Nie jesteś sportowcem

Klasycznym obrazek z CrossFitu: Przychodzi nowy, nieopierzony, z deczka jeszcze zahukany i potykający się o piłkę lekarską. Mija kilka miesięcy, niech to będzie  nawet pół roku, czy rok – i ów (już nie taki) zahukany nowicjusz, który Froningów w Internetach i kolegów na zawodach się naoglądał, bierze się za bicie rekordów.
A co w tym złego – ktoś zapyta –  przecież w ciągu roku można sporo się nauczyć!
Na pewno?
No to policzmy.

Prawo jazdy na sztangę

Załóżmy, że robisz te swoje 3-4 treningi w tygodniu. W skali miesiąca jest tego sztuk 15, w skali roku 180 godzin treningowych. Czy w trakcie tych  godzin non stop szkolisz się ze sztangi? Nie. Robisz rozgrzewki, burpeeski, podciągasz się, skaczesz – raz są kettle, raz cardio, raz jeszcze coś innego. Konkretnej roboty ze sztangą jest ok godziny tygodniowo (jak chodzisz na CrossFit a nie podróbkę w fitness klubie, gdzie sztang jest 2-3 razy mniej, niż osób na zajęciach). W ciągu roku zaliczasz więc około 50ciu godzin pracy z ciężarami sensu stricte.

Aby zostać dopuszczonym do egzaminu na prawo jazdy, należy wyjeździć 40 godzin z instruktorem. Czy po tych 40 godzinach kursant umie jeździć? Skądże znowu. Po 40 godzinach to przechodzą ataki paniki przy samodzielnym odpalaniu silnika i człowiek dopiero zaczyna uczyć się jeździć. Po roku regularnej jazdy można powiedzieć, że jako tako ten samochód ogarnia – ale nikt nie powie, że ma dość wiedzy i doświadczenia, by brać się za bicie rekordów i popisy na szosie.

Porównanie ciężarów z jazdą autem nie wzięło się z przypadku –  obie czynności, aby były wykonywane bezpiecznie,  wymagają dużego stopnia „zautomatyzowania” – muszą wejść w krew, stać się nieświadome. Obie też są dynamiczne, wymagają szybkich i precyzyjnych zachowań a chwila nieuwagi może mieć dramatyczne konsekwencje.
Skoro więc zgadzamy się, że po 40 godzinach jazdy z instruktorem człowiek jest w stanie co najwyżej samodzielnie wsiąść do samochodu i nie rozbić się na pierwszym słupie, skąd bierze się przekonanie, że po kilkudziesięciu godzinach z gryfem jest gotowy na podchodzenie do ciężarów maksymalnych?

Obiecanki cacanki

Jednym z największych kłamstw, jakie sprzedaje się fit-kursantom jest to, że szybkim czasie zrobi się z nich sportowców. Już sama nomenklatura jest mocno aspirująca-  „atleci”, niby z amerykańska, ale na wzór siłaczy ze starych czasów, gdy jedną ręką podnosili cielaka a drugą maciorę z młodymi u cyca.

Niestety,  z CrossFitem (oraz krosfitnesem i całą resztą podróbek) i robieniem sportowców z Kowalskich jest podobnie jak z tym dowcipem: „kobieta może uczynić milionerem tylko tego mężczyznę, który już jest miliarderem”.
CrossFit uczyni cię zajebistym w krótkim czasie, ale tylko wtedy, gdy już jesteś w  co najmniej porządnej formie. W przeciwnym wypadku szykuj się na długą i mozolną pracę.

Jeśli jesteś typowym Kowalskim, CrossFit nie zrobi z ciebie sportowca ani w pół roku ani w rok. W pół roku to co najwyżej wyjdziesz z poziomu „ciemna dupa” na poziom „nie zabiję się kettlem„. Jasne, podskoczy ci wydolność tlenowa (kochane burpeeski) zrobisz kilka pierwszych podciągnięć siłowych, może nawet kilka cięższych martwych ciągów – ale to nie czyni cię sportowcem.
Na pewno zrzucisz parę kilo a koledzy i koleżanki będą patrzeć na Ciebie jak na kosmitę, bo dla nich wyzwaniem jest wycieczka po batonik do sklepu na parterze biurowca- ale to nie znaczy, że jesteś gość.
Wciąż jesteś początkujący –  jak ten kursant na prawo jazdy.

Jesteś diamentem!

Żyjemy w kulturze chwalenia za byle bzdurę i przesterowanych ocen. Wszystko jest „epickie”, „zaorane”, „zmasakrowane”. Wg tej skali każdy, kto rusza tyłek sprzed komputera od razu staje się sportowcem a kto nie rozbija sobie głowy gryfem ten się bierze za  rekordy…

Słabą technikę podczas robienia PRów argumentuje się słowami „ale czego się spodziewałeś, przecież to  mój ciężar maksymalny”.
Szczerze?
Oglądając podejścia do PRów z żelastwem spodziewam się techniki co najmniej na szkolne 4, ponieważ zakładam, że skoro bierzesz się za maksymalne, jak na swoje możliwości ciężary, to masz technikę opanowaną na tyle, że możesz do tematu podejść bezpiecznie, że jesteś pewien/pewna ruchów – znasz je na pamięć, wykonujesz bez zastanowienia a obecne podejście jest tylko wisienką na torcie, ukoronowaniem ciężkiej pracy a nie liczeniem na farta.

Jeśli do maxa podchodzisz bez gruntownego przygotowania, na zasadzie „a nuż się uda”, to moim zdaniem jesteś zwyczajnie głupi. Uważasz że przesadzam i hejtuję? To zastanów się, jak  nazwałbyś niedoświadczonego kierowcę, biorącego się za bicie rekordów prędkości na autostradzie…

Gen samozniszczenia

Na naszych oczach CrossFit staje się ofiarą swojej ideologii – elite fitness dla wszystkich. Nie ważne kim jesteś – my zrobimy z ciebie herosa. Przychodzą więc ci hero-wannabees na zajęcia, oczami wyobraźni widzą siebie w glorii i chwale i co ten biedny trener ma im powiedzieć? Że przez najbliższy rok będą orać podstawy i doprowadzać do używalności nieistniejącą mobilność?
Jeśli jest odpowiedzialny i traktuje swoich podopiecznych poważnie – to niekoniecznie im to powie, ale tak właśnie zrobi. Tu i tam pozwoli na małe sukcesy, ale nie dopuści, by porywali się na rzeczy, do których nie są przygotowani i będzie pracował nad zrobieniem z nich normalnych, sprawnych ludzi.

Kłopot zaczyna się, gdy kursanci trafiają na trenera, który mówi im to, co chcą usłyszeć i pozwala na igranie z własnym zdrowiem…

Rozmowa z lustrem na trzeźwo

Brak pokory i szczerości wobec samego siebie to chyba największy „grzech” popełniany przez CrossFitterów. Rwiemy się do tych PRów, sadzimy te kasztany byleby tylko przeskoczyć na „wyższy level” i dopiero, gdy nas na tych kasztanach nakryją, gdy ktoś głośno zapyta „człowieku, co ty robisz” zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno nie idziemy na skróty.
A powinno być odwrotnie!

Zanim pomyślisz o sobie, jako o sportowcu gotowym do mierzenia się z maxem swoich możliwości, odpowiedz sobie szczerze, ile  potrafisz. Ile godzin z danym ruchem przepracowałeś, jak dobra jest twoja technika. Czy podchodząc do np. rwania zastanawiasz się nad każdym ruchem, czy  też wykonujesz je instynktownie. Pamiętaj, że z ciężarami jak z szybką jazdą samochodem –  chwila nieuwagi i może skończyć się tragicznie.

Może Cię to zaboleć, możesz poczuć się urażony, ale nie jesteś sportowcem trenując po kilka godzin tygodniowo. Po prostu nie jesteś. To, że 3-4 razy w tygodniu przez godzinę się spocisz, że masz polajkowane sportowe profile a każdą wolną chwilę spędzasz czytając materiały z CrossFit.com nie sprawia, że prowadzisz sportowy tryb życia. Spójrz na siebie –  siedzisz na dupie przez większość życia – jaki więc z ciebie sportowiec?

Bardziej Janusz, niż Rysiek

Różnica miedzy zwykłym CrossFiterem a zawodnikiem z czołówki (nawet tej polskiej) polega na tym, że on wymachał grube setki, jeśli nie tysiące godzin i jego technika na co dzień jest jak żyleta –  więc nawet gdy w pośpiechu zawodów, czy przy ciężarze maksymalnym coś mu nie pójdzie idealnie, nadal jest to poziom co najmniej przyzwoity. On ruchy zna na pamięć, powtórzy je wyrwany z łóżka w środku nocy.
A ty nie.

I nie mów mi proszę, że na zawodach nie takie rzeczy uchodzą. Nie porównuj się do tych, którzy robią jako-tako, bo równać trzeba w górę, nie w dół.

 „Elite fitness” to nie tylko maksymalne ciężary, ale też maksymalna technika. Nie daj sobie wmówić, że jest inaczej, choćby Sam Josh Bridges Cię do tego przekonywał.

Słuchaj rozumu, bo gdy się uda, pogratulują Ci wszyscy wokół i lajki z nieba się posypią, ale gdy się rozpieprzysz, każdy przytaknie, że nikt Cię do tego nie zmuszał i nie będzie nikogo, kto Cię w szpitalu odwiedzi.

 

Bling, bling. Mlask, mlask

Święta to dla wielu czas kulinarnej grozy. Przyzwyczajeni do w miarę czystej michy i równie rozsądnego cheatowania wracamy w rodzinne strony, gdzie pojęcie umiaru i zdrowej żywności nie istnieje. Co bardziej bezkompromisowi jadą uzbrojeni we własne pudełka z  jedzeniem, jednak zdecydowana większość z nas poddaje się w rezygnacji wiedząc, że tak się u nas świętuje, taka tradycja i tak już musi być. Trzeba jakoś przeżyć te 2-3 dni obżarstwa a potem zwiększy się ilość treningów, zaciśnie pasa, wrzuci ze trzy desperackie memy na fejsa i po dwóch tygodniach wszystko wróci do normy.
Może na plaży nikt nie zauważy…

Idea świątecznego obżarstwa pochodzi z czasów, gdy pożywienie zdobywało się ciężką pracą a głód był zjawiskiem normalnym. Nie, nie mówię tu o mrokach średniowiecza – ale o pierwszej połowie XX wieku. Jeśli nie wierzycie – zapytajcie dziadków –  oni wam powiedzą, jak to naprawdę wyglądało. Nie musicie zresztą pytać dziadków –  zapytajcie rodziców, jak wyglądało zdobywanie jedzenia w PRLu i ile się stało w kolejce po cokolwiek. Poszukajcie w sieci zdjęć pustych sklepów i półek pełnych octu – tak wyglądał nasz świat jeszcze 30 lat temu. Mam to szczęście, że pamiętam wszystko jak przez mgłę, ale nasi rodzice i dziadkowie pamiętają to doskonale.

To, że możemy pójść do sklepu, kupić co chcemy i obeżreć się pod korek to żaden dramat, tylko luksus. Nieprawdopodobny luksus naszych czasów – że jest jedzenie, jest go w bród i jest tak tanie, że w zasadzie każdy, poza osobami naprawdę ubogimi, może się w ten czas nawpieprzać do urzygu.
Luksusem jest też to, że możemy się przejmować „etycznym” pochodzeniem kupowanych jajek, czy mięsa. Luksusem jest czas, który zamiast spędzać na staniu w kolejce za pralką, obskurną meblościanką, czy zwyczajnym kawałkiem wędliny o smaku starego kartonu, możemy poświęcić na bieganie, CrossFit, czy pompowanie bica na siłowni. Luksusem jest to, że możemy narzekać na ceny markowych ciuchów do fitnesu – bo kiedyś nie było nic. KOMPLETNIE NIC.
Była bieda z nędzą, syf i gołoborze.
I wódka na kartki.

Nie piszę Wam o tym, by straszyć kombatanckimi opowieściami, czy wywoływać duchy czasów (mam nadzieję) bezpowrotnie minionych. Piszę o tym, byście pamiętali, że ten wasz fitnesowy dramat, ta katorga którą będziecie przeżywali przy rodzinnym stole to jest luksus. Luksus tak nieprawdopodobny, że się w bani nie mieści. Miejcie więc wyrozumiałość dla babć i mam, które będą was futrowały serniczkami, mazurkami i wszystkim tym, co według nich jest najlepsze a w was budzi poczucie winy. One, w odróżnieniu od was pamiętają NAPRAWDĘ ciężkie czasy i rozumieją, że pełne półki nie są niczym oczywistym.
Że to, co dziś powszechne i ogólnodostępne, może się skończyć z dnia na dzień.

Skończcie więc z tą świąteczną histerią i cieszcie się, że problem przejedzenia jest w te dni największym z waszych problemów. Że stać was na to, by się martwić pierdołami.
To jest luksus –  więc pławcie się w nim, póki możecie.

 

P.S.
To była wersja krótka.
Wersję dłużą, ale na nieco inny temat, znajdziesz tu.

Przyzwolenie na bylejakość

Każdy z nas widział ten filmik, na którym znajomy, tudzież koleżanka chwali się nowym osiągnięciem. Technika co prawda woła o pomstę do nieba, jednak nie przeszkadza to w lajkach i gratulacjach – bo przecież PR to zwycięstwo nad sobą a zwycięzców nikt nie rozlicza.

Powszechna ślepota

Niby wszyscy wiemy, że dźwiganie bez poprawnej techniki jest groźne, ale nikt tego głośno przy okazji koślawego PRu nie powie. Zdarzyło mi się kiedyś zwrócić przy takim, dość słabym filmiku uwagę, że owszem, cieszę się szczęściem autora, ale lepiej żeby popracował nad techniką, bo to prosta droga do kontuzji i w efekcie oberwało mi sie od hejterów. Tymczasem hejtowanie było ostatnim, co miałem wówczas na myśli, ponieważ a) filmik był autorstwa kolegi, którego lubię, więc interes w hejtowaniu miałem żaden; b) sam się kiedyś załatwiłem w identyczny sposób i zwyczajnie chciałem go przed tym przestrzec. Jednak jak to zwykle w internecie bywa – ludzie wiedzą lepiej, co autor chciał powiedzieć i ochoczo przyklejają łatki hejterów.

Pamiętajmy, że takie filmiki idą w świat, że ludzie to oglądają i widzą, że za biedne technicznie rzeczy zbiera się pochwały.
I naśladują to.

Moim zdaniem za biedne technicznie PRy należy ganić a nie chwalić. Jeśli koleżka robi martwy ciąg na srającego psa, albo tańczy pod zarzuconą sztangą –  to trzeba mu o tym powiedzieć. Opieprzyć za igranie z wózkiem inwalidzkim – niech ma świadomość tego, jak blisko był zrobienia sobie krzywdy na resztę życia. Jasne –  to jego zdrowie i jego wózek –  ale pamiętajmy, że takie filmiki ogląda nie on jeden, że to idzie w świat, że ludzie to oglądają i widzą, że za chujowe rzeczy zbiera się pochwały.
I naśladują to.

Piątka na zachętę

Za swojego pierwszego Muscle Upa, który był tak koślawy, że aż wstyd, dostałem od trenera gratulacje. Wiadomo –  zajarka, pierwszy sukces –  ale teraz, z perspektywy czasu i kontuzji uważam, że zamiast dobrego słowa powinienem wówczas usłyszeć ” Wiesz co, nie rób tego. Widać że nie masz siły, nie ogarniasz ruchów, że gramolisz się na chama. To nie ma sensu, bo w ten sposób tylko krzywdę sobie zrobisz. Idź, trzaskaj stricty i wróć do mnie za miesiąc”.

Gratulacje za koślawy PR są jak pochwała za  tróję na szynach – kompletnie niezasłużone i utwierdzają w przekonaniu, że choć jest byle jak, to jest OK –  bo przecież wszyscy chwalą a skoro chwalą to musi być dobrze. Są demoralizujące, bo pokazują, że nie liczy się jak coś zrobimy, tylko to, że zrobimy w ogóle.
Że nie liczy się technika a odhaczenie kolejnego poziomu.

Fala Hejtu wersja 16.3

Przy okazji krytycznych opinii na temat wykonywanych w 16.3 Bar MU oberwało mi się od hejterów, ludzi którzy szukają dziury w całym i generalnie narzekają. Co mi szkodzi, że gdzieś tam ktoś wgramoli się na drążek tym samym dostając kopa motywacji do dalszej pracy?
Otóż szkodzi –  i to nie mi, bo ja mam to centralnie w dupie, że ktoś tam na drugim końcu świata sadzi kasztany na drążku. Szkodzi CrossFitowi jako całości. Puszczając w świat sygnał pt „nie ważne jak chujowo robisz, ważne że zrobisz” walimy w fundament CrossFitu i zaprzeczamy  sami sobie. Z jednej strony powtarzamy, jak ważna jest technika oraz, że to nie CrossFit jest kontuzjogenny, tylko ego i „bad coaching” –  a chwilę później bijemy brawo dla kogoś, kto napędzany tym ego pogwałcił wszystkie zasady poprawnego obchodzenia się z drążkiem. Przecież to jest totalna hipokryzja!

Ktoś powie, że to tylko jeden raz, na zachętę, że dzięki tej zachęcie ów człowiek weźmie się za technikę i zacznie robić poprawne  bar MU. Otóż nie. Chwalenie za PR z chujową techniką, jest jak chwalenie otyłego maratończyka za to, że doczłapał do mety w limicie siedmiu godzin. To chwalenie za coś złego i nieodpowiedzialnego. Wbijmy to sobie w końcu do głów i przestańmy nagradzać za dobre chęci i hart ducha, bo ani jedno ani drugie nie uchroni przed kontuzją a czasem wręcz jej sprzyja.

Chwalenie za PR z chujową techniką, jest jak chwalenie otyłego maratończyka za to, że doczłapał do mety w limicie siedmiu godzin – to chwalenie za coś złego, nieodpowiedzialnego i zwyczajnie głupiego.

Robiąc Muscle Upy bez techniki, ale z dużą dozą ambicji rozwaliłem sobie bark – no bo jak to, raz weszło a teraz nie chce? Raz weszło przypadkiem. PRZYPADKIEM –  i ktoś mi to powinien był powiedzieć, bo sam byłem zbyt zajarany sukcesem by trzeźwo mysleć. Trener, znajomi, ludzie oglądający filmik – ktokolwiek. Tymczasem lajki i gratulacje dawały kopa do kolejnych desperackich prób, co w połączeniu z zajobem radości z „opanowania” nowego skilla spowodowało, że jechałem aż się zajechałem. Koniec końców Muscle Upa nauczyłem się dopiero po dwóch kontuzjach i miesiącach żmudnego ciśnięcia strictów.

Płynąca z pierwszego, nieporadnego PRu motywacja do pracy nad techniką jest żadna – bo pierwszy PR jest bezmyślny i bezrefleksyjny. Jest jak eksplozja radości, która odbiera zdolność racjonalnego oceniania swoich możliwości. Bo w końcu się udało –  więc już umiem.

Lajkuj albo spierdalaj

Rzecz jasna, trzeba umieć rozróżnić totalnego kasztana od drobnych niedociągnięć. Jest to rzecz oczywista, ale wielu czytelników zdaje się o tym zapominać –  więc na wszelki wypadek zaznaczam.
Bez względu jednak na to, czy ktoś posadzi totalnego kasztana, czy tylko trochę mu sie ręka omsknie, warto dać konstruktywną uwagę w stylu „fajnie, cieszę się, ale – i tu podać co poszło nie tak”. Nie chodzi tu o dosrywanie, czy psucie radości, ale konstruktywne informacje z boku, których zajarany sukcesem człowiek nie widzi.

Niestety, w naszej neurotycznej kulturze pokutuje znana z Karguli i Pawlaków postawa „kochaj albo rzuć”, którą na potrzeby CF Community można przetłumaczyć jako „lajkuj albo spierdalaj”.
Nie umiemy konstruktywnie krytykować i przyjmować krytyki a każde „ale” traktujemy jako atak frontalny i sygnał do bitki. W takiej kulturze nie ma miejsca na rzeczową dyskusję, jest za to dużo miejsca na kiszenie się w poczuciu własnej zajebistości.

Problemem CrossFitowej społeczności jest podwójny standard, wedle którego wszyscy chcemy być wzorowymi uczniami, ale jaramy się tróją na szynach

Lajkowanie koślawej techniki i przybijanie „BroRepów” jest nie tylko domeną „zwykłych” krosfiterów, którzy (tu zakładam opcję naiwną) z racji braku doświadczenia mogą nie zauważyć braków i pochwalić coś mizernego, ale też trenerów, którzy z racji pełnionej funkcji powinni pilnować jakości rodzimego krosfitu. Pamiętam jak oglądając filmiki eliminacyjne na jedne z zawodów trafiłem na takiego Snatcha, którego ciężko nawet Snatchem nazwać – kompletny obraz nędzy i rozpaczy. Nie Snatch mnie jednak zbulwersował, bo sam pewnie nie lepsze kasztany sadziłem, ale dobiegający zza kadru głos trenera, który krzyczał „Zajebiście!”. To była prawdziwa nędza – że instruktor z CF LVL1, zamiast powiedzieć „zwolnij, popraw to, uważaj bo sobie krzywdę zrobisz” dał swojej podopiecznej sygnał że jest zajebiście, że robi tak jak powinna – choć była na prostej drodze do zrobienia sobie grubej krzywdy.

Pobożne życzenia

Uważam, że dla własnego dobra powinniśmy być wobec siebie szczerzy i przestać pochwalać jeden drugiego za koślawe PRy –  bo tylko dzięki temu dostaniemy feedback, który przełoży się na długotrwały sukces oraz zaoszczędzimy sobie kłopotów ze zdrowiem. Tylko w ten sposób staniemy się lepsi. Przestańmy więc kultywować kulturę hipokryzji, w której z jednej strony mówimy o technice a później pochwalamy bidę z nędzą. Przestańmy oszukiwać ludzi, że robią coś dobrze w sytuacji, gdy robią coś źle – jasno mówmy „jeśli będziesz robił w ten sposób – zrobisz sobie poważną krzywdę”.

Miejmy odwagę cywilną powiedzieć, co naprawdę myślimy i róbmy to w sposób cywilizowany. Na początku nazwą nas hejterami, ale jeśli sami siebie nie będziemy uczciwie oceniać, wkrótce zlejemy ze znanym z fitness klubów produktem krosfitopodobnym. Przestaniemy być wiarygodni i, wzorem Stanów Zjednoczonych, staniemy się niewolnikami politycznej poprawności.

Punktować należy rzeczy ewidentne – takie, po których widać rażące braki w podstawach, ciężar ponad siły albo zwyczajną głupotę.

Dla osób myślących jest to oczywiste –  ale na wszelki wypadek to napiszę. Nie chodzi mi o chamskie krytykowanie ludzi, którym brakuje ciut-ciut, którzy prawie mają wymarzony PR i robią go na szkolne 4 z minusem. Punktować należy rzeczy ewidentne – takie, po których widać rażące braki w podstawach, ciężar ponad siły albo zwyczajną głupotę.

Amunicja dla hejterów

Gdy Internet roi się od zalajkowanych przykładów marnej techniki, gdy na profilu CF HQ można obejrzeć promowane filmiki z nieporadnym gramoleniem na drążek – jak wtedy bronić CrossFit przed hejterami? Jak zbijać argument, że w CF można ćwiczyć na odpierdol, byle się człowiek porządnie spocił? Nie ma jak! Lajkując filmiki z mizerną techniką sami dajemy amunicję krosfitowym hejterom. Sami potwierdzamy ich opinię, że nie ważne jak, ważne żeby było.

Pamiętajmy zatem, że

Lajkując chujowe PRy rzucamy sobie sztangą we własną stopę –  a z połamaną nogą ciężko robić krosfit.

 

obrazek w nagłówku pochodzi ze strony: http://bodiesbymahmood.com/

Nie musisz być zajebisty

Obserwuję publikowane w sieci filmiki, na których CrossFiterzy – amatorzy z całego świata robią swoje pierwsze Bar Muscle Upy i włos mi się na głowie jeży. Takiego festiwalu pokracznej techniki nie widziałem od czasu, gdy przestałem oglądać „fail compilations”. Nie technika jest tu jednak problemem – bo każdy z nas sadził kasztany a niektórzy sadzą nadal. Problemem  jest zachęcanie i motywowanie ludzi do wykonywania rzeczy, na które ewidentnie nie są przygotowani. Stwarzanie atmosfery przyzwolenia do igrania z własnym zdrowiem i robienie z tego powodu do dumy.

Żyjemy w kulturze odhaczeń i zaliczeń, w której nie chodzi o to, by coś przeżyć i posmakować, tylko o to, by móc powiedzieć „ja też”. Świetnym tego przykładem jest maraton – każdy biegacz, może poza tymi absolutnie początkującymi, których największym marzeniem jest wcisnąć się w dżinsy z ubiegłego roku, chce przebiec „królewski dystans”. Już sama nazwa wali w dekiel – królewski dystans, przebiegnij go a poczujesz się jak król. Biegną więc wszyscy, przygotowani czy nie, ale biegną –  bo każdy chce być królem – i jak już wszyscy go pobiegną to nagle się okazuje, że ten „królewski dystans” to żadne wielkie halo – bo co to za królewskość, którą każdy na imprezie już zaliczył?

Maraton stał się czymś, co wypada przebiec, żeby nie było wiochy w towarzystwie. Biegasz? No biegam. To ile miałeś na maraton? No… Jeszcze nie pobiegłem… I fiuu, cała mozolnie budowana pozycja w grupie wali się w gruzy. Bo co to za biegacz, co maratonu nie pobiegł…

Fetysz kółek, fetysz drążka

Podobnie jest z Muscle Upem –  może nie na taką skalę, bo szczęśliwie CrossFit nie jest jeszcze tak popularny, jak bieganie – ale ogólnie ciśnienie jest straszne. Każdy chce  zrobić Muscle Upa, bo raz że widowiskowo to wygląda a dwa, że jest jakimś tam progiem, za którym zaczyna się „prawdziwy CrossFit”.
Tylko czy naprawdę coś się tam zaczyna?

O Muscle upie obszerniej pisałem jakiś czas temu –  więc nie będę się powtarzał. Generalnie chodzi o to, że jeden Muscle Up CrossFittera nie czyni. To że raz, na świeżaka, z żyłką na czole i naciągniętym barkiem wgramolisz się na te kółka, czy inny drążek, nie zmienia nic. Owszem, możesz poczuć zajarkę, złapać trop, poczuć krew i dostać kopa do dalszej pracy, ale pierwszy Muscle Up, podobnie jak pierwszy maraton, z ogólnosportowego punktu widzenia nie zmienia nic i jako taki nie jest wart, by dla niego ryzykować zdrowiem.

Gdy ukończyłem swój pierwszy maraton, największym zaskoczeniem było to, że nic, ale to ABSOLUTNIE NIC w moim życiu się nie zmieniło. Portale internetowe pełne są opowieści o tym, jak to po przekroczeniu mety maratonu stajesz sie kimś zupełnie innym – zahartowanym w bólu herosem. Tymczasem ja po maratonie wróciłem do domu, wziąłem prysznic, wypiłem sześć piw przy ognisku a nazajutrz poszedłem do pracy taki sam, jaki z niej wróciłem trzy dni wcześniej.
No, może ździebko skacowany…

CrossFit przed i po Muscle Upie również jest taki sam.  To samo jest zmęczenie, ta sama radość z PRów i przepocone po treningu gacie też śmierdzą tak samo. Owszem –  możesz robić treningi bez skalowania i dopisać sobie RX przy wyniku – ale żeby ten Muscle Up robił jakąś wielką różnicę w codziennych treningach to nie zauważyłem.
Poza tym, od pierwszego Muscle Upa do Muscle Upów wplatanych w regularne treningi to naprawdę dłuuuga droga jest – więc nie dajmy się zwariować.

„…My z synowcem na koń i jakoś to będzie…”

Odnoszę wrażenie, że byt wielką wagę przywiązujemy do rzeczy spektakularnych, wielkich jednorazowych osiągnięć a za mało jest w tym wszystkim mozolnej pracy  u podstaw. Zamiast konsekwentnie dziubać stricty na kółkach, podciągnięcia z obciążeniem i głębokie dipy, rwiemy się do gumy, boksa, czegokolwiek, co ułatwi nam zrobienie tego wymarzonego ruchu. I nieważne, że będzie to na wspomaganiu, skalowaniu, na siłę i na chama –  ważne że będzie i zostanie odhaczone. Choć brakuje nam techniki walimy te dropsy na sztangę. Choć biegamy jak paralitycy, startujemy w maratonach.
Bo RX, bo „prawdziwy” krosfit, bo grono „tych lepszych”…

Nic nie musisz

Jako sportowiec amator nie musisz biegać maratonów i robić Muscle upów, bo bez nich też możesz czuć się świetnie, mieć zajebiste wyniki i powody do zadowolenia. Możesz być zdrowszy, sprawniejszy, bardziej podobać się sobie i dziewczynom na plaży – to wszystko da się osiągnąć bez spektakularnych ruchów i ryzyka kontuzji. Trzeba tylko trochę czasu i cierpliwości.
To, że na tablicy w boxie nie dopiszesz RX przy nazwisku to nic nie znaczy –  bo RX nie został stworzony z myślą o nas, maluczkich, robiących krosfit po godzinach w korporacji. RX powstał z myślą o wymiataczach i jeśli ktoś z twoich „zwyczajnych” znajomych jedzie na RX to nie znaczy, że ty jesteś lebiegą, tylko że on jest zajebisty.
A ty nie musisz być zajebisty.
Nikt nie musi.

Be More Human

Mój CrossFit i ogólnie rzecz biorąc mój sport to przede wszystkim dobra zabawa. To moja godzina w ciągu dnia, mój wentyl bezpieczeństwa, moje dobre samopoczucie i moje małe PRy. Coś się uda –  to świetnie; coś nie uda – znaczy trzeba jeszcze popracować. Bez ciśnienia, bez napinki, bo nic nikomu nie muszę tym CrossFitem udowadniać.
To ma być najlepsza godzina dnia a nie powód do frustracji.

Nie twierdzę, że mój CrossFit musi być twoim CrossFitem. Mamy różne plany, ambicje, życiowe możliwości i każdy gra o swoje małe Carson. Rzecz w tym, by nie dać się opętać do tego stopnia, by przysłoniło zdrowy rozsądek i odebrało radość.
Bo koniec końców nieistotne jest na jakim RX lecisz i jakie wyniki logujesz. Liczy się Twoje zdrowie i dobre samopoczucie na co dzień.

 

Obrazek pochodzi ze strony http://competitorstraining.com/

Isopure Aminos -Koksowanie w klasie Premium

Pierwszy kontakt z suplami od Pakera ze smoczej jamy nawiązałem drogą poczty pantoflowej. Znajoma z Torunia tak długo zachwalała mi pewne białko, aż w końcu się skusiłem, wyprułem podszewkę z portfela i odjechałem jak papamobile.
Java –  cóż to było za białeczko…
Dlatego, gdy nadarzyła się okazja zrecenzowania nowego specyfiku od aptekarza z Krakowa nie zastanawiałem się ani chwili. Wszyscy lubimy dostawać trofiejki –  a już blogerzy lubią najbardziej –  a już naj naj bardziej to lubią wtedy, gdy są to prawdziwe sztosy.
Sytuacja była jak z czeskiego terminatora – Opór je marny…

Pierwszym, co się rzuca w oczy jest „uczucie Premium”. Wiem, brzmi to jak najdurniejszy tekst marketingowy z czasów świetności kabaretu Mumio, ale nic nie poradzę na to, że pudło Isopure jest zwyczajnie stylowe. Zajebiście wręcz stylowe. W czasach, gdy pudła z koksem wyglądają jak beczki z radioaktywnym szlamem, albo pakowane są w zwykłe plastikowe torebki, Isopure postawiło na User Experience i w efekcie pudełko z aminokwasami w porównaniu z konkurencją wygląda jak iPhone w zestawieniu z Nokią 3210.

Combo2

No, ale nie dla oglądania człowiek aminokwasy bierze –  liczy się efekt. O tym ciężko jest mówić, bo regeneracja, jak wiemy, opiera się nie tylko na braniu koksów, ale też spaniu, misce dobrego żarcia, poziomie stresu – składowych jest wiele i nie ma takiego legalnego specyfiku, który by przeskoczył np. chroniczny niedobór snu. Nie mogę więc napisać, że odkąd biorę Isopure wstaję rześki jak skowronek i nic mnie nie boli –  bo akurat boli –  ale to dlatego, że nam córka w nocy do łóżka włazi i kopie przez sen.
Taki lajf ojca – nic nie poradzisz 😉

Z informacji na opakowaniu wynika, że w pudełku jest wszystko, co trzeba: Tart Cherry na stany zapalne i odbudowę mięśni po treningu, Theanina na relaks i uspokojenie, witamina C na odporność i 5 gram BCAA na działkę 10 gram. Tyle informacji dla farmaceutów. Ja, jako człowiek bez wykształcenia kierunkowego, interesowałem się głównie tym, czy się dobrze miesza, pyska nie wykręca i nie zostawia jakiegoś paskudnego osadu na dnie. Tak, nie i nie. Miesza się ok, choć trzeba dać ze dwie minuty, żeby konsystencja była w miarę gładka (czyt. bez piany) – ale taki efekt wysokiej zawartości BCAA, która „z natury” słabo się rozpuszcza. Smak jest bardzo fajny, bez chemicznego posmaku, nie powoduje zgagi po spożyciu, ZAJEBIŚCIE wygląda w szklance i ogólnie nie ma się do czego przyczepić. Nie zostawia też „obcych” na dnie –  więc odpada podskórny lęk, że suple supelki, ale nie wygląda to najzdrowiej…

moko
Najlepszy sznaps w najlepszej imprezowni w stolicy

Isopure nie jest cudownym specyfikiem „szto by wuj stajał i dziengi byli” i sam roboty za ciebie nie zrobi. Z drugiej strony jednak cisnę te 5-6 treningów tygodniowo, pilnuję snu (z michą bywa różnie) popijam „wiśniówką” i póki co, stare gnaty zapodają jak należy. Tym, co zdecydowanie wyróżnia Isopure na tle wszystkich supli, które do tej pory brałem, jest wspomniany na początku „Premium User Experience”. Nie wiem, może to tylko mój snobizm i słabość do dobrze opakowanych przedmiotów, ale lubię brać do ręki tę stylową puchę, sypać proszek do fajnej szklanki i pić to jak człowiek a nie walić prosto z  shakera.
Niby to głupota, niby drobiazg – a składa się na całościowy odbiór produktu.

Jak to zwykle z suplami ze smoczej jamy bywa – towar jest wysokiej jakości a obsługa pierwsza klasa. Tych, których niepokoi kontakt przez Facebooka śpieszę uspokoić – swoje koksy zamawiałem w ten sam sposób i wszystko dotarło bez problemu. Ten biznes opiera się na renomie, którą spieprzyć łatwo – a raczej nie o to pakerowi chodzi 😉

puszka

I to tyle gadania z mojej strony.
Chętnych i ciekawskich zapraszam do apteki a sam zmykam strzelić wieczornego sznapsa.

prosit!

CrossCore – między pakernią a boxem

Jadąc do trójmiasta na Cross Baltic Challenge wiedziałem, że bez wizyty w lokalnych boxach się nie obejdzie –  w końcu co to za krosfiter, co wyjazdowego WODa nie zrobi? Ponieważ zarówno CF Stocznia, jak CF 3city miałem „odhaczone”, wypadało odwiedzić Cross Core –  było nie było, współorganizatora imprezy, na którą się wybierałem.

wejscie
Krosfitery na prawo, pakery na lewo

CrossCore jest częścią większego kompleksu sportowego, który co prawda rozbity jest na dwa budynki, ale rozmiary ma średniego hipermarketu. W jednym z budynków mieści się fitness klub zaś w drugim, dokładnie naprzeciw, znajduje się sala do CrossFitu oraz treningów bokserskich. Nie wiem, jak w fitness klubie, ale na krosfitach honorowany jest multisport zaś recepcja zaopatrzona jest we wszelakie koksy niezgorzej od stacjonarnego sklepu z odżywkami.

Ponieważ budynek jest duży – to i miejsca do treningu jest dużo. Na moje oko spokojnie może tam wejść kilkadziesiąt osób i trzaskać Burpees ku chwale Grzesia Glassmana. Jednak miejsce to małe miki, bo tego, czego jest naprawdę DUŻO  to jest sprzęt. Co prawda brak assault bike a ergometry są tylko dwa, za to ogólnie rozumianego sprzętu do ciężarów jest srylion pierdylion i jeszcze z górką.
Nie odwiedziłem jeszcze boxa, który byłby tak hojnie wyposażony.

stojaki.jpg
to jakaś 1/5 dostępnego sprzętu

Niestety, ilość nie idzie w jakość – bo sprzęt jest mocno zaniedbany. Chcąc zrobić rozgrzewkowy kilometr na wiosłach musiałem usiąść na ergometrze, pardon my french, tak ujebanym, że aż wstyd. Normalnie bym sobie odpuścił, ale pierwszy raz widziałem taki model wioseł –  więc ciekawość zwyciężyła. Podobnie było z piłką lekarską, która zostawiła na dłoniach warstwę kurzu a całości dopełniły pordzewiałe sztangi.

ergo
Tego ergometru nie używano chyba od zeszłej dekady…

 

reka_po_WBS
Wziąłem do ręki piłkę lekarską…

Jeśli chodzi o zalety CrossCore, to największą z nich jest obfitość sprzętu i miejsca. Sześć stanowisk do liny, trzy stanowiska do dwuboju, dwa RIGi, kamizelki z obciążeniem, worki, piłki takie, śmakie, owakie – naprawdę, sprzętu jest tam od groma i ciężko mi sobie wyobrazić sytuację, w której mogłoby np. zabraknąć sztangi do treningu. Niestety, jest to sprzęt takiej sobie jakości –  i nie chodzi tu nawet o te nieszczęsne sztangi, ale o palpitację serca, o którą przyprawiły mnie kettle, które nie są wykonane z litego żeliwa, tylko mają formę bańki wypełnionej nie wiadomo czym. Momentu, w którym podczas swinga czuję, jak w kettlu się coś przesuwa i zaczynam gubić środek ciężkości, nie zapomnę jeszcze długo…

podesty
Są podesty do dwuboju – można ciskać żelazem

Drugą zaletą jest wypasiona strefa do ćwiczeń gimnastycznych. Dobre kilkadziesiąt metrów kwadratowych powierzchni,  6 stanowisk do liny, dwa do kółek a podłoga wyścielona czymś na tyle miękkim, by ewentualny upadek nie skończył wizytą na pogotowiu. Jak dla mnie są to idealne warunki, by ćwiczyć zaawansowaną gimnastykę i mogę śmiało powiedzieć, że tak dobrze przygotowanej „strefy gimnastycznej” nie spotkałem jeszcze w żadnym boxie.

Trzecią zaletą jest bliskość fit-baru, w którym można zjeść dobrze i relatywnie tanio. Zamiast nosić ze sobą pudełka z żarciem można spokojnie wpaść do baru i za niecałe 20 zł najeść się pod korek.

Ostatnią zaś zaletą jest fakt, że można tam wejść na multisporta, czyli de facto za pół darmo – i to jest argument nie do pobicia.

bar
Dużo, smacznie i relatywnie tanio

Wizyta w CrossCore przywołała wspomnienia sprzed ćwierć wieku, gdy jako jedenastoletni kaczan miałem swój pierwszy kontakt z siłownią. W zasadzie to nawet ciężko nazwać siłownią, bo był to typowy PRLowski dzielnicowy ośrodek sportowy  – parterowy budynek ze sprzętem pamiętającym jeszcze dostatnie czasy Towarzysza Edwarda. Wszystko było brudne, odrapane, pordzewiałe i zakurzone – dokładnie takie, jak otaczająca nas wówczas rzeczywistość. Wtedy zupełnie nam to nie przeszkadzało, bo byliśmy dzieciakami, które w ramach „sportowej soboty” mogły za darmo poczuć się jak Arnold Schwarzenegger, którego namiętnie oglądaliśmy na pirackich, po raz pierdylion n-ty przegrywanych taśmach VHS.
Ćwierć wieku później się wydelikaciłem i wolę bardziej schludne warunki.

sztangi
Prawie jak na osiedlowej siłce

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że głównym problemem CC jest brak pańskiego oka, które jak wiadomo nie tylko konia tuczy, ale też sprawia, że sprzęt jest zadbany i leży na swoim miejscu. CC jest  duże, bogato wyposażone, ma super strefę do gimnastyki, trzy podesty do dwuboju, tor do sanek – spełnia więc wszystkie warunki, by być „miejscówką na wypasie”. Kłopot niestety w tym, że jest też zwyczajnie zaniedbane i wygląda tak, jakby na początku ktoś tam wpompował furę kasy a potem zostawił miejsce samo sobie na łaskę klubowiczów i zatrudnionych pracowników.
A szkoda, bo wystarczyłoby oblecieć kurze, doprowadzić sztangi do porządku i byłby box jak marzenie.

lina
Kącik do gimnastyki jest pierwsza klasa

Wiem, że się powtarzam, ale odwiedziłem już kilkanaście boksów i w żadnym, ale to ŻADNYM nie spotkałem się z sytuacją, by sprzęt był pokryty warstwą kurzu a sztangi rdzą. Sprzęt, nawet jeśli nosił ślady użytkowania, zawsze był w takim stanie, że bez obaw można go było wziąć do ręki. Ale to rzecz oczywista, ponieważ boksy zazwyczaj prowadzą zajawkowicze – ludzie, którzy w CrossFit weszli z pasji, wpakowali w nie swoje kredyty i zwyczajnie zależy im na dostarczeniu produktu jak najwyższej jakości. CC nie jest typowym CF boxem – jest częścią większego fit-kompleksu i to zwyczajnie widać wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami.

sanki
Niby zima a sanki stoją nieużywane

Pomimo ogromu miejsca i obfitości sprzętu, nie sądzę bym kiedykolwiek jeszcze odwiedził CrossCore. Być może trafiłem na złą chwilę, może to sytuacja incydentalna, ale niesmak pozostał i będąc w Trójmieście wolę wpaść do CrossFit stocznia, gdzie nie tylko sprzęt jest zadbany, ale mam też wrażenie, że poza kasą ktoś tam włożył sporo serca –  czyli dokładnie tego, co sprawia że chce się wracać i ćwiczyć.