Sterydy w Krosficie

Wraz z wielką popularnością krosfitu przyszła równie wielka fala podejrzeń o nadmiernie zamiłowanie do “cukiereczków”. Sport, w którym na porządku dziennym są treningi przyprawiające o zawroty głowy musiał trafić na “cenzurowane”. Ktoś musiał zapytać “ale jak to możliwe żeby na batatach, jarmużu i wołowinie robić takie cuda”?

Jak każdy nie oszukujący się za bardzo człowiek zakładałem, że krosfiterzy biorą –  bo w każdym sporcie biorą i nie widzę powodów, dla których krosfit miałby być tu jakimś wyjątkiem. Obstawiałem ścisłą czołówkę  –  bo to w każdej dziedzinie “usual suspects”. Może z kilkoma wyjątkami, ale tak z grubsza rzecz biorąc szacowałem, że połowa zawodników “pudełkowych” wspomaga się czymś „z pudełka”.

Ponieważ wiedzę o sterydach, jak też o stawaniu na podium mam czysto teoretyczną, postanowiłem zasięgnąć jej u źródła –  u ludzi, którzy na krosfitowych pudłach stawali, koks brali – czyli krótko mówiąc u praktyków w temacie. Znaleźć chętnych do rozmowy nie było łatwo, ale ostatecznie udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami, które ze względów oczywistych pozostaną anonimowe.

Łatka wstydu

Sterydy w sporcie są tajemnicą poliszynela – wszyscy wiedzą że są brane, ale nikt do brania się nie przyzna. Podstawową przyczyną tego „brania po cichaczu” są pieniądze. Sportowiec, który przyznaje się do koksowania automatycznie traci sponsorów, odcinając tym samym źródło utrzymania.

Żaden producent suplementów nie chce być kojarzony z “tym od koksu” ponieważ swoje produkty sprzedaje sloganami mówiącymi o pasji, poświęceniu, ciężkiej pracy – a gros jego klientów stanowią zwykli kowalscy, którzy wierzą, że po kreatynie i BCAA będą dźwigać jak chłopaki z Carson.

To dzięki sponsorom zawodnik jest w stanie trenować na takim poziomie, by wygrywać zawody lub przynajmniej utrzymywać się w czubie tabeli –  więc oficjalnie każdy jest czysty, choćby się świecił w nocy i miał twarz jak kalkulator.
Chwilami prowadzi to do sytuacji wręcz komicznych – gdy dwóch sportowców wytyka sobie nawzajem, że “ten drugi koksuje i oszukuje” a obaj koksują aż furczy – ale to świetnie pokazuje, jak silny jest strach przed“oficjalną łatką koksownika”.

Drugi powód to społeczny ostracyzm.
Obiegowa wiedza o sterydach pełna jest mitów, półprawd i zwyczajnych bzdur. Prób “odczarowania sterydów” podejmowano wiele, w najróżniejszych dyscyplinach sportu – ale efekt był zawsze ten sam:  żaden.
Słowo “sterydy” zdaje się mieć cudowną moc odbierania rozumu i jak by człowiek tematu nie tłumaczył, ginie zalany ignorancją i zwykłym hejtem. Z tego też powodu sterydy “zeszły do podziemia” a ci, którzy je biorą przestali tłumaczyć o co w tym chodzi.
Bo po co tłumaczyć komuś, kto nie chce zrozumieć, albo z góry zna odpowiedź?

Pobożne życzenia

Regularnie podsuwanym pomysłem na uporządkowanie kwestii sterydów wydaje się być ich zalegalizowanie. Stwórzmy kategorię  “koksy” – mówią ludzie – pozwólmy im rywalizować, niech się między sobą ścigają, niech biją te rekordy a normalni zawodnicy niech rywalizują między sobą. Będą oddzielne kategorie, oddzielne podium –  i będzie wiadomo, kto jest kto.
Brzmi to nawet sensownie, niestety jest tyleż niemożliwe, co naiwne.

Naiwne – bo tak jak w kategorii “open” startują zawodnicy ewidentnie pasujący do kategorii ”elite” (vide tegoroczne ponad stukilowe Power Cleany w kategorii Open na Amaroku) tak w kategorii “zwykli ludzie” będą startowali ci, którzy na co dzień wspomagają się grubą chemią.

Niemożliwe –  ponieważ wprowadzenie kontroli antydopingowych, które miałyby odsiać “czystych od nieczystych” jest marnowaniem czasu i pieniędzy. Jak podkreślali moi rozmówcy, prześliźnięcie się przez kontrolę jest banalne do tego stopnia, że “wpadają albo kompletni idioci albo ci, którzy chcą wpaść”.
Mówiąc wprost: kontrola antydopingowa, szczególnie w sporcie tak amatorskim jak rodzimy krosfit, to fikcja i trzeba się z tym pogodzić.

Chodź, opowiem ci bajeczkę…

Popuśćmy na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie taką sytuację: na CF Games oficjalnie zostaje utworzona osobna kategoria dla “koksowników” i każdy, nie ważne co wciąga, wciera i wstrzykuje, może brać w niej udział. Niech biorą co chcą –  w końcu “unknown and unknowable” nie wybiera między koksownikami i naturalami, kłody pod nogi wszystkim rzucając po równo. Jak to się ma do krosfitowej ideologii zdrowia i czystej michy? Jak wiarygodna staje się Glassmanowa krucjata przeciw coca coli? Kto ich wesprze w ogólnoamerykańskiej walce z cukrzycą, gdy oficjalnie zaakceptują kłucie tyłka środkami dużo bardziej niebezpiecznymi od “białego mordercy”?  Kto uciszy organizacje rodzicielskie krzyczące o złym przykładzie dla zawodników kategorii teens?
Przecież to samobójstwo!

Jakkolwiek znane są przypadki, w których sponsorzy nie odwrócili się od przyłapanego na dopingu sportowca, przekonany jestem, że przy całym nacisku na zdrowy tryb życia, który krosfit uczynił swoim znakiem firmowym, nie byłoby mowy o taryfie ulgowej – bo jasnym stałoby się, że CFHQ naucza jednego a praktykuje drugie.
Mówiąc wprost, jest bandą hipokrytów.

Dokładnie z chwilą, w której sterydy zostałyby oficjalnie uznane nastąpiłby masowy odwrót sponsorów i cały krosfit wróciłby do garażu a centrala, zamiast pieniążków z afiliacji, zobaczyłaby pozwy sądowe z tytułu utraconych zysków.

Chwilę później ruszyłoby tsunami hejtu potępiające wszystkich tych, którzy “legalizując” sterydy “zachęcają” do ich brania.
Dlatego zalegalizowanie sterydów nie jest w interesie CFHQ (ani żadnej innej organizacji sportowej).Lepiej opowiadać o zbawczej mocy czystej michy cichaczem robiąc to, co wszyscy wokół.

Dla hajsu, czy dla fejmu?

O ile na zachodzie można z krosfitu żyć całkiem nieźle (co w pewien sposób usprawiedliwia igraszki z niedozwolonymi substancjami)  o tyle w Polsce wciąż jeszcze za wielkich kokosów z tego nie ma. Owszem, z roku na rok jest coraz lepiej, niemniej wciąż jest to pula, z której nie wystarczy dla wszystkich – nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko najlepszych zawodników.
Jeśli więc nie pieniądze, to co sprawia, że ludzie biorą się za koks?

Otóż od kasy ważniejsze okazuje się to, co jest podstawą –  nawet nie kręgosłupem, ale wręcz rdzeniem kręgowym sportu – rywalizacja i bycie lepszym od innych.
Chodzi o wynik; miejsce w sportowym stadzie.

Jeśli idzie się w poważną rywalizację –  to nie po to, by przegrać, tylko po to by wygrać. Jeśli wiesz, że będziesz rywalizował  z zawodnikami na koksie to nie masz innego wyjścia jak samemu zacząć ten koks brać – w przeciwnym wypadku jesteś przegrany już na starcie.

Rzecz jasna możesz iść w zaparte i wierzyć, że “na jarmużu i kurczaku z ryżem” też masz szansę na rywalizację, niemniej prędzej, czy później przyjdzie Twoja kolej na zderzenie z rzeczywistością. Nagle się zorientujesz, że trenując 6 dni w tygodniu po 3 godziny dziennie, pilnując snu i michy, biorąc suple i trzymając się profesjonalnego planu treningowego jedziesz na zawody i kończysz w ogonie.
I jasnym się staje, że choćbyś nie wiem jak ciężko pracował i flaki z siebie wypruwał – z chemią nie wygrasz.
I wtedy musisz się zdecydować.

Cudowne dzieci

Każdy z nas obserwuje na instagramie, czy innym fejsbuku sportowców, którzy raz po raz wrzucają PRy, zdjęcia z trzeciego treningu w jednym dniu i inne wyczyny z gatunku “to się nie dzieje”. Rano ciężary, w południe gimnastyka, wieczorem zarzynacz – i tak dzień w dzień.
Każdy z nas zadawał sobie to pytanie “Jak oni to robią – przecież ja po jednym porządnym treningu jestem nie do życia. Co oni żrą, że tak trenują”?
W wielu przypadkach odpowiedź jest prosta: koks.

Biorąc pod uwagę możliwości ludzkiego organizmu, nie ma takiej opcji by dzień w dzień robić po 2-3 solidne treningi, co tydzień wrzucać jakiś PR, ciągnąć taki tryb życia długimi miesiącami/latami i po drodze się nie rozsypać.

Można zdrowo jeść, wysypiać się, regularnie odwiedzać fizjoterapeutę i ogólnie dbać o siebie – ale pewnego poziomu wysiłku i intensywności nie da się utrzymać bez wspomagania.
Po prostu się nie da.

Argument o zadziwiających naturalnych predyspozycjach ciężko jest traktować poważnie, ponieważ wówczas trzeba by uznać, że jesteśmy wylęgarnią cudownych dzieci i z niezrozumiałych powodów (pewnie spisek!) nie przywozimy z imprez worków medali, czy innych statuetek.
Cudowne dzieci zdarzają się, owszem – ale nie za często i tylko w kategorii open, gdzie standardy nie są jeszcze tak wyśrubowane a treningi bazują bardziej na płucu, niż na bicepsie  – choć i tam spotkać można efedrynę, HGH, czy inne „cukiereczki”.

Czas cudownych dzieci mija wraz z wyjściem z “sportowej piaskownicy”. Gdy stawką w rywalizacji są coraz większe pieniądze, gdy wygrana niesie nie tylko popularność w wąskim gronie, ale też kontrakty sponsorskie – tam dzieci, nawet te cudowne, przeganiane są przez zawodowców na bombie.

Make life harder

Jeśli marzy ci się kariera w krosficie a oczami wyobraźni widzisz siebie na pudle, lepiej od razu sięgnij po biografię Dymitra Mendelejewa. Brutalna prawda jest taka, że temat koksu, choć oficjalnie wszyscy są czyści jak łza wikarego,  w szatni, między swojakami, jest równie powszechny jak dyskusje o dziewczynach, czy samochodach. Jeden z moich rozmówców na zagranicznych zawodach od topowego zachodniego zawodnika usłyszał wprost: “HGH musi być zawsze, u nas każdy bierze”.
A my ścigamy zachód.

O ile na zachodzie koksuje się profesjonalnie –  pod okiem lekarzy, trenerów, z regularnymi badaniami, czyszczeniem organizmu – o tyle w Polsce przypomina to  garażową manufakturę. Jak to określił mój rozmówca “Takie branie żeby brać, bez celu, bez sensu, bez planu (…) znam ludzi, którzy biorą tyle, że no aż strach”

No dobrze, ale co to znaczy “każdy” – ktoś zapyta. Wszyscy co do jednego? co drugi? Co trzeci?  Otóż wg moich rozmówców

ponad 80% topowych polskich krosfiterów leci na bombie, co oznacza tyle, że w czołówce stawki branie jest regułą, nie wyjątkiem.

Panie koksują niewiele gorzej od panów a ponieważ testosteron nie jest dla ich organizmów hormonem naturalnym, ryzykują też więcej. Ani lekarz rodzinny ani ginekolog nie potrafią doradzić w kwestiach tak podstawowych, jak sensownie połączyć pigułki antykoncepcyjne z koksem. Wszystko odbywa się na własną rękę, metodą prób i błędów.
Wszystko po to, by zrobić lepszy wynik i stanąć na pudle – warto o tym pamiętać, wklejając kolejnego mema z cyklu “siła jest kobietą”

Nadzwyczajne środki

Rozmawiałem z ludźmi trenującymi najróżniejsze sporty –  od pływania po futbol amerykański –  i wszyscy jak jeden mąż powtarzali to samo: Przygotowując się do kariery zawodniczej koksuje się od samego początku, ponieważ współczesne normy są tak wyśrubowane, że “au naturelle” są poza zasięgiem ludzkiego organizmu.

Nadzwyczajne wyniki wymagają nadzwyczajnej siły a nadzwyczajną siłę buduje się nadzwyczajnymi środkami. Wiedzą o tym wszyscy trenerzy we wszystkich dyscyplinach. Jedynymi ludźmi, którzy zdają się tego nie rozumieć, są fani.

Wśród przeciwników koksowania popularne jest przekonanie, że “sterydy ułatwiają treningi” przez co są formą oszukiwania. Jest w tym rozumowaniu pewien błąd logiczny, który zakłada, że bierze się po to, by łatwiej podnieść jakiś określony ciężar. Otóż nie – bierze się po to, by podnieść więcej, pobiec szybciej, słowem – pracować jeszcze ciężej, niż dotychczas.
Decyzja o sterydach to de facto decyzja o jeszcze cięższej pracy.

Decyzja o “odpaleniu bomby” to również decyzja o igraniu z własnym zdrowiem, ponieważ nawet brane z głową, sterydy niosą ze sobą sporo efektów ubocznych, z których żółta skóra, łysienie, czy syfy na plecach należą do tych mniej dokuczliwych. Na YT można znaleźć kilka filmików, których autorzy mówią wprost o rosnących piersiach, jazdach emocjonalnych, czy problemach z kuśką.
Rzecz jasna nie znaczy to, że każdy zawodowy krosfiter jest potencjalnym impotentem – to pokazuje, jak wiele sportowcy są w stanie poświęcić dla swojej pasji.

Jeśli facet jest w stanie położyć na szalę swoją męskość, to musi mu CHOLERNIE na sportowych wynikach zależeć –  bo nikt normalny nie igrał by z takim ryzykiem “ot tak, dla zabawy”

Sterydy to także spory wydatek. Koszt jednego cyklu to ok 2000 złotych. W tym czasie możesz zapomnieć o weekendowej wódeczce, odpuszczaniu treningów bo źle się czujesz, jedzenia śmieci etc – ponieważ wydałeś furę pieniędzy i musisz z nich wycisnąć ile się da.
Życie  “na cyklu” to de facto brak życia poza sportem –  wszystko jest podporządkowane treningom –  ilość i pory jedzenia, treningów, ograniczanie stresu, pilnowanie dawek (bo każdy organizm na koksy reaguje inaczej).  Mówiąc wprost: cykl sterydowy bardziej przypomina wojskowy reżim, niż radosne pizganie hantlami.

Sport jak każdy inny

Sytuacja, w której okazuje się, że niemal cała czołówka ulubionego sportu leci na sterydach może powodować skok ciśnienia – ale tylko u tych, którzy żyją w błogiej nieświadomości, wierząc w historie o zbawczej mocy czystej michy i ośmiu godzinach snu. Każdy mający jako takie pojęcie o fizjologii człowiek wie, że nie ma takich genów, które by pozwoliły na wykręcanie wyników z czołówki tabeli.

Nasz sport, nasz kochany krosfit, stawia przed zawodnikami zadania, które bez odpowiedniego “podlania” są po prostu niewykonalne. Spirala trudności jest tak nakręcona, że bez „podlania” można myśleć co najwyżej o rekreacyjnych startach w zawodach międzyboksowych.

Coming out bez konsekwencji

Jakiś czas temu przeprowadziłem ankietę, w której zapytałem: “gdyby sportowiec, któremu kibicujesz ujawnił się z braniem sterydów, czy (i jak) wpłynęłoby to na twoje nastawienie wobec niego” do wyboru dając zmianę na minus, brak zmiany oraz zmianę na plus.
Udzielone opinie rozkładały się niemal po równo – jedna połowa ankietowanych zadeklarowała, że ich stosunek do koksującego uległby zmianie “in minus”, drugiej połowie nie zrobiłoby to żadnej różnicy i tylko jedna osoba stwierdziła, że po takim coming oucie koksujący zawodnik zyskałby w jej oczach, ponieważ “to pokazuje, że traktuje rywalizację poważnie”

Poproszeni o uzasadnienie swojego wyboru, niemal wszyscy ankietowani używali tych samych argumentów. Ci, których opinia uległaby pogorszeniu, traktują sterydy jako “oszukiwanie”, ”chodzenie na skróty” i “nieuczciwą konkurencję” w stosunku do reszty zawodników. Ci, których opinia nie uległaby zmianie wychodzą z założenia, że choć nieoficjalne, sterydy są wszechobecne w sporcie i gdy wszyscy w każdej dyscyplinie biorą, oburzanie się na zawodnika, który miał odwagę się do tego przyznać jest nie na miejscu.

W kwestii sterydów, środowisko krosfitowe jest podzielone dokładnie na pół. Jedni pragną sportu “czystego” i nazywają je oszustwem; drudzy godzą się z faktem, że “tak po prostu jest” i nie robią z tego sensacji.

Krosfit nie różni się od “tradycyjnych“ dyscyplin sportowych i podlega tym samym mechanizmom, zgodnie z którymi każdy, kto myśli o poważnej karierze zawodniczej, musi przeprosić się z grubszą chemią. Jak to dosadnie ujął jeden z moich rozmówców ”Czyści to są ci, którzy robią WODa 3-4 razy w tygodniu a nie 2-3 razy dziennie. Jeśli myślisz o zawodach, czy sporcie na poważniej, to bez wspomagania nie masz o czym marzyć”.

Takie są realia i oburzanie się na nie jest tak samo sensowne, jak wściekanie się że zimą jest zimno a latem gorąco.

Practice what you preach

Moim zdaniem oburzenie na sterydy w krosficie bierze się z rozrzutu pomiędzy tym, co jest jednym z ideologicznych fundamentów krosfitu –  zdrowego odżywiania, dbałości o zdrowie, trosce o codzienną sprawność –  oraz tym, jak faktycznie wygląda krosfit na poziomie zawodniczym.

Ludzie nie są głupi i widzą, że gdy z jednej stronie papa Glassman prowadzi krucjatę przeciw kokakoli a z drugiej pudła obsadzone są terminatorami na koksie –  to coś tu nie gra.

Jeśli zewsząd słyszy się “eat clean train dirty” a twarzami krosfitu są ludzie, co do których nie ma wątpliwości, że nie grają czysto –  to ewidentnie ktoś ich robi w balona.
Ludzie to widzą i wkurza ich to.

Argumentacja, że nie ma co się porównywać do krosfitowej czołówki to jeden wielki logiczny No rep, ponieważ organizowana jest cała masa mniejszych i większych zawodów –  od ogólnokrajowych eventów po małe boxowe imprezy – na których to zawodach każdy może poczuć się jak “krosfit atlit”. “Chodź, zapisz się, będzie fajna zabawa” – zachęcają się ludzie nawzajem –  i choć każdy wie, że “to tylko boxowe zawody bez napinki” to jednak adrenalina i doping ze strony znajomych rozbudza ambicje. Udział w zawodach to część krosfitowej kultury, krosfitowego stylu życia.

Każdy krosfiter to potencjalny zawodnik a zawodnicy porównują się do innych, chcą być lepsi i wkurza ich gdy widzą, że są bez szans, bo konkurencja leci na bombie.

Krosfitowy hejt na sterydy bierze się stąd, że z jednej strony rozbudza się w ludziach ambicje, daje im się poczuć jak sportowiec, tytułuje per “atleta” – a z drugiej buduje szklany sufit, powyżej którego bez pomocy sterydów nie podskoczysz.
To jest hejt nierównych szans i zabranego cukierka.

Młodzi zbuntowani i starzy zmęczeni

Krosfitowy top to są nasi sportowi idole, wzorce do naśladowania. Mniej lub bardziej świadomie inspirujemy się nimi, chcemy być tacy jak oni. Sytuację, w której dowiadujemy się, że nasz idol koksuje, można porównać do odkrycia, że dziewczyna, w której się podkochiwaliśmy, okazała się być puszczalską.
Tak brutalne sprowadzenie na ziemię ciężko jest przyjąć “na chłodno” – dużo łatwiej jest stwierdzić, że jest zwykłą zdzirą, czyli mówiąc językiem krosfitu, zhejtować koksownika.
Hejt jest tu mechanizmem obronnym.

Poza “hejtem odebranych złudzeń” są jeszcze bardziej racjonalne argumenty.
Wyniki jakie może osiągnąć bądź osiągnął taki sportowiec nie są wypracowane w naturalny sposób. Jego organizm przekroczył najprawdopodobniej  własne możliwości a chemia dopingowa jest czynnikiem z zewnątrz, która w nienaturalny dla człowieka sposób pozwala przekraczać „nieprzekraczalne” granice dla naszego ciała.  – napisał jeden z ankietowanych, drugi zaś dodał:  robotę i tak musi zrobić ale ułatwia sobie regeneracje, nie jest to w porządku w stosunku do tych którzy nie biorą (jeżeli są tacy)

O ile wypowiedzi przeciwników koksowania pełne są buntu i niezgody na zastany stan rzeczy, o tyle ci, których opinia pozostaje bez zmian, są pogodzeni z faktami – wiedzą, że sport jest jaki jest a walka z zastaną rzeczywistością to de facto walka z wiatrakami.
Jak to ładnie skwitował jeden z ankietowanych “W dzisiejszych czasach bez dopingu NIKT nie jest w stanie zbliżyć się do podium i NIE MA czystych sportowców. W związku z czym bez świadomości, że doping istnieje nie możesz komuś kibicować. Albo masz ulubieńca, albo nie masz w ogóle.”

Pozbawić złudzeń dla własnego dobra

Nie mam nic przeciwko kosującym krosfiterom. Rozumiem co ich do tego popycha, rozumiem ich motywację i realia “poważnej rywalizacji”. Przyjmuję, że “w sporcie tak po prostu jest” i szanuję ich decyzje, nawet jeśli z mojego punktu widzenia są mocno ryzykowne.

Uważam jednak, że informacje o tym, że koks w krosficie jest na porządku dziennym, powinny być oficjalne i powtarzane jak najgłośniej. Niekoniecznie po nazwisku i z wytykaniem palcami, ale powinno być powszechnie wiadomo, że od pewnego poziomu bez koksu ani rusz.
Dlaczego?

Wiedza o tym, że “ten i ten koksuje” potrzebna jest po to, by obedrzeć ze złudzeń wszystkich maluczkich, którzy mniej lub bardziej świadomie równają do swoich idoli.

Jak pisałem wcześniej – krosfit jest przesiąknięty duchem rywalizacji i w zasadzie nie ma miesiąca bez zawodów, w których nie mógłby wziąć udziału każdy bez względu na stopień zaawansowania.
W sytuacji, gdy udział w zawodach jest częścią “bycia krosfiterem” każdy, kto myśli, by dźwigać jak elita powinien mieć świadomość ceny, jaką za to dźwiganie trzeba zapłacić. Że bycie “elite” to nie tylko setki lajków, fejm na insta i darmowe suple, ale też igranie ze zdrowiem, psychiczne jazdy, fura wydanej kasy i morderczy reżim.

Oglądając w necie filmiki z nieprawdopodobnymi wyczynami rodzimych krosfiterów warto mieć z tyłu głowy, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem są one wynikiem “załączenia nitro”.
Czy to w jakiekolwiek sposób umniejsza ich osiągnięciom? Moim zdaniem nie – bo sterydy same za sportowców roboty nie robią. Trzeba tylko pamiętać o cenie i ryzyku z tym związanym.

Chodzi o to, by uczciwie powiedzieć ludziom, że tam, gdzie kończy się krosfit “dla fanu” tam zaczyna się tablica Mendelejewa.

Chciałbym podziękować rodzinie, bogu i wszystkim gratisodawcom

Duże podziękowania należą się wszystkim osobom, które zdecydowały się opowiedzieć, jak wygląda polski krosfit i koksowanie od zakrystii. Wiele rzeczy, które “wydawały mi się” znalazły swoje potwierdzenie, kilka mnie zszokowało, zaś kilka innych zostało zupełnie “odczarowanych”.  Dzięki wam rozumiem więcej, niż rozumiałem i hejtuję mniej, niż hejtowałem –  więc możemy chyba odtrąbić sukces 😉

Zaś wszystkim tym, którzy dotrwali do końca wpisu, gratuluję i stawiam znaczek “RX” przy czytelnictwie za rok 2016 😉

 

Reklamy