Powrót do pionu

Masz fajne życie – dobrą robotę, rodzinę na której ci zależy, pasję w której się spełniasz; wszyscy jesteście zdrowi i niczego wam nie brakuje. To życie toczy się być może  nieco przewidywalnym, ale ułożonym i bezpiecznym torem, który pozwala ci bez obaw patrzeć w przyszłość. Masz więc jakieś plany, jakieś marzenia – siebie i swoich bliskich widzisz w perspektywie kilku najbliższych lat; czasem nieśmiało wybiegasz myślami jeszcze dalej.
Od czasu do czasu narzekasz na rutynę i brak ekscytacji, ale summa summarum lubisz to swoje życie i nie zamieniłbyś go na inne.

Jest piątunio, piąteczek… Pełen głupich pomysłów wsiadasz do korpo windy, by wzorem pewnego celebryty strzelić sobie samojebkę i wrzucić ją na fejsbuka. Już w głowie masz ułożony kąśliwy tekst, już winda podjeżdża, już się drzwi otwierają i wtedy odbierasz telefon, po którym wszystko staje się nieważne.
Zanim sie zorientujesz kładą ci dziecko na oddziale vis a vis onkologii, a ty nerwowo ściskając kierownicę gnasz do domu po śpiwór i karimatę. Jeszcze nie końca wiesz, co się dzieje, jeszcze lecisz na adrenalinie, ale organizm przeczuwa, że nie jest to nic dobrego…

Po dwóch-trzech dniach zaczynasz się jako tako ogarniać w nowej sytuacji. Praca-dom-szpital; ciuchy na zmianę, prowiant do pracy, absolutne minimum dookoła domu. Plany i zobowiązania zepchnięte na margines; spotkania odwołane lub odłożone na nieokreślone „później”. Powierzchowne zakotwiczenie w rzeczywistości, redukcja do formy przetrwalnikowej.

W środku nocy patrzysz po zarysach śpiących wokół ciebie ludzi i zastanawiasz się, jak wiele ról na co dzień gramy, jak wiele masek zakładamy, jak bardzo zależy nam aby pokazać innym ludziom, jacy jesteśmy zajebiści – a potem kładziemy się w ubraniu na szpitalnej podłodze, pół metra obok kogoś zupełnie obcego i całe to granie szlag trafia. Na ulicy wypięlibyśmy pierś, poprawili fryzurę, zaś w szpitalu po prostu kładziemy się jak zwierzęta warując obok swoich młodych.

Poranne wyjście ze szpitala jest jak lądowanie w obcym kraju gdzieś na końcu świata. Zamykasz za sobą drzwi i okazuje się, że poza kroplówkami, strzykawkami, transfuzjami i chemiami istnieje zupełnie inny świat, toczy się zupełnie inne życie –  gimnazjaliści pomykają na deskorolkach, dziewczęta popiskują, studentki noszą się na krótko a młode korpo szczury popijają latte ze starbucksa. Kobiety w metrze poprawiają makijaż wpatrzone w przenośne lusterka. Te co bardziej obojętne nakładając na usta błyszczyk udają, że nic ich nie interesuje, a już na pewno nie młodzi tatusiowe z koszulami wpuszczonymi w wymięte dżinsy. Panie są wyniosłe, panowie udają zblazowanych, metro się toczy.

Dwanaście godzin później cykl się zamyka. Mijasz siedzące przed nocnym lokalem towarzystwo w czapkach i szalikach; jakaś młoda para nie przerywając się obściskiwać przebiega tuż przed tramwajem – motorniczy trąbi, pasażerowie przeklinają – im się wydaje że są nieśmiertelni a tymczasem ty idziesz na oddział, z którego nie zawsze udaje się wyjść o własnych siłach. Oddajesz kurtkę w szatni, przechodzisz na skróty przez podwórko i po chwili jesteś już wśród łysych, pokłutych wenflonami dzieci.

Te dzieciaki to straszny widok. Maluchy, po kilka lat,  pozbawione włosów, strute chemią – jedne snują się umęczone, niemal wisząc na stojakach z kroplówkami; inne z  nudów na tych stojakach jeżdżą. Na przyniesionym przez rodziców laptopie ktoś strzela do Niemców grając w Enemy Territory , inni się przyglądają cierpliwie czekając na swoją kolej. Nie przeszkadzają im podłączone do żył kable – jeszcze nie umierają, jeszcze żyją – a dopóki żyją chcą się bawić.

Chciałbym uciec, nie patrzeć, udać że mnie to nie dotyczy – a potem siadam przy łóżku córki i patrzę, jak jej siedmioletnia łysiejąca koleżanka bawi się kroplówką z płytkami krwi. „Tata, a ja chciałabym mieć taką samą chorobę jak Amelka” – mówi córka kompletnie nie zdając sobie  sprawy z powagi sytuacji. Wszyscy w pokoju zamierają, bo jesteśmy tu jak turyści i takie deklaracje brzmią co najmniej obrazoburczo. Białaczka to nie zabawa, nawet jeśli chodzenie z kroplówką wydaje się fajniejsze od przymusowego siedzenia w łóżku…

Wychodzę na korytarz, patrzę na dwulatki podpięte do kroplówek, paromiesięczne niemowlę faszerowane chemią, warującą przy jej łóżku matkę w zaawansowanej ciąży, potem wracam do pokoju, patrzę na swoje dziecko i uzmysławiam sobie, że to, co mam może w każdej chwili zniknąć. Że takie rzeczy nie dzieją się w filmach, nie przytrafiają się komuś innemu – to jest namacalna rzeczywistość która może spaść na każdego bez wyjątku – nawet takiego szczęśliwego mnie w swoim fajnym poukładanym życiu.

Dla zachowania zdrowia psychicznego oglądam na tablecie transmisję z Amaroka, a w tle głowy przewijają mi się te nieudane PRy, niepoprawione czasy, niezrealizowane plany. Sportowa złość i frustracja, przekleństwa w duchu i na głos, zapatrzenie w to co nieosiągnięte i niedocenianie tego, co się już osiągnąć udało. Wszystko to tak nieprzystające, tak bardzo nie na miejscu tu, gdzie ludzie czekają na werdykt w selekcji do życia.

Zawijam się w ten sport jak w kokon, który ma mnie chronić przed rzeczywistością. Chcę w nim bezpiecznie przeczekać, aż się sytuacja wyjaśni i będziemy wiedzieli, gdzie jesteśmy, co nas czeka – ale to działa tylko połowicznie. Leżąc w nocy na podłodze nie mogę się opędzić od myśli, na jak błahe sprawy spalam swoją energię;  o jakie bzdury i błahostki wściekam. Jak często stwarzam sobie sztuczne problemy tam, gdzie powinienem mieć powody do dumy. Jak zamiast cieszyć się tym, co mam, daję sie ponieść irytacji i zmęczeniu.

A potem nas wypisują.
Taksówka, dom i wielka ulga, że w sumie było więcej strachu, niż dramatu. Nieszczęście przeszło bokiem, choć na tyle blisko, by sprzedać blachę na odmulenie i przypomnieć, co jest w życiu ważne.

Zrywam się z pracy by zabrać rodzinę do domu. Z poczuciem ulgi wnoszę torby na piętro – to już nie szybki przepak, dziś już wracamy do siebie. Wypakowuję więc rzeczy szpitalne, pakuję sportowe, przytulam córkę i oddycham z ulgą.
Wieczorne wiosła smakują jak najlepszy PR.

 

Reklamy

Inov f-lite 195 vs Nano4

Co prawda od premiery nanosów 5 minęło już dobre pół roku i choćby tylko z tego względu pisanie o Nano 4 może zakrawać na archeologiczną fiksację, jednak moim zdaniem ma to sens, ponieważ nie każdego stać na najnowszy model laczków do krosfitu i wciąż są ludzie, którzy zastanawiają się nad upolowaniem pary przecenionych czwórek.

Nigdy nie kryłem swojej niechęci do nanosów. Była ona powodowana głównie ceną, ponieważ uważam że 5,5 paczki za obuwie sportowe to gruba przesada (tym bardziej że produkowane są w Chinach za miskę ryżu a transport do Polski wynosi niecałe jedno euro per sztuka). Z tego też powodu zamiast nanosów kupiłem sobie inov8 f-lite 195, z których  to butów byłem i jestem bardzo zadowolony po dziś dzień.

Skoro więc jestem z nich zadowolony, po co kupowałem nanosy – ktoś zapyta. Ano dlatego, że przy wszystkich swoich zaletach, invo8 mają jedną zasadniczą wadę: kompletnie nie nadają się do liny. Niby mają jakąś fikuśną Rope-tec, czy jak to się tam nazywa, ale prawda jest taka że po kilku wejściach materiał zwyczajnie się przetarł i mam bo bokach butów dziury na dwa palce.
Chcąc nie chcąc musiałem więc odłożyć antypatie na bok i zapolować na przecenione nano4, które udało mi się kupić po bożemu – za niecałe trzy stówki. W nanosach tych zrobiłem już kilkanaście treningów – zarówno ciężarowych, jak też gimnastycznych oraz zwykłych met-conów i wydaje mi się, że co nieco już o nich wiem.
A nawet jeśli nie wiem –  to i tak zdążyłem sobie wyrobić o nich opinię 😉

2_obok_siebie

Pierwszym i zarazem najgorszym wrażeniem jakie robią nano4 jest ich rozmiarówka. Znając swój rozmiar buta (ponieważ mam kilka par w brytyjskiej rozmiarówce) zamówiłem taki, który powinien być idealny. Tym większe było moje zaskoczenie, gdy okazało się że buty które powinny być idealne, są kapkę za małe. Porównałem długość podeszwy inov8 i nanosów – była identyczna –  dlaczego więc jedne buty leżały jak ulał a drugie były za małe?

Szczęśliwie, zanim wplątałem się w procedurę zwrotu i kupna  nowej pary, posłuchałem znajomego, który zapewnił mnie, że jego buty również były za małe, ale rozchodziły sie o dobre pół numeru, więc  i moje z pewnością nieco się rozejdą.
I faktycznie tak się stało. Co prawda pierwsze dwa, trzy treningi nie należały do najprzyjemniejszych a i teraz buty są dość ciasne, niemniej rozeszły się o wspomniane pół numeru i da się w nich spokojnie ćwiczyć.

porownanie_wielkosci_2

Problem z dopasowaniem nanosów jest nie tyle kwestią skopanej rozmiarówki (bo ta jest OK) ile bierze się stąd, że są to buty dość obficie wyściełane w środku i są zwyczajnie ciaśniejsze. O ile inov8 to prawdziwe minimale – podeszwa, materiał i cześć-  o tyle nanosy mają dużo towaru wewnątrz i czuję się w nich jak w zwykłych biegowych Asicasch.
W związku z ich masywną budową, nazywanie nanosów obuwiem minimalistycznym to lekkie nadużycie. W porównaniu z inov8 f-lite 195, nano4 są toporne jak obuwie ortopedyczne. Mając na nogach inov8 nieraz w ogóle zapominałem, że jestem obuty – tak są lekkie i elastyczne. Trenując na nanosach non stop czuję, że coś mam na nodze a do rozciągania stopy zwyczajnie je zdejmuję bo mam wrażenie, że  podeszwa nie wygina się tak, jak od niej oczekuję.

Masywna budowa nanosów ma jedną znaczącą wadę – buty te zajmują sporo miejsca w torbie. Moja torba treningowa to dość kompaktowy model, dzięki czemu idąc na trening nie wyglądam, jakby mnie żona z domu wyrzuciła. Pakując do niej ciuchy ba trening, rzeczy do pracy, shaker i żarcie na cały dzień musze się zdrowo nagimnastykować żeby to wszystko poukładać i każde kilka centymetrów sześciennych jest dla mnie istotne. O ile inov8 jestem w stanie ścisnąć jak kanapkę i upchać nawet w boczną kieszeń bojówek (sprawdzone!) o tyle nanosy, z racji ich masywnej konstrukcji nie dają się już tak skompresować i zajmują swoje miejsce w torbie. Efekt tego jest taki, że pakując do torby nanosy oraz liftery, jedzenie do pracy muszę zabierać w oddzielnej torbie (albo iść bez prowiantu).

porownanie_wielkosci

Przy całej mojej sympatii do inov8 i umiarkowanym entuzjazmie do nanosów, muszę szczerze przyznać, że jest jedno pole na którym nanosy są absolutnie  bezkonkurencyjne zaś inov8 obsysa jak Teresa Orlovski  u szczytu kariery.

Lina.

To, co jest największą zaletą butów inov8 – ich lekka i rzeczywiście minimalna konstrukcja – jest też ich największą wadą. Po kilku wejściach na linę boki inov8 się zwyczajnie przetarły i widać mi przez nie skarpety (co daj fajny efekt, gdy zakładam kolorowe skary). Co prawda buty mają stworzoną do liny technologię ropeTec, ale technologia ta działa tylko wtedy, gdy wchodzimy w ściśle określony sposób –  akurat taki, który dla mnie jest mocno niewygodny. Tymczasem w ortopedycznych nanosach mogę wchodzić jak mi się zechce i buty znoszą to bez zająknięcia. Dość powiedzieć, że na chwilę obecną zrobiłem w  nich około setki wejść a na butach nie ma ani śladu przetarcia.

dziura_z_boku

Chcąc odpowiedzieć na pytanie, które z tych butów uważam za lepsze, trzeba zapytać: „do czego”.
Inov8 są super wygodne, naprawdę minimalistyczne ale kompletnie nie sprawdzają się na linie. Znowuż nanosy są pancerne i wszystko zniosą, ale… są pancerne. Jeśli ktoś nie miał na nogach prawdziwych minimali pewnie nie dostrzeże różnicy i nie zrozumie o czym mówię, ale wszyscy inni poczują się w nanosach jak w obuwiu ortopedycznym, co mi akurat bardzo przeszkadza i sprawia, że wolę trenować w dziurawych inov8, niż w nówkach z deltą.

Moja opinia jest zatem taka:
Jeśli Twój box nie ma liny a ty nie planujesz startować w zawodach – upoluj w przecenie f-lite 195 i ciesz się super wygodnym obuwiem sportowym. Jeśli jednak planujesz treningi z liną a w bliższej/dalszej perspektywie widzisz się na zawodach –  zainwestuj w nanosy. Jeśli będą to twoje pierwsze „minimale”, uznasz że  „tak powinno być” i będziesz cieszyć się butami, które zniosą wszystko, łącznie z okazyjnym wypadem na zumbę.

Tymczasem ja  wypatruję najbliższej przeceny, by okazyjne nabyć kolejną parę f-195 tek.

 

I ty zrobisz Muscle Upa (jak się zajebiście postarasz)

Żaden ruch nie robi takiego wrażenia na początkujących CrossFiterach jak „Wspieranie ciągiem na kółkach gimnastycznych”. Owszem, jest chodzenie na rękach, pompki w staniu na rękach, rwanie straszliwych kilogramów do siadu – ale wszystko to blednie w porównaniu z Muscle Upem. Nie dziwota więc, że każdy CrossFitter jak mu się tylko serce po pierwszym AMRAPie uspokoi, próbuje swoich sił na kółkach.
I co prawda zalicza porażkę  sromotną, bo jeszcze taki się nie urodził, co by Muscle Upa z marszu zrobił, ale ziarno pożądania zostaje zasiane. Od tej pory wszystko co zrobi będzie się dzieliło na „przed” i „po” Muscle Upie – ponieważ umiejętność wykonania MU jest tym, co odróżnia „prawdziwych” CrossFitterów od początkujących. Jest CrossFitowym egzaminem dojrzałości. Rytuałem przejścia z grupy młodzików do wyjadaczy.

Pierwszego Muscle Upa zrobiłem gdzieś po roku (z okładem)  trenowania CrossFitu. Technicznie był to obraz nędzy i rozpaczy – podręcznikowy przykład rozpaczliwego gramolenia się na kółka. Co prawda trener pochwalił i pogratulował, ale patrząc na nagranie tego „Muscle Upa” wiem, że zrobił to bardziej na zachętę, niż w ramach faktycznego uznania.
Nakręcony tym Muscle Upem chciałem  zrobić kolejnego, ale ponieważ brakowało mi siły, szarpałem się z obojczykami na wysokości kółek. Im bardziej mi nie wychodziło –  tym mocniej się szarpałem –  w efekcie coś tam sobie naciągnąłem i przez kolejny miesiąc mogłem robić co najwyżej przysiady.

Zapytany o „bazę minimum” do zrobienia Muscle Upa mój trener od gimnastyki  zwykle odpowiada: „Musisz być w stanie zrobić 10 maksymalnie głębokich dipów i 10 siłowych podciągnięć nachwytem. To jest punkt wyjścia, bez tego nie mamy nawet co rozmawiać o progresji do Muscle Upa„. Pomijając technikę, MU to ćwiczenie wymagające sporej siły. Nie siły na zasadzie „ważę 100kg i stówę zarzucę na wysoko” tylko siły proporcjonalnej – czyli krótko mówiąc trzeba być silnym stosownie do swoich gabarytów. Jak większość ćwiczeń gimnastycznych, MU jest wymagający wobec dużych panów, którzy muszą te swoje 90-100 kg podciągnąć obojczykami do kółek (w opcji absolutne minimum). Jest to trudne,  ale da się –  sam widziałem jak Kacper Wiejak robi Strict MU, a kto widział Kacpra ten wie, że nie jest to człowiek o posturze gimnastyka 😉 Jest za to silny jak wół i dzięki tej sile jest w stanie swoje napakowane mięśniami ciało wciągnąć na kółka.

Kwestia kolejna to przekonanie się, czy delikwent naprawdę chce tego Muscle Upa zrobić – czy gotów jest na niego pracować, czy jest to tylko chwilowa fanaberia na zasadzie  „fajnie by było”.
Jeśli po miesiącu, czy dwóch od deklaracji  dana osoba przychodzi i pokazuje, że  „odrobiła lekcje” i jest w stanie te dipy oraz podciągnięcia wykonać – znaczy to że mamy do czynienia z kimś faktycznie zaangażowanym, komu  warto poświęcić czas i uwagę. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z klasycznym przedstawicielem grupy „chciałbym zarobić i się nie narobić”.
Szkoda czasu na takich.

Gdy już mi się bark zagoił, postanowiłem podejść do tematu na spokojnie i zająć się budowaniem siły. Zamiast szarpania z MU, robiłem siłowe podciągnięcia z obciążeniem i bez; z false gripem i normalnie; do tego dipy z maksymalnym opuszczeniem  – wszystko po to, by móc swobodnie podciągnąć kółka do obojczyków a później wyjść z dipa.
Ale i tamten okres nie był wolny od błędów –  zamiast skupić się na jednym a porządnie, dzieliłem swój czas na naukę Muscle Upów oraz chodzenia na rękach. Mając na uwadze, że nie były to jedyne braki, nad którymi pracowałem, realnie byłem w stanie poświęcić jakieś trzy kwadranse tygodniowo na każde z  ćwiczeń. Siłą rzeczy ciągnęło się to i ciągnęło, frustracja wywołana brakiem postępów rosła i finał tego był taki, że któregoś treningu napędzany ambicją szarpnąłem o kilka razy za dużo i na miesiąc musiałem zapomnieć o nauce Muscle Upa oraz drążku.

Trzecie podejście było już spokojne i metodyczne. Naukę chodzenia na rękach odłożyłem „na później” i postanowiłem skupić sie tylko na Muscle Upach, robiąc to samo co do tej pory, tylko częściej i na chłodno. Zdecydowałem, że na każdym treningu robię trzy Muscle Upy – tylko trzy – po to, by powoli oswajać się z ruchem i nie przedobrzyć gdy ambicja poniesie. W końcu zaczęły pojawiać się efekty – najpierw pierwsze wejścia z boxa, potem z talerzy aż któregoś razu po prostu złapałem za kółka, poprawiłem false gripa i wszedłem na te kółka jak Carl Paoli przykazał.

Gdy już ogarnąłem jako taki technikę, liczbę „codziennych” (czyt. cotreningowych) Muscle Upów podniosłem do pięciu; później robiłem 10cio minutowe EMOMy z Muscle Upem co minutę a potem, na koniec treningu w którym zrobiłem łącznie coś ze 20 Muscle Upów, na kompletnym zmęczeniu zrobiłem 5 sztuk pod rząd, tym samym realizując plan na rok 2015ty a endorfiny urwały  mi głowę przy samej dupie 🙂

Pomimo tych „osiągnięć” nie uważam, abym „umiał Muscle Upa”, ponieważ w moim przekonaniu „umieć” nie oznacza być w stanie zrobić coś na spokojnie, na świeżo, w pełnym skupieniu. Umie się coś wtedy, gdy jest się to w stanie wykonać na zmęczeniu, w którymś tam powtórzeniu, przeplatane innymi ćwiczeniami. Doskonale rozumiem euforię pierwszego Muscle Upa, ale ten nieporadny, na siłę gramolony Muscle Up to nie jest Muscle Up – to jest co najwyżej zachęta do dalszej pracy. „Umiem Muscle Upa” można powiedzieć dopiero wtedy, gdy stanie sie on pełnoprawnym elementem treningowym wykonywanym bez wewnętrznej niepewności „uda sie, czy sie nie uda”.

Choć żaden ze mnie fachowiec od Muscle Upów, na własnym tyłku (a raczej barkach) nauczyłem się kilku rzeczy, które mogą Ci pomóc w Twojej drodze do „naumienia się” tego świętego Graala CrossFitu.
Miej zatem na uwadze, że:

Siła rąk to podstawa. Siła relatywna do Twojej masy ciała – czyli jak w martwym masz maxa na poziomie 2x masy ciała a siłowo podciągniesz się 5-7 razy –  to za mało. Jeśli masz super siad a dipy leżą –  to też za mało. Muscle Up to ćwiczenie oparte głównie na rękach –  więc liczy się to, ile razy sie podciągniesz, ile dipów zrobisz i jak dobre masz „pierdolnięcie z biodra”.
Jeśli tego nie masz na poziomie minimum (10 siłowych dipów i podciągnięć) – pracuj nad siłą a ambicję odłóż na półkę.

Wiem jak łatwo się nakręcić, że „dziś to zrobię”. Nażreć przedtreningówki i pójść z zamiarem rozjebania tych kółek  na drobne wióry- been there, done that. Prawda jest jednak taka, że z kółkami nie wygrasz. Bez konkretnej bazy rozjebiesz sobie co najwyżej obręcz barkową, więc dla własnego dobra opanuj się 😉 Spokój i opanowanie powinno być twoim priorytetem  na każdym treningu, w trakcie którego będziesz pracował/a na kółkach. W przeciwnym wypadku skończysz u fizjoterapeuty.

Konsekwencja, konsekwencja i jeszcze raz konsekwencja.
Muscle Upa nie da się (a przynajmniej mi sie nie udało) nauczyć „z doskoku”, pracując nad nim raz w tygodniu. Efekty przynosi dopiero mrówcza praca na każdym treningu. Nie rozmieniaj się więc na drobne, skup na tym co istotne i rób cokolwiek w danym dniu możesz –  cokolwiek –  tylko po prostu to rób. Niech to będzie nawet 10 minut – po kilka dipów i siłowych podciągnięć – ale wyrób sobie nawyk, że przy każdej okazji wskakujesz na kółka i pracujesz nad Muscle Upem.
Z mojego doświadczenia wynika, że nic nie zwraca się z takim procentem, jak codzienna konsekwentna  praca.

Gdy już zaczniesz robić pierwsze, nieporadne Muscle Upy, zastosuj zasadę, która mi pomogła nauczyć się double unders (a  mordowałem się z nimi grubo ponad pół roku) -NIE MA SKALOWANIA. Na pewnym etapie trzeba powiedzieć „dość”, od dzisiaj robię tyko tak, jak robić się powinno. Niech to będzie jeden Muscle Up przy okazji każdej wizyty w boxie (nie więcej, żeby się nie dojechać) – niech ci wchodzi w krew, oswajaj się z nim. W efekcie ani się obejrzysz a po miesiącu będziesz mieć na koncie dwadzieścia MuscleUpów i TAAAKI powód do dumy.

Bądź cierpliwy/a. Muscle Up to nie jest trik, którego nauczysz się po trzech zajęciach – będzie dobrze, jak ogarniesz go po trzech kwartałach. Jeśli znasz kogoś, kto zrobił go za pierwszym razem – niechybnie musiał mieć zajebiste przygotowanie siłowe (jak wspomniany Kacper w podnoszeniu ciężarów) – więc  najlepiej zapomnij, że w ogóle widziałeś co robił. Muscle Up to jeden z najtrudniejszych ruchów w CrossFicie i wymaga ogromu włożonej pracy. Jeśli będziesz próbował/a iść na skróty, dorobisz się kontuzji tak, jak ja się dorobiłem.

Oceń realnie swoje słabości i mocne strony, rozpisz krok po kroku swój „plan na Muscle Upa” i konsekwentnie go realizuj. Przede wszystkim jednak baw się sportem i nie rób sobie ciśnienia. Jeśli nie masz ambicji wystąpienia na przyszłorocznych regionalsach, daj sobie na luz. Muscle Up ma być Twoją nagrodą za ciężką, włożoną w siebie pracę a nie powodem do frustracji i kompleksu „gorszego CrossFittera”.

Wymarzonego Muscle Upa nie zrobisz dziś, ani jutro, ani za miesiąc –  i jest to absolutnie normalne –  bo to zajebiście złożony ruch; tego się nie uczy na kursie weekendowym. Owszem, u innych wygląda na tak łatwy, że niemal banalny – ale zapewniam cię – ci „inni” pracowali na niego równie ciężko jak ty zapracujesz.

No chyba że nie zapracujesz –  ale wtedy nie marudź, że nie umiesz 😉

MU_3