Rodzina z marginesu

Każdy z nas zetknął się z powiedzeniem, że sport łączy ludzi – że CrossFitterzy, czy biegacze to jedna wielka sportowa rodzina. Czasem dla żartu ktoś doda, że patologiczna – ale jaka by nie była, swój to swój i akceptujemy go takim jaki jest. W końcu robi to, co my –  jest jednym z nas.

Wujek alkoholik, siostra lekomanka i teść, który każdą rozmowę sprowadza do politycznych przepychanek, obwijając „onych” za swoje życiowe niepowodzenia. No i jeszcze szwagier który po pijaku zrobił dzieciaka a ponieważ urodził się dyrektorem to pomimo trzech dych na karku jeszcze nie miał okazji ubrudzić sobie rąk pracą. Wszyscy znamy te historie, bo każda rodzina ma swoje „bąki pod kołdrą”. Każdy kogoś unika, kogoś nie znosi, każdemu gula skacze gdy musi się uśmiechać przy rodzinnym obiedzie.

Ponieważ sportowcy to zwykli ludzie, sportowa społeczność to taka właśnie „standardowa” rodzina. Wychodzimy razem na trening, razem się pocimy, razem pierdzimy i przeklinamy –  ale gdy tylko opadnie poziom adrenaliny i przebierzemy się w nietreningowe ciuchy, na wierzch wychodzą personalne różnice, które często gęsto są nie do pogodzenia.

10 lat temu bardzo chętnie wdawałem się w dyskusje i polemiki. Wydawało mi się, że logiczne argumenty są w stanie sprawić, że ktoś zrozumie mój punkt widzenia i będziemy w stanie jako-tako się dogadać, albo, jeśli trafię na wyjątkowo oporną jednostkę, w elokwentny sposób dam mu/jej do zrozumienia że jest idiotą –  choć tyle.  Z czasem przekonałem się, że rozmowy prowadzą donikąd. Ludzie po trzydziestce są już tak związani ze swoimi poglądami (rzecz jasna nie mówimy tu o politykach bo ci, bez względu na miejsce w sali sejmowej, to jedna kurwa większa od drugiej), że jakakolwiek argumentacja, czy wymiana poglądów jest bezcelowa. Nie ma sensu rozmawiać, szczególnie z ludźmi o zupełnie odmiennych poglądach, ponieważ różnica ta sprawia, że patrzymy na życie w zupełnie inny sposób i to, co dla mnie jest neutralne, dla kogoś będzie bluźnierstwem i pierwszym krokiem do bójki.
Żyjemy w różnych światach.

Nie raz mi się zdarzyło w trakcie treningu usłyszeć bzdury, od których krew uderzała do mózgu. Za każdym razem aż mnie język świerzbiał, by wdać się w  dyskusję, wyłożyć swoje racje i nie być obojętnym na pierdolenie farmazonów. Szczęśliwie za każdym z  tych razów do głosu dochodził rozsądek, który mówił „daj spokój, przecież nic tym nie zmienisz –  co najwyżej wprowadzisz nerwową atmosferę w miejscu, do którego przyjeżdżasz się zrelaksować. Nic na tym nie ugrasz –  więc po co ci to?
Skup się na robocie i nie rozpraszaj.”

Załóżmy, że któregoś razu by mnie poniosło i wdałbym się w dyskusję z kimś, kto ma biegunowo odmienne poglądy a do tego tendencję do bardzo kategorycznego wypowiadania opinii. Po trzech minutach nasza rozmowa zmieniłaby się w dopieprzanie, którego jedynym efektem byłoby podniesione ciśnienie i wzajemna wrogość. Nikt by nikogo nie przekonał a poranna dawka komfortu zmniejszyłaby się drastycznie.
Ktoś powie, że przynajmniej byłoby jasne na czym stoimy, nie byłoby „fałszywego porozumienia”, bylibyśmy w zgodzie ze swoimi przekonaniami. Otóż nie – taka „wymiana poglądów” nic by nie wyklarowała a wręcz wiele by zaciemniła, bo zamiast skupić się na treningu (w końcu po to tam przychodzimy) tracilibyśmy energię na niwelowanie dyskomfortu związanego z przebywaniem z „tym baranem”, albo unikanie się nawzajem.

Idealnie byłoby otaczać się ludźmi podzielającymi Twoje poglądy. Kłopot  w tym, że jak każde rozwiązanie idealnie, jest ono zwyczajnie nieżyciowe. Kiedy człowiek jest młody i wojowniczy, podchodzi do życia na zasadzie czarno-białej i skory jest radykalnych posunięć. Im dalej jednak w życie tym częściej okazuje się, że kompromis to dużo praktyczniejsze rozwiązanie. Czasem takim kompromisem jest udanie, że czegoś się nie słyszy, puszczenie mimo uszu i nie wdanie się w jałową dyskusję.
Dla młodych bezkompromisowych może być to chowanie głowy w piasek i nieme przyzwolenie na poglądy balansujące na granicy świętokradztwa. Dla mnie jest to oszczędność na zdrowiu

Wyjaśnienie sobie kwestii światopoglądowych nie jest mi w niczym do treningu potrzebne –  więc często udaję, że nie słyszę głupot i olewam temat. Nie muszę ze znajomymi z treningów być w najlepszej komitywie, bo spędzam z nimi godzinkę dziennie.  Przy całej sympatii –  życia sobie z nimi nie ułożę – więc nie zależy mi, by mieć ich po swojej stronie światopoglądowej barykady. Wystarczy, jak będzie to zwykła neutralność; taka, by wzajemnie sie dopingować i pomóc, gdy sztanga okaże się za ciężka.
Koniec końców nie jesteśmy tam po to, by uprawiać agitację, tylko po to, by się spocić.

Jedną z najważniejszych „dorosłych” umiejętności jest umiejętność odpuszczania. Życie przynosi wiele powodów do napinki i trzeba umieć rozróżnić sprawy istotne od błahych. Trzeba wiedzieć, kiedy podnieść głos a kiedy przemilczeć; umieć odróżnić rozmówcę od pieniacza.

Oczywiście –  można walczyć z wiatrakami, bo tym w rzeczywistości jest próba przekonywania dorosłych ludzi co do niesłuszności ich poglądów. Można polemizować, kłócić się – nawet foszka strzelić można. Pytanie tylko, po co? Co to da że się z kimś poprztykasz, czy zwyczajnie zaakcentujesz różnice światopoglądowe. Jaki będzie zysk z tego, że zamanifestujesz swoje zdanie?
Moim zdaniem żaden – i pewnie dlatego, gdy tylko rozmowa  w towarzystwie schodzi na tematy okołopolityczne proszę, by nie dotykać tego tematu.
W końcu nie spotkaliśmy się po to, by nawzajem podnosić sobie ciśnienie, tylko po to, by się wyluzować.

Z przeprowadzonych w USA ( bo gdzieżby indziej?) badań wyszło, że każda wspólnie wykonywana czynność sprawia, że ludzie związują się emocjonalnie z grupą, z która ową czynność wykonują. Jeśli przyjdzie im się robić coś z grupą, do której czują niechęć, wskutek wspólnej pracy niechęć znika i ustępuje miejsca identyfikacji. Jest to ukształtowany przez miliony lat mechanizm ewolucyjny, ponieważ w dawnych, brutalnych czasach, kto nie współpracował ten ginął – a wiadomo że lepiej się współpracuje (i żyje) w sympatycznej atmosferze.

Sport ma być przyjemnością, więc szkoda czasu na zaśmiecanie go ideologią, czy prywatnymi poglądami. Nie ma sensu ćwiczyć w grupie „mimo wszystko” i czekać, aż pojawi się ta więź, skoro można ćwiczyć z przyjemnością, lub przynajmniej na neutralnej stopie.
Aby tak było, trzeba oddzielić rzeczy kardynalne od niewartych uwagi i pohamować ciągoty do „nawracania niewiernych”. Skneblować wewnętrznego polityka i skupić się na zimnej strużce płynącego po dupie potu.

Bo szkoda życia na spalanie się pierdołami.
Po prostu.

Reklamy

Młody ojciec jak stary dziad

Dawno temu, w czasach chronicznego braku pieniędzy i beztroskiego studenckiego pijaństwa, kolega mój pracował w agencji reklamowej. Z racji tego, że agencja obsługiwała młodzieżowe marki i musiała „mówić” młodzieżowym językiem, regularnie miał dostęp do badań, które szukały odpowiedzi na pytanie, co aktualnie jest na fali a co pierwszym krokiem do towarzyskiej śmierci. Pamiętam ubaw, jaki mieliśmy, gdy pewnego dnia przyniósł taką „wybadaną” świeżynkę, z której wynikało, że  jak się chce komuś dosrać na temat jego wyglądu, trzeba powiedzieć „stary, wyglądasz jak młody ojciec”.
Dziesięć lat później moje poczucie humoru nieco się zmieniło…

Przy okazji urodzinowych kinderbali spotykam różnych ojców – mniej lub bardziej w moim wieku, na tym, czy innym stanowisku – ale wielu z nich wygląda jak z tego powiedzonka. Co prawda jeżdżą dobrymi samochodami, noszą ubrania z drogimi metkami, ale fizycznie widać, że lata świetności mają już za sobą – że przestali być już młodymi bykami, że etap prężenia torsów już dawno za nimi. Co prawda noszą dobre koszule i jeszcze lepsze perfumy, ale pod koszulami to już długa prosta –  i to nie TA prosta, która powinna być prosta jak najdłużej.

Dzieciaty facet po trzydziestce to często smutny widok. Jeszcze niedawno był młodym bogiem, imprezował do rana, panny rwał na lewo i prawo – a potem ciach – świat wali mu się na głowę, obowiązki mnożą jak króliki, sen staje się luksusem a kredyt i coraz trudniejsze utrzymanie tempa w pracy sprawiają, że wygląda jak własne wspomnienie.

Trzydziestka to idealny czas na ucieczkę w pracę. Z jednej strony jest świetna wymówka od domowych obowiązków, z drugiej argument w postaci „muszę zarobić na rodzinę, w końcu jestem za kogoś odpowiedzialny”. W pracy je się byle co, byle szybciej. W piątek obowiązkowy reset – bo przecież piątunio, piąteczek i nie po to się zaharowuję, by nie móc drinka wypić. Pizza, telewizor i brak ruchu –  bo przecież nie po to zapierdalam w robocie, by jeszcze się mordować w tych resztkach wolnego czasu, które mi zostały –  i tak powolutku, wieczór za wieczorem, z młodego aktywnego faceta robi się stary dziad.

Mając na głowie dziecko i kredyt bardzo łatwo jest się wplątać w nadmiar oczekiwań i obowiązków. Niewiele też potrzeba, by wchodząc w nową rolę potraktować ją zbyt ambicjonalnie – tym bardziej, że wszyscy wokół oczekują, że będziesz zaradnym nowoczesnym ojcem . Gdy wszyscy wokół cię nakręcają łatwo jest dać się ponieść i ustawić sobie poprzeczkę na poziomie olimpijskim do którego, poza Siergiejem Bubką, mało kto jest w stanie doskoczyć.

Osławiony kryzys wieku średniego, młode kochanki i sportowe samochody to nic innego jak spóźnione pytanie „co ja najlepszego zrobiłem ze swoim życiem? Gdzie się pogubiłem? Czy to do końca ma tak wyglądać?”. Nagle w okolicach czwartego krzyżyka zmęczony organizm opuszcza gardę pozwalając dojść do głosu tłumionemu samczemu instynktowi, który każe zdobywać – by zanim wejdziesz w ostatnią przedemerytalną prostą jeszcze trochę użyć i poczuć się jak ten sam facet, który dwie dekady temu myślał, że świat należy do niego.

Mając 32 lata obudziłem się w ciemnej dupie. Moje życie przypominało szamotaninę pomiędzy obowiązkami a weekendowym odreagowywaniem. Nie widziałem sensu tego co się dzieje a świadomość, że (jak byłem wówczas przekonany) tak ma być do końca, doprowadzała mnie do szału. Kołowrót praca-dom wysysał ze mnie całą chęć do życia. Byłem zmęczony, sfrustrowany i nie widziałem żadnego sensu. Mój związek trzymał się chyba tylko dlatego, że nie miałem siły powiedzieć „pierdolę, mam już dość”.

Bieganie, które miało być remedium na rosnący bęben (nie ma to jak zajadać i zapijać frustrację) szybko okazało się być świetną terapią. Nie dlatego, że ma jakieś cudowne właściwości – bo ich nie ma. Pierwsze biegowe sukcesy pokazały, że mam na coś wpływ, mogę coś zmienić, coś osiągnąć i być z siebie dumnym. Dumnym na płaszczyźnie, która jest moja i tylko moja; nie w związku z graną społecznie rolą – bycia dobrym ojcem, czy świetnym fachowcem – tylko dumnym z siebie, jako faceta, że zrobiłem coś, co wydawało mi się nieosiągalne. Że ja, samiec, przekroczyłem swoją granicę.
Testosteron plus tysiąc.

Bieganie pozwoliło mi wyjść z błędnego koła. Uczucie uwięzienia w codzienności może nie znikło –  bo cały czas mam świadomość ciążących obowiązków – ale dostało przeciwwagę, pojawił się neutralizator. Chujowy dzień w pracy, czy kłótnię z żoną można było po prostu wyjść i zabiegać.
W końcu interesowałem się czymś kompletnie oderwanym od pracy. Miałem swój czas resetu, czyszczenia głowy, wyrzucania mentalnych śmieci.

CrossFit, który pojawił się dwa lata później, wziął to co przyniosło bieganie i pomnożył razy dziesięć. Sportowa zajarka zmieniła się w pełnowymiarowego zajoba i tak, jak kiedyś narzekałem, że nie mam pasji poza pracą (taka wada robienia tego, co się lubi) tak teraz miałem coś totalnie oderwanego od codzienności i obowiązków; co dawało mi furę radości i spełnienia.
Znalazłem swoją pasję.

Mam znajomych, którzy tak jak ja kiedyś twierdzą, że nie mają siły ani czasu na sport – bo przecież praca dom, obowiązki. Patrzę na nich i wiem, że to najkrótsza droga do kryzysu wieku średniego – włożyć sobie społeczne chomąto, zapomnieć o sobie i swoich potrzebach –  bo tak wypada, bo taki etap w życiu, bo „kiedyś odpocznę a na razie trzeba zapewnić byt rodzinie i dobry start dziecku”. Zapierniczają po naście godzin dziennie, zarabiają świetne pieniądze, jeżdżą drogimi autami, wieczorami piją drogie alkohole, ale gdy nadarza się okazja zrobić weekendowego grilla z kolegami – brak im czasu – bo mają TYLE rzeczy na głowie.

Jeśli mówisz, że nie masz czasu na pasję/sport bo masz rodzinę, kredyt i obowiązki, zastanów się, co jest dla Ciebie ważne. Czy ten samochód, którym pokazujesz obcym ludziom, jaki to zajebisty nie jesteś jest Ci na pewno potrzebny? Czy musisz tak harować na wycieczki, ciuchy i gadżety? Czy to, że poświęcisz swoje zdrowie psychiczne w imię granych społecznie ról to opłacalny deal? Czy warto być zmęczonym i sfrustrowanym (a w efekcie nieobecnym) by zapewnić dziecku „dobry start”?
Czy to naprawdę taka fajna perspektywa pierdolnąć na zawał w sile wieku?

Nie chodzi o to by uwierzyć, że sport jest panaceum na wszystko –  bo nie jest. Są tacy, którzy go szczerze nie znoszą i jest to dla mnie OK. Chodzi o to, by nie dać się zwariować. Poluzować to chomąto granych społecznie ról i mieć dla siebie chwilę oddechu. Nie cotygodniowy reset nad drogą flaszką, dzięki której poczujesz, że coś z tej harówki masz, ale regularne przejście w mentalny tryb czuwania –  choćby raz na kilka dni.

Nie twierdzę, że CrossFit, czy ogólnie rzecz biorąc sport nagle zmieni twoje życie –  ale moje zmienił. Nie rozwiązał moich problemów, ale dał dystans i odskocznię, dzięki którym mogę złapać oddech i mam więcej  pary do codziennej szamotaniny. Pozwolił poczuć się dumnym z siebie jako faceta na czysto zwierzęcym poziomie, sprawił, że przestałem się czuć jako dodatek do kredytu hipotecznego. Daje mi dużo codziennej  frajdy i jestem dzięki niemu szczęśliwszy.

W filmie „chłopaki nie płaczą” jest kultowa już scena, w której jeden z bohaterów mówi „zastanów się, co lubisz robić –  i rób to”. Rzecz jasna, życie to nie film i najczęściej robimy to, co musimy; ważne jednak jest aby mieć to coś, co się lubi, co daje spełnienie i satysfakcję i robić to tak często, jak to tylko możliwe.

Ważne jest by nie dać się skotłować, stłamsić, nie pozwolić sobie zdziadzieć za młodu.
Zeskoczyć z równi pochyłej, zanim dopadnie Cię kryzys wieku średniego.

Fachowcy levelowcy

Pamiętam, jakim szokiem światopoglądowym był dla ludzi fakt, że dyplom ukończenia studiów nie daje gwarancji znalezienia pracy. W czasach naszych rodziców oczywiste było, że „pan magister po studiach” pójdzie w kierowniki i będzie dobrze żył. Narobiło się więc tych studentów jak mrówków  i rychło rozległ się ogólnokrajowy lament, że nima pracy dla studentów.
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był wysyp prywatnych uczelni, na których dyplom można było zwyczajnie kupić –  w mniej lub bardziej zawoalowanej formie –  ale dopóki student miał kasę, relegacja z uczelni pozostawała na półce z bajkami.

Skąd te edukacyjne wspominki? Ano stąd, że obserwując proces certyfikacji LVL1 nie mogę opędzić się od wrażenia, że CF HQ to taka właśnie prywatna uczelnia z początków XX wieku. Sytuacja, w której jedynym de facto wymogiem zdania CF LVL1 jest opłacenie kosztów szkolenia (nie słyszałem jeszcze o osobie, która oblałaby test) sprawia, że certyfikat ukończenia kursu przedstawia taką samą wartość, jak dyplomy prywatnych uczelni z początków bieżącego wieku – jest zwykłym świstkiem poświadczającym nie tyle wiedzę, co fakt zdania egzaminu. „Egzaminu”, który zdają wszyscy.

Na kiepski żart zakrawa fakt, że aby ukończyć kurs CF LVL1 nie trzeba spełnić żadnych wymogów sprawnościowych. Nie ma testów z podnoszenia ciężarów, gimnastyki, ćwiczeń z masą własnego ciała – żadnego praktycznego sprawdzianu, czysta teoria. Można ukończyć kurs jako „krosfitowy jebak teoretyk” i z dumą legitymować się imiennym certyfikatem. Efekt tego jest taki, że potem na zawodach widać certyfikowanych zawodników, którzy nie potrafią zarzucić sztangi na wysoko…

Rzecz jasna, certyfikat ukończenia CF LVL1 nie mówi „posiadacz tego kwitu może być instruktorem CF”, ale w praktyce tak to wygląda. Kursy te robi masa trenerów personalnych, którzy (co zrozumiałe) chcą podnosić kwalifikacje  i móc zarabiać więcej, a na siłowniach, które chcą mieć zajęcia z popularnego cross-treningu, czy innego xFitu, nikt nie sprawdza, ile dany człowiek faktycznie potrafi (bo niby jak mają to zrobić, skoro sami się na temacie nie znają?) tylko czy skończył AWF i ma stosowne papiery. W praktyce wygląda więc to tak, że kto ma papier na LVL1 –  ten może uczyć krosfitnesu.

Znam wiele osób, które mają certyfikat LVL1 a nie potrafią rzeczy tak podstawowych jak muscle up, butterfly pullup, że o poprawnych technikach dwuboju olimpijskiego nie wspomnę. Piszę „podstawowych”, ponieważ w moim przekonaniu, dla trenera powinny być to rzeczy znane w stopniu takim, by bez problemu mógł nauczać innych. Trener ma być guru, autorytetem –  w końcu powierzamy mu swoje zdrowie – a co to za autorytet, który nie umie i mówi „popatrz na filmiki Dave’a Durante”?
Nie wierzę w nauczanie „z internetu”, czy „z teorii” bo nie można uczyć pływania samemu nie będąc co najmniej ratownikiem –  no chyba, że mówimy o klasycznej metodzie „na mądrego wujka”, który wyrzuca z łódki na środku jeziora i w razie czego rzuci kapok…

Znakiem rozpoznawczym krosfitu jest jego wszechstronność  – toteż osoby z certyfikatem powinny być wszechstronne tak w teorii, jak i w praktyce. Prawda jest jednak taka, że aby zdać CF LVL1 trzeba być dobrym tylko z teorii, założeń programowo-ideologicznych, co w efekcie tworzy, wybaczcie dosłowność, półprodukty. Pal licho, jeśli człowiek robi kurs dla własnej satysfakcji  – jego kasa i jego kurs – jeśli jednak robi to ktoś, kto potem idzie „praktykować na kursantach” to dla mnie jest to igranie z ludzkim życiem.

Grzesiu Glassman może sobie mówić co chce, że certyfikat LVL1 to nie „pozwolenie na nauczanie” tylko „kwit na przyswojenie założeń programowych”, ale sytuacja, w której w jednym kraju niemal co miesiąc odbywają kursy LVL1 jest dla mnie zwykłym skokiem na kasę. Rozumiem wolny rynek, podaż, popyt i resztę podstawowej ekonomii, ale jeśli w przeciągu pół roku pojawia się ponad setka posiadaczy certyfikatu LVL1, z których spora część ma braki praktyczne, to dla mnie jest to „handlowanie kwitami”, które niczym nie różni się od kupowania dyplomów na prywatnych uczelniach.

Można kontrargumentować, że ogólnodostępność LVL1 to jednak dobra rzecz, bo dzięki temu coraz więcej osób zdobędzie wiedzę o metodyce, programowaniu, odżywianiu, etc –  czyli w efekcie będzie więcej świadomych sportowców. Moim zdaniem jest to jednak bzdura, bo wszyscy krosfitterzy, jakich znam podążają planem treningowym tworzonym przez kogoś innego –  głównie misfita, albo tym, co zaserwuje lokalny box. Nikt poza trenerami nie zajmuje się rozpisywaniem treningów –  więc argument o przydatności dla „zwykłego crossfittera” wiedzy z zakresu programowania można o kant dupy potłuc.

Rzecz jasna, zdecydowanym plusem obfitości kursów jest to, że osoby którym naprawdę zależy na certyfikacie nie są zmuszone do kosztownych wyjazdów za granicę. Z drugiej jednak strony sytuacja, w której taki certyfikat może uzyskać praktycznie każdy sprawia, że posiadanie kwitu na LVL1 nie znaczy nic ponad to, że się wydało trzy kawałki na opłacenie kursu. Dyplom, który jeszcze rok temu był zarezerwowany dla prawdziwych zajawkowiczów krosfitu – czyli głównie trenerów – nagle stał się dostępny dla wszystkich. Dokument, który był swoistym „glejtem jakości” dziś jest nic nie znaczącym świstkiem a określenie „levelowcy” stało się żartobliwym docinkiem.

Popularne stwierdzenie, że „rynek wszystko zweryfikuje” jest tyleż powszechne, co nieprawdziwe. Kwalifikacje trenera może ocenić albo inny trener, albo ktoś kto już ćwiczył pod okiem prawdziwego, wykwalifikowanego trenera. Tymczasem jest cała masa ludzi bez doświadczenia, którzy chcieli by popróbować, co to jest ten krosfitnes (tacy my, tylko dwa lata wcześniej) –  i to są potencjalne ofiary „chłopców levelowców”.

2,5 stówy za miesięczny karnet to jest W CHUJ dużo (tyle samo co w bogatszej od nas Danii) i nie ma co się dziwić ludziom, że szukają tańszych zamienników. Pójdzie jeden z drugim do takiego trenera personalnego, popatrzy – masa jest, kwitek jest – i pozwala Panu Fachowcu żonglować własnym zdrowiem.
A potem hejtuje, jaki to krosfit jest kontuzyjny…

Oczywiście, nie mój to biznes i nic mi do tego – Grzesiek Glassman zarządza swoim biznesem tak, jak mu się podoba – ale patrząc z boku, obecny trend w certyfikacji to jest prosta droga do rozmienienia krosfitu na drobne. Rzecz jasna Grzesiu ma do tego pełne prawo – wymyślił system, który pięknie się monetyzuje i doi go aż furczy – ale skończy się to tym, że jeden z drugim zaprowadzi kursanta na wózek inwalidzki i już nie da się odbić piłeczki mówiąc, że to nie krosfit jest kontuzyjny, tylko ego.
Kontuzyjny jest „bad coaching” – ale ktoś tych coachów produkuje – i jest to CF HQ, które przyznając certyfikat LVL1 nie sprawdza, co w praktyce dany sportowiec potrafi.

Certyfikacja, czy nam się to podoba, czy nie, jest formą  „tworzenia instruktorów” a jej obecna postać pozwala na to by, pozwolę sobie na porównanie, nauki jazdy uczył ktoś, kto siedząc u dziadka na kolanach śmigał traktorem po wiejskich drogach.

Mówiąc wprost jest w chuj szkodliwa –  ale dopóki hajs się zgadza, nie ma problemu, prawda?

Fit-terroryści kontra gołodupce

Gdy wiozący nas taksówkarz zapytał „nudistićko, czy tekstylno” zawahałem się, po czym odpowiedziałem „tekstylno” i pojechaliśmy z rodziną na normalną plażę dla normalnych ludzi, gdzie otyli faceci pohukując jak gimnazjaliści przed dyskoteką ekscytowali się obecnością nagich kobiet w zasięgu wzroku. Chlupałem się w morzu, chłodziłem nurkując przy dnie a bliskość plaży dla naturystów nie dawała mi spokoju –  bo przecież mieć tak na wyciągniecie ręki i nie spróbować… Głupio mi było przed samym sobą, bo czułem się jak mientka faja, której nagle zabrakło odwagi by powiedzieć taksówkarzowi „nudistićko” – a przecież krosfit, RX-y, PR-y i w ogóle „unknown and unknowable„…

Pierwsze spotkanie z plażą dla naturystów przegrałem haniebnie –  bo przez walkowera – zwyczajnie nie podjąłem walki. Zabrakło mi odwagi by ściągnąć gacie i pójść „między gołe baby”. Wstydziłem się wszystkiego tego, czego wstydzi się normalny facet – że skurczy się od zimnej wody, że dygnie na widok jakiejś fajnej babeczki i będzie wstyd jak beret. Wystraszyłem się jak dzieciak i jak dzieciak przegrałem. Być może dlatego za drugim razem bez zastanowienia pomaszerowaliśmy rodziną prosto na „nudistićko„.
Raz  się żyje…

Wszystkie strachy i lęki okazały się zupełnie bezpodstawne. Skrępowanie trwało dosłownie chwilę, po czym, gdy okazało się, że wcale wszyscy na ciebie nie patrzą –  bo są tak samo goli jak ty i jedyne, co cię wyróżnia z tłumu to blada nieopalona dupa – wtopiliśmy się w otoczenie i czuliśmy się bardziej swobodnie, niż na normalnej tekstylnej plaży. Nikt nie prężył muskułów, nie hałasował, nie pokazywał jaki to nabuzowany hormonami nie jest. Ludzie, którzy tam przyszli, nie musieli niczego udowadniać i niczym nadrabiać – bo nie było czym.
Wszystko było, momentami, jak na dłoni 😉

Popularny stereotyp naturysty to stary wydepilowany Niemiec, pomarszczony emeryt świecący pomarszczonym tyłkiem gdzieś na obrzeżach „normalnej” plaży albo zboczeniec śliniący się na widok pary cycków. Sam przez długi czas  tak wyobrażałem sobie naturystę –  bo innych (poza zboczeńcem) nie widziałem. Tymczasem  na plaży zdecydowana większość to byli ludzie po trzydziestce, czterdziestce – już nie najmłodsi, ale jeszcze nie starzy. Było trochę emerytów oraz, co bardzo dało mi do myślenia, niemal w ogóle nie było osób w okolicach dwudziestki. Z młodziaków była jedna para, która pięć minut zastanawiała się, jak tu się rozebrać, żeby nic nie pokazać (po czym klapnęła plackiem na brzuchu i tak leżała przez cały czas) oraz grupa studentek, która najpierw nerwowo pochichując przeszła brzegiem morza zerkając na nagich ludzi a po dwóch godzinach ze sztuczną nonszalancją wróciła uboższa o góry od kostiumu kąpielowego.

Okolice dwudziestki to czas, kiedy wyglądamy najlepiej – ewolucja wie co robi  i nie bez powodu jest to okres największej atrakcyjności fizycznej. Tym bardziej zastanawia więc, że jest to też czas wstydu, kompleksów, porównywania, udawania, puszenia się i zastanawiania co ludzie powiedzą. Ci młodzi, piękni ludzie których widziałem na plaży, byli ewidentnie skrępowani, co było o tyle bezpodstawne, że wyglądali świetnie – może nie w kategoriach „muscle & fitness” ale nic im nie brakowało a już na pewno nie mieli powodów do wstydu.

Ludzie po trzydziestce, rodziny, matki z dziećmi (był nawet dziadek z na oko dziesięcioletnim wnuczkiem) byli wyluzowani i, nomen omen, naturalni. Tu były rozstępy, tam inne sadełko, czy pomarańczowa skórka – wszystkie te normalne rzeczy, które przychodzą z wiekiem i obowiązkami –  i nikt sobie z tego problemów nie robił.  Wiadomo – każdy gdzieś tam zerkał mniej lub bardziej z ukosa –  ale bez typowego plażowego „obcinania”.

Młodzież lubi akcentować, jak to bardzo ma na wszystko „wyjebane”, ale to właśnie tam, wśród ludzi po trzydziestce, tego wyjebania było najwięcej. Trzydziesto, czterdziestolatki swoje lata już przeżyły i wiedzą, że młode piękne ciało nie jest wieczne, że wszyscy mamy coś, czego się wstydzimy, że goła dupa to żadne wielkie halo i że co prawda jeden ma większego a drugi mniejszego, ale w wodzie to wszystkim się kurczy – więc generalnie, pardon le mot, jeden chuj 😉

Największym zdziwieniem (i sporym lękiem) związanym z wizytą na plaży naturystów było to, że nagość tam była pozbawiona seksualności. Wszystkie te rozebrane, czasem naprawdę bardzo apetyczne babeczki były zupełnie „niekonsumpcyjne”. Owszem, fajnie było popatrzeć –  bo i było na co – ale, jak śpiewało TSA, bez podtekstów. Być może dlatego, że wszystko to, co dzień jest skrywane za parawanem niedostępności, tam było zupełnie oczywiste. Nikt się nie zachowywał prowokacyjnie, czy zmysłowo – cała ta damsko-męska gra została przed wejściem na plażę i każdy mógł się swobodnie poopalać, bądź popływać na golasa.

Podczas kąpieli w towarzystwie obcych, nagich kobiet przyszło mi do głowy, jaką straszną krzywdę robią ludziom religie demonizujące ciało. Trzy dni wcześniej byłem na plaży, na której ubrane od stóp do głów  islamskie kobiety kąpały się w dwuczęściowych płaszczach przeciwdeszczowych, by nie kusić mężczyzn i zachować czystość. Patrzyłem na nie i żal mi ich było, bo z nieba lał się żar – 38stopni i najdrobniejszego wiaterku – a one zakutane po uszy, żeby przypadkiem komuś na ich widok nie dygnął…

Może się to wydać nie do wiary, ale nagość na plaży naturystów nie ma nic wspólnego z seksem, podnieceniem i wszystkim tym, co trzy główne religie uważają za zło złe najgorsze. Owszem, jeśli ktoś jest napalonym gimnazjalistą obecność gołych kobiet szybko go zawstydzi, ale normalny dorosły chłop, który wie jak wygląda kobieta, nie znajdzie tam żadnych niezdrowych podniet. Być może tłumaczy to brak osób bardzo młodych na plaży naturystów – do pewnych spraw trzeba po prostu dorosnąć, by móc konsumować je bez przesadnej ekscytacji i ryzyka udławienia.

Swoją drogą śmieszna jest ta nasza kultura, w której wszystko jest przesiąknięte seksem jak dobry BOX smrodem potu, a jednocześnie naga plaża budzi takie emocje. Z jednej strony normą są kobiety paradujące w strojach kąpielowych po wypoczynkowych deptakach, z drugiej zaś zdjęcie tych, bądźmy szczerzy, strzępków ubrania które na sobie noszą, wymaga sporej odwagi i przełamania wewnętrznych oporów.

Być może to kwestia wstydu; tego że nie jesteśmy tak idealni jak lansowane wzorce, nie dorastamy do stawianych sobie oczekiwań. Martwimy się, że nie będziemy tak idealni jak reszta –  czyli gorsi.
Jeśli tak, to wizyta na plaży naturystów jest najbardziej dosadną formą manifestacji „mam to gdzieś”, obyczajowym Punk Rockiem.

No fajnie, fajnie, ale gdzie w tym wszystkim CrossFit?

Jeden z najzabawniejszych CrossFitowych memów brzmi „Ability Over Appearance” – czyli nie ważne jak wyglądasz, ważne co potrafisz. Bawi mnie on strasznie, bo trudno o bardziej odstający od rzeczywistości slogan. Wystarczy szybki rekonesans po popularnych fit profilach, by jasnym się stało, że ich główna zawartość stanowią albo treningowe samojebki prezentujące wysportowane ciała albo klasyczny food-porn pokazujący, jakimi to zdrowymi wynalazkami owe boskie ciała są napędzane. Sportowy światek żyje w jakimś „kołowrocie zdrowego wyglądu” – pręży bica, szuka żyłek, mierzy poziom tkanki tłuszczowej – wszystko po to, by być bardziej „fit” i zbierać kolejne lajki pod fociami.

Wizyta na plaży naturystów pokazała mi, że można być pięknym bez całej tej fit obsesji. Można być atrakcyjnym będąc normalnym, standardowym, z odrobiną nadmiaru tu, czy tam. Rzecz jasna, nie mówimy tu o sadle wylewającym się za podbrzusze, ale o typowym kowalskim, który zawsze ma jakiś „nadbagaż”.

Nie trzeba być idealnym, żeby wyglądać dobrze. Owszem, fajnie mieć sportową sylwetkę, bo to przyciąga uwagę –  ale to bardziej łechtanie własnego ego jest, niż obiektywny miernik atrakcyjności. Mam wrażenie, że ta gonitwa za sześciopakiem i jednocyfrowym poziomem tkanki tłuszczowej to bardziej pogoń za uznaniem ze strony obcych ludzi, niż faktyczne zadowolenie z „bycia sobą”.
Taka gra pod publiczkę.

To, co na plaży naturystów było najfajniejsze to właśnie owo „zadowolenie z bycia sobą”. Dosłowne i w przenośni zrzucenie uniformów; rezygnacja z przybieranych póz. W życiu nie widziałem takiego chilloutu jak na plaży naturystów – i tego wyluzowania będzie mi brakować przez najbliższy rok.

Bo że na plażę golasów pojadę –  to pewne jak głupie pomysły Dave’a Castro na gejmsach 2016.