AMRAP bez Time Cap’u

Masz trzydzieści parę lat. Kredyt, rodzinę i zapierdol w pracy. Z jednej strony jesteś jeszcze młody, z drugiej codziennie budzisz się zmęczony. Wieczorem, gdy popijesz, z poczuciem straconego życia przeglądasz zdjęcia z kawalerskich czasów…

Bardzo chciałbyś coś z tym zrobić, ale nie bardzo wiesz co i jak – bo masz rodzinę, dziecko a wszystkie związane z tym obowiązki dzielisz z żoną –  i tylko z żoną, ponieważ nie macie na miejscu nikogo do pomocy.
Zrobiłbyś wszystko, by nie czuć się jak dodatek do kredytu hipotecznego.

Kto rano wstaje –  ten nie zdąża odebrać dziecka

Jeśli chciałbyś trenować o szóstej rano – w sam raz żeby po treningu wziąć prysznic, coś zjeść i na 9 być w pracy – musisz wstać o piątej. Zakładając, że poprzedniego dnia naszykowałeś wszystkie potrzebne  rzeczy, możesz na spokojnie wziąć prysznic przekąsić coś lekkiego, przycupnąć na tronie  i chwilę przed szóstą zaparkować auto pod boxem. O ile masz auto –  bo jak nie masz to widzimy się o piątej na przystanku.

Półtorej godziny później jesteś już zmęczony, odświeżony i gotowy jechać do roboty. Znalezienie miejsca parkingowego na Mordorze w okolicach ósmej rano nie jest jeszcze wielkim problemem, choć zdarzają się  przykre niespodzianki pod postacią lawety straży miejskiej („ale przecież tu wszyscy parkują na zakazie…”). Powiedzmy zatem, że zaparkowałeś, jesteś w robocie i zasuwasz ku chwale matki korporacji.

Ponieważ żona zaprowadziła rano dziecko do szkoły, twoim zadaniem jest je z niej odebrać. Pamiętając, że świetlica otwarta jest do 17.30 kombinujesz, jak tu się wcześniej urwać, żeby ominąć falę powrotów z pracy i jakoś uciec z korpo-zagłębia. Udaje ci się wyjść o 16.30 – myślami już bawisz się z dzieckiem, pytasz jak minął dzień, odrabiacie razem lekcje – co prawda jeszcze nie pełen relaks, ale już żagle opuszczone, kotwica rzucona – chwila oddechu w spokojnej przystani swojego domu.

korki_deszcz
Słabo widzę ten powrót na czas

W międzyczasie spada deszcz i ruch drogowy ogarnia paraliż. Przez godzinę, wściekły jak sam skurwysyn wleczesz się do najbliższego zakrętu. Co prawda w międzyczasie udało ci się zadzwonić do żony z błaganiem, by jakimś cudem spróbowała dotrzeć do szkoły przed tobą (ciekawe jak, skoro pracuje jeszcze dalej od szkoły niż ty i tak samo jak ty musi się przedzierać przez zakorkowane miasto) ale to wszystko na nic.
Już wiesz, że treningi na rano nie są dla ciebie.

Paciorek, siusiu i spać

Trening na osiemnastą to bezpieczna opcja. Śpisz godzinkę  dłużej, spokojnie jesz śniadanie, zaprowadzasz dziecko na ósmą do świetlicy, wsiadasz w metro (chyba że lubisz stać w dojazdowych korkach do Mordoru), następnie w absurdalnie zatłoczony tramwaj na Wierzbnie i chwilę przed dziewiątą jesteś w robocie.
Nie musisz się martwić odebraniem dziecka ze szkoły. Byle do fajrantu.

tramwaj
W ramach rozgrzewki – praca łokciami

Teoretycznie pracujesz od 9 do 17, ale ponieważ w umowie o pracę masz wpisany tryb zadaniowy, bywa z tym różnie. Jak się uda dotrzeć do boxa na osiemnastą –  ćwiczysz w tłumie, bo 18 i 19 to najbardziej oblegane godziny w boxie i z komfortem treningu bywa różnie. Wychodzisz o 19.30  – bo kolejka pod prysznic. W domu jesteś przed dwudziestą – akurat by dać dziecku buziaka na dobranoc.

Aby zoptymalizować czas rozmawiasz z żoną w trakcie kolacji a później, gdy wyciągając z torby śmierdzące gacie słyszysz „a kupiłeś dziecku klej do szkoły?” robi ci się zwyczajnie głupio, bo nie kupiłeś, choć miałeś to zrobić już trzy dni temu.
Tylko kiedy miałeś kupić, skoro zaraz po robocie lecisz na trening a po treningu prosto do domu, by zdążyć choć zapytać, jak minął dzień?

Jeśli praca przytrzyma cię dłużej i nie uda ci się dotrzeć na ustaloną godzinę, możesz próbować wejść na zajęcia odbywające się godzinę później, ale to nic pewnego ponieważ godziny popołudniowe należą do najbardziej obleganych a w trosce o bezpieczeństwo ćwiczących, na zajęciach obowiązuje limit osób.

miejsce-na-grupie
śmiało, zmieścisz się na zajęciach

Załóżmy więc że podchodzisz do tematu “na bezpiecznie” i rezerwujesz klasę o godzinie dziewiętnastej – w takim układzie w domu będziesz przed dziewiątą. Tu znowu – kolacja, przepakowanie torby, dwa słowa z żoną –  i nagle, nie wiadomo kiedy, robi się dwudziesta druga. Koniec dnia. Paciorek, siusiu i spać.

Gdzie się podział weekend?

W tygodniu bywa różnie – toteż z nadzieją wyczekujesz weekendu, kiedy to obiecujesz sobie spokojny, porządny trening: mobilki, siłę, skilla i jak zdrowie dopisze to jakimś benchmarkiem na deser poprawić. Marzy ci się solidna dwugodzinna seria treningowa –  rekompensata za te wszystkie dni, kiedy było szybko, po łebkach albo wcale. Z myślą o tym treningu odmawiasz sobie wieczornego resetu. Tylko jedno piwko – symbolicznie – bo przecież jutro jedziesz po bandzie…

Banda bandą, ale w sobotę warto by się przede wszystkim wyspać. Następnie trzeba pójść na bazarek, zrobić normalne zakupy a nie jakieś gówno z marketu pod blokiem, nastawić obiad, ogarnąć mieszkanie, którego nie było czasu ani siły ogarnąć w tygodniu. Nadrobić te wszystkie zdawkowe rozmowy, jakiś spacer z dzieckiem, jakaś kłótnia z żoną…

Żyjąc w rodzinie nie jesteś jedynym, który ma plany weekendowe. Żona też chce wyjść do kina, pochodzić po sklepach. Warto też wyskoczyć do IKEI po coś fajnego z nowego katalogu, do Factory –  bo akurat mają przeceny, do rodziny której nie widziało się od tygodni. A to trzeba coś naprawić, coś przestawić – jak to w życiu –  ciągle jest coś do zrobienia.

ikea
„to będzie szybka akcja. Wchodzimy, kupujemy i wychodzimy…”

Nagle okazuje się że weekend, na który tak czekałeś, przelewa się przez palce jak suple z niedokręconego szejkera. Z dwóch mocnych sesji treningowych udaje ci się zrobić jedną, wciśniętą między sprzątanie a wizytę u rodziny.
Lepsze to, niż nic…

Być jak triatlonista

W środowisku triathlonowym popularny jest dowcip mówiący o tym, że jeśli triatlonistę na mecie wita rodzina, to widać trenował za mało. Co prawda w krosficie, o ile nie ma się ambicji zawodniczych, trenuje się nieco mniej, jednak wpływ treningów (szczególnie tych wieczornych)  na życie rodzinne bywa porównywalny.

Trenując popołudniami nie masz czasu ani dla rodziny ani na wywiązywanie się z domowych obowiązków. Naturalną konsekwencją takiego stanu rzeczy są pretensje –  w końcu nie po to człowiek zakłada rodzinę, żeby ze wszystkim bujać się samemu. Rodzina to wspólna walka z codziennością a tymczasem ty z rana odfajkowujesz kwadrans na zaprowadzenie dziecka do szkoły, zaś wieczorem cię nie ma, bo znikasz do zabawy w sport.
Normalne więc, że żona patrzy na ciebie krzywo.

Zapuszczony jak młody ojciec

Nic dziwnego, że młodzi ojcowie po trzydziestce wyglądają nieciekawie –  bo już samo ogarnięcie tego wszystkiego, pospinanie żeby mieć czas na trening, wymaga sporej logistyki, dopasowania trybów dnia dwóch dorosłych osób i w wielu przypadkach, zwyczajnie nie da się pewnych rzeczy pogodzić. Nie chcę tu usprawiedliwiać lenistwa, ale mam świadomość, że nie każdy ma charakter wojownika, który stanie na głowie, żeby choć godzinkę z dnia urwać dla siebie.

Gdy ma się dziecko w wieku przed/szkolnym, żona pracuje na pełny etat, brak pomocy ze strony dziadków, na dojazdach do roboty spędza  się co najmniej 2 godziny dziennie, w pracy kolejne 8 i więcej a potem  z wywieszonym jęzorem leci się przez zakorkowane miasto do szkoły/domu – to po całym dniu takich atrakcji można mieć wszystkiego dość.

Gdy szkolne świetlice otwarte są od 7.30 do 17.30, pracuje się zwykle od 9 do 17 a po pracy ma się związane z życiem rodzinnym obowiązki, wygospodarowanie w tym wszystkim dwóch godzin na trening (wliczając dojazd do boxa) wymaga grubej ekwilibrystyki. Pół biedy, gdy partner/ka wykazuje zrozumienie i można wypracować “tryb zmianowy”, jeśli jednak podział obowiązków jest zachwiany a żona należy do tych, które mają pretensje o każde wyjście z domu, zorganizowanie kilku treningów tygodniowo może być mocno kłopotliwe.

Lepszy biceps w fitness klubie, niźli rwanie na jutubie

Niby o tym wiesz, jednak czasem bierze cię cholera – szczególnie wtedy, gdy napatrzysz się w internecie na rekordy bliższych i dalszych znajomych; gdy dotrze do ciebie, że przecież nie jesteś jeszcze tak stary, że co prawda, jak pisał Adaśko Mickiewicz, “wiek męski, wiek klęski” – ale ty się na to nie godzisz i ty im wszystkim pokażesz. Ty sobie udowodnisz…

Ludowe porzekadło mówi, że “baby nie przegadasz, wódki nie przepijesz” –  i dokładnie tak samo jest z życiem w rodzinie. Prędzej czy później  (a najczęściej bardzo szybko) życie udowodni ci, że twój czas napinki się skończył; że to już pora cieszyć się z małych sukcesów a większe zostawić młodszym od siebie. Że pora cieszyć się tym, co masz.
Dlatego, zanim znowu zrobisz sobie ciśnienie i poczujesz się ‘gorszy’ przypomnij sobie, jak wiele zachodu i poświęcenia kosztowało cię wyjście na ten trening.

Zamiast równać do oglądanych w internecie zawodników pomyśl, że to jest czas, który udało ci się urwać z  obowiązków. To jest wywalczone i wyszarpane – twoje małe trofeum.
Nie deprecjonuj go.

Rodzina to AMRAP bez końca –  dlatego bądź realistą i ciesz się, że nie dziadziejesz tak szybko jak twoi koledzy.

 

 

 

Reklamy

Nie bądź jak twój stary

Na moim bazarku sprzedaje facio chleb. Nie tylko chleb, bo i chałkę drożdżową prima sort można u niego kupić – ale nie w tym rzecz. Otóż  facio ten, na oko jeszcze młody (bo max jakieś 40 z groszami bym mu dał) zawsze był, delikatnie mówiąc „przy kości”. Może nie chorobliwie upasiony, ale spokojnie ze 30 kg nadwagi miał – w sam raz na dobry start w maraton chorób wieku średniego.

Jakoś tak się złożyło, że przez dłuższy czas nie odwiedzałem jego stoiska, a gdy po kilku miesiącach przerwy zachciało mi się drożdżówki, omal faceta nie poznałem. Schudł, ja wiem, ze dwadzieścia kilo to na bank – i nagle się okazało, że z zapuszczonego dresiarza zrobił się normalny facet w średnim wieku (choć wciąż w dresach).
Gdy pozbył się tej tłuszczowej opuchliny, zmieniły mu się rysy twarzy, postura, ruchy. Żona widząc go stwierdziła, że wyprzystojniał i jakby go jeszcze w jakieś porządne ciuchy ubrać, to pewnie niejedna handlarka by się za nim obejrzała 😉

Znam też kilku innych, którzy na pewnym etapie życia wyglądali jak nadwiślański amator japońskich zapasów, po czym zrzucili te 20-30 kilo i nagle okazało się, że z zapuszczonych młodych dziadów pozmieniali się w normalnych, fajnych facetów a jeden, który ciut bardziej się na siłowni rozpędził, mając „trzydzieści dziewięć i pół” może spokojnie zadawać szyku na podmiejskich kąpieliskach 😉

Wesoły grubasek oraz inne mity

Nie poznałem jeszcze grubasa, który byłby __naprawdę__ szczęśliwy ze swoją nadwagą. Nawet mój znajomy, który na wszystko ma co najmniej dwie odpowiedzi stwierdził, że życie bez dodatkowych trzydziestu kilogramów (bo tyle zrzucił) jest trzydzieści razy lepsze –  choć zanim wziął się za siebie uparcie twierdził, że na mistera uniwersum i tak jest już za stary –  więc szkoda wysiłku.
„Kochanego ciałka nigdy za wiele” mówią tylko ci, którzy je mają – bo jakoś trzeba sobie zracjonalizować swój obecny stan, jakoś go oswoić. Kiedy jednak uda się zbędnych kilogramów pozbyć – wtedy nagle okazuje się, że wcale tak fajnie im nie było.
Bo gdyby naprawdę było –  po co by się ich pozbywali?

Jakkolwiek to brutalnie nie zabrzmi, życie grubasa jest trudne a grubasy są brzydsze. Owszem, zdarzają się jednostki o tak niesamowitym uroku osobistym, który przyćmiewa wszystko w promieniu piętnastu metrów (miałem taką koleżankę w szkole – zawsze brylowała w towarzystwie i wszyscy ją lubili) ale w powszechnym odbiorze potrójne podbródki, obwisłe podgardla i nalane twarze nie są fajne; zaś otyła dusza towarzystwa to bardziej wyjątek, niż reguła.

Ale co ci to przeszkadza?

Po co ja o tym wszystkim piszę?
Zdaniem niektórych pewnie po to, by władować frustrację hejtując chorych na cukrzycę i osoby z zaburzoną gospodarką hormonalną.
Otóż nie.

Piszę o tym po to, by pokazać, że nawet w wieku czterdziestu lat, gdy czas największej atrakcyjności mamy już za sobą (tak tak, ewolucja jest nieubłagana) wciąż można tanim kosztem wyglądać dobrze. Że otyłość, rozumiana nie jako parę kilogramów tu czy tam, ale ta solidna, liczona w dziesiątkach, może nawet z najfajniejszego faceta zrobić zwykłego dziada. Tu wrócę do mojego sprzedawcy chałek, który z typowego zapuszczonego czterdziestolatka stał się, zdaniem mojej żony, całkiem przystojnym i atrakcyjnym facetem. A przecież nic się w nim nie zmieniło poza tymi (na oko) dwudziestoma kilogramami!

Jasne, są ludzie, dla których otyłość nie jest kwestią stylu życia, tylko choroby – ale nie o nich tu mowa. Mówię o dorosłych, zdrowych facetach, którzy chipsami, browarkami, goloneczkami i siedzeniem na dupie dodają sobie lat i odejmują uroku. Jasne, nie każdy rodzi się Antonio Banderasem, czy innym Dorocińskim, który nawet w juchtowym worku wygląda jak młody bóg (no dobra, może z krzyża zdjęty) – ale to nie powód by się dodatkowo „zbrzydzać” – bo trzymając się tej logiki, skoro już się podłapało grypę, to dodatkowe zapalenie płuc wiele nie zmieni.
Prawda?
No nie do końca…

Wiem, że żyjemy w czasach przerysowanych reakcji i nastawienia „wszystko albo nic”, ale nie dajmy sobie sprać mózgów. Nie musimy od razu wyglądać jak odwodnieni modele z okładek fit magazynów – wystarczy, że nie będziemy wyglądać jak dziady. Że jak ten sprzedawca chałek, zaczniemy wyglądać na normalnych facetów w swoim wieku.

Bo bez względu na pesel, za młodzi jesteśmy by wyglądać jak nasi starzy.

Nie będziesz zajebisty w to lato

Jest połowa stycznia. Ofiary postanowień noworocznych tracą resztki motywacji, w siłowniach powoli da się dopchać do hantli. Gdzieś tak do połowy lutego jeszcze będzie jako tako a potem zacznie się wysyp zapaleńców sylwetki last minute i znów trzeba będzie robić łokciami w szatni.

CrossFit, jak każdy fit biznes nie jest wolny od obiecywania gruszek na wierzbie – nie dalej jak w listopadzie zeszłego roku widziałem reklamę jednego z boksów, który zapraszał do zrobienia sylwestrowej sylwetki. Rzecz jednak w tym, że tak jak klasyczne fitness kluby, tak i krosfitowy box nie da Ci boskiego ciała na lato.

Półbogi…

Kiedy patrzymy na czołówkę krosfitu –  tak rodzimego jak i zagranicznego –  widzimy półbogów niemalże. Panowie jak spod dłuta, panie takie że oczopląsu dostać idzie – normalnie żywa reklama krosfitnesu – nic, tylko iść, ćwiczyć i czekać aż zajebistość żyłami popłynie. Wystarczy jednak trochę zainteresować się tematem, poczytać o przeszłości tych półbogów –  i nagle okazuje się że KAŻDY z nich ma solidne (nierzadko dwudziestoletnie) zaplecze w innych sportach i to, że dźwiga w chuj i wygląda jak z obrazka to nie jest zasługa CrossFitu, tylko skomasowany efekt kilkunastu lat ciągłej styczności ze sportem a często gęsto poświęcania mu całego swojego życia.

… i chudopachołki

Robię ten krosfit od 2,5 roku. Lepiej, lub gorzej, z przerwami na drobne kontuzje,  ale chodzę do tego boksa, znam ludzi z którymi trenuję (bo przecież ze sobą rozmawiamy i coś tam o sobie wiemy), widzę jakie progresy robią, jak się zmieniają i prawda jest taka, że żaden z nich nie stał się dzięki krosfitowi nawet ćwierć boski, żaden nie zrobił plażowej sylwetki. Owszem, jest wielu którzy wyglądają zajebiście, ale wszyscy oni, wszyscy co do sztuki, zanim trafili na CrossFit uprawiali inne sporty i trafili do boxa z dobrą „bazą”, którą trzeba było tylko doszlifować.

Zwykły Kowalski, którego jedynym życiowym sportem było wyczynowe garbienie się nad książką/laptopem nie stanie się po roku klonem Ryśka Froninga. Nie stanie się nim też po dwóch ani po pięciu. Sam jestem takim Ziutkiem, który większość życia spędził nad książkami i komputerem; nagle po trzydziestce odkrył sport i mimo, że żrę jakbym miał tasiemca a na treningach się nie opierdzielam, to nie ma takiego mistrza fotoszopa, który posłałby mnie na okładkę Men’s Health. Widzę też znajomych „mojego pokroju” – ludzi z banków, korporacji, mających rodziny i biurową pracę na etacie – im też nikt by nie zaproponował sesji do „Playgirl”, bo choć są sprawni i silni, wciąż im daleko do tych, którzy robią za żywą reklamę CrossFitu.

Mniej ładni, ale nie brzydsi

To nie jest tak, że trenujemy gorzej, częściej jemy niekoszernie i ogólnie słabiej się przykładamy do treningów . Wyglądamy tak, jak wyglądamy, bo zaczynamy od zera, bo naszym sportem był Excel bez trzymanki i sprint przed deadline’m. Nie mamy w zanadrzu dwudziestu lat judo, dziesięciu lat gimnastyki, czy jakiegokolwiek innego, uprawianego od dziecka sportu. Patrząc z perspektywy dowodu osobistego, sport nie stanowi nawet 1/10 naszych życiorysów. Jesteśmy wciąż świeży i nieopierzeni. Dopiero zaczynamy.

Nie poświęcamy też krosfitowi całego życia. Nie jesteśmy trenerami personalnymi ani aktorami, którzy przygotowując się do roli wywracają życie do góry nogami. Jesteśmy typowymi Kowalskimi i nie możemy sobie pozwolić na totalną rewolucję w życiu. Choćby dlatego, jeszcze przez kilka najbliższych lat nie będziemy wyglądać jak młodzi bogowie.

To nie tylko kwestia wyglądu.
Oczekiwanie od siebie, że zrobi się Fran w pięć minut jest absurdem,  jeśli nie ma się sportowej przeszłości. Łapanie się za ciężary na RX jest równie głupie – bo nie zostały dobrane z myślą o nawróconym księgowym. Owszem, każdy z nas ma w boxie znajomego, który robi rozgrzewkę Twoim PRem – ale  spójrz na niego, albo lepiej zapytaj, ile lat chodził na siłownię, co wcześniej trenował –  i dopiero wówczas się do niego porównuj.

Nie zostaniesz milionerem

Znane porzekadło mówi, że kobieta może milionerem uczynić tylko tego mężczyznę, który już jest miliarderem. Podobnie jest z Krosfitem – da ci zajebistą sylwetkę, ale tylko wtedy, gdy wcześniej już coś ćwiczyłeś, najlepiej przez kilka ładnych lat. Jeśli masz już na sobie trochę mięsa, CrossFit wyrzeźbi ci je tak, że sam siebie nie poznasz. Jeśli jednak jesteś posiadaczem sylwetki biurowej to nie oczekuj, że w kilka miesięcy zmienisz  się w Adonisa, bo to się nie stanie.

Jeśli nie masz solidnej „bazy mięśniowej” i „zaplecza sportowego”, CrossFit (ani żaden inny fit-wynalazek) nie da Ci boskiego ciała w miesiąc, w dwa ani nawet w pół roku. Nie zrobisz też Fran w pięć minut – nie ma co się oszukiwać.

CrossFit zrobi z ciebie mistrza, jeśli już jesteś zajebisty.
Cała reszta będzie po prostu lepsza, niż wczoraj.

 

Młody ojciec jak stary dziad

Dawno temu, w czasach chronicznego braku pieniędzy i beztroskiego studenckiego pijaństwa, kolega mój pracował w agencji reklamowej. Z racji tego, że agencja obsługiwała młodzieżowe marki i musiała „mówić” młodzieżowym językiem, regularnie miał dostęp do badań, które szukały odpowiedzi na pytanie, co aktualnie jest na fali a co pierwszym krokiem do towarzyskiej śmierci. Pamiętam ubaw, jaki mieliśmy, gdy pewnego dnia przyniósł taką „wybadaną” świeżynkę, z której wynikało, że  jak się chce komuś dosrać na temat jego wyglądu, trzeba powiedzieć „stary, wyglądasz jak młody ojciec”.
Dziesięć lat później moje poczucie humoru nieco się zmieniło…

Przy okazji urodzinowych kinderbali spotykam różnych ojców – mniej lub bardziej w moim wieku, na tym, czy innym stanowisku – ale wielu z nich wygląda jak z tego powiedzonka. Co prawda jeżdżą dobrymi samochodami, noszą ubrania z drogimi metkami, ale fizycznie widać, że lata świetności mają już za sobą – że przestali być już młodymi bykami, że etap prężenia torsów już dawno za nimi. Co prawda noszą dobre koszule i jeszcze lepsze perfumy, ale pod koszulami to już długa prosta –  i to nie TA prosta, która powinna być prosta jak najdłużej.

Dzieciaty facet po trzydziestce to często smutny widok. Jeszcze niedawno był młodym bogiem, imprezował do rana, panny rwał na lewo i prawo – a potem ciach – świat wali mu się na głowę, obowiązki mnożą jak króliki, sen staje się luksusem a kredyt i coraz trudniejsze utrzymanie tempa w pracy sprawiają, że wygląda jak własne wspomnienie.

Trzydziestka to idealny czas na ucieczkę w pracę. Z jednej strony jest świetna wymówka od domowych obowiązków, z drugiej argument w postaci „muszę zarobić na rodzinę, w końcu jestem za kogoś odpowiedzialny”. W pracy je się byle co, byle szybciej. W piątek obowiązkowy reset – bo przecież piątunio, piąteczek i nie po to się zaharowuję, by nie móc drinka wypić. Pizza, telewizor i brak ruchu –  bo przecież nie po to zapierdalam w robocie, by jeszcze się mordować w tych resztkach wolnego czasu, które mi zostały –  i tak powolutku, wieczór za wieczorem, z młodego aktywnego faceta robi się stary dziad.

Mając na głowie dziecko i kredyt bardzo łatwo jest się wplątać w nadmiar oczekiwań i obowiązków. Niewiele też potrzeba, by wchodząc w nową rolę potraktować ją zbyt ambicjonalnie – tym bardziej, że wszyscy wokół oczekują, że będziesz zaradnym nowoczesnym ojcem . Gdy wszyscy wokół cię nakręcają łatwo jest dać się ponieść i ustawić sobie poprzeczkę na poziomie olimpijskim do którego, poza Siergiejem Bubką, mało kto jest w stanie doskoczyć.

Osławiony kryzys wieku średniego, młode kochanki i sportowe samochody to nic innego jak spóźnione pytanie „co ja najlepszego zrobiłem ze swoim życiem? Gdzie się pogubiłem? Czy to do końca ma tak wyglądać?”. Nagle w okolicach czwartego krzyżyka zmęczony organizm opuszcza gardę pozwalając dojść do głosu tłumionemu samczemu instynktowi, który każe zdobywać – by zanim wejdziesz w ostatnią przedemerytalną prostą jeszcze trochę użyć i poczuć się jak ten sam facet, który dwie dekady temu myślał, że świat należy do niego.

Mając 32 lata obudziłem się w ciemnej dupie. Moje życie przypominało szamotaninę pomiędzy obowiązkami a weekendowym odreagowywaniem. Nie widziałem sensu tego co się dzieje a świadomość, że (jak byłem wówczas przekonany) tak ma być do końca, doprowadzała mnie do szału. Kołowrót praca-dom wysysał ze mnie całą chęć do życia. Byłem zmęczony, sfrustrowany i nie widziałem żadnego sensu. Mój związek trzymał się chyba tylko dlatego, że nie miałem siły powiedzieć „pierdolę, mam już dość”.

Bieganie, które miało być remedium na rosnący bęben (nie ma to jak zajadać i zapijać frustrację) szybko okazało się być świetną terapią. Nie dlatego, że ma jakieś cudowne właściwości – bo ich nie ma. Pierwsze biegowe sukcesy pokazały, że mam na coś wpływ, mogę coś zmienić, coś osiągnąć i być z siebie dumnym. Dumnym na płaszczyźnie, która jest moja i tylko moja; nie w związku z graną społecznie rolą – bycia dobrym ojcem, czy świetnym fachowcem – tylko dumnym z siebie, jako faceta, że zrobiłem coś, co wydawało mi się nieosiągalne. Że ja, samiec, przekroczyłem swoją granicę.
Testosteron plus tysiąc.

Bieganie pozwoliło mi wyjść z błędnego koła. Uczucie uwięzienia w codzienności może nie znikło –  bo cały czas mam świadomość ciążących obowiązków – ale dostało przeciwwagę, pojawił się neutralizator. Chujowy dzień w pracy, czy kłótnię z żoną można było po prostu wyjść i zabiegać.
W końcu interesowałem się czymś kompletnie oderwanym od pracy. Miałem swój czas resetu, czyszczenia głowy, wyrzucania mentalnych śmieci.

CrossFit, który pojawił się dwa lata później, wziął to co przyniosło bieganie i pomnożył razy dziesięć. Sportowa zajarka zmieniła się w pełnowymiarowego zajoba i tak, jak kiedyś narzekałem, że nie mam pasji poza pracą (taka wada robienia tego, co się lubi) tak teraz miałem coś totalnie oderwanego od codzienności i obowiązków; co dawało mi furę radości i spełnienia.
Znalazłem swoją pasję.

Mam znajomych, którzy tak jak ja kiedyś twierdzą, że nie mają siły ani czasu na sport – bo przecież praca dom, obowiązki. Patrzę na nich i wiem, że to najkrótsza droga do kryzysu wieku średniego – włożyć sobie społeczne chomąto, zapomnieć o sobie i swoich potrzebach –  bo tak wypada, bo taki etap w życiu, bo „kiedyś odpocznę a na razie trzeba zapewnić byt rodzinie i dobry start dziecku”. Zapierniczają po naście godzin dziennie, zarabiają świetne pieniądze, jeżdżą drogimi autami, wieczorami piją drogie alkohole, ale gdy nadarza się okazja zrobić weekendowego grilla z kolegami – brak im czasu – bo mają TYLE rzeczy na głowie.

Jeśli mówisz, że nie masz czasu na pasję/sport bo masz rodzinę, kredyt i obowiązki, zastanów się, co jest dla Ciebie ważne. Czy ten samochód, którym pokazujesz obcym ludziom, jaki to zajebisty nie jesteś jest Ci na pewno potrzebny? Czy musisz tak harować na wycieczki, ciuchy i gadżety? Czy to, że poświęcisz swoje zdrowie psychiczne w imię granych społecznie ról to opłacalny deal? Czy warto być zmęczonym i sfrustrowanym (a w efekcie nieobecnym) by zapewnić dziecku „dobry start”?
Czy to naprawdę taka fajna perspektywa pierdolnąć na zawał w sile wieku?

Nie chodzi o to by uwierzyć, że sport jest panaceum na wszystko –  bo nie jest. Są tacy, którzy go szczerze nie znoszą i jest to dla mnie OK. Chodzi o to, by nie dać się zwariować. Poluzować to chomąto granych społecznie ról i mieć dla siebie chwilę oddechu. Nie cotygodniowy reset nad drogą flaszką, dzięki której poczujesz, że coś z tej harówki masz, ale regularne przejście w mentalny tryb czuwania –  choćby raz na kilka dni.

Nie twierdzę, że CrossFit, czy ogólnie rzecz biorąc sport nagle zmieni twoje życie –  ale moje zmienił. Nie rozwiązał moich problemów, ale dał dystans i odskocznię, dzięki którym mogę złapać oddech i mam więcej  pary do codziennej szamotaniny. Pozwolił poczuć się dumnym z siebie jako faceta na czysto zwierzęcym poziomie, sprawił, że przestałem się czuć jako dodatek do kredytu hipotecznego. Daje mi dużo codziennej  frajdy i jestem dzięki niemu szczęśliwszy.

W filmie „chłopaki nie płaczą” jest kultowa już scena, w której jeden z bohaterów mówi „zastanów się, co lubisz robić –  i rób to”. Rzecz jasna, życie to nie film i najczęściej robimy to, co musimy; ważne jednak jest aby mieć to coś, co się lubi, co daje spełnienie i satysfakcję i robić to tak często, jak to tylko możliwe.

Ważne jest by nie dać się skotłować, stłamsić, nie pozwolić sobie zdziadzieć za młodu.
Zeskoczyć z równi pochyłej, zanim dopadnie Cię kryzys wieku średniego.

Chciałabym, chciała…

Sześć lat temu trafiłem na stronę człowieka, który codziennie wykonywał jeden projekt. Ponieważ tak, jak ów człowiek, pasjonowałem się wówczas grafiką 3D, zafascynowany jego obrazkami zapragnąłem być taki, jak on i codziennie robić coś – cokolwiek – byleby codziennie urwać z zawodowego kołowrotu godzinkę dla siebie i zrobić coś kreatywnego.
W postanowieniu wytrwałem niecałe cztery miesiące – raz wypadło to, raz tamto a kiedy indziej po prostu życie stanęło w poprzek planów i nie było z czego urwać tej godziny.
Projekt upadł i choć kilkukrotnie próbowałem go reanimować, było to jak batożenie zdechłego konia.

W chwili, gdy to piszę, facet popełnił trzytysięczny rysunek. W chwili, gdy to czytacie, na tapecie jest już pewnie 3000 któryśtam. Za trzy i pół roku będzie czterotysięczny. Za siedem lat stuknie piątka- jestem co do tego przekonany. Skoro przez niemal dziesięć lat, dzień w dzień, piątek świątek i niedziela, czy święta, czy pogrzeb, czy narodziny dziecka miał w sobie siłę by usiąść i poświęcić godzinkę (a czasem duuużo więcej) na stworzenie nowego obrazka, spokojnie uwierzę w kolejne dziesięć a nawet dwadzieścia.

Podziwiam faceta, bo ma siłę woli, której mi brakuje. Co prawda teraz to pewnie już nie tyle kwestia siły woli, co nawyku, biologicznej potrzeby – po dziesięciu latach to już mu się pewnie zwoje mózgowe w drugą stronę pozwijały (bo wiecie, że nawyki wywołują trwałe zmiany w fizycznej budowie mózgu) –  ale nie zmienia to faktu, że aby dojść tu, gdzie jest, musiał się wykazać nieprawdopodobnym uporem i zawzięciem.

Podobnie jest z czołowymi sportowcami – praca, praca i jeszcze raz praca. Sranie w banie, że talent,  geny, czy inne predyspozycje po ciotecznym stryju. Praca, konsekwencja i codzienny zapierdol – tak się wchodzi na szczyt, bez względu na to, czy będzie to pudło w Carson, medal olimpijski, czy pierwszy siłowy muscle up.

Codzienna ciężka praca (dodajmy, niczym nie wymuszona praca – on to wszystko robił z własnej nieprzymuszonej woli) trzymanie żelaznej konsekwencji to cecha charakterystyczna dla ludzi, moim zdaniem, nieco szurniętych. Nie wiem, jak upartym i zaciętym trzeba być, by zmusić się do tej „godzinki-dwóch” już nawet nie w dniu narodzin dziecka, czy pogrzebu kogoś z rodziny –  bo to sytuacje ekstremalne są –  ale choćby po zwykłym koszmarnym dniu w robocie. Każdy ma czasem taki dzień, kiedy czuje się przeżuty i wypluty – zdecydowana większość daje sobie wówczas na luz, co jest zrozumiałym ludzkim odruchem, bo wszyscy mamy swoje granice i każdy potrzebuje czasem zjechać do zajezdni na wymianę płynów. Są też jednak i tacy, którzy napierają mimo wszystko – i to o nich mówi się, że championami, mistrzami. Nie do zajechania.

Można szukać wymówek, że nie mam silnej woli, nie mam czasu, nie mam tego, czy owego. Można rozdrapywać porażki i usprawiedliwiać je zrezygnowanym „trudno, taki jestem”. Można bardzo chcieć i jeszcze bardziej żałować, że się nie ma – ale to moim zdaniem droga do nikąd. Jeśli nie odnieśliśmy w czymś planowanego sukcesu to znaczy, że zwyczajnie nam na tym nie zależało. Po prostu.

Różnica między brazylijskim wirtuozem piłki a rodzimymi partaczami jest taka, że dla jednych jest to przepustka do lepszego życia a  dla drugich pomysł na wygodne życie. Kenijczycy zapierdalają jak wściekli bo wiedzą, że to dla nich jedyny sposób na wyrwanie się z piaszczystego zadupia hen na krańcu świata.
Jedni czegoś chcą tak bardzo, że są w stanie poświęcić temu życie i zdrowie, dla innych zaś jest to „money for nothing and chicks for free”.
I to cała różnica.

Co jakiś czas biorę się za nowe rzeczy, które obiecuję sobie robić regularnie (pisanie bezwzrokowe, hello?) i regularnie zdycha to po trzech, czterech tygodniach. Jedynie CrossFit się utrzymał –  ale to dlatego, że trafił w dobrą niszę, wypełnił jakąś wewnętrzną potrzebę. Nigdy nie musiałem do niego zmuszać i nim skończę się rozciągać po treningu, myślami jestem już na kolejnym.
To jest mój (prawie) codzienny projekt, który realizuję już ponad dwa lata.

Jeśli coś ci nie idzie to tylko dlatego, że nie przykładasz się wystarczająco mocno. Jeśli człowiek czegoś pragnie –  to znajdzie na to i czas i siły, bo chcący szuka sposobów a nie chcący powodów. Nie nauczyłem się tego cholernego pisana bezwzrokowego, bo aż tak mi na nim nie zależy, bo to pragnienie z gatunku „fajnie by było”. Gdybym miał pisaniem zarabiać na życie, pewnie dawno już bym popierniczał na klawiaturze jak zawodowa stenotypistka.
Ale mi nie zależy –  więc nie umiem.

Z drugiej strony jest sztanga, są muscle upy i mobilność – rzeczy na których mi zależy –  więc znajduję na nie czas choćbym jechał w drugi koniec Europy na korporacyjne urwanie głowy. Gdzie bym się nie ruszał, mam że sobą piłeczkę do tenisa, żeby w wolnej chwili rozmasować to, czy tamto; rozciągam się, znajduję chwilę na mobilność.
Bo mi na tym zależy.

Jeśli coś ci nie idzie, zapytaj siebie co z tego chcesz wynieść i co Ci to da? Czy to głębokie pragnienie, czy tylko zwykła zachciewajka.
Jeśli odpowiesz sobie szczerze, to jedno pytanie rozwiąże większość problemów z brakiem motywacji. Jeśli skłamiesz – będziesz usprawiedliwiać swoje porażki aż w końcu pogodzisz się z przegraną.

Bestia z Mokotowa

Przez ostatnich kilka tygodni cały CrossFitowy światek żył eliminacjami do regionalsów –  CrossFit Open. Jakkolwiek sam nie brałem w  nich udziału, był to dla mnie mocno emocjonujący czas –  a to z tej racji, że o udział w regionalsach starał się nasz boxowy trener i kolega Bartek Więckowski. Nie od dziś wiadomo, że dobry doping ze strony kibiców daje +10 do siły i chwilowe kody na nieśmiertelność –  więc naturalnym było, że kto mógł, ten wpadał do boxa kibicować Bartkowi w jego zmaganiach. Koniec końców, Bartka wysiłkiem i naszymi krzykami udało się zdobyć 19-te miejsce w Europie, co uważam za MEGA osiągnięcie, za które Bartkowi należy się DUUUUŻY worek owsa – bo to koń co się zowie 😉

Zawsze powtarzałem, że kibicowanie jest nie dla mnie, że mnie to nie kręci, że w moim odczuciu sport to indywidualna walka każdego zawodnika i kibicowanie nie ma tu nic do rzeczy. Spotkania na Openach pokazały mi, jak bardzo się myliłem – okazało się, że kibicowanie to zajebista frajda, tylko trzeba znaleźć sport, który cię naprawdę kręci i zawodnika, którego chcesz dopingować.
Emocje, które towarzyszyły walce Bartka były nie do opisania – dlatego też nawet nie będę próbował. Kto widział umieszczony a FB filmik ten wie, o co chodzi. Kto nie widział – może go obejrzeć ponizej.

Po raz pierwszy też udało mi się zobaczyć, co znaczy całkowite wyprucie i czym różni się CrossFitter zawodowy o rekreacyjnego.
CrossFiterzy lubią mówić o sobie, że jadą po bandzie, z dumą noszą koszulki z napisem „but did you die?”, ale na treningach rzadko kiedy widać kogoś, kto NAPRAWDĘ ociera się o ścianę. Zazwyczaj trenujemy na 90, góra 95% mocy, do granicy dochodząc raz, dwa razy w miesiącu (albo i rzadziej) – tymczasem u Bartka każdy jeden trening to była ekstrema. Nigdy wcześniej nie widziałem człowieka tak wycieńczonego, z takim obłędem w oczach, tak żyłującego się do granic możliwości. Po skończonym 15.3 wyglądał jakby UFO zobaczył – rozdygotany, roztrzęsiony, wzrok nieobecny-  widać było, że doszedł do ściany i gdyby ktoś wówczas zapytał go jak ma na imię, mógłby się nielicho zdziwić usłyszaną odpowiedzią.

Granica oddzielająca CrossFittera „zawodowego” od rekreacyjnego polega min. na tym,  jak wiele jesteś w stanie z siebie wydusić. Czy tylko męczysz się, czy też dajesz z siebie maxa. Czy naprawdę jedziesz na całość i wypruwasz z siebie podszewkę, czy się asekurujesz. Kiedyś już o tym pisałem a niedawno miałem okazję zobaczyć to na żywca – piorunujące wrażenie. Tym większe, że nie był to żaden jutubowy bóg – Fronig czy inny Fraser – tylko kolega z boxa, człowiek, którego spotykam na co dzień.

Openy się co prawda skończyły, ale nauka pozostaje. Nauka taka, że w sporcie wyciągniesz tyle, ile dajesz – i ani grama więcej. Że nie da się być zajebistym, bez otarcia o ścianę. Że musisz być, jak to ładnie określiła Camille Lebalnc Bazinet „willig to die”.

I że zajebiście jest dopingować tych, którzy mają tyle odwagi, by to zrobić.

Dlaczego nie zostaniesz mistrzem świata (ale wciąż możesz być zajebisty)

Bez względu na uprawiany sport pasjonujemy się gwiazdami z czołówki. Czy to CrossFit, czy triatlon, czy też bierki po ciemku, kibicujemy tym najlepszym i bardziej lub mniej świadomie inspirujemy się nimi. Nawet jeśli tego głośno nie wypowiadamy –  bo to przecież tak nieosiągalne, że aż absurdalne – chcemy być tacy jak oni chociaż w połowie, albo w jednej czwartej nawet. Porównujemy wyniki, czasy, kilogramy. Chcemy czy nie –  są dla nas punktem odniesienia. Północą na sportowym kompasie.

Nie raz i nie dwa zastanawiałem się, co takiego dzieli nas od tych najlepszych. Przecież nie są półbogami, cyborgami, nadludźmi – są tacy sami jak my ze swoimi wadami i słabościami.
A właśnie, czy aby na pewno ze słabościami? Czy mistrzowie mają słabości? Czy na pewno są tacy jak my? Co trzeba robić by (teoretycznie) mając na starcie równe szanse wysforować daleeeko przed czoło peletonu? Co sprawia, że jeden jest mistrzem a drugi tylko mu kibicuje?
Odpowiedź przyniósł dokument z CrossFit Games 2014.

Aby być mistrzem, trzeba zapierdalać.

To  banalne i oczywiste, ale aby być mistrzem trzeba nie harować, nie  ciężko trenować, ale zapierdalać jak wół. Wystarczy posłuchać/poczytać wypowiedzi sportowców z czołówki by jasnym się stało, że dwa treningi dziennie to w zasadzie „średnia sportowa” a są zuchy, które trenują w każdej wolnej chwili. To nie jest zestaw dla człowieka po trzydziestce, który w szkole z kolegami w nogę pogrywał a potem nagle się obudził –  to jest zestaw dla byka, młodego byka, który ze sportem ma do czynienia co najmniej od ogólniaka. Nie bez powodu większość gwiazd CrossFitu to ludzie przed trzydziestką (średnia wieku dla pierwszej dziesiątki panów to 27,9, zaś dla pań 27,4) – po prostu mają na to siłę. Jeśli ktoś aktywnie przez całe życie uprawiał sport (jak ma to miejsce w przypadku niemal całej czołówki CF) i jego organizm jest przyzwyczajony do wysiłku – może jeszcze poszaleć po trzydziestce, ale skoro sam Chris Spealler w wywiadach mówi, że jego 35 lat to już nie jest wiek na mierzenie się z młodziakami –  to coś w tym musi być.
Kto jak kto, ale Chris na  pewno wie, o czym mówi.

Aby wypruwać sobie flaki na poziomie olimpijskim trzeba być silnym i młodym. Owszem, sportowcy z kategorii „masters” też robią niesamowite rzeczy, ale kto z  nas porównuje się do tych, którzy mogliby być naszymi rodzicami? Wciąż jeszcze jesteśmy młodzi, albo relatywnie młodzi i porównujemy się do swoich rówieśników. Porównywanie do ludzi dwukrotnie starszych byłoby oszukiwaniem samego siebie.

Być silnym i młodym to jedno a wypoczętym to drugie. Nie bez powodu większość CrossFitowej czołówki to ludzie bezdzietni –  człowiek z dziećmi na głowie nie miałby na dwa/trzy treningi w ciągu dnia ani czasu, ani siły –  bo byłby zwyczajnie niewyspany i zaganiany. Co prawda  Jason Khalipa, ojciec dwójki  jakoś znajduje czas i na dzieci i na trening, ale jestem absolutnie przekonany, że nie dzieli z żoną obowiązków w sposób partnerski. Aby jedno mogło trenować, drugie musi zając się dzieckiem i domem (co nie jest lekką pracą). Nie wierzę, absolutnie nie wierzę, że przy partnerskim podziale obowiązków (na oko 50/50) można mieć siłę i czas na dwa treningi dziennie. Przerabiałem to i wiem, że ogarniając dom i dziecko można być tak zjebanym, by nie mieć siły nie tylko na trening, ale nawet na otwarcie browara, czy wieczorny seks.
Jeśli ktoś tak potrafi – dla mnie jest cyborgiem.

Rodzina i sport zawodowy nie idą w parze. Sam Rysiu Froning przyznaje, że gdyby chciał dalej trenować do Gamesów ucierpiałaby na tym jego rodzina a na chwilę obecną to ona jest dla niego priorytetem. Wtóruje mu Chris Spealler, który otwarcie mówi, że ceną za udział w gamesach jest czas, którego nie spędza z najbliższymi.
Sport zawodowy to zajęcie dla bezdzietnych albo tych, których rodzina przyjmuje na siebie rolę tła, bezpiecznej przystani do której wraca się po bitwie. Fajne to, wygodne i romantyczne, ale z doświadczenia wiem, żeby aby było gdzie po bitwie wrócić, trzeba de facto prowadzić dom samotnego ojca/matki –  bo gdy jedno leci po wyniki, drugie zapierdala, by rachunki były opłacone, posiłek ugotowany  a dzieci nie biegały w zasranych pieluchach. Świetnie to pokazuje (bodajże) piąty odcinek „behind the scenes” z CF games 2014, w którym Valerie Voboril (piąta na świecie) przyznaje, że w trakcie zawodów znajdowała czas na zajęcie się dzieckiem, ale mogła to robić tylko dlatego, że jej mąż ogarnia całe pozasportowe „zaplecze”.

Aby uprawiać CF na poziomie Gamesów trzeba być młodym, mieć czas i zdrowie na mordercze treningi – ale takich młodych są na świecie miliony – więc dlaczego tak niewielu z nich bierze udział w gamesach? Ponieważ za bycie championem odpowiada jeszcze jeden czynnik – cecha charakteru, którą nazwałbym „patologiczną nieustępliwością”.

Jest w dokumencie o CF Games 2014 piękna scena, w której Camille Leblanc-Bazinet pcha pod górę sanki. Metalowe sanki po piasku. Jest to robota tak ciężka i ogłupiająca, że od samego patrzenia można się wściec – tymczasem Camille, rzucając kurwami na lewo i prawo pcha te sanki po 5, 10 centymetrów. Wścieka się, frustruje –  człowiek ma wrażenie że lada moment pizgnie nimi w krzaki i zawinie wściekła do domu, ale nie – mozolnie, raz po raz popycha to żelastwo przed siebie, bo wie, że od tego może zależeć jej zwycięstwo.

Przewiń do 53 minuty

Nie bez powodu nazwałem tę cechę „patologiczną”. Człowiek który chce mierzyć się z najlepszymi, musi zapomnieć co to komfort, musi oswoić  ból a chóry anielskie muszą być dla niego tym, czym dla innych dźwięk powiadomienia na Facebooku. Aby być najlepszym, musi być gotów się zarżnąć, zajechać w trupa w (pozornie) najbardziej ogłupiający sposób. Idealnie opisała to Camille, która zapytana o to, co trzeba mieć by zostać „the fittest on earth” odpowiedziała: ” If you want to be me or Michelle you just don’t have to be good, manage all the skill, weight and all that. You need to be like… willing to die… Because we’re gonna do it.”

zapraszamy na kozetkę

Przepis na championa wydaje się dość prosty: Musisz być młody, bez zobowiązań i gotów na poświęcenie daleko poza granicą zdrowego rozsądku. Do tych trzech składników dodałbym jeszcze konsekwencję i sprecyzowanie: musisz wiedzieć czego chcesz i uparcie, konsekwentnie do tego dążyć. To też doskonale widać na dokumencie z CF Games – sportowcy z czołówki nie odpuszczają, ani na chwilę nie gubią z oczu celu, na który tak zasuwają – dzień po dniu, trening za treningiem, bez taryfy ulgowej. Są jak metodyczny księgowy robiący noworoczną inwentaryzację –  tylko ich praca jest nieco bardziej mecząca.

Oprócz czterech podstawowych składników dodałbym jeszcze jedną przyprawę –  dość kontrowersyjną i być może dla kogoś obraźliwą, ale na pewno istotną –  a mianowicie psychikę. Doskonale pamiętam dziewczynę, która nie mogąc zrobić pompki w staniu na rękach klęła i miotała się na wszystkie strony. Nie była to sportowa złość – babka była solidnie wkurwiona i sfrustrowana; widać było, że zrobi tego headstanda choćby miała sobie wszystkie stawy rozpieprzyć. Patrzyłem na nią z deka przerażony, bo dla mnie sport to przede wszystkim przyjemność – a tam widziałem jeden wielki wkurw i frustrację.

Każdy z nas nosi w głowie swojego małego zajoba, który popycha go do zachowań niezrozumiałych dla otoczenia; każdy jest na swój sposób stuknięty, każdy coś tam sobie, czy innym udowadnia a sport jest świetnym sposobem na to, by coś odreagować, coś udowodnić, skanalizować frustracje i zrobić z nich jakiś pożytek.
Żeby było jasne: nie twierdzę, że sport to forma psychoanalizy dla tych, którzy mają problemy z akceptacją samego siebie – nic z tych rzeczy. Absolutna większość znanych mi sportowców to ludzie zwyczajni i normalni, ale znam też takich, którzy do sportu pochodzą tak fundamentalnie, jak ortodoksyjni muzułmanie do wiary. Są tacy, dla których sportowe osiągnięcia stoją ponad wszystkim i są w stanie podporządkować im całe życie. Ludzie tego typu będą mieli zdecydowaną przewagę nad tymi, dla których jest to „tylko” hobby, lub pasja – i będzie to doskonale widać w trakcie zawodów.

wsypać, zmieszać –  i gotowe do spożycia

Zebranie do kupy tych czterech składowych (pewnie jest ich więcej –  ale to nie doktorat, więc pozostańmy przy uogólnieniu)  jest cholernie trudnie –  i dlatego więcej jest tych, którzy kibicują, niż tych którym można kibicować.
Jest wielu silnych, młodych – ale bez tej „patologicznej nieustępliwości”. Są setki tysięcy ludzi, dla których sport nie jest sensem życia i tak jak (deklaruje) Froning wolą spędzić ten czas z rodziną (choć Rysiek ma o tyle łatwiej, że swoje już osiągnął). Są też tacy, co nie mają z kim dziecka zostawić albo zapierdzielają w korpo po 12h by spłacić SUVa w leasingu – i dla nich to już w ogóle szans nie ma aby  nawet w boxowych zawodach błysnąć – bo są chronicznie zjebani jak konie po westernie i cieszą się, gdy uda im się trzy razy w tygodniu dotrzeć na trening.

Jest pierdylion powodów, da których większość z  nas nie będzie, jak Rysiek, czy Camille –  ale to nie powód by nie robić nic. Każdy z nas może być, jak to ładnie ujął Kamil Timoszuk, „najlepszą wersją samego siebie” –  i dokładnie o to chodzi.
By dać z siebie maxa i poczuć się mistrzem swojego życia.