Przyjemność przede wszystkim

Święta  święta i po świętach. Standardowo – 3 kilo do przodu. Czy się staram, czy nie staram, czy kontroluję, czy nie kontroluję, bilans jest od lat zawsze ten sam. Trzy kilo. Potem jeszcze sylwestrowa bibka, noworoczny kac i jak się wszystko razem podsumuje to dochodzi człowiek do wniosku, że nie ma co się oszukiwać i męczyć, tylko poluzować tę dziurkę w pasku.
Się przytyło

Się przytyło bo się jadło. Jadło i piło więcej niż zwykle, sportu mniej niż zwykle uprawiało, wódeczki popiło, brzuniem do góry poleżało. No musiało się przytyć. Nie da rady inaczej.
I co z tego?
Dwa tygodnie i znów wszystko wróci do normy. Zacznie się nowy rok, wejdzie w koleiny starych przyzwyczajeń – i ani się człowiek obejrzy a będzie po staremu, choć rok nówka sztuka, ledwie śmignięty.

Podziwiam ludzi, którzy są w stanie trzymać się diety. Podziwiam, bo dla mnie to siła woli granicząca z masochizmem. Próbowałem nie raz i nie dwa – czasem coś mi się na głowę rzuci i postanawiam spróbować tej, czy innej diety. Trwa to kilka dni, tydzień góra. Zazwyczaj kończy się w piątek, gdy zamykając tydzień pracy skręcam do monopolowego po desperadosa, portera, czy flaszkę czegoś mocniejszego. Kończy się tydzień i kończy się dieta. Odcinam się od obowiązków, rozsądku i wszystkiego tego, co wiąże się z dorosłością.
Jest piątek wieczorem. Znów mam ‘naście lat i wszystko w dupie.
Anarchia po godzinach.

Nie zawsze trzeba czekać do piątku. Wystarczy, że w stołówce/barze zobaczę dewolaja z frytkami i buraczkami. Żegnaj dieto! Pieprz się dieto! Niby dlaczego mam żreć twarogi, czy inną soję, skoro mogę zjeść coś, co mi naprawdę smakuje? Co uwielbiam. Pyszne niezdrowe świństwo z głębokiego oleju.
Loff…

Niedługo mina dwa lata, jak biegam. Przez ten czas, raz, może dwa, zbliżyłem się do wymarzonej sylwetki, po czym z powrotem wracałem do opcji 80% satysfakcji –  bo knajpa, bo piwko, bo pyszne żarcie. Początkowo robiłem sobie z tego powodu wyrzuty, szczęśliwie z czasem zrozumiałem, że nie tędy droga. Że ściganie wymarzonej sylwetki jest bez sensu, że nawet, gdy ją dopędzę nie będę szczęśliwy, bo cena, jaką za nią zapłacę, odbierze mi całą radość zwycięstwa.
Bo ja zwyczajnie kocham jeść.
Po prostu.

Lubię naleśniki z głębokiego tłuszczu, pizze, tortille, dewolaje, fryty, sery smażone. Lubię to wszystko popić lodowatym porterem. Ba! W ogóle lubię popić. Lubię sobie pofolgować i poprawić to czymś słodkim. Sprawia mi to zwierzęcą, fizyczną przyjemność. Jest mi potem błogo, świat traci krawędzie. Wszystko staje się miękkie, przyjazne i pluszowe.
Kocham to.

Przepis na wymarzoną sylwetkę, o ile nie masz jakichś ultra-mega-w-kosmos-wywalonych genów jest prosty: dieta i ćwiczenia. Mówiąc krótko: Chcesz bosko wyglądać: zapieprzaj jak wściekły i trzymaj Gestapo w lodówce.

Kiedyś wydawało mi się, że jest droga na skróty – że wystarczy trenować jak wariat a będzie można jeść wszystko, na co ma się ochotę. Niestety, to tak nie działa. Owszem, kilogramy lecą ( do pewnego momentu ) ale sport uprawiany z myślą o kaloriach, motywacja w stylu “muszę pobiegać, żeby spalić obiad” to najszybszy sposób do obrzydzenia sobie wszystkiego, co ze sportem się wiąże. Wyjście z domu ma być frajdą, czasem resetu, chwilą tylko dla siebie a nie biczowaniem się za zjedzony posiłek. Taki sport szybko staje się karą i tylko czekać, aż go człowiek porzuci dla czegoś mniej dyskomfortowego (na przykład telewizora) albo zwyczajnie dostanie zajoba.

Próbowałem różnych diet i przepisów. Problem z nimi wszystkimi mam taki, że albo mi nie smakują, albo uważam je za przerost formy nad treścią. Wszystkie te wege-fiku-miku, czy modne w crossFicie paleo –  no nie dla mnie to. Nie szkoda mi zwierzątek –  sorry, taka ze mnie świnia – żrę mięso, noszę skórzany pasek, buty, kurtkę. Poza tym, a może przede wszystkim, lubię mięcho i nie widzę powodu, dla którego miałbym z niego zrezygnować

Co ma zatem zrobić człowiek, który lubi dobrze zjeść i wypić?
Przede wszystkim odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: “Po cholerę mi to?” Co mi to da, że w imię tego, czy owego będę sobie odbierał przyjemności, wpędzał w poczucie winy?
Czy to warte?”
Czy to, że mam 2-3 kg więcej zmienia coś w moim życiu. Czy to NAPRAWDĘ istotne? Czy warto sobie robić ciśnienie i siedząc pod presją ciągle mierzyć, czy to już, czy jeszcze nie?
Czy jest sens co raz gapić się na wagę i robić sobie z tego powodu wyrzuty sumienia?

Otóż nie.
Nie ma w tym żadnego sensu.

ŻADNEGO.

Podobnie rzecz ma się z planami treningowymi, których ni cholery trzymać się nie potrafię. Nie wyobrażam sobie biegania “pod kreskę”, zgodnie z planami, że dziś interwały, jutro siła biegowa a pojutrze jeszcze coś innego. Jestem w stanie zrozumieć, że ktoś przygotowujący się do zawodów ćwiczy wg takiego planu, ale tu wchodzimy na obszar pół/zawodowstwa a na tym obszarze, z hobby, sport zaczyna stawać się pracą, obowiązkiem do wykonania.
I to jest obszar, który omijam.

Sport, podobnie jak jedzenie i picie jest dla mnie przyjemnością. Wychodzę biegać, bo mam ochotę się oderwać, oczyścić głowę, zostawić za sobą cały codzienny syf. Gdy chcę to biegnę na wariata, gdy chcę to truchtam. Biegam tak, jak mnie poniesie i jak się światła na skrzyżowaniu ustawią. Nie wyobrażam sobie innego biegania, że ktoś miałby ingerować w moją przyjemność.
Zarzynanie się, by zrobić lepszy czas na maratonie jest dla mnie bez sensu –  bo co z tego, że zrobię jakiś zajebisty czas? Zaszpanuję kolegom? Poczuję się lepszy? Jasne, fajnie jest łamać swoje ograniczenia, bić własne rekordy – ale za jaką cenę? Jeśli mam bieganie traktować jako trzeci (po zawodowym i rodzicielskim) etat, jako kolejny punkt do odhaczenia, jako kolejny OBOWIĄZEK to… Dziękuję, postoję. Pobiegnę swoim tempem, dla przyjemności

Diety i plany są dla mnie nieprzydatne, ponieważ dużo ważniejsza, od osiągów, obwodów, poziomu tkanki tłuszczowej i cholera wie czego jeszcze, jest dla mnie przyjemność. Życie dorosłe niesie tyle obowiązków i ograniczeń, że nie rozumiem, dlaczego miałbym sobie robić dodatkowe ciśnienie. Na co? Po co? Dla kilku kg mniej? Dla kilku minut na dychę? Co to zmienia, czy pobiegnę w 51, czy w 48 minut? Że szybciej to znaczy lepiej?
Otóż nie.
Lepiej to znaczy przyjemniej. Bez ciśnienia. Bez napinki. Bez udowadniania sobie cholera wie czego.
To jest lepiej. Dla mnie.
A
Wy to jak tam sobie chcecie 😉

Poza klasyfikacją

Lubię się zatracić.
Cokolwiek robię, lubię robić to na maxa. Nie przemawia do mnie mozolna „praca u podstaw”. Lubię rzeczy spektakularne, z hukiem – tylko wtedy czuję, że coś się dzieje naprawdę. W sporcie przekłada się to niechęć do treningów poukładanych, lekkich, regeneracyjnych, czy zwyczajnie dobrych. Nie. Dobry trening to taki, po którym czuję się wyżęty jak szmata do podłogi i trzęsą mi się ręce pod prysznicem.
Takie treningi lubię. Innych nie szanuję.
A to błąd.

Kontuzji łydki dorobiłem się brakiem umiaru. Każdy trening, na który wychodziłem musiał mieć „coś ekstra” – lepszy czas, większy dystans, trudniejsze warunki pogodowe, wariacka pora dnia – cokolwiek, byleby by to nie był „zwyczajny” bieg. Nie interesowały mnie „średnie” wyniki – zawsze musiało być wyjątkowo, zawsze coś więcej.
Świadomie ignorowałem ból.  „No pain, no gain” powtarzałem sobie w duchu. Naczytawszy się Scotta Jurka, czy Chrissie Wellington miałem w głowie obrazy ludzi, którzy biegli pomimo złamań, czy lejącej sie krwi. Wersję ekstremalną przyjąłem jako oczywistą, „że tak w tym sporcie jest”, że nie ma miękkiej gry, że musi boleć. Więc bolało a ja ten ból ignorowałem – zlewałem się z nim i przestawało boleć.

Łokcia tenisisty dorobiłem się dokładnie w ten sam sposób. Nie mogąc biegać z powodu kontuzji nogi, całą energię przelałem na trening „góry”.  Progres był nieprawdopodobny.  Pompki w staniu na rękach, setka podciągnięć – rzeczy, o których do tej pory mogłem pomarzyć nagle zaczęły mi wychodzić. Rozochocony robiłem benchmarki, TABATY, półtorejgodzinne sesje, w trakcie których doprowadzałem się na granicę zmęczenia – wszystko po to, by sprawdzić, czy nie dam rady jeszcze więcej.  Sprawdzanie, gdzie leży granica stało się moim nałogiem. Każdy, nawet najmniejszy progres dawał nieprawdopodobnego kopa. Samopoczucie i samoocena szybowały w stratosferę a ja chodziłem pijany nieustannym sukcesem.
Aż w końcu znalazłem tą granicę.

Najpierw byłem wściekły.
Później próbowałem to wszystko jakoś zracjonalizować.
Aż w końcu rozumiałem, gdzie był błąd.

Gdzieś tam wyczytałem, że „jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening” i ponieważ brzmiało to nieźle, przyswoiłem to sobie bez głębszego zastanowienia.  Z radością wskoczyłem w błędną spiralę nakręcenia i niezadowolenia. Nakręcałem się, gdy coś mi wychodziło i wkurzałem, nie wtedy, gdy nie wychodziło (wtedy miałoby to jeszcze jakiś sens) ale wówczas, gdy robiłem normalny, solidny trening. Bo co to znaczy? Że jestem tylko solidny? Do cholery, nie chcę być solidny, chcę być zajebisty – więc na kolejnym treningu doprowadzałem się do skrajnego upodlenia i czułem się zajebiście.
Do czasu kolejnego „porządnego” treningu.

Założenie, że ” jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening” jest głupie. Totalnie głupie. Do imentu.
Jest to jeden z tych komunałów, które dobrze sprawdzają się w książkach, powiedzonkach, czy powtarzanych przez podwórkowych twardzieli sloganach, ale ni cholery nie przystają do codziennej praktyki. Bo w codziennej praktyce nie jesteś supermanem. Chodzisz do pracy, masz obowiązki, rodzinę, bywasz przemęczony, podatny na wahania ciśnienia – jest pierdylion czynników, które sprawiają, że nie wespniesz się na szczyt swoich możliwości.
I co, skoro nie możesz pobić rekordu, to znaczy, że nie ma sensu ćwiczyć? Że wolno deprecjonować swój wysiłek?

To jest tak durne, że aż się wierzyć nie chce, bo idąc tym tropem myślowym, skoro Rolling Stonesi wydali kilka słabszych albumów to są przeciętnym zespołem rockowym?
Znaczy się, że „Satisfaction”, czy „Paint it black” są do wyrzucenia na śmietnik?
No bez żartów…

Moim ulubionym zawołaniem było „rozsądek jest dla mięczaków”. Niestety, rozsądek jest dla tych, którzy chcą czerpać radość ze sportu. Jasne, zaraz ktoś przytoczy przykład (bodajże) Francuza, który codziennie robi ironMana, czy innej babki, która codziennie biega maraton. Fajne to i spektakularne, tylko, jakim kosztem? Póki co oboje są zdrowi, ale pamiętajmy, że „dopóty dzban wodę nosił…”

Mi też się wydawało, że jestem niezniszczalny, że progres będzie nieprzerwany, że nieustanne sprawdzanie swoich granic będzie uchodziło mi płazem (w końcu uchodziło przez tyle miesięcy) – aż okazało się, że dupa blada, że nie da się bez przerwy balansować po krawędzi, bo się któregoś dnia człowiek z niej zwyczajnie spieprzy.

Lekcja ostatnich miesięcy jest taka, że nie da się na dłuższą metę jeździć po bandzie. Najlepiej jest wypieprzyć wszystkie książki o bieganiu, zapomnieć wszystkie slogany, przestać nastawiać się na wyniki i zająć się czerpaniem przyjemności.
Przede wszystkim przestać robić sobie ciśnienie. Ciśnienie na efekty, rekordy, czasy, dystanse. Przestawić w głowie zakładkę „wyniki” na zakładkę „przyjemność” i nie uzależniać jednego od drugiego. Zapomnieć o opcji „lepszy/gorszy”. Wypieprzyć całe wartościowanie, dzienniki treningowe, plany, ambicje.
 
Wyresetować to wszystko w pizdu i zacząć od nowa.
Dla zwykłej, czystej przyjemności.

Ile kosztuje kontuzja

Kontuzje zwykle kojarzą się z odstawką od sportu. Człowiek nagle dostaje szlaban na ulubioną aktywność i wydaje mu się, że gorzej być już nie może. Jest rozżalony i sfrustrowany – jak dziecko, któremu zabrano ulubioną zabawkę.
Kiedy przejdzie pierwsza fala złości, przychodzi pogodzenie się z faktem: ok, przeholowałem i muszę swoje odsiedzieć. Siada więc człowiek i czeka, czeka, cholera go od tego czekania bierze a kontuzja albo nie chce przejść, albo odnawia sie przy byle okazji. Wtedy zaczyna myśleć o pójściu do fachowca. Nie ortpedy-specjalisty od wszystkiego i niczego, tylko specjalisty z prawdziwego zdarzenia.
Prywatnie.

Gdy dorobiłem się łokcia tenisisty, specjalista od USG, który to zdiagnozował powiedział mi, że czekają mnie 2 miesiące odstawki od jakichkolwiek ćwiczeń siłowych na ręce. Troszkę mnie to podłamało, bo w połączeniu z kontuzją podudzia oznaczało to kompletne odstawienie od sportu. Aby przyspieszyć powrót na treningi postanowiłem pójść do fizjoterapeuty. Prywatnie, za kasę – bo  z ramienia prywatnej służby zdrowia czekałbym kilka miesięcy, zaś o państwowej nawet myśleć nie chciałem.

Na pierwszej wizycie, która w Warszawie kosztuje stówkę z hakiem, dowiaduję się, że są kontuzje, które nie przechodzą same z siebie. Ale jak to? Przecież ortopeda mówił, żeby nie uprawiać sportu, że powinno samo przejść. No mówił, mówił – ale to był ortopeda ogólny a nie lekarz sportowy – a ortopedzi ogólni są… „ogólni”  i „ogólnie” się znają.
„Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć…”

Z okolicą łokcia problem jest taki, że jest słabo ukrwiona, a ponieważ krew dostarcza wszystkie składniki pomagające w regeneracji, składników tych jest tam mało i proces „samoczynnego” gojenia trwa około roku. ROKU ODSTAWKI OD SPORTU. Przyspieszyć ten proces można rehabilitacją, czyli masażami zwiększającymi ukrwienie  (czyli prowokowaniem większych dostaw „naturalnych surowców odbudowujących uszkodzenia”). Standardowy czas wspomaganego rehabilitacją powrotu do zdrowia to ok 1,5 miesiąca przy dwóch sesjach rehabilitacyjnych tygodniowo. Zakładając, że miesiąc to 4 tygodnie dostajemy 12 spotkań z rehabilitantem po ( w uśrednieniu) stówce sztuka czyli 1200zł samej reahabilitacji.
A to nie wszystko.

Do tego trzeba doliczyć koszt prywatnego USG, kompresów żelowych do robienia okładów, stabilizatorów na łokieć, wałków do masażu – wszystkiego razem uzbiera się jakieś półtorej kawałka.
Poza kasą doliczamy też dojazdy na reahabilitację –  czyli czas, którego jako rodzic mam wiecznie za mało oraz, koniec końców, furę związanych z tym nerwów, bo przecież poza rehabiltacją jest jeszcze praca, dom, dziecko, różne wydarzenia losowe –  i wszystko to trzeba jakoś pospinać do kupy.
I jeszcze wyspać się w międzyczasie.

Jak widać z powyższego, kontuzja jest sprawą zupełnie nieopłacalną.
Odebranie przyjemności z ćwiczenia, fura kasy wydana na leczenie – moim zdaniem to zdecydowanie zbyt wysoka cena, jak za kilka endorfinowych strzałów.
Niestety, nauka ta (jak każda solidna nauka w tych czasach) słono kosztuje.
Płać i płacz, ojciec.
Ojciec płać…