, czy klasa techniczna pod okiem trenera, mogłoby to jako tako wyglądać  – ale gdy na tablicy w boxie rozpisane są power snatche na czas – to nie ma żadnej, ale to najmniejszej szansy, by  u takiego – powiedzmy szczerze – zielonego krosfitera wyglądało to przyzwoicie.

Można próbować się bronić argumentem, że to przecież normalne, że początkującemu wychodzi gorzej – takie przecież prawo początkującego – ale nie wytrzymuje to starcia z logiką.

Skoro wiemy że ktoś jest początkujący a jego technika kuleje, jaki jest sens dawania mu w treningu skomplikowanych ruchów ze sztangą NA CZAS?

W krosficie jest wielu zawodników, którzy mają super technikę i aż miło na nich popatrzeć. Są osoby, które nawet w dziesiątej minucie AMRAPu trzymają fason i ciężko im cokolwiek zarzucić. Rzecz w tym, że jest ich niewiele a  przytłaczająca większość z nich to są albo trenerzy, albo ludzie o ugruntowanej pozycji zawodniczej (co zazwyczaj na jedno wychodzi).

Krosfit jest piękny, gdy robi się go poprawnie. Rzecz w tym, że większość z nas tak nie robi –  bo wciąż jesteśmy początkujący

crossfit-snatches

 

Dyżurną receptą na luki w technice jest zmniejszenie ciężaru w trakcie WODa.
Nie umiesz w dwubój –  to weź sztangę piętnastkę, załóż dwie piątki i rób tak, jak potrafisz. Znam tę metodę bo sam ją długi czas stosowałem. Rzecz w tym, że jest to recepta pozorna – bo nawet jeśli założysz te 25 kilo, których w trakcie rozgrzewki nawet nie poczujesz, to przy trzydziestym/czterdziestym powtórzeniu, na zmęczeniu, zadyszce i w pościgu za kolegą w końcu majtniesz tym gryfem tak niefortunnie, że coś sobie urwiesz.
Bo praca byle jak musi kiedyś skończyć się źle.

Bądźmy szczerzy: jak nie umiesz w ciężary to równie chujowo będziesz robił i dwudziestką i czterdziestką. Ryzyko kontuzji będzie mniejsze – ale techniki ci od tego nie przybędzie.

Przepustką do “robienia ciężarów na czas” powinna być siła i technika z dużą przewagą tej drugiej. Jeśli jesteś silny jak wół i do siadu rwiesz instynktownie – proszę bardzo, wywijaj gryfem do woli.
Jeśli jednak przed każdym bojem musisz się zastanowić nad tym co zrobić, musisz poprawić ustawienie, skupić się i generalnie rzecz biorąc nie czujesz się za pewnie –  to moim zdaniem ostatnim, co powinieneś robić jest rwanie tej sztangi na czas.

Trudne pytania do samego siebie

Rozumiem założenia krosfitu oraz chęć robienia go tak, jak papa Glassman przykazał.
Może jednak warto wykonać krok wstecz i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy mam dość siły? Czy technika weszła mi w krew, czy muszę pilnować każdego powtórzenia? Czy to, co robię na zmęczeniu pod koniec dziesięciominutowego AMRAPu ma ręce i nogi, czy też szamoczę się i tańczę pod gryfem.

Odpowiedź może boleć –  ale na pewno zaboli mniej od kilkumiesięcznej odsiadki i grubej kasy zostawionej u fizjoterapeuty.

 

 


 

P.S.
Tuż po tym, jak napisałem tego posta, znalazłem w sieci dwa wpisy, które uważam z lekturę obowiązkową dla każdego myślącego krosfitera

 

Reklamy

AMRAP bez Time Cap’u

Masz trzydzieści parę lat. Kredyt, rodzinę i zapierdol w pracy. Z jednej strony jesteś jeszcze młody, z drugiej codziennie budzisz się zmęczony. Wieczorem, gdy popijesz, z poczuciem straconego życia przeglądasz zdjęcia z kawalerskich czasów…

Bardzo chciałbyś coś z tym zrobić, ale nie bardzo wiesz co i jak – bo masz rodzinę, dziecko a wszystkie związane z tym obowiązki dzielisz z żoną –  i tylko z żoną, ponieważ nie macie na miejscu nikogo do pomocy.
Zrobiłbyś wszystko, by nie czuć się jak dodatek do kredytu hipotecznego.

Kto rano wstaje –  ten nie zdąża odebrać dziecka

Jeśli chciałbyś trenować o szóstej rano – w sam raz żeby po treningu wziąć prysznic, coś zjeść i na 9 być w pracy – musisz wstać o piątej. Zakładając, że poprzedniego dnia naszykowałeś wszystkie potrzebne  rzeczy, możesz na spokojnie wziąć prysznic przekąsić coś lekkiego, przycupnąć na tronie  i chwilę przed szóstą zaparkować auto pod boxem. O ile masz auto –  bo jak nie masz to widzimy się o piątej na przystanku.

Półtorej godziny później jesteś już zmęczony, odświeżony i gotowy jechać do roboty. Znalezienie miejsca parkingowego na Mordorze w okolicach ósmej rano nie jest jeszcze wielkim problemem, choć zdarzają się  przykre niespodzianki pod postacią lawety straży miejskiej („ale przecież tu wszyscy parkują na zakazie…”). Powiedzmy zatem, że zaparkowałeś, jesteś w robocie i zasuwasz ku chwale matki korporacji.

Ponieważ żona zaprowadziła rano dziecko do szkoły, twoim zadaniem jest je z niej odebrać. Pamiętając, że świetlica otwarta jest do 17.30 kombinujesz, jak tu się wcześniej urwać, żeby ominąć falę powrotów z pracy i jakoś uciec z korpo-zagłębia. Udaje ci się wyjść o 16.30 – myślami już bawisz się z dzieckiem, pytasz jak minął dzień, odrabiacie razem lekcje – co prawda jeszcze nie pełen relaks, ale już żagle opuszczone, kotwica rzucona – chwila oddechu w spokojnej przystani swojego domu.

korki_deszcz
Słabo widzę ten powrót na czas

W międzyczasie spada deszcz i ruch drogowy ogarnia paraliż. Przez godzinę, wściekły jak sam skurwysyn wleczesz się do najbliższego zakrętu. Co prawda w międzyczasie udało ci się zadzwonić do żony z błaganiem, by jakimś cudem spróbowała dotrzeć do szkoły przed tobą (ciekawe jak, skoro pracuje jeszcze dalej od szkoły niż ty i tak samo jak ty musi się przedzierać przez zakorkowane miasto) ale to wszystko na nic.
Już wiesz, że treningi na rano nie są dla ciebie.

Paciorek, siusiu i spać

Trening na osiemnastą to bezpieczna opcja. Śpisz godzinkę  dłużej, spokojnie jesz śniadanie, zaprowadzasz dziecko na ósmą do świetlicy, wsiadasz w metro (chyba że lubisz stać w dojazdowych korkach do Mordoru), następnie w absurdalnie zatłoczony tramwaj na Wierzbnie i chwilę przed dziewiątą jesteś w robocie.
Nie musisz się martwić odebraniem dziecka ze szkoły. Byle do fajrantu.

tramwaj
W ramach rozgrzewki – praca łokciami

Teoretycznie pracujesz od 9 do 17, ale ponieważ w umowie o pracę masz wpisany tryb zadaniowy, bywa z tym różnie. Jak się uda dotrzeć do boxa na osiemnastą –  ćwiczysz w tłumie, bo 18 i 19 to najbardziej oblegane godziny w boxie i z komfortem treningu bywa różnie. Wychodzisz o 19.30  – bo kolejka pod prysznic. W domu jesteś przed dwudziestą – akurat by dać dziecku buziaka na dobranoc.

Aby zoptymalizować czas rozmawiasz z żoną w trakcie kolacji a później, gdy wyciągając z torby śmierdzące gacie słyszysz „a kupiłeś dziecku klej do szkoły?” robi ci się zwyczajnie głupio, bo nie kupiłeś, choć miałeś to zrobić już trzy dni temu.
Tylko kiedy miałeś kupić, skoro zaraz po robocie lecisz na trening a po treningu prosto do domu, by zdążyć choć zapytać, jak minął dzień?

Jeśli praca przytrzyma cię dłużej i nie uda ci się dotrzeć na ustaloną godzinę, możesz próbować wejść na zajęcia odbywające się godzinę później, ale to nic pewnego ponieważ godziny popołudniowe należą do najbardziej obleganych a w trosce o bezpieczeństwo ćwiczących, na zajęciach obowiązuje limit osób.

miejsce-na-grupie
śmiało, zmieścisz się na zajęciach

Załóżmy więc że podchodzisz do tematu “na bezpiecznie” i rezerwujesz klasę o godzinie dziewiętnastej – w takim układzie w domu będziesz przed dziewiątą. Tu znowu – kolacja, przepakowanie torby, dwa słowa z żoną –  i nagle, nie wiadomo kiedy, robi się dwudziesta druga. Koniec dnia. Paciorek, siusiu i spać.

Gdzie się podział weekend?

W tygodniu bywa różnie – toteż z nadzieją wyczekujesz weekendu, kiedy to obiecujesz sobie spokojny, porządny trening: mobilki, siłę, skilla i jak zdrowie dopisze to jakimś benchmarkiem na deser poprawić. Marzy ci się solidna dwugodzinna seria treningowa –  rekompensata za te wszystkie dni, kiedy było szybko, po łebkach albo wcale. Z myślą o tym treningu odmawiasz sobie wieczornego resetu. Tylko jedno piwko – symbolicznie – bo przecież jutro jedziesz po bandzie…

Banda bandą, ale w sobotę warto by się przede wszystkim wyspać. Następnie trzeba pójść na bazarek, zrobić normalne zakupy a nie jakieś gówno z marketu pod blokiem, nastawić obiad, ogarnąć mieszkanie, którego nie było czasu ani siły ogarnąć w tygodniu. Nadrobić te wszystkie zdawkowe rozmowy, jakiś spacer z dzieckiem, jakaś kłótnia z żoną…

Żyjąc w rodzinie nie jesteś jedynym, który ma plany weekendowe. Żona też chce wyjść do kina, pochodzić po sklepach. Warto też wyskoczyć do IKEI po coś fajnego z nowego katalogu, do Factory –  bo akurat mają przeceny, do rodziny której nie widziało się od tygodni. A to trzeba coś naprawić, coś przestawić – jak to w życiu –  ciągle jest coś do zrobienia.

ikea
„to będzie szybka akcja. Wchodzimy, kupujemy i wychodzimy…”

Nagle okazuje się że weekend, na który tak czekałeś, przelewa się przez palce jak suple z niedokręconego szejkera. Z dwóch mocnych sesji treningowych udaje ci się zrobić jedną, wciśniętą między sprzątanie a wizytę u rodziny.
Lepsze to, niż nic…

Być jak triatlonista

W środowisku triathlonowym popularny jest dowcip mówiący o tym, że jeśli triatlonistę na mecie wita rodzina, to widać trenował za mało. Co prawda w krosficie, o ile nie ma się ambicji zawodniczych, trenuje się nieco mniej, jednak wpływ treningów (szczególnie tych wieczornych)  na życie rodzinne bywa porównywalny.

Trenując popołudniami nie masz czasu ani dla rodziny ani na wywiązywanie się z domowych obowiązków. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są pretensje –  w końcu nie po to człowiek zakłada rodzinę, żeby ze wszystkim bujać się samemu. Rodzina to wspólna walka z codziennością a tymczasem ty z rana odfajkowujesz kwadrans na zaprowadzenie dziecka do szkoły, zaś wieczorem cię nie ma, bo znikasz do zabawy w sport.
Normalne więc, że żona patrzy na ciebie krzywo.

Zapuszczony jak młody ojciec

Nic dziwnego, że młodzi ojcowie po trzydziestce wyglądają nieciekawie –  bo już samo ogarnięcie tego wszystkiego, pospinanie żeby mieć czas na trening, wymaga sporej logistyki, dopasowania trybów dnia dwóch dorosłych osób i w wielu przypadkach, zwyczajnie nie da się pewnych rzeczy pogodzić. Nie chcę tu usprawiedliwiać lenistwa, ale mam świadomość, że nie każdy ma charakter wojownika, który stanie na głowie, żeby choć godzinkę z dnia urwać dla siebie.

Gdy ma się dziecko w wieku przed/szkolnym, żona pracuje na pełny etat, brak pomocy ze strony dziadków, na dojazdach do roboty spędza  się co najmniej 2 godziny dziennie, w pracy kolejne 8 i więcej a potem  z wywieszonym jęzorem leci się przez zakorkowane miasto do szkoły/domu – to po całym dniu takich atrakcji można mieć wszystkiego dość.

Gdy szkolne świetlice otwarte są od 7.30 do 17.30, pracuje się zwykle od 9 do 17 a po pracy ma się związane z życiem rodzinnym obowiązki, wygospodarowanie w tym wszystkim dwóch godzin na trening (wliczając dojazd do boxa) wymaga grubej ekwilibrystyki. Pół biedy, gdy partner/ka wykazuje zrozumienie i można wypracować “tryb zmianowy”, jeśli jednak podział obowiązków jest zachwiany a żona należy do tych, które mają pretensje o każde wyjście z domu, zorganizowanie kilku treningów tygodniowo może być mocno kłopotliwe.

Lepszy biceps w fitness klubie, niźli rwanie na jutubie

Niby o tym wiesz, jednak czasem bierze cię cholera – szczególnie wtedy, gdy napatrzysz się w internecie na rekordy bliższych i dalszych znajomych; gdy dotrze do ciebie, że przecież nie jesteś jeszcze tak stary, że co prawda, jak pisał Adaśko Mickiewicz, “wiek męski, wiek klęski” – ale ty się na to nie godzisz i ty im wszystkim pokażesz. Ty sobie udowodnisz…

Ludowe porzekadło mówi, że “baby nie przegadasz, wódki nie przepijesz” –  i dokładnie tak samo jest z życiem w rodzinie. Prędzej czy później  (a najczęściej bardzo szybko) życie udowodni ci, że twój czas napinki się skończył; że to już pora cieszyć się z małych sukcesów a większe zostawić młodszym od siebie. Że pora cieszyć się tym, co masz.
Dlatego, zanim znowu zrobisz sobie ciśnienie i poczujesz się ‘gorszy’ przypomnij sobie, jak wiele zachodu i poświęcenia kosztowało cię wyjście na ten trening.

Zamiast równać do oglądanych w internecie zawodników pomyśl, że to jest czas, który udało ci się urwać z  obowiązków. To jest wywalczone i wyszarpane – twoje małe trofeum.
Nie deprecjonuj go.

Rodzina to AMRAP bez końca –  dlatego bądź realistą i ciesz się, że nie dziadziejesz tak szybko jak twoi koledzy.

 

 

 

Dziewczyny nie czytają atlasów anatomicznych

Po niedawnym wpisie na temat kulturystyki dowiedziałem się, że strasznie musi mnie boleć dupa – a to z tego powodu, że muskularni panowie wzbudzają większe zainteresowanie wśród kobiet na plaży zaś ja, jako osoba niemuskularna, czuję się z tego powodu gorszy i muszę to sobie hejtem zrekompensować.
Postanowiłem więc, że sprawdzę, czy faktycznie napakowani panowie są tak atrakcyjni dla kobiet. Być może nie jest jeszcze dla mnie za późno  – wszak medycyna z farmakologią nie takie cuda widziały.

W tym celu stworzyłem ankietę, w której do wyboru dałem pięć typów sportowych sylwetek – od ultramaratończyka do championa kulturystyki (przypadkowe fotki z internetu, zamazane twarze – żeby nie było, że atakuję kogoś personalnie) Nie dawałem sylwetek “normalnych”, ponieważ nie one były przyczynkiem do dyskusji. 

Chciałem sprawdzić, czy obiegowe hasło mówiące, że “napakowana sylwetka jest atrakcyjna dla kobiet” jest prawdziwe.
No bo jak prawdziwe –  to pakować trzeba!

Ponieważ zależało mi na opiniach “zwyczajnych kobiet” (czytaj: nie związanych ze sportami siłowo/sylwetkowymi), prośbę o wypełnienie ankiety rozesłałem głównie po niesportowych koleżankach z prośbą aby udostępniły ją również swoim znajomym.
Co prawda było to utrudnione, ponieważ większość moich znajomych uprawia ten, czy inny rodzaj sportu –  ale  ponieważ naciskałem na udostępnianie ankiety koleżankom “niesportowym” wierzę, że przynajmniej połowa odpowiedzi pochodzi właśnie od nich.

Zależało mi na opiniach kobiet niesportowych, ponieważ tych niesportowych jest na świecie więcej – toteż i szansa na to, że się za pakerem obejrzą, wzrasta;  zaś pytanie tych sportowych o preferencje n/t muskularnych sylwetek byłoby  jak pytanie alkoholika, czy mu wódka smakuje 😉

Przygotowując skalę ocen wyszedłem z założenia, że albo coś się nie podoba, albo podoba, ewentualnie jest “takie se”. Wiedząc, że coś może się podobać bardziej lub mniej, do każdego z trzech stanów dodałem opcję “połowiczną”, co w efekcie dało sprawdzoną, szkolną, sześciostopniową skalę ocen.

Po pięciu dniach w internecie i zebraniu prawie pięciuset odpowiedzi usiadłem do podsumowania wyników.

Suchoklates kontra koksownik

ultrasi_wyniki

Zdjęcie nr 1 to sylwetka ultramaratończyka – klasyczny “Suchoklates” będący obiektem drwin chłopaków z siłowni.
⅔ ankietowanych pań (prawie 70%) przyznało mu 1 oraz 2 punkty – co jest jasnym sygnałem, że popularne na biegowych memach hasło mówiące, że
“biegacz jest najseksowniejszym facetem na imprezie” można między bajki włożyć.
Wielkich powodów do płaczu nie ma, ponieważ prawie 27% pań przyznało mu 3-4 punkty, a niecałe 5% stwierdziło, że jest bardzo dobrze/zajebiście, niemniej ogólny odbiór nie pozostawia wątpliwości – nie jest to damski obiekt westchnień.


surfer_wyniki

Druga w kolejności jest sylwetka “średnio wysportowana”. Wykres ocen “dwójki” jest niemal lustrzanym odbiciem “jedynki”. Za atrakcyjną i bardzo atrakcyjną uważa je ⅔ ankietowanych, 26% uważa ją z “średnią” i tylko osiem pań na sto uważa ją za nieatrakcyjną. Obiektywnie patrząc, różnica w muskulaturze między sylwetką nr 1 i 2 nie jest szalona, jednak dla pań tych kilka dodatkowych kilogramów robi olbrzymią różnicę. 


model_wyniki

Trzecia sylwetka to “klasyka z okładki popularnego magazynu fitness” – przypakowana, z sześciopakiem – ale jeszcze nie na poziomie zawodów kulturystycznych. Podobnie jak w przypadku sylwetki nr 2, za bardzo atrakcyjną uważa ją ⅔ ankietowanych, jednak aż 11% kobiet więcej przyznało jej notę maksymalną. Ponownie mamy 25% oceniających ją jako “średnio atrakcyjną” i pięć na sto mówiących, że im się nie podoba.

Jest to najwyżej notowana, czyli najatrakcyjniejsza zdaniem pań, męska sylwetka.
Wzorzec ciacha.


bb_wyniki

Sylwetka nr 4 to już poziom zawodnika kulturystyki – widać każdy mięsień, żyłkę. Widać też drastyczną zmianę w ocenach kobiet. 81% pań uznaje ją za nieatrakcyjną, 15% uważa, że jest średnio atrakcyjna zaś  5 i 6 punktów przyznało jej tylko 4% ankietowanych.

Choć różnica  w muskulaturze pomiędzy sylwetką 3 i4 nie jest przesadnie wielka, to olbrzymia różnica w ich ocenie pokazuje, że na pewnym poziomie o atrakcyjności decydują detale. Takim detalem może być poziom tkanki tłuszczowej obydwu panów. Obaj mają niski, ale nie da się ukryć, że jeden z nich wciąż wygląda zdrowo i naturalnie a u drugiego widać żyły i włókna składowe mięśni. To w zasadzie jedyna istotna różnica między nimi, ale jak pokazują wyniki ocen – kluczowa.


koksy_wyniki

Posiadacze kulturystycznych sylwetek z najwyższej półki, wzory do naśladowania dla osiedlowych siłaczy, nie stanowią obiektów westchnień dla czterech z pięciu pań .
83%  ankietowanych przyznało im 1 punkt. Kolejne 10% przyznało 2 punkty. Kolejne 4 % pań zadeklarowało, że “może być” (3-4 punkty) a tylko niecałe 2% uznało je za atrakcyjne i bardzo atrakcyjne.

Krótko mówiąc, ze stu przypadkowo wybranych pań tylko dwie obejrzą się za nimi maślanym wzrokiem, 4-5 uzna że “może być”, zaś dla pozostałych będą zdecydowanie nieatrakcyjni.
Tyle wychodzi z liczb.

Każdy wie, ale nikt nie powie

Liczby liczbami, ale co naprawdę mówi nam ta ankieta? Ano mówi to, co wie każdy rozsądnie myślący człowiek: że kobiety nie lubią skrajności. Zarówno ultramaratończycy, jak też zawodowi kulturyści są atrakcyjni tylko dla pewnej grupy odbiorców – zakładam, że sobie podobnych – ale to “grupy koneserów”, nieliczne ze swej natury.

Mówi też tyle, że sylwetka kulturystyczna w swej najlepszej, zawodniczej postaci – ten cel do którego dąży wielu adeptów bodybuildingu – jest atrakcyjna głównie dla trenujących go panów. Że kobietom nie podobają się widoczne żyły i włókna mięśniowe i cały ten kulturystyczny trud to w sumie męska zabawa w męskim gronie. 

Potwierdza też to, co wszyscy wiedzą – czyli że najbardziej atrakcyjna jest sylwetka wysportowana, ewentualnie przypakowana ale bez przesady. Rozrzut w ocenach sylwetki nr 3 i 4 pokazuje, jak łatwo jest “przedobrzyć z pakowaniem”. Jak łatwo z poziomu “super ciacho” stać się niemal zupełnie nieatrakcyjnym dla kobiet. Rzecz jasna jest wielu panów,  którzy uparcie będą twierdzić, że “lepiej by spadł deszcz, niż masa” oraz „żyły są sexy” – ale dane są w tej kwestii bezlitosne.
Co za dużo –  to niezdrowo.

Dwie różne skale

Rozrzut pomiędzy wysoką oceną własnej atrakcyjności a postrzeganiem przez „zwykłych ludzi” bierze się stąd, że przebywamy głównie wśród osób o podobnych zainteresowaniach i nie popełniamy „mezaliansów”. Większość znanych mi „mocnych zawodników” ma żony/dziewczyny ze środowiska sportowego. Z niego ma również znajomych, co bierze się ze wspólnej nauki na AWF, wspólnej pracy w fitness klubie, udziału we wspólnych konferencjach, szkoleniach itd. Jest to normalny życiowy mechanizm wspólny dla wszystkich grup społecznych i zawodowych. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale te tylko potwierdzają regułę.

Dla osoby od dziesięciu lat obracającej się w fit- środowisku, gdzie słowa masa, wycinka i waskularyzacja odmieniane są przez wszystkie przypadki; gdzie w codziennością jest „walka o najlepszą wersję samego siebie” a standardy i oczekiwania podkręcone są do 11-tki,  piękne będzie to, co dla zwykłych Kowalskich wygląda jak kartka z  atlasu anatomicznego.

To, co dla kulturysty jest „przyzwoitym punktem wyjścia” dla zwykłego Kowalskiego ociera się o granice akceptacji –  a bierze się to stąd, że sportowcy i zwykli ludzie żyją w dwóch zupełnie różnych „skalach estetycznych”. Dla jednych zawsze może być lepiej, dla drugich już dawno było za dużo.

No ale po co ci to?

Na koniec trzeba odpowiedzieć na pytanie, które zawsze pada przy takich okazjach: Po co w ogóle robić taką ankietę, skoro gusta są różne a “nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba”?
Po co  określać, kto się podoba a kto nie? Przecież może to kogoś zaboleć, ludzie są wrażliwi…

Otóż cel tej ankiety był jeden: Sprawdzić wśród możliwie szerokiego  grona „zwyczajnych” kobiet, czy napakowani mężczyźni są dla nich tak atrakcyjni, jak sami twierdzą.
Czy powtarzany w kółko argument
“możecie nas hejtować, ale zwyczajnie boli was dupa, że nie jesteście tak zajebiści jak my –  bo to za nami a nie za wami laski oglądają się na plaży” ma rację bytu, czy też  jest zwyczajnie wyssany z palca (albo innego szejkera).

Wyniki pokazują, jak olbrzymi jest rozrzut pomiędzy tym, co panowie uważają za swoje atuty a co na ten temat sądzą same zainteresowane. Wielokrotnie słyszane teksty w stylu “kobieta wybierając między pakerem a chuderlakiem zawsze wybierze pakera” okazują się nie mieć żadnego pokrycia w liczbach.
W sytuacji, gdy klasycznego “suchoklatesa” na jeden punkt ocenia 35% ankietowanych, zaś asy bodybuildingu „jedynkę” dostają od osiemdziesięciu trzech pań na sto, ewidentnym się staje, że te opowieści o dziewczynach oglądających się za pakerami na plaży niewiele mają wspólnego z tychże panów atrakcyjnością.

Takie są suche dane – ale chłopaki z siłowni i tak je zignorują, bo wiedzą, że na sucho to nawet trawa nie urośnie…

Powrót do strefy komfortu

Na siłowni, gdzie wiele lat temu pompowałem bica swego, urzędował instruktor w koszulce z napisem: ” Za każdym razem, gdy odpuszczasz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci tyłek”. Już wtedy mnie to śmieszyło, jako klasyczny przypadek ciężkiego bzika, robiącego z rzeczy, która powinna być przyjemnością jakiś wyścig do zajebistości.
Gdy kilka lat później poznałem CrossFit – wydawał mi się wolny od tej przypadłość, bardziej wyluzowany, bez ciśnienia –  takie trochę „ciężary na luzaku”.

Tymczasem w Krosficie ściga się niemal każdy. Jedni sami ze sobą – ze swoimi słabościami, nowymi „poziomami” do odhaczenia (pierwsze to, pierwsze tamto), znaczkiem „RX” dopisanym przy wyniku na tablicy. Znowuż inni myślami są już na zawodach –  ścigają się więc z innymi, realizują plany treningowe, liczą makra i procenty 1 rep maxa.
Jednych i drugich łączy ciągły pęd do lepszego siebie, słynne krosfitowe „better than yesterday”.

Chodzi o to, by każdego dnia być lepszym, niż wczoraj. Znam ten mechanizm –  bo sam tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata. W pogoni za nowym skillem, czy dodatkowymi dropsami na gryfie. Ciągle do przodu, ciągłe więcej, szybciej, ciężej.
Czasem wkręcałem się aż za bardzo i kończyło się frustracją, albo wynikającą z przerostu ambicji kontuzją.

Zdaj się na instynkt…

Jest w branży rekrutacyjnej takie powiedzenie, że po roku pracownikowi opadają różowe okulary a po dwóch jest już na tyle zmęczony, by rozglądać się za nowym miejscem pracy. Coś w tym jest, bo mniej więcej po dwóch latach zaczęło mi się zmieniać podejście do CrossFitu – przestałem się napinać, mieć ciśnienie i zacząłem robić to, na co mam ochotę.
Co prawda nadal jest to mój sport, nadal nie widzę siebie nigdzie indziej – ale tym razem na swoich zasadach.
Na zupełnym luzie.

Regularnie mi się zdarza, że jadę na trening z konkretnym planem do wykonania, po czym przebieram się, wchodzę na salę i robię coś kompletnie innego. Miało być cardio –  jest godzina rwania; miały być siady –  są burpeesy z kurwibajkiem.
To trochę jak z planowaniem obiadu w knajpie: myśli człowiek „ale bym dziś duże burrito opędzlował” –  po czym siada przy stoliku, otwiera menu i zamawia michę Chilli con Carne oraz smażone papryczki jalapeno z serem.
Dokładnie tak samo podchodzę do treningu.

…bo z planów i tak nici

Czasem  myślę, że fajnie byłoby przykleić się na dłużej do jakiegoś planu treningowego (najchętniej tego, co serwuje Pat Sherwood w CrossFit Linchpin) i zobaczyć, jakie daje to efekty – ale wiem, że na dłuższą metę nie dam rady –  więc odpuszczam.
Nie chodzi tu nawet o to, że codzienność rodzinno-zawodowa bywa nieprzewidywalna i czasem po prostu nie mam jak i kiedy zrobić tego treningu. Chodzi o to, że lubię „płynąć z prądem” i robić to, na co w danej chwili mam smak.

Ktoś zauważy, że w ten sposób wybieram tylko to, co chcę i nie wychodząc poza strefę komfortu stoję w miejscu –  ale to nie do końca prawda. Nie było takiej dziedziny CF, która w ciągu ostatniego roku nie poszłaby u mnie do przodu. Jedne bardziej, drugie mniej – ale dane z dzienniczka treningowego nie kłamią –  cały czas wyniki idą do góry.
Gdybym konsekwentnie trzymał się fachowego planu treningowego pewnie progres byłby jeszcze większy – ale też i cena byłaby proporcjonalna. Aby mieć lepsze wyniki w sporcie musiałbym narzucić sobie większy rygor –  a ja nie lubię rygoru. Szczególnie tam, gdzie mam swoją małą strefę życiowego komfortu.

Przyjemność przede wszystkim

Nie interesuje mnie ciśnienie na codzienne przekraczanie granic. Dorosłe życie to w zasadzie jedna wielka lista obowiązków – rzeczy których się nie chce a które po prostu trzeba, bo inaczej wszystko się zawali. Dopisywanie do tej listy treningu, traktowanie go ambicjonalnie, jako celu do zrealizowania jest z mojego punktu widzenia bezsensowne, ponieważ trening to dla mnie przyjemność, czas relaksu – ten moment, gdy znów mam kilkanaście lat, jestem już po lekcjach  i wygłupiam się dla samej przyjemności wygłupiania – a nie przedłużenie pracy zawodowej, czy obowiązków domowych.
Rzecz jasna, jest to dość specyficzne pojmowany relaks – bo mało kto relaksuje się dygocąc na podłodze 😉
Tu chodzi o relaks mentalny –  o tą chwilę, gdy wyrywasz się ze świata obowiązków i powinności i robisz tylko to, na co masz ochotę.

Trening to dla mnie czas zerwania się ze smyczy – odpowiednik piątkowego wyjścia z kolegami na miasto –  a w trakcie piątkowego wyjścia w miasto wszystko jest płynne, nieokreślone i decyduje się w ostatniej chwili. CrossFit to dla mnie zabawa –  dlatego tak bardzo obca jest mi ta wszechobecna w fit-światku konwencja walki, nie poddawania się, krwi, potu i łez.

Taki sam, jak wczoraj

Nie rozumiem, dlaczego miałbym zgodnie z CrossFitowym duchem codziennie wychodzić ze strefy komfortu i być lepszym niż wczoraj. Mało mam gonitwy w życiu codziennym?
Co mi to da, że będę lepszy –  czy nie wystarczy być po prostu dobrym? Czy zawsze trzeba chcieć więcej i więcej?
Czy nie wystarczy że napierdalam w pracy? Muszę jeszcze ścigać tam, gdzie przychodzę odpocząć?

CrossFit przestał być dla mnie kwestią ambicji i udowadniania sobie, jaki to zajebisty nie jestem. Straciłem ciśnienie na czas, czy „RX” przy notce w dzienniczku treningowym.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że większość rzeczy już sobie udowodniłem, czy też zwyczajnie zrozumiałem swoje miejsce w szeregu – ale odpuściłem wyścigi i wróciłem do strefy mentalnego komfortu.
Siedzę w niej wygodnie, bawię się sportem i cieszę wszystkim, co się wydarza po drodze.

I to jest najlepszy krosfit, jaki kiedykolwiek robiłem.
 

Smród, głód i goła dupa – czyli czego nie dowiesz się z reklam CrossFitu

Kojarzycie te marketingowe obrazki, na których krosfiterzy wyglądają jakby w ogóle się nie męczyli? Gdy zastygnięci w pół swinga, czy skoku na skrzynię sprawiają wrażenie, jakby to nie był wysiłek a dobra zabawa. Jak bez względu na wszystko trzymają styl i profesjonalizm?

Coś wam powiem w sekrecie.
To kłamstwo.

1. Słodki smak zwycięstwa i kwaśny smród pracy

CrossFit ma opinię hardkorowego treningu a w trakcie hardkorowych treningów człowiek się poci. Bardzo. Czasem wręcz jak świnia a latem to jeszcze bardziej. Dla panów nie jest to jakimś szczególnym problemem, ale dla pań, które cenią sobie swój wygląd i dbają o to, by w każdej chwili zachować styl i klasę, może być  to pewnym wyzwaniem, ponieważ ciężko jest zachować klasę, gdy buzia nabiega krwią niczym dojrzały burak, makijaż rozmazał się dwa kwadranse temu a na dupie widnieje plama potu rozmiaru jeziora Bajkał po wiosennych roztopach.

CrossFit jest fizyczny i naturalistyczny. Się pierdzi, się poci, się beka a jak dasz siebie wszystko, to pod koniec treningu problemem jest nie tyle utrzymanie stylu, co zwieracza.
Jeśli myślisz, że pod koniec treningu będziesz wyglądać, jak postaci z reklamy – muszę cię zmartwić.
Będziesz wyglądać raczej tak

dead_tired

O ile jednak po treningu można wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku, o tyle przepocone do ostatniego włókna ciuchy, wchodzą właśnie w fazę fermentacji. Są mokre, śmierdzące, zawinięte w reklamówkę i schowane w ciepłą torbę na najbliższych dziesięć godzin (chyba że trenujesz po pracy i skończywszy trening szorujesz prosto do domu). Jakbyś tych ciuchów nie prał, nie odgrzybiał, nie suszył i nie wietrzył, po jakimś czasie zaczynają zwyczajnie śmierdzieć – walić klasycznym menelem, ulicznym bejem.
Trzeba więc kupić nowe a krosfitowa stylówka do najtańszych nie należy…

2. Sportowy Klub BDSM

Jedyny krosfiter bez posiekanych przedramion to ten, który nie próbował skakać double unders. Wszyscy inni doskonale wiedzą, czym pachnie skakanka (szczególnie z metalową linką). Ślady na piszczelach, ślady na rękach –  pół biedy, jeśli jest zimno i można to przykryć długim rękawem, ale latem, gdy człowiek chciałby odsłonić trochę ciała, trzeba przygotować się na dziwne spojrzenia koleżanek z pracy i zatroskane pytania szefostwa „czy w czymś ci można pomóc…”

du

Nie lepiej jest ze sztangą – poorane do krwi piszczele, poobijane obojczyki (żegnajcie bluzki z dekoltem!) a jak się człowiek chwilę zagapi to i w pysk dać sobie można. Obtłuczone kettlem nadgarstki, przypalone liną nogi, pozrywana skóra z dłoni… O ile panowie mogą się schować pod garniturem, lub koszulą z krawatem, o tyle panie, szczególnie latem, muszą się zdrowo nagimnastykować by nie wzbudzać niezdrowych sensacji.

_adventure_journal_shes-got-legs-6601
pani Krysiu, pani dziś nie wstaje zza biurka…

3. Wieczny głód

Jeśli wydaje ci się, że CrossFit to dobry sposób aby schudnąć –  to masz rację –  WYDAJE CI SIĘ.

Ci wszyscy krosfitowi zawodnicy, których oglądasz po Internetach nie wyglądają tak dobrze dlatego, że trenują CrossFit, tylko dlatego, że trenują od lat i trzymają tzw. „czystą michę”, co jest milion razy trudniejsze od najtrudniejszego treningu.
A dlaczego?
Ano dlatego, że  po dobrym krosfitowym treningu organizm dostaje pierdolca i pożerasz wszystko, co cie w ręce wpadnie, ze szczególnym uwzględnieniem słodyczy.

Nie ma takiej opcji, by być na redukcji i trenować CrossFit. Niby ktoś tam próbował, ale z doświadczenia wiem, że tych, którym się udało jest nieporównywalnie mniej od tych, którym się nie udało. Zdecydowana większość z nas przegrywa z rozpędzonym metabolizmem i pożera ilości jedzenia, które normalnego Kowalskiego zaprowadziłyby do „kwadransowych grubasów”.

I wiesz co?
Zazwyczaj jesteśmy ciągle głodni…

lodowka
to tylko na najbliższe 3 dni; potem się coś dokupi…

4. Zakupowy koszmar

Jeśli ćwiczysz  dostatecznie długo i nie migasz się od ćwiczeń na nogi (co w krosficie jest dość trudne) to w pewnym momencie staniesz przed znanym wszystkim kobietom dylematem pt „ja nie mam co na siebie włożyć” – bo nie znajdziesz w sklepie niczego, co będziesz w stanie w miarę komfortowo ubrać.

spodnei
raczysz, kurwa, żartować…

Nagle zrozumiesz, dlaczego wszyscy „pakerzy”, piątek świątek i niedziela, do sklepu, czy do kościoła –  chodzą w dresach. Nie, nie dlatego, że tak lubią, tylko dlatego, że to jedyne ubranie, które na nich pasuje. Po prostu nie da się kupić normalnych ubrań na sportową, umięśnioną (acz nie „przepakowaną”) sylwetkę.

Możesz sobie pomyśleć „żrą koksy i rosną jak niedźwiedzie, to mają za swoje” –  ale nic bardziej mylnego. Większość „normalnych” krosfiterów (tych bez ambicji zawodniczych) ma koszmarne problemy ze znalezieniem wygodnych dżinsów – tylko dlatego, że mają umięśnione uda albo szerokie łydki. Tymczasem wszystko w sklepach ma etykietę „skinny”, albo inny „fit” i generalnie produkowane jest z myślą o wyrośniętych chińczykach, albo wychudzonych nastolatkach.

ile_ty_masz_w_przysiadzie
Ciekawe, ile zarzuca do siadu…

 

Jeśli trafisz spodnie o odpowiedniej długości i rozmiarze w pasie (co samo w sobie bywa już nie lada wyzwaniem) może się okazać, że nogawka daje się naciągnąć do połowy uda a znam i takie przypadki, gdy nie dała się nawet naciągnąć na łydkę.
Albo, gdy dresy opinały jak legginsy…

Popularnym problem u pań (które również borykają się z kupnem dżinsów, ale, w odróżnieniu od panów, mogą wyjść do pracy w czymś elastycznym) jest próba zakupu koszuli. Opięty bicek, nie dopinająca się klatka piersiowa – jeśli twoja praca wymaga od ciebie w miarę reprezentacyjnego ubioru, poznasz to wszystko na własnej skórze i po trzykroć przeklniesz wszystkie marki odzieżowe – zarówno te ekskluzywne, jak i popularne sieciówki dla młodzieży.

Rzecz jasna, pozostaje jeszcze chodzenie w bojówkach oraz odzież szyta na miarę – ale umówmy się, że nie do  każdej pracy można pójść w bojówkach a odzież  na miarę jest, delikatnie mówiąc, droga.
Krótko mówiąc jesteś w odzieżowej dupie.

10672274_1628338890717245_9129811455988818290_n
My, na krosficie, lubimy mieć przesrane

I tak wygląda codzienność krosfitera: z torby wali starym menelem, jesteś poobijany, głodny i nie masz co na siebie włożyć.

Trochę inaczej, niż na reklamie. Prawda?

Gotowi na trening, nieprzygotowani do życia

„Unknown and unknowable” –  to hasło zna chyba każdy krosfiter –  i niekoniecznie mam tu na myśli nadruki z treningowych ciuszków, ale ogólną ideę sportu, który uprawiamy.
Chcemy być sprawni i gotowi na wszystko, cokolwiek życie nam przyniesie – po to dźwigamy sztangi, wchodzimy na kółka, czy upadlamy się na kurwibajku. No i jesteśmy sprawni, wyglądamy nieźle, możemy przyszpanować kolegom i zrobić wrażenie na koleżankach.
Kłopot w tym, że wciąż poruszamy się w życiowej strefie komfortu.

 

Weźmy pierwszą z brzegu, życiową jesienną sytuację –  8 kilo śliwek na zimowe konfitury – ciężar dla krosfitera komiczny, czymś takim nawet rozgrzewki się nie robi –  a tymczasem wrzucony do foliowej, wrzynającej się w dłoń torebki, po minucie staje się bardziej nieznośny od dwóch 32kilogramowych kettli.
I weź z czymś takim zrób dziesięciominutowy spacer do domu.

Nie inaczej jest też w trakcie wakacyjnych powrotów. Lądujesz na lotnisku, odbierasz z pasa torbę, zarzucasz ją na  ramię i  – w zależności od tego, ile trofiejek wieziesz – zaczyna cię rzucać jak Wiplera po klubach. A przecież ta torba waży max 20 kilo z hakiem – dużo mniej od kettla, którym na co dzień trenujesz!

Problem z w tym, że w odróżnieniu od kettla, torba jest duża i niestabilna, co kompletnie zmienia odczuwanie jej ciężaru. Czajnik, który jest mały i ciężki, nie lata na boki w trakcie noszenia ponieważ grawitacja robi swoje i ciągnąc go do ziemi sprawia, że zachowuje się stabilnie. Torba podróżna, z racji rozmiaru oraz zawieszenia na pasku, buja się na boki nie dając możliwości aby nieść ją blisko ciała –  i nagle się okazuje, że choć masz srylion w rwaniu,  tych dwadzieścia parę kilo na pasku  jest wszystkim, na co cię stać.

– A pan co robi w ramach cardio? – Ja? Z taczką sobie popierdalam… #dajeszojciec #cardio #functionalfitness

A post shared by Krzysztof Zapolski (@krzysztofzapolski) on

„Dziwne obiekty treningowe” dostarczają nowych bodźców i nierzadko każą zweryfikować swoje poczucie zajebistości. Świetnym przykładem takie weryfikacji był w moim przypadku pięćdziesięciokilogramowy worek z piaskiem. Zarzucić 50 kg na wysoko (Power Clean) to dla mnie żaden problem, natomiast 50kg worek, z racji nieporęcznego kształtu i zmiennego środka ciężkości, był dla mnie ciężarem nie do zarzucenia. Nagle się okazało, że worka nie da się chwycić w garść i poprowadzić blisko ciała; że nie jest to tak stabilne jak sztanga; że dźwignie działające na stawy są ponad moje siły –  a to raptem 50 kg było!

Rzecz jasna, doświadczenie wyniesione z pracy ze sztangą w jakimś tam stopniu przekłada się na pracę z dziwnymi, ciężkimi obiektami –  bo jednak w podświadomości zostaje, by nie dźwigać na kocie, spiąć brzuch, najpierw dźwigać z nogi, potem z dupy a dopiero na koniec z pleców – niemniej ich nieporęczne kształty sprawiają, że ponownie czujemy się jak amatorzy i musimy redukować obciążenie.

 

Wiele razy słyszałem argumentację w stylu „Siady i martwe ciągi ze sztangą wyrabiają siłę, którą możesz wykorzystać w stosunku do nieporęcznych przedmiotów. Uczysz się poprawnych wzorców ruchowych a ogólna sprawność przyda się w każdej sytuacji”. Ciężko się z tym nie zgodzić, problem jednak w  tym, że podniesienie z ziemi 150kg sztangi i 50kg worka ziemniaków to są dwa kompletnie inne ruchy. Owszem, w grę wchodzi siła, stabilność etc, ale ten nieszczęsny worek ziemniaków z racji swojej nieporęczności i niestabilności stanowi zupełnie inne wyzwanie –  bo nie chwycisz go na zamek i nie poprowadzisz blisko ciała.

Worek (czy to ziemniaków, czy cementu, czy czegokolwiek innego) wyślizguje się z rąk, jego zawartość zmienia swoje położenie, musisz go chwycić dłońmi od spodu i spróbować z tym wstać, albo zarzucić sobie na ramię – a tego nie uczą w boxie ani nigdzie indziej.
Najbliższym krosfitowym ćwiczeniem, które można porównać do pracy z workiem ziemniaków jest goblet squat, który krosfiterzy wykonują raz na kwartał, albo i rzadziej – bo przecież liczą się głównie rwania i siady.

Fajnie jest wywijać sztangą, czy kettlem, ale prawdziwe życie ma niestabilny środek ciężkości i non stop wypada z rąk. Dlatego trzeba trenować z dziwnymi obiektami – bo w ten sposób będziemy przygotowani na unknown and unknowable – to prawdziwe, a nie z marketingowych obrazków 😉

Mój podstawowy „problem” ze sztangą, czy kettlem polega na tym, że są to przedmioty „idealne” stworzone do pracy siłowej, zaprojektowane tak, by trening był maksymalnie efektywny i bezpieczny –  a tymczasem życie, na które wszyscy krosfiterzy tak bardzo chcą być przygotowani, jest totalnie niewydajne, nieefektywne i źle zaprojektowane. Przedmioty, którymi posługujemy się w pracy siłowej (np. na budowie) nie dają się poprowadzić wzdłuż ciała, nie mają stabilnego środka ciężkości, czy ergonomicznych kształtów –  wskutek czego praca z nimi jest dalece odmienna od tej, którą wykonujemy w boxach, czy innych fitness klubach.

Większość ciężkich  przedmiotów, które dźwigamy w życiu jest jak ów worek – nieporęczna, upierdliwa, nie dająca się porządne złapać. Torba z wakacji, worek cementu, paczka glazury –  to nie są rzeczy, które złapiesz na zamek i poprowadzisz blisko ciała. Tu jest prawdziwe nieznane i niepoznawalne.

Nie chcę tu hejtować krosfitu, czy treningu siłowego w ogóle. Nie chcę też punktować jego „funkcjonalności” (czemu poświęciłem osobny podcast). Chodzi mi o to, że jeśli mówimy o ruchach funkcjonalnych – czyli takich, które przekładają się na nasze codzienne życie – to warto w treningi wpleść pracę z obiektami, które są takie, jak owo życie właśnie – nieidealne, nieporęczne i ze zmiennym środkiem ciężkości.

Praca ze sztangą czy kettlem, choćby na dużej intensywności, to praca w strefie komfortu. Jeśli w miarę opanujemy technikę, ryzyko, że stanie się coś nieprzewidywalnego jest nieduże – bo sprzęt jest stabilny, nic nie lata na boki i jedynym zagrożeniem jest ego  osoby ćwiczącej.

Dlatego uważam, że warto przeprosić się (albo zapoznać) z takimi rekwizytami jak worek z piaskiem, czy taczka. Warto powiesić kettla na łańcuchu i poczuć, jak metal wrzyna się w dłoń – albo odkurzyć sleda i popchać go po dającej duży opór powierzchni tak, by każdy krok był walką.

 

Warto wyjść poza strefę komfortu nie na zasadzie „dziś podkręcę tempo” albo „dziś wrzucę 10 kilo więcej”, tylko wziąć się za coś nowego, trudnego do kontrolowania, nieprzewidywalnego.
Dokładnie takiego jak życie, na które chcemy być przygotowani.

Co dable to po diable

Od pytania o „najlepszą skakankę do nauki DU” częściej słyszy się chyba tylko pytanie o to, czy można na krosficie zrobić masę, albo jak najszybciej zrobić sześciopaka.
Ponieważ zarówno w kwestii masy, jak i sześciopaka moje osiągnięcia są (mówiąc oględnie) znikome, zaś o skakaniu dabli kapkę z praktyki już wiem – postaram się nieco rozplątać to skakankowe kłębowisko i podpowiedzieć, na co warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze.

Oczywiście na alkohol 🙂

jarmuzowka
na sucho to i trawa nie urośnie 😉

Na chwilę obecną posiadam cztery skakanki
– „chłam” za 35 złotych
– model średniej klasy za złotych (bodajże) siedemdziesiąt
– rogue za stówę
– RMP custom za 60 baksów

Każdą z nich mam porządnie oskakaną (co najmniej po kilka tysięcy DU na sztukę), każdą kupioną za swoje –  więc o blogerskim faworyzowaniu i puszczaniu oczka za gratisy  mowy nie ma.

Chłam nie do zajechania

chlam

Skakanka, którą kupiłem na zasadzie „a, zobaczę, ile ten badziew jest wart”. Okazało się, że wart jest bardo dużo, ponieważ oddałem na niej grubo ponad 20 000 skoków i nadal jest na chodzie. Nie jest to może demon prędkości, ale swoje pierwsze 100 DU unbroken poniżej minuty skoczyłem właśnie na niej.
„Full profeska” to nie jest i tripla skoczyć na tym jest dość trudno (niestety, łożysko nie nadąża), ale jeśli jesteś „zwykłym” krosfiterem bez ambicji zawodniczych, albo po prostu szkoda ci stówy na skakankę z modnym logo – bierz śmiało i skacz ile fabryka dała.

NIE ZNAJDZIESZ NA RYNKU NICZEGO O LEPSZEJ RELACJI CENA-JAKOŚĆ

Przekonanie, że lepiej się uczyć na profesjonalnym sprzęcie (czytaj: drogiej skakance) jest moim zdaniem zwykłym wyciąganiem kasy od początkujących, którzy chcą być jak ich idole (albo przynajmniej nie odstawać od grupy). Z mojej praktyki wynika, że skakanka „za drobne” świetnie nadaje się do skakania DU –  Jest wytrzymała, jest tania i można na niej skoczyć 100 DU poniżej minuty.
Czego chcieć więcej za cenę niecałego litra wódki?

aluminiowy lanos w skórze i z klimą

alu

Jeśli koniecznie chcesz czegoś więcej – możesz kupić coś, co ja nazywam „modelem ze średniej półki”.
Kosztuje toto ok 70 złotych, łożyska ma już nieco szybsze, kabelek nieco chudszy –  więc i boli nieco bardziej, gdy po piszczelach przydzwonisz. W swojej karierze miałem dwie takie skakanki –  jedną zajeździłem ucząc się DU, druga wisi nieużywana na regale.

Ma dość ciężkie, aluminiowe rączki – więc część osób może narzekać na zmęczenie nadgarstków. Kręci się  szybciej od modelu ekonomicznego – na oko tak z 10-15% szybciej – i choć nie jest to jakaś szalona różnica to swoje pierwsze sześć triple unders unbroken skoczyłem właśnie na tym modelu.

urwane_lozysko
łożysko się udydoliło temu misiu…

Jest to taki trochę ni pies ni wydra – niby już nie model ekonomiczny, ale jeszcze nie profeska. Z jednej strony łożysko potrafi się  zwyczajnie urwać – z drugiej jednak zanim się urwie to wytrzyma ok 30 000 skoków (jak to było w przypadku mojego egzemplarza).
Dużą zaletą jest wytrzymała i elastyczna linka, którą można wpieprzyć na chama do torby i nic jej się nie stanie (podobną, tylko nieco grubszą linkę, ma też model za 30zł z hakiem).

Polecam ten sprzęt osobom, które już skaczą double i chcą „czegoś więcej” ale niekoniecznie chcą więcej wydać. Cienka linka co prawda piecze na piszczelach, ale prędkość jest już konkretna i można brać się za pierwsze triple.

Certyfikat prawilności z modnym logo

rogue

Rogue –  reklamowana po boxach jako „samoskacząca” i w ogóle niezbędnik każdego krosfitera. Kosztuje ponad stówę i jest wyznacznikiem wyższego poziomu krosfitowego wtajemniczenia. A już tak poważniej to jest to bardzo dobry sprzęt, na którym skoczenie stówy DU na minutę nie jest żadnym problemem. Czuć tu wysoką jakość komponentów, czuć prędkość, czuć komfort – ale to wszystko ma swoją cenę –  zazwyczaj od stówy wzwyż.

Jakkolwiek jest to sprzęt wysokiej klasy, nie jest pozbawiony wad.
Linka jest dość cienka i wymaga ostrożnego traktowania. Jest to ciekawe –  bo z jednej strony wytrzymuje dziesiątki tysięcy uderzeń o twarde nawierzchnie, z drugiej zaś, jeśli masz tendencję do wrzucania splątanej skakanki byle jak do torby spodziewaj się, że pewnego dnia ci ta linka  po prostu pęknie.
Moją co prawda jeszcze nie pękła – bo dbam o nią, chucham i dmucham –  ale znam takich, którzy mieli mniej szczęścia i musieli wymieniać linkę na nową.

Zanim zdecydujesz się wydać tę stówę z hakiem warto zadać sobie pytanie,  „czy ja tej skakanki naprawdę potrzebuję”?

Załóżmy, że na stówie DU skakanka Rogue pozwoli ci urwać 10 sekund  w stosunku do modelu ekonomicznego. Niech to będzie nawet i 20 (bo raz się zatniesz) – czy to jest argument za tym, by wydać grubą kasę? Jasne, jeśli masz ambicje zawodnicze, albo chcesz skakać triple – Rogue jest świetnym rozwiązaniem – ale jeśli potrzebujesz tylko skakanki do treningów 3-4 razy w tygodniu, polecam raz jeszcze zastanowić się nad zakupem.
No chyba że masz za dużo kasy i koniecznie chcesz ją wydać na markowy sprzęt.

Lans, szpan i kryzys wieku średniego

rpm

Jeśli skakankę od Rogue można porównać do Opla Insignia w full opcji, to RPM jest lśniącym czerwonym Ferrari.
NIE MA LEPSZEJ SKAKANKI NA ŚWIECIE. Koniec kropka.
Problem w tym, że nie ma też droższej – bo 2,5 stówy to już kwota, przy której zaczynasz kwestionować swój zdrowy rozsądek…

RPM to produkt najwyższej klasy. Reklamowany jest hasłem „speed kills” –  i nie jest to czcza marketingowa gadka.

Łożyska kręcą się z taką prędkością, że choćbyś nie wiem jakim był skakankowym  kozakiem, po piszczelach przydzwonisz nie raz i nie dwa. Do prędkości RPM trzeba się przyzwyczaić – pierwsze skoki przywołują bolesne wspomnienia z nauki double unders a piszczele kwitną na różowo –  ale jak już się przyzwyczaisz, każdy inny model będzie ci się wydawał „nie taki”.
Ale tak to już jest z Ferrari –  raz wsiądziesz i potem każde inne auto będzie tylko polakierowaną taczką…

Jedyną wadą RPM jest jej szalona cena, która w polskich realiach jest zwyczajnie zaporowa. Owszem, skakanka kręci się zawrotnie szybko i ciachnięcie 100DU poniżej 50 sekund to na niej „dzień jak co dzień”, niemniej trzeba sobie zadać jedno zasadnicze pytanie: czy ty naprawdę potrzebujesz tej zawrotnej prędkości?

Moim zdaniem, dla zwykłego krosfitera skakanka RPM jest zupełnie niepotrzebna ponieważ to, co dostanie w zamian, niczym nie usprawiedliwia jej ceny. Podobnie też dla zawodnika kategorii open ( z całym szacunkiem dla zawodników i ich wysiłku).
RPM to ultra profesjonalny i cholernie drogi sprzęt dla tych z czuba tabeli, gdzie trzeba skakać triple a różnica kilku sekund może zadecydować o pudle. Oraz dla gadżeciarzy –  ale to jakby osobna, nie podlegająca zdroworozsądkowej argumentacji, kategoria 😉

RPM Wannabee

Należy też wspomnieć o invictus elite speed rope –  produkcie tak podobnym do RPM, że trudno się nie uśmiechnąć z przekąsem. Niestety, na tym powody do śmiechu się kończą, ponieważ mój egzemplarz zakończył swój żywot w trakcie trzeciego treningu. Mówiąc wprost padło w niej łożysko (co widać na załączonym filmiku) wskutek czego nic dobrego, poza tym że fajnie w ręku leży, powiedzieć o niej nie mogę –  bo czego jak czego, ale od skakanki za stówę oczekuję nieco  większej żywotności.

Oj przestań już pieprzyć i mów, co kupić

Na koniec warto postawić pytanie, które nurtuje chyba wszystkich początkujących krosfiterów: „Na której skakance najszybciej nauczę się skakać dable”.
Otóż na żadnej.

To, czy nauczysz się skakać DU nie zależy od sprzętu, tylko od Twojej zawziętości

Nauka Double Unders zajęła mi 9 (słownie: dziewięć) miesięcy. Nie będę się tu o tym rozpisywał, bo to historia momentami tragikomiczna jest, ale od momentu „nie skoczę ani jednego” do momentu „skoczę pięćdziesiąt choćby i na sznurku do snopowiązałki” minął u mnie niemal rok.

Gdy nie umiałem skakać DU, to nie umiałem na wszystkim. Bez względu na to, jaką skakankę pożyczyłem, skakałem tak samo beznadziejnie; zaś gdy się nauczyłem (a nauczyłem się dopiero wtedy, gdy na KAŻDYM treningu poświęcałem co najmniej 10 minut na naukę) nie miało znaczenia, jaką skakankę wziąłem – na każdej skakałem tak samo dobrze.

Skakałem głównie na modelu za 70zł, choć to na chłamie za 35 doszedłem do etapu, gdy DU skoczę zawsze i wszędzie.
Dlatego też uważam że to, jakiego modelu skakanki używasz (o ile nie skaczesz na kablu od prodiża) nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia.
Liczy się tylko to, ile pracy i zawzięcia włożysz w naukę.