Szacun dla koksa

Pierwsza myśl na widok mocno napakowanego faceta? Pewne wpieprza koks na hałdy, wali teścia, łyka anabole i śpi na siłowni. Prymityw, który nie potrafi zdania poprawnie złożyć. Tłuk –  bo kto inny doprowadziłby się do takiego stanu? Przecież toto nawet po plecach nie da rady się podrapać…

Najprościej wszystko  doprowadzić do ekstremy i zwalić na stereotyp –  bo jak w każdym stereotypie na pewno jest w nim ziarno prawdy. Taki wspólny mianownik, pod który mózg wrzuca wszystkie w miarę podobne przypadki – zwykły ewolucyjny mechanizm chroniący zwoje przed przegrzaniem od nadmiaru informacji.

Jak to zwykle w życiu bywa, wszystko wydaje się proste i banalne dopóki sami się za to nie weźmiemy. Kiedy tylko wyjdziemy poza werbalne osądy i przechwałki okazuje się, że to, co banalne i oczywiste, jest cholernie trudne i wymagające. Tak wymagające, że poza naszym zasięgiem.
Krótko mówiąc brak nam siły woli, by to osiągnąć. Nie ma jaj.

Przez wiele lat (w miarę) dobrze było mi ze swoją budową ciała, aż tu w wieku 35 lat coś mi się odkręciło i postanowiłem nabrać masy. Nie tam , żebym chciał upodobnić się do internetowych Frankensteinów –  aż tak nie zwariowałem –  uznałem, że nie zaszkodziłoby mi dodatkowych 5-7 kg  masy mięśniowej, która przydałaby się tak w życiu, jak i na treningach.
Trochę zdrowego ciała  na plusie

Wiedząc to  i owo o dietach, bilansach, mikro i makro składnikach starałem się pilnować nadwyżki przyjmowanych kalorii nad tymi, które zużywam na treningach. Nie interesowało mnie klasyczne siłowniane zalanie sadłem na zimę, wolałem powolutku, małymi kroczkami acz konsekwentnie robić „wartościowe” kilogramy. Dekagram po dekagramie.
Rychło okazało się, że wcale nie jest to takie proste i oczywiste; że owo „dokładnie do pieca więcej, niż potrzeba” to nie lada wyzwanie, że to nie jest tak, że jesz więcej niż zużywasz, że wpieprzasz w opór  a  biceps sam rośnie.
Nic z tych rzeczy

Żeby organizm miał z czego budować mięśnie, muszą one najpierw zostać uszkodzone w trakcie treningu. Nie byle jakiego treningu, tylko konkretnego – nie na siłę, nie na rzeźbę ani broń boże aerobowego, czy innego biegania. Aeroby palą mięśnie –  więc wystrzegać się ich trzeba jak zarazy.
Następnie trzeba jeść – też nie byle co, tylko to, z czego organizm będzie w stanie odbudować uszkodzone w trakcie treningu  tkanki. Konkretne zbilansowane żarcie – tak odmiennego od tego, co można kupić w sklepie. Do tego jeść regularnie, w relatywnie małych porcjach (zbyt duża spowoduje wyrzut insuliny, złapie senność  i wszystko pójdzie w sadło) – najlepiej co kilka godzin.
No i sen –  bo jak mawia znane powiedzenie sportowców „mięśnie są rozrywane  na treningu, karmione w kuchni i odbudowywane w łóżku”.
A do tego jeszcze praca, rodzina i cała reszta tzw. życia…

Już to po tym BARDZO skrótowym i ogólnikowym wprowadzeniu widać, że „dieta kulturystyczna” ( bo tym w istocie jest „budowanie masy”) to szalenie wymagające zajęcie. Wymagające samozaparcia (bo masa nie przyrasta z tygodnia na tydzień), czasu (bo ktoś te posiłki przygotowywać musi)  i kasy –  bo wartościowe pożywienie kosztuje. Do tego, jak każda inna dieta wymaga przestawienia swoich nawyków nie tylko żywieniowych, ale i życiowych. Jeśli do tej pory biegałeś, pływałeś, czy jeździłeś rowerem –  zapomnij. Od tej chwili ruch jest twoim wrogiem.

Stereotyp pakera-koksownika na pewno nie wziął się znikąd. Każdy, kto miał styczność ze sportem na poziomie nieco wyższym niż amatorski wie, że zawodnicy koksują aż furczy. Błędem byłoby jednak przypisywanie osiągnięć ( w naszym przypadku przyrostu masy mięśniowej) wciąganym chemikaliom. O gdyby to było takie proste… Pomijam już kwestię pieniędzy, bo to nie jest tania impreza. Na pewno wielu wolałby zamiast kredytu na nowe auto wziąć kredyt na nowego bica i po roku wyglądać jak buldożer. Gdyby to było TAK proste ulice wyglądałby jak jeden wielki park maszynowy a krawcy szyjący na zamówienie mieszkali by w podwarszawskich willach.  Niestety (albo stety) koks to nie wszystko. Koks to lukier na cieście, wisienka na torcie, coś ekstra. KAŻDY dietetyk – ten oficjalny i ten mniej oficjalny – powie ci, że bez diety koks jest niczym. Możesz podpiąć teścia dożylnie jak kroplówkę – bez odpowiedniej diety będzie z niego więcej szkody, niż pożytku.

Żeby wyhodować posturę buldożera potrzeba lat. Cholernie długich lat pełnych wyrzeczeń, pilnowania posiłków, treningów i unikania jakiegokolwiek ruchu, który mógłby sprowokować organizm do redukcji tkanki mięśniowej. To jest jak ciągnąca się latami dieta, która nigdy się nie kończy –  bo kiedy wreszcie osiągniesz tą wymarzoną sylwetkę, trzeba pilnować, by nie zarosła tłuszczem.

Jeśli komuś się wydaje, że „zrobienie masy” to jest prosta sprawa to albo nie wie o czym mówi, albo myli masę z pourlopowym sadłem, które „samo się łapie”. Nie musi być to od razu masa kwalifikująca do udziału w zawodach Mr. Olympia – każdy dodatkowy kg mięśnia  (nawet jeśli potrzebujesz ich tylko tyle, by nie wyglądać jak zagłodzona szkapa) wymaga olbrzymiej pracy, nie tylko w siłowni, ale też w kuchni. Przestawienia nawyków i upodobań. Całkowitego poświęcenia.

Powszechna opinia  o „karkach” jako o tych, którzy nie potrafią mówić o niczym innym, bierze się min stąd, że bodybuilding to sport totalny. To nie amatorskie bieganie trzy razy w tygodniu po pracy –  tu piwko, tam burgerek a  przy okazji jakaś dyszka w nowych ciuszkach z Lidla. Bodybuilding to wywrócenie życia do góry nogami –  więc siłą rzeczy musi mieć to odbicie w tematach, które taki człowiek porusza. Żyje budowaniem masy –  więc i o masie gada. Co w tym dziwnego?
Nie trzeba daleko szukać – biegacze, czy crossfitterzy zachowują się dokładnie tak samo. Co prawda nie wszyscy, ale bez problemu potrafiłbym wskazać po kilku z każdej strony, którzy o niczym innym, jak o treningach, czasach, życiówkach i dietach rozmawiać nie potrafią. Jedynym, co odróżnia ich od bodybuilderów jest bardziej „standardowa” postura. Nie wyglądają jak kanciaste kloce drewna –  więc i ich dziwactwa traktowane są z większym pobłażaniem –  ale koniec końców są takimi samymi „świrami” jak chłopaki z siłowni.

Widząc kwadratowego karka coraz rzadziej myślę per „głowonóg” a coraz bardziej nabieram szacunku. Nie dlatego, żeby mi imponowali, czy (o o zgrozo!) chciałbym tak wyglądać –  nic bardziej przeciwnego! Świadomość tego, ile pracy i wysiłku musieli w siebie włożyć, nawet jeśli moje poczucie estetyki płacze na ich widok,  każe mi docenić ich ciężką pracę. Mieli dość siły i zaparcia by konsekwentnie rzeźbić się przez lata, by pilnować diety, ruchu, stylu życia. Mieli swoją pasję i się jej poświęcili.

Choć nazwanie kulturystyki sportem przychodzi mi z wielkim trudem (uparcie twierdzę, że to konkurs piękności dla panów) nie potrafię przejść obojętnie obok ogromu wysiłku. Estetycznie i ideologicznie jest to zupełnie nie moja bajka, ale za ilość włożonej pracy i samozaparcia –  czapka z głowy.

Mogę się z tym nie zgadzać, ale deprecjonowanie tego byłoby zwyczajnie nieuczciwe.

Reklamy

Amarok East Side Challenge: z drugiej strony barierki

Obraz powoli nabiera ostrości. Jedno oko, drugie… Z oddali dobiega stłumiony odgłos telewizora. Bajki? A tak, pewnie żona włączyła córce żebyśmy mogli jeszcze pospać… Ale zaraz, przecież bajki zaczynają się dopiero o…

OŻESZKURWA…

droga

Szczęśliwie na trasie luz i spokój. Rozmieszczenie fotoradarów znam na pamięć więc lecę nieco żwawiej, niż normalnie. Jeszcze tylko chwila kombinacji z parkowaniem i spóźniam się raptem 15 minut. Omija mnie tylko pierwszy heat – nienajgorzej, jak na pobudkę z godzinnym opóźnieniem.

sala

Hala sportowa pierwszego L.O. – najlepszego ogólniaka w Białymstoku. Trochę w niej pustawo – widać że godzina wczesna i nie każdy się pofatygował bladym (jak na sobotę) rankiem. Przy RIGu uwijają się dziewczyny – na start poszła żelazna klasyka CrossFitu, czyli FRAN na lekkich (a w przypadku panów całkiem solidnych) sterydach. Jeszcze wszyscy w pełni sił, jeszcze publika ździebko rozkojarzona. W środku tego wszystkiego niczym wodzirej uwija się „mój „trener –  Bartek Macek z CrossFit Mokotów.  Sporo tu znajomych twarzy z kilku warszawskich boxów. Zresztą nie tylko warszawskich – niemal od razu wyhaczam Kamila z CrossFit Podlasie, chwilę potem znajomego, z którym biegłem tegoroczny Maraton Wigry, zaś w przerwie obiadowej w barze „Podlasiak” spotykam kolegę, z którym robiłem drużynowego Team Woda w grodzie sljedzia (żubra, znaczy się).

burpees

Jako gadżeciarz pierwszego sortu sporo sobie obiecywałem po stoiskach i… troszkę się rozczarowałem. Rzecz jasna okolicznościową koszulkę i pudło koksu od Amaroka kupiłem już w pierwszej przerwie, ale od stoiska Reeboka odszedłem z pustymi rękoma. Nie dlatego, żeby tam nic nie było –  było i to sporo – ale gdy wziąłem koszulkę do ręki… Może to i jakaś fiu-bdździu nie wiadomo jak wypasiona technologia, ale w dotyku te koszulki są jak szmaty z Bangladeszu. Bałbym się to na trening założyć w obawie, że się porozciąga po pierwszej setce Burpees. No sorry, ale za TAKĄ kasę, jaką sobie Reebok śpiewa za swoje produkty, to oczekuję zbroi i plus 30kg do rwania a nie chusteczki, która sprawia wrażenie, że się rozejdzie pod palcami.

sala_1

Rozczarowało też legal cakes. Jako wierny ich konsument specjalnie zjadłem lekkie śniadanie by z czystym sumieniem nawpieprzać się brownies pod korek, tymczasem batoniki, które miałem okazję zjeść (brownie i szarlotkowy) były suche – a suchość w przypadku brownie i szarlotki to feler raczej znaczący. Pomijam już fakt, że były droższe, niż w Warszawie (wszystkie stoiska miały ceny promocyjne, tylko legale poszli pod prąd)  – to bym jeszcze przebolał, ale uszczerbku na doznaniach smakowych nie zdzierżę.
Sorry Legal Cakes, trója z minusem.

sala_2

Ostatnim zgrzytem (nomen omen) imprezy był pan didżej i nagłośnienie, które tak NAPIERDALAŁO po uszach, że chwilami czułem fizyczny dyskomfort. Pan muzykant chyba pomylił zawody crossfitowe z podmiejską dyskoteką, bo zamiast typowego dla BOXów mocniejszego uderzenia raczył nas disco łupanką okazjonalnie przerywaną lambadą w wersji techno, by nagle, ni z gruchy nie z pietruchy puścić „dzieci” elektrycznych gitar. Do tego dźwięk był tak dziwnie ustawiony, że choć zrywał peruki z głów, ledwie dało się zrozumieć, co pan didżej mówi. Co ciekawe – niezrozumiały był tylko didżej – prowadzącego było słychać jasno i wyraźnie.
Generalnie, jeśli chodzi o dźwięk, z przyjemnością wracałem do domu przy wyłączonym odtwarzaczu 😉

hand_walk

Szczęśliwie, zawodnicy wiedzieli po co tu przyjechali – przy RIGu od samego początku była walka i ogień z dupy – a  i po drugiej stronie  barierek też nie było gorzej. Zawodnicy jechali na ostro, kibice zdzierali gardła i nawet ja, choć myślałem że kibicowanie mnie nie jara, piłowałem ile wlezie. Szczególnie, gdy prowadzili moi cisi faworyci 😉

Już pierwsze konkurencje przyniosły kilka ciekawych spostrzeżeń.
Pierwsza i najważniejsza jest taka, że duży nie znaczy silny. Niby jest to rzecz oczywista, niby wszyscy to wiemy, ale dopiero gdy widziałem sporych rozmiarów koleżkę (niejednego zresztą), którego „zjadł” martwy ciąg 120kg sztangą, zaś obok niego chłopaczek metr sześćdziesiąt z lekkim hakiem wywijał tą samą sztangą, jakby ważyła o połowę mniej, dotarło do mnie, że to wszystko są pozory. Zresztą, ów chłopak z (bodajże) CrossFit elektromoc, był długi czas moim faworytem, bo choć mały ciałem, walczył za dwóch koni. Kto nie widział jak rwie nad głowę sztangę z 1,5 masy swojego ciała, ten może sobie tylko wyobrażać. Niesamowity widok.

martwy

Świetnym przykładem nieprawdziwości takiego rozumowania był zwycięzca Amaroka – Brytyjczyk Will Kane. „W życiu bym na niego nie postawił, prędzej na tego czarnego” – dobiegło mnie zza pleców tuż po tym, gdy Will jako pierwszy ukończył finałową konkurencję tym samym wygrywając zawody. To prawda – nikt by na niego nie postawił –  tym bardziej, że startował w otoczeniu 100kilogramowych napakowanych bestii. Tymczasem szczupak o posturze raczej biegacza, czy piłkarza odsadził konkurencję o dobre 10%. Od samego początku widać było, że ten niepozorny facet może nieźle namieszać – i tak też się stało – wygrał w pięknym stylu.

will_wiosla
„W życiu bym na niego nie postawił…”

Kilka razy już pisałem, że urokiem CrossFitu jest to, że zawsze znajdzie twoją słabość i wykorzysta ją by wytrzeć tobą podłogę. Klasyk CrossFitu, Fran, pokazała to bez taryfy ulgowej. Wielcy kolesie puchli na drążku, mniejsi ze sztangą a nawet ci, wydawać by się mogło wszechstronni, którzy doszli do półfinału, odpadali w trakcie chodzenia na rękach. To był zresztą jeden ze smutniejszych widoków tych zawodów – półfinał, rywalizacja tych „przesianych” po czym dwóch panów zwyczajnie siada na macie i nie przystępuje do ćwiczenia. Kosmos! Z jednej strony ich rozumiem, bo skoro wiedzieli, że nie przejdą 9 metrów na rękach to woleli nie marnować sił na próby z góry skazane na porażkę i zachować je na dalsze ćwiczenia. Z drugiej strony jednak, kiedy w trakcie półfinałów zawodnik siada na macie i oddaje pole walkowerem… No smutny był to widok.
Była to też dosada lekcja poglądowa na temat „Jadąc na zawody musisz być przygotowany na wszystko” –  bo co z tego, że jesteś świetny ze sztangą i wydolnościowo, radzisz sobie nieźle, dochodzisz do półfinałów i potem odpadasz nawet nie podjąwszy walki?
Nie każdy jest Ryśkiem Froningiem, który może dać dupy na bieganiu i nadrobić w pozostałych konkurencjach.

siedzacy

Za trzecią uwagę pewnie mi się oberwie od kobiet, ale nie będę w imię jakiejś bzdurnej poprawności politycznej udawał, że czegoś nie widziałem –  a widziałem tyle, że w trakcie finałowego WODa, w piętnastominutowym limicie czasu najlepsza kobieta doszła do połowy treningu zaś najlepszy mężczyzna ukończył go w 13:48.
Żebyśmy się źle nie zrozumieli – nie znaczy to, że kobiety prezentują kiepski poziom, robią coś źle, czy słabo –  wręcz przeciwnie – babki walczyły jak wściekłe a i techniki im nie brakowało. Nie zmienia to jednak faktu, że RELATYWNIE (przy uwzględnieniu skalowania ciężarów, czy stopnia trudności) są słabsze od facetów. Świetnie to było widać przy bar muscle-upach – były finalistki, którym sprawiały one duże trudności, zaś panowie szli jak przecinaki.

muscle_up

O ile każdy z WODów był na swój sposób emocjonujący i wymagający, o tyle finałowa konkurencja to były delicje, creme de la creme – tak ze strony Pań jak i Panów. Przy barierkach nakręcona publika, przy RIGU najlepsi tego wieczoru – emocji było co nie miara i tylko szlag mnie trafiał, że nie mogę nagrać całości, bo mi zdychała bateria w telefonie 😉
Will Kane rozsmarował konkurencję jak ciepłą nutellę. Ten finał należał do niego.

will_row

Podsumowując Amarok East Side Challenge mogę powiedzieć tyle: niech żałuje ten, kto nie był.
Świetna organizacja, świetna lokalizacja, świetni zawodnicy. Gdybym miał się czegoś czepiać – byłoby to czepianie się na siłę i szukanie dziury w całym. Jeśli cokolwiek nie zagrało – było to dla kibiców niezauważalne –  więc tak, czy owak piątka z plusem dla organizatorów (i uwaga do dzienniczka dla didżeja 😉 )

Historia żółtej ciżemki, czyli jak kupowałem buty do ciężarów

Najpierw uważałem je za fanaberię. CrossFit pełen jest gadżeciarstwa i produktów dużo droższych, niż wynikałby to z ich trwałości, czy chociażby zdrowego rozsądku. Koszulki po dwie stówy, spodenki za trzy – z pewnością są ludzie, którzy są w stanie tyle zapłacić za produkt z fajnym logo, ale dla mnie to ten sam poziom, co stanie w nocnych kolejkach po ajfona.
Trwałem w  tym przekonaniu do momentu, w którym fizjoterapeutka zasugerowała przysiady w specjalistycznych butach, lub chociażby z małymi talerzami pod piętami. Za jej namową podłożyłem 2,5kilogramowe krążki i już po pierwszym przysiadzie wiedziałem, że to jest to. Że to żadna fanaberia, tylko konieczność. Że przy najbliższej wypłacie kupuję buty do ciężarów, tzw. „liftery”.

Zapał do kupna lifterów opadł mi już w trakcie pierwszego internetowego rekonesansu. Pięć i pół stówy za buty do ciężarów! Ochujałeś Killer? Za taką kasę to chyba same powinny stówę zarzucać, albo przynajmniej ze dwie w martwym szarpać. Pięć i pół stówy, ja pierdolę, ktoś tu na głowę upadł… Szczęśliwie w tymże samym Internecie dowiedziałem się o pewnym starszym panu, który gdzieś tam na Śląsku robi buty. Starszy pan i buty do ciężarów – nie brzmiało to zbyt obiecująco – ale pozytywne opinie skłoniły mnie do zaryzykowania.
No i cena; nie zapominajmy o cenie. Trzy stówy zamiast 550 – na taki argument nie miałem żadnego „ale”.

Strona internetowa przeniosła mnie w poprzednie stulecie. Paskudne WWW to u mnie pierwszy powód do zamknięcia przeglądarki, ale kasa misiu, kasa… Za dwie i pół stówki przebolałem jakoś ten mokry sen studenta informatyki. Spędziwszy pół godziny na wyborze modelu zadzwoniłem pod podany na stronie numer. Człowiek po drugiej stronie był zakręcony jak ruski termos –  ledwośmy się dogadali a jeśli chodzi o model butów to może pan zamówić każdy jeśli akurat mamy go na stanie. Dobra biorę co jest. Zmierzyłem stopę, zrobiłem przelew i zadowolony czekam na buty.

Po dwóch dniach przychodzą buty. Miód malina! Tylko dlaczego przesyłką za pobraniem? Ponieważ nie przywykłem dwa razy płacić za towar nie odbieram przesyłki – niech wraca do nadawcy. Telefon na Śląsk – no tak, bo my zawsze za pobraniem. To po co numer konta? No nieważne, pójdzie jeszcze raz normalną przesyłką.

Po tygodniu mam buty. Niestety, za duże – tak to jest jak ma się rozmiar „połówkowy” – albo się trafi albo nie. Pakuję więc buty do kartonu, dokładam kasę na przesyłkę i ponownie liftery kursują na Śląsk.

Mija tydzień.
Drugi.
Na początku trzeciego tygodnia dzwoni producent z informacją, że… dopiero otrzymał moją paczkę. O taka twoja mać poczto polska, 400km w dwa tygodnie – chyba żeście wołami te buty na Ślunsk wieźli! Ale nic to, grunt, że dotarły i nazajutrz wyjdą o rozmiar mniejsze. Mało tego, pan producent upiera się, że odeśle mi kasę na przesyłkę, bo  byłbym pierwszym klientem którego policzyłby za wysłanie niepasującego rozmiaru. Nie powiem, zrobił na mnie wrażenie. Jest to ten typ „starego rzemieślnika”, który renomę ceni sobie bardziej od kilku dodatkowych złotych.

Buty przyszły nazajutrz. Rozmiar idealny.

Wyglądem buty „Mośka” cofają w lata 60te, może 70. Zdecydowanie nie jest to nowoczesny design spod znaku Reebooka, czy innov8, za to jeśli chodzi o jakość… Ostatni raz tak solidne buty miałem na nogach przy okazji zakładania opinaczy na pierwsze koncerty metalowe.  Żadnych materiałowych wstawek, plastiku, czy innych bzdur. Gruba, mocna skóra, która sprawia wrażenie, jakby miała służyć jeszcze moim wnukom.
Jak mi się znudzi podnoszenie ciężarów, spokojnie polecę w nich w pogo.

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się kupować butów „na trzy razy”. Trochę się denerwowałem i niecierpliwiłem, ale koniec końców wszystko dobrze się skończyło.
Producent, człowiek trochę zakręcony, okazał się być charakterny i uczciwy a jego buty (choć niewyględne) zajebistej jakości – takiej solidności nie znajdziecie w żadnym sklepie.

Jakby ktoś się zastanawiał nad kupnem lifterów – z czystym sumieniem mogę polecić „Mośki”.
Buty ze Śląska są dowodem na to, że wciąż jeszcze może być dobrze i (relatywnie) tanio