Ciężkie pstrągi i inne powody do hejtu na krosfit

CrossFit, jak każde popularne zjawisko, ma tylu zwolenników, co i przeciwników. Przy wszystkich różnicach łączy ich to, że jedni i drudzy są tak głęboko okopani na swoich pozycjach, że potrzebują wejść na stołek, by dostrzec racje drugiej strony.
Wśród masy bezsensownych zarzutów wobec krosfitu jest jeden, wobec którego ciężko jest przejść obojętnie kwitując go jako bezmyślny hejt.
Jest to zarzut o propagowanie złej techniki i fundowanie ludziom kontuzji.

Zarzuty o gwałcenie techniki padają na krosfit zarówno z sal gimnastycznych, jak i piwnic z ciężarami. Co prawda największy prym w wysuwaniu tych zarzutów wiodą ludzie, których główna aktywność polega na spięciach bicepsa w ograniczonym zakresie ruchu – ale umówmy się, że podchodzimy do tematu na poważnie.

Po co ten pośpiech?

Absolutnym fundamentem krosfitu jest równanie mówiące, że moc =  (siła * dystans)/czas. Mówiąc po ludzku, jeśli masz do zrobienia 100 podciągnięć, większą moc wygenerujesz wykonując je w 10 minut, niż w trakcie godziny. W absolutnym skrócie: im szybciej trenujesz tym większą moc generujesz.

Założenie, że “im szybciej tym większa moc” jest główną przyczyną tego, że jedna połowa krosfitowych treningów odbywa się na czas, druga zaś na max rund w określonym czasie.
W obydwu przypadkach chodzi o to samo –  o maximum wykonanej pracy.
Tylko czy szybciej (mocniej) na pewno oznacza lepiej?

Sezon na pstrąga

Chyba żadne krosfitowe ćwiczenie nie budzi takich emocji, jak podciągnięcia z kippingiem, zwane pieszczotliwie pstrągami. Jedni krzyczą, że to nie są podciągnięcia, drudzy że to najprostsza droga do rozwalenia sobie barku.
Moim zdaniem jedni nie rozumieją krosfitu a drudzy mają trochę racji.

Według klasycznej szkoły sytuacja jest zerojedynkowa – albo masz dość pary by się siłowo podciągnąć, albo nie masz. W krosficie, poza siłą liczy się też wydajność –  nie tylko ile, ale też jak szybko jesteś w stanie się podciągnąć –  i to nie raz, nie dwa, ale kilkadziesiąt razy pod rząd.

Wiedząc, że intensywność to praca razy czas, ktoś wpadł na logiczny w gruncie rzeczy pomysł, że podciągnięcie przy pomocy “bujnięcia z biodra” sprawi, że ręce mniej się zmęczą, niż przy klasycznych podciągnięciach siłowych – a to znowu pozwoli na szybsze skończenie treningu, co w efekcie da tę samą pracę, tylko wykonaną szybciej.
Mówiąc po ludzku “waląc z biodra” wygeneruje się więcej mocy.

kipping

Problem z generowaniem mocy polega na tym, że im więcej jej generujemy –  tym trudniej ją kontrolować. To jak z jazdą samochodem – jadąc 60km/h mamy pełną kontrolę nad kierownicą, przy stówie trzeba już się skupić, zaś przy 160 wystarczy chwila nieuwagi i dramat gotowy.

Nitro dla kierowcy amatora

Kipping aby był bezpieczny musi być wykonywany poprawnie technicznie – tak samo jak bezpieczna jest szybka jazda zawodowego kierowcy.  Gdy wykonuje go ktoś z doświadczeniem wygląda to fenomenalnie, niemalże jak taniec. Jest moc, jest prędkość a papa Glassmana dostaje zadyszki z radości. Niestety, kipping często traktowany jest nie jako “wyższy bieg” pozwalający na wygenerowanie większej mocy, ale  jako ułatwienie dla tych, którzy mają problemy z podciąganiem siłowym.
Takie nitro dla kierowców amatorów

Teoria się zgadza, tylko praktyka szwankuje

Żeby robić dobry i bezpieczny kipping trzeba mieć mocne ramiona. Bardzo mocne . Jakbyśmy dobrej techniki nie mieli, to z mechanicznego punktu widzenia kipping to jest “bujanie” całego ciała na zawiasach barków. Zakładając że ważysz 80 kg, w trakcie kippingu bujasz ciężarem około 60 kg – to bardzo dużo. Dla krosfiterów – amatorów jest to ZA DUŻO,  ponieważ wraz ze zmęczeniem spada jakość wykonywanych ćwiczeń a bujanie kilkudziesięcioma kilogramami „na pałę” to nie jest dobry pomysł.

Przy całym krosfitowym “pilnowaniu standardów”  (hello, zeszłoroczne muscle upy) realia wyglądają tak, że do treningów na kilkadziesiąt powtórzeń podchodzą osoby, które za swój sukces uważają pierwsze siłowe podciągnięcie. Wchodzi więc taka osoba na gumę licząc, że jakoś to będzie. Obok niej zwisa kolega, który siłowo podciągnie się kilka razy –  i choć pierwsze kilkanaście powtórzeń może im wyjść przyzwoicie, to w piętnastej minucie takiej “Cindy”, gdy ręce spompowane są do nieprzyzwoitości, kipping zamienia się w szamotanie pstrąga.
I taki kipping uważam za powód do hejtu – bo głupotę trzeba hejtować.

Za słaby na PR-y

Wiem, że to co piszę stoi w sprzeczności z założeniami krosfitu, z fundamentalnym równaniem wedle którego szybkość razy ciężar oznacza większą moc – ale  nie widzę sensu robienia podciągnięć na czas przez ludzi, którzy ewidentnie są na ten konkretny trening za słabi. Przy całym krosfitowym etosie niezniszczalności musimy pamiętać o swoich słabych stronach. Pamiętać, że w trakcie pracy na czas ZAWSZE cierpi technika –  a gdy siły i techniki brak, pracując “na tempo” sami prosimy się o kłopoty.

kipping na czas, bez siły i techniki to głupota oraz oszukiwanie samego siebie.

Kipping nie powstał jako “wersja skalowana” podciągnięcia, tylko jako “wyższy bieg” pozwalający wygenerować większą moc tym, którzy coś już potrafią. Dla osoby bez siły i techniki, z treningowego punktu widzenia, poza zarżnięciem nie ma w tym nic.
Wytrzymałość mięśniową można budować na inne sposoby a jeśli mięśni brak –  ich budową trzeba się zająć najpierw.

Wiem, że to pięknie robi na ego, gdy powiesz  “zrobiłem 100 podciągnięć” –  ale to dość drogi benefit, za który ( w najlepszym wypadku) płaci się pozrywaną skórą dłoni.
To po prostu głupie –  i tyle.

Zarzuty wagi ciężkiej

W zasadzie brak mi argumentów, którymi mógłbym bronić robienia dwuboju na czas przez osobę, która krosfit ćwiczy od trzech miesięcy, pół roku, czy nawet rok przez trzy dni w tygodniu. Gdyby to jeszcze był EMOM na singlach, czy klasa techniczna pod okiem trenera, mogłoby to jako tako wyglądać  – ale gdy na tablicy w boxie rozpisane są power snatche na czas – to nie ma żadnej, ale to najmniejszej szansy, by  u takiego – powiedzmy szczerze – zielonego krosfitera wyglądało to przyzwoicie.

Można próbować się bronić argumentem, że to przecież normalne, że początkującemu wychodzi gorzej – takie przecież prawo początkującego – ale nie wytrzymuje to starcia z logiką.

Skoro wiemy że ktoś jest początkujący a jego technika kuleje, jaki jest sens dawania mu w treningu skomplikowanych ruchów ze sztangą NA CZAS?

W krosficie jest wielu zawodników, którzy mają super technikę i aż miło na nich popatrzeć. Są osoby, które nawet w dziesiątej minucie AMRAPu trzymają fason i ciężko im cokolwiek zarzucić. Rzecz w tym, że jest ich niewiele a  przytłaczająca większość z nich to są albo trenerzy, albo ludzie o ugruntowanej pozycji zawodniczej (co zazwyczaj na jedno wychodzi).

Krosfit jest piękny, gdy robi się go poprawnie. Rzecz w tym, że większość z nas tak nie robi –  bo wciąż jesteśmy początkujący

crossfit-snatches

 

Dyżurną receptą na luki w technice jest zmniejszenie ciężaru w trakcie WODa.
Nie umiesz w dwubój –  to weź sztangę piętnastkę, załóż dwie piątki i rób tak, jak potrafisz. Znam tę metodę bo sam ją długi czas stosowałem. Rzecz w tym, że jest to recepta pozorna – bo nawet jeśli założysz te 25 kilo, których w trakcie rozgrzewki nawet nie poczujesz, to przy trzydziestym/czterdziestym powtórzeniu, na zmęczeniu, zadyszce i w pościgu za kolegą w końcu majtniesz tym gryfem tak niefortunnie, że coś sobie urwiesz.
Bo praca byle jak musi kiedyś skończyć się źle.

Bądźmy szczerzy: jak nie umiesz w ciężary to równie chujowo będziesz robił i dwudziestką i czterdziestką. Ryzyko kontuzji będzie mniejsze – ale techniki ci od tego nie przybędzie.

Przepustką do “robienia ciężarów na czas” powinna być siła i technika z dużą przewagą tej drugiej. Jeśli jesteś silny jak wół i do siadu rwiesz instynktownie – proszę bardzo, wywijaj gryfem do woli.
Jeśli jednak przed każdym bojem musisz się zastanowić nad tym co zrobić, musisz poprawić ustawienie, skupić się i generalnie rzecz biorąc nie czujesz się za pewnie –  to moim zdaniem ostatnim, co powinieneś robić jest rwanie tej sztangi na czas.

Trudne pytania do samego siebie

Rozumiem założenia krosfitu oraz chęć robienia go tak, jak papa Glassman przykazał.
Może jednak warto wykonać krok wstecz i uczciwie odpowiedzieć sobie na pytanie: czy mam dość siły? Czy technika weszła mi w krew, czy muszę pilnować każdego powtórzenia? Czy to, co robię na zmęczeniu pod koniec dziesięciominutowego AMRAPu ma ręce i nogi, czy też szamoczę się i tańczę pod gryfem.

Odpowiedź może boleć –  ale na pewno zaboli mniej od kilkumiesięcznej odsiadki i grubej kasy zostawionej u fizjoterapeuty.

 

 


 

P.S.
Tuż po tym, jak napisałem tego posta, znalazłem w sieci dwa wpisy, które uważam z lekturę obowiązkową dla każdego myślącego krosfitera