Koniec Epoki

Mój stosunek do diety można określić jako miłosno – nienawistny. Z jednej strony ignorowałem ją wychodząc z założenia, że cokolwiek bym nie zjadł, wszystko przepalę; z drugiej zaś raz po raz docierały do mnie sygnały, że jest to założenie błędne. Jakbym ostro nie trenował, pewnych efektów osiągnąć nie mogłem. Zawsze byłem „kilka kroków od”. Najpierw mnie to irytowało, potem frustrowało, w końcu nauczyłem się to ignorować – bo przecież nie będę sobie wypruwał flaków w imię zawyżonych standardów.

Gdy wróciłem z urlopu waga pokazała 3 kilo obywatela więcej. Zupełnie się tym nie przejąłem – bo co roku tak wskazywała i co roku w ciągu dwóch tygodni wracałem do normy. Tym razem startowałem z jeszcze lepszej pozycji , bo rozpędzony urlopowymi treningami  byłem w tzw. ciągu, miałem furę energii do ćwiczeń a okres przejściowy związany ze zmianą pracy dawał mi czas na wszystkie treningi, które chciałem zrobić.
Trenowałem po 5 dni w tygodniu – na maxa, z przyjemnością –  dokładnie tak, jak lubię.
Miałem siłę, miałem czas . Było idealnie.

Pierwsza rysa na ideale pojawiła się po tygodniu. Wszedłem na wagę i zobaczyłem na niej dokładnie tyle samo, ile tydzień wcześniej. Halo, zaraz, co się dzieje?  Trenuję jak dziki, alkoholu nie używam, słodkiego nie jem a efektów nie widać – coś tu ewidentnie nie gra. Nauczony doświadczeniem z lutego tego roku postanowiłem spisywać wszystko, co jem.

Kolejny tydzień przyniósł jeszcze większą ( i bardziej niemiłą niespodziankę) –  waga skoczyła do góry.
Spojrzałem w jadłospis – owszem, zdarzyło mi się zjeść jakiegoś loda, czy kawałek ciasta – ale nie dajmy się zwariować. Na treningach wypalam jakieś 4-5 tyś. kalorii tygodniowo, więc małe ciacho tu czy tam nie powinno mi zaszkodzić. Problem musiał być gdzie indziej.

Trzeci tydzień przyniósł zmianę na plus. Spojrzałem w rozpiskę i wszystko zaczęło sie klarować: Mniej  pieczywa,  żadnych słodyczy, ciast drożdżowych, cukru –  i nagle pojawiają się efekty. Kilogram w plecy. Powoli zaczęła do mnie docierać myśl, która gdzieś tam sobie od dawna krążyła, ale nigdy nie brałem jej na poważnie: może problemem nie są te ewidentne fologowania –  ciasta, lody, itp. Może prawdziwym problemem jest to, co niewidoczne i pozornie nieszkodliwie – pieczywo, odrobina dżemu do twarogu, poranna kasza manna. Może dobija nie to, co spektakularne, ale to, co chyłkiem boczkiem sączy się do organizmu? Miało to sens o tyle, że rzeczy spektakularnych pilnowałem,  ponieważ wiedziałem, że są to bomby cukrowe, natomiast „węgla naszego powszedniego” sypałem ile chciałem –  bo przecież ćwiczę i muszę mieć paliwo do funkcjonowania.

Najciekawsza zmiana zaszła jednak w głowie. Do diety zawsze podchodziłem z przymrużeniem oka – raz że nie pasowała mi ze względów ideologicznych, dwa, że lubię sobie pofolgować od czasu do czasu – jest mi to potrzebne dla higieny psychicznej. Po prostu muszę się raz na jakiś czas zresetować, w przeciwnym wypadku czuję sie źle. Tymczasem, zupełnie bez oporów powiedziałem sobie „Dieta”. Nie jakaś konkretna dieta – po prostu pilnowanie węgli, bo to one, jestem o tym przekonany, są głównym powodem tego, że stoję w miejscu.
W zasadzie „dieta” to nieodpowiednie słowo. Nie chodzi mi narzucenie chwilowego reżimu i powrót do starych nawyków. Chodzi mi o coś zupełnie innego – o przestawienie, zmianę nawyków żywieniowych.
Po co? Żeby cieszyć się wynikami treningów i z przyjemnością patrzeć w lustro.

Z jednej strony znam siebie na tyle, by sceptycznie podchodzić do tej zmiany. Jestem, jaki jestem, lubię sobie dać na luz – taki już mój charakter i tego nie zwalczę ( bo i po co?). Z drugiej zaś strony, zmieniam bo chcę. Nie zmuszam się, nie robię tego wbrew sobie „bo muszę wbić się w rozmiar X”. Zwyczajnie chcę, bo gdy pomyślę o profitach z tej zmiany, są one dużo większe od tych, które daje status quo.
Krótko mówiąc: opłaca mi się to.

Myśl o ograniczeniu węgli budzi we mnie lekki niepokój: Jak to będzie z energią, z przygotowywaniem posiłków, z  jedzeniem w pracy. Wszystko stanie się trudniejsze, bardziej uciążliwie, zajmie więcej czasu.  Pewnie będzie też nieco droższe – bo przecież taniej jest kupić jakąś bułę i dowalić cukrem  niż zjeść coś pełnowartościowego. W pierwszych tygodniach na pewno nie będzie lekko, ale wiem, że przywyknę. Traktuję to jak treningowe wyjście ze strefy komfortu – na początku będzie bolało, ale z czasem oswoję to i zacznę zbierać owoce.

Poza niepokojem, dużo więcej w tym ciekawości i takiej ekscytacji, jak tuż przed startem, czy wyczekiwaną podróżą. Idzie nowe, ciekawe; jeszcze nie wiem, czy tam dopłynę, ale jak nie wskoczę to się nigdy nie dowiem.
Zatem siup – na główkę – i przed siebie.
W końcu nie mam nic do stracenia.

Sprawność – Siła – Witalność: jak CrossFit zmienił moje życie

Wiadomość o tym, że na polskim rynku ukazuje się książka o CrossFicie przyjąłem z lekkim sceptycyzmem. Książka o CrossFicie? Ale jak? Po co? Na co? Przekonany, że będzie to CrossFitowa wersja książek o bieganiu – jednej z wielu, które zalegają księgarniane półki  – z automatu przykleiłem jej łatkę „koniunkturalnego chłamu”.
Chłam nie chłam, gdy tylko pojawiła się w księgarniach złożyłem zamówienie i wracając z treningu (CrossFit, a jakże) odebrałem swój egzemplarz. Wróciłem do domu, zrobiłem proteinowego szejka, rozwaliłem się na sofie i… wsiąkłem.

ksiazka_full

Pierwszym, co od razu rzuca się w oczy jest język, którym książka jest napisana. Żywy, prawdziwy, nie stroniący od mięsa ale też nie popadający w gimnazjalny zachwyt nad wulgaryzmami. Od razu czuje się, że autor jest inteligentnym, elokwentnym człowiekiem, który ma do opowiedzenia ciekawą historię. Jest to historia wieloletniego biegacza (maraton w 2:38), triatlonisty, który doprowadziwszy się na granicę kalectwa postanawia dać sobie ostatnią szansę i… Zapisuje się na CrossFit.
Choć leczenie kontuzji CrossFitem może brzmieć  jak próba gaszenia pożaru benzyną, okazuje się, że  w tym szaleństwie jest metoda.
Jaka – tego właśnie dowiadujemy się z lektury.

W historię powrotu do zdrowia, od wraka do kozaka, autor wplata całą masę informacji –  co to jest CrossFit, jaka jest jego geneza, filozofia, jakie założenia treningowe leżą u jego podstaw. Książka, choć nie za gruba (240stron razem ze zdjęciami) jest gęsto usiana informacjami, tak o samym treningu, jak i żywieniu, zapobieganiu kontuzjom, słowem o wszystkim co w CrossFicie istotne.
Co ważne, autor nie pisze jej z pozycji klęczek. Jeśli coś mu się nie podoba, jest kontrowersyjne (jak przypadku sponsoringu przez Reeboka) – pisze o tym bez owijania w bawełnę.

Choć gęsto upakowana informacjami, jest to przede wszystkim historia powrotu do zdrowia. Świetnie napisana historia. Czyta się jak dobry kryminał a fragmenty opisujące walkę na treningach stawiają włosy na sztorc.

Poza CrossFitowymi świrami ( bo ci po książkę sięgną tak, czy owak) powinien ja przeczytać każdy, kto chce zrozumieć, co to takiego ten CrossFit. Dlaczego ludzie, którzy zaczynają chodzić do BOXa zachowują się jak sekta, która nie  mówi o niczym innym, jako WODach, PRach, NOREPach i diecie paleo. Co to są WallballShoty i dlaczego treningi wyglądają na robione na wariata. Gdzie jest technika i czy nie zrobię sobie krzywdy na treningu. Czy CrossFit jest dla mnie, czy dla chorych umysłowo masochistów.
Na wszystkie te pytania  odpowiedź znajdziemy w lekturze, która ma w zasadzie tylko jedną wadę: długi i skomplikowany tytuł.

Książkę  zrobiłem za dwoma, niezbyt długimi przysiadami i z każdą stroną coraz głośniej odszczekiwałem swój sceptycyzm. Okazuje się, że można zapisać 200 stron bez lania wody, uciekania w technikalia, nabijania stron publikacją planów treningowych itp. zagrywkami.  Można napisać coś, co nakręci pasjonatów a krytykom odbierze argumenty. Można dać 200 stron  czystego sportowego mięsa obficie podlanego sosem z potu i krwi – dokładnie tak,  jak na treningu.

Bo książka jest jak dobry WOD – nie za długa, ale konkretna.
Rozgrzewkę i wyciszanie musicie jednak zrobić sami 😉

Stan krytyczny

Wiele lat temu wziąłem udział w warszawskiej masie krytycznej. Był to czas mojej Wielkiej Fazy Rowerowej, gdy poza dwoma kółkami  świata nie widziałem. Byłem młody, narwany i bardzo chciałem zmieniać świat.
Pierwsza masa bardzo szybko mnie ocuciła. Miałem nadzieję, że będzie tak, jak zapowiadano –  wesoła manifestacja obecności rowerzystów w mieście, pokazanie, że też jesteśmy częścią ruchu miejskiego – no ogólnie Pokojowa Wioska Na Dwóch Kółkach. Szybko okazało się, że masa, jak każda masa jest zjawiskiem bezładnym. Tam, gdzie byli organizatorzy, panował jeszcze jako taki porządek, ale w dalszej części „peletonu” trwała wolna amerykanka. Masa, jak każde zjawisko masowe, poza pasjonatami dwóch kółek przyciągnęła cała masę baranów, których głównym powodem uczestnictwa było zrobienie bydła i „pokazanie kto tu rządzi”. Dosłownie. Jak dziś pamiętam  gówniarzy, którzy wjeżdżając innym pod koła cieszyli się, że „teraz im (kierowcom) pokażą”, niech stoją w korkach, bo  „miasto jest nasze” itd. w tym tonie. Jazda była bardzo niebezpieczna, bo co rusz ktoś wykonywał jakiś gwałtowny ruch, nie patrzył  gdzie jedzie bo właśnie odwracał się do kolegi/koleżanki. Koniec końców, przy Placu Bankowym jakiś tłuk wjechał mi w tylne koło, wypieprzyłem się na asfalt, ktoś inny wjechał we mnie kołem, ktoś kolejny przewrócił się o mój rower i pozostaje tylko cieszyć się, że wszystko skończyło się kilkoma strupami.

Pamiętam też wściekłe miny kierowców, którym w piątek po południu utrudniliśmy powrót do domów. Pamiętam doskonale, jak przy skrzyżowaniu Puławskiej z Odyńca  dotarło do mnie, że to kompletnie bez sensu. My tym ludziom nic nie pokazujemy, nic nie tłumaczymy, nic nie manifestujemy. My ich zwyczajnie wkurwiamy i, sądząc po reakcjach i komentarzach rowerzystów, mamy z tego wielką radochę. Cieszymy się z tego, że raz w miesiącu możemy „pokazać, kto tu rządzi”, wkurwić tych, którzy nas wkurwiają.
Odpłacić pięknym za nadobne.

To była moja pierwsza i ostatnia Masa Krytyczna. Opadł mi cały zapał, przeszła chęć na „integrację rowerową”. Masa, którą poznałem była bezmyślna i niebezpieczna.

Rowerzyści, z którymi się stykam (pomijając tych, którzy robią to na poziomie półzawodowym/pasjonackim, bo ci trzymają fason) jako żywo przypominają tych z Masy Krytycznej. Niedzielna jazda rowerem po ursynowskich ścieżkach to sport wysokiego ryzyka – a to snują się 10km/h nieświadomi tego, że blokują jadących za nimi ludzi, a to jadą po dwóch, trzech zajmując całą szerokość ścieżki, a  to zatrzymują się znienacka, stawiają rower w poprzek ścieżki i coś tam sprawdzają, a to skręcają nie zasygnalizowawszy uprzednio, a to znienacka hamują, a to zapierdzielają 30km/h jakby byli na torze wyścigowym…
Niedzielne dojazdy na CrossFit są bardziej wyczerpujące, niż sam trening.

Są też rowerzyści – narzekacze. Głównym powodem do narzekania jest… brak ścieżek rowerowych. Nie dociera do nich, że Warszawa ma najwięcej w Polsce, bo aż 360km ścieżek rowerowych  (drugi w kolejności Wrocław ma ich 214, czyli ponad 1/3 mniej). Jest źle, bo nie jest tak, jak na zachodzie, najlepiej w Amsterdamie, gdzie rowerzysta ma absolutnie pierwszeństwo. Mniejsza już o to, że rozwiązanie holenderskie wcale nie jest takie dobre (byłem tam 5 dni, wiem o czym mówię). Sprawą kluczową jest tu roszczeniowość. BO DLA MNIE JEST ZA MAŁO. Bo nie ma ścieżek pod mój dom i stojaków wszędzie tam, gdzie chcę rower zostawić. Bo nie wszędzie można rowerem dojechać. Bo JA, JA I JESZCZE RAZ JA.
Bo rowerzysta powinien mieć takie same prawa jak kierowca samochodu.
Otóż nie. Nie powinien.

Jestem biegaczem, rowerzystą i kierowcą i z całą stanowczością uważam, że rowerzysta nie powinien mieć takich samych uprawnień jak kierujący samochodem, czy motocyklista.
Dlaczego?
Bo rowerzyści jeżdżą jak barany i są w tym bezkarni.

Aby wsiąść za kółko trzeba zdać egzamin na prawo jazdy, ubezpieczyć auto oraz, co najważniejsze, ponosi się konsekwencje swoich zachowań. Spowodujesz kolizję – płacisz albo idziesz do pudła. Jesteś dorosły i odpowiadasz za swoje zachowania, krótka piłka. Mechanizm ten, lepiej lub gorzej, ale wymusza pewien porządek na drodze (wariatów i frustratów pomijam, bo tych znajdziemy wszędzie, nawet na sankach). Tymczasem rowerzyści jeżdżą jak chcą. Niestety, ale taka jest prawda. Wiem, co widzę jadąc rowerem. Sygnalizowanie skrętu? Respektowanie świateł? A gdzie tam! Owszem, nie wszyscy, ale bardzo wielu jeździ tak, że aż się człowiek za głowę łapie. Ktoś zaraz powie „ale przecież kierowcy też tak czasem jeżdżą”. Owszem, jeżdżą –  i dlatego nie widzę sensu równouprawnienia  nieodpowiedzialnych rowerzystów. Wystarczy tych debili, których już mamy na drogach. Po co więcej? Żeby było „po równo”?

Wypuszczenie rowerzystów na drogi  to pomysł tak durny, że aż się wierzyć nie chce, że komuś przyszedł do głowy. Dlaczego? Bo rowerzysta na drodze oznacza korek. Rowerzysta, nawet ten wysportowany, jedzie ok 40km/h. Standardem jest 20 z kawałkiem. Aby jazda była w miarę bezpieczna, rowerzysta musi jechać z pół metra od chodnika (bo dziury w studzienkach) a kierowca z metr od rowerzysty (na wypadek, gdyby nim zarzuciło). W polskich warunkach drogowych jest to niewykonalne, bo nie mamy takich dróg. Po prostu. Nasze drogi są nieprzystosowane i nie będą, bo nie ma na to kasy, zaś architektura miast jest, jaka jest. Takie są realia i tego nie zmienimy. Jazda rowerem po ulicy to jazda na własne ryzyko, bo takie mamy drogi. Koniec kropka.

Inna kwestia, że rowerzyści są nieprzewidywalni. Gdy jadąc autem mijam rowerzystę nigdy nie wiem, co zrobi. Już parę razy mi się zdarzyło, że w chwili, gdy chciałem go wyprzedzić zarzuciło nim w moją stronę i musiałem gwałtowanie hamować.
Dobrze, że nikt z tyłu nie wjechał mi w zderzak…

Głównym argumentem przeciwko rowerom na drogach jest fakt, że na rower wsiąść może każdy -nieletni, bez prawa jazdy –  wystarczy za 300 zł kupić rower w hipermarkecie i już można stwarzać zagrożenie na drogach.
A po cholerę nam dodatkowe zagrożenie na drogach? Mało tego, które jest?

Postulat  wydzielenia na jezdni pasów dla rowerów pokazuje, że jego autorzy są oderwani od rzeczywistości nie gorzej od Antoniego Macierewicza. Czy jeden geniusz  z drugim nie widzi, ile pasów mamy na jezdniach?  Zazwyczaj jest po jednej nitce w każdą stronę. Gdy są dwie –  już jest nieźle. Trzy nitki to rzadki luksus. Jeśli z każdej trzypasmówki wydzielimy po jednym pasie dla autobusów i dla rowerów to nasza trzypasmówka zamieni się w jednopasmówkę a to oznacza TAAAAAKI korek.
„No to niech się przesiądą na rowery” –  odpowiadają rowerzyści. AHA! Więc to tak –  niech będzie po naszemu, a komu się nie podoba –  ten niech się dostosuje albo stoi w korkach. Grunt, żeby nam było wygodnie. A niby dlaczego ma być „po naszemu”? Dlaczego ludzie mają jeździć rowerami? A może nie mają w pracy prysznica? A może mają do roboty 20km w jedną stronę? A może dojeżdżają spod miasta? A może zawożą dzieci do przedszkola? A może po pracy jadą na zakupy? A może zwyczajnie i po ludzku nie chcą, bez względu na pogodę drałować rowerem do pracy.
A może po prostu kierowców samochodów jest więcej i ze zwykłego, zdroworozsądkowego punktu widzenia lepiej jest oddać drogę tym, których jest więcej?
Ale rowerzyści są lepsi, bo nie trują.
Otóż trują. Trują dupę i gadają bzdury.

Moim „ulubionym” argumentem rowerzystów jest „pokażmy ile nas jest, będą musieli się z nami liczyć”. Tu już sam nie wiem, czy to bardziej durne, czy naiwne – ale od początku.
Manifestacje w Warszawie to stara śpiewka. Manifestują raz ci, raz tamci. Próbują wywrzeć nacisk, nagłośnić swój problem , zamienić się w punkt zapalny, który trzeba będzie uleczyć (tak myślą). Tymczasem prawda jest taka, że ludzie te manifestacje mają w dupie. Po prostu. Ludzi nie obchodzi, że komuś tam dzieje się źle –  bo mają swoje problemy, swoje „źle”.
Zablokowanie miasta nie sprawi, że nagle zatrzymają się i zadumają nad zagadnieniem; zaczną dociekać co ubodło manifestujących, że posunęli się do zablokowania miasta. Otóż nie. Ludzie się po prostu wściekną, że jeden debil z drugim nie pozwala im po ciężkim tygodniu wrócić do domu/ odebrać dzieci z przedszkola / złapać oddech od roboty. Nie trzeba być geniuszem, żeby zrozumieć, że człowiek wkurwiony nie zastanawia się, tylko ma ochotę dać w pysk. Z wściekłym się nie rozmawia, nie oczekuje od niego analizy.
Mówiąc krótko:  Pokazując „kto tu rządzi” nie dajesz do myślenia, tylko dolewasz do baniaka frustracji. Blokując miasto nie pokazujesz „patrzcie, jest nas wielu, jesteśmy takimi samymi użytkownikami drogi, jak wy”. Blokując miasto wkurwiasz i frustrujesz. Stajesz się wrogiem –  a z wrogiem się nie rozmawia. Wroga się zwalcza.

Ja też chciałbym móc dojechać rowerem w każde miejsce, ale wiem, że tak się nie da. Warszawa jest komunikacyjnym koszmarem, bo takie nasze dziedzictwo PRLu. Tego nie zmienimy. Trzeba by zaorać miasto i zbudować wszystko od nowa –  a to science fiction, na które szkoda czasu.
Chciałbym móc jeździć rowerem po ulicy, ale nie robię tego, bo wiem, że nie ma do tego warunków. Mógłbym na siłę wsiąść i snuć się denerwując kierowców – ale sam bywam kierowcą i wiem, jak denerwujący jest taki snuj po prawej stronie drogi. Chciałby człowiek wyprzedzić –  a nie ma jak – wiec jedzie 20km/h i klnie na czym świat stoi.

Sytuacja jest klinczowa –  każdy chce tego, co mu się „należy”, interesy są sprzeczne ze sobą i zdrowym rozsądkiem – i co teraz zrobić?

Przede wszystkim wyłączyć ego i włączyć myślenie
Zamiast narzekać, że ścieżki rowerowe nie prowadzą pod twój dom, zastanów się, czy twój dom jest taki ważny i kluczowy z punktu widzenia komunikacji w mieście, czy może to tylko Twoje widzimisię?
Zamiast piszczeć, że strach jeździć po ulicach zastanów się, czy swoim zachowaniem nie dokładasz kolejnej cegiełki do chaosu na drodze. Szanujesz przepisy? Znasz je? Jeździsz według nich?
Zamiast narzekać na korki zastanów się, czy sam ich nie prowokujesz. Na pewno nie blokujesz drogi samochodom? Jeździsz „z głową” czy na zasadzie  TKM?

Po prostu użyj mózgu.

Street Workout i CrossFit, czyli pszenica kontra żyto

Mój znajomy z Bemowa, człowiek kompletnie niezwiązany ze sportem, trafił ostatnio na Bemowski park do Street Workoutu. Traf chciał, że w parku właśnie trwała Siła Piekielna i dostał ów kolega pokaz, jak sam to określił, CrossFitu, czym nie omieszkał się pochwalić na fejsbuku. Nie czekał długo, aż znajomi wyprowadzili go z błędu – że to nie CrossFit, tylko Ghetto Workout – ale dla niego była taka sama różnica, jak między kwarkami a superstrunami.
Pomyślałem więc, że może warto by napisać o tym, co jest co a czym nie jest.

Street Workout, zwany też Ghetto Workout to ćwiczenia bez ciężarów, oparte tylko na masie własnego ciała. Swoje korzenie ma w kalistenice oraz ulicznych trzepakach, które często były jedynym miejscem gdzie uliczne chłopaki z biednych dzielnic mogły się podciągać. Stąd też i nazwa – street, ghetto. Był to sport ludzi, których nie stać na karnet do klimatyzowanego fitness klubu. Wychodzili na ulicę, do parku, znajdowali drążek do podciągania i ćwiczyli na nim wszystko, co się dało.

Jak wiadomo, na ulicy głównym powodem do szacunku jest siła i charakter. Praca z własnym ciałem wymaga jednego i drugiego, ponieważ nie daje takiej taryfy ulgowej, jak ćwiczenia z maszynami. Na siłowni, jeśli jakiś ciężar jest za duży, możesz go zmniejszać do absurdalnych trzech, czy pięciu kilogramów. Na ulicy, gdy chcesz się podciągnąć od razu dostajesz ciężar własnego ciała – 70/80 kilo – i jedziesz, ile możesz. A możesz nie za wiele…
Rzecz jasna, są metody progresji, łatwiejsze warianty ćwiczeń, ale prawda jest taka, że praca z ciałem to start z głębokiej wody. Potrzeba nie lada charakteru, by zagryźć własną dumę i robić pompki z kolan, częściowe podciągnięcia, czy dipy w zakresie kilku centymetrów –  a wszystko to bez gadżetów i lansu. Tylko upór i charakter.

Jedną z najważniejszych cech Street Workoutu jest dążenie do idealnej formy. Nie jest ważne, ile powtórzeń danego ćwiczenia zrobisz; ważne jest, by było ono tak technicznie perfekcyjne, jak to tylko możliwe. Street Workout pełnymi garściami czerpie z klasycznej kalisteniki, czy gimnastyki wyczynowej – i w tym nacisku na technikę doskonale widać owe „dziedzictwo”. Liczy się forma i perfekcja wykonania. Żadnego pomagania, oszukiwania, wykorzystywania siły zamachowej. Wykonywane w ten sposób ćwiczenia wymagają niesamowitej siły i równowagi.
Czysta siła i technika.

CrossFit, choć może wydawać się podobny,  znacząco różni się od SW (Street Workoutu). Podstawowa różnica  jest, można powiedzieć, światopoglądowa. O ile SW to czysta forma i możliwie idealna technika, o tyle CrossFit to efekt. Nie ważne, jak osiągniesz to co chcesz zrobić –  ważne abyś to zrobił. Rzecz jasna, nie chodzi o to, by zrobić coś byle jak, bo to najkrótsza droga do zrobienia sobie krzywdy, chodzi o to, by wykorzystać wszystkie „pomoce”, dzięki którym zrobisz to, czego sytuacja wymaga. Ponieważ priorytetem w CF jest efekt, CrossFit dopuszcza to, co w SW jest świętokradztwem i oszukiwaniem – wykorzystanie ruchu wahadłowego, rozpędu. Jeśli masz wejść po linie na drzewo, czy wnieść 50kg worek ziemniaków na drugie piętro, nie jest istotne, jak perfekcyjnie to wykonasz – masz być w stanie to zrobić i tyle.
Stąd taka popularność CrossFitu w amerykańskich  resortach „siłowych” – policji, wojsku, straży pożarnej. W pracy tych ludzi technika jest istotna, owszem, bo wynosząc zaczadzonego, ważącego 100kg człowieka z płonącego domu dobrze byłoby nie rozwalić sobie przy tym kręgosłupa,  ale jeśli będą w tym jakieś luki techniczne, nikt z tego powodu larum nie podniesie.

Raz jeszcze powtórzę: CrossFit nie promuje i nie pochwala robienia byle jak -wręcz przeciwnie – elementy techniczne są jego podstawą i w ciągu roku nie byłem jeszcze na treningu, w którym byłyby one pominięte. Rzecz w tym, że w odróżnieniu od SW dopuszcza wykorzystanie dynamiki ciała, rozpędu, ruchów wahadłowych. Mówiąc językiem IKEI – stawia funkcję ponad formę.

Kolejną różnicę znajdziemy w „wyposażeniu”, akcesoriach, których używa się w obydwu „sportach”.
Street Workout stawia na minimalizm – drążek, drabinka, ewentualnie kółka gimnastyczne –  i to wszystko. Jako sport uliczny SW musiał skupić się na tym, co na ulicach było dostępne –  a drążek, w tej czy innej formie, znajdziemy dosłownie wszędzie. Inna kwestia, że poza drążkiem znajdziemy niewiele –  więc siłą rzeczy drążek stał podstawowym „narzędziem” Street Workoutu.
CrossFit jest pod tym względem przeciwieństwem Street Workoutu -korzysta ze wszystkich dobrodziejstw gimnastyczno – ciężarowych. Rzecz jasna,  drążki i kółka są w nim na porządku dziennym, ale poza nimi  jest też sztanga, skakanka, piłka lekarska, kettle, skrzynie, liny do wspinania. Jeśli jest coś, co można wykorzystać do budowania siły i sprawności (i nie jest to siłowniania maszyna treningowa) – na pewno znajdziesz to w CrossFitowym Boxie.

Trzecia różnica to miejsce, w którym się ćwiczy. W przypadku Street Workoutu – jak sama nazwa wskazuje – ćwiczy się na podwórku. Ponieważ dedykowanych temu sportowi miejsc jest jak na lekarstwo, ćwiczy się wszędzie tam, gdzie jest kawałek drążka. Nie uchowa się żaden trzepak, czy plac zabaw – jeśli można gdzieś się podciągnąć – tam jest „sala treningowa” chłopaków i dziewczyn ze Street Workoutu.

CrossFit trenuje się w BOXach. Zazwyczaj są to garaże, czy też hale zaadaptowane do celów sportowych. Cechuje je spartański charakter – żadnych maszyn, luster – tylko mata na podłodze, sztangi na ścianie i RIG na uboczu sali. RIG to multifunkcjonalna metalowa klatka, służąca do ćwiczeń gimnastycznych, oraz robiąca za stanowisko do sztang. Wykonuje się przy nim jakieś 40% CrossFitowych ćwiczeń.

RIG
RIG

Ogólnie jednak w BOXie jest pusto a sprzęty są pochowane pod ścianami, co na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie, że „tu nie ma czym ćwiczyć”. Mylne wrażenie.  Jest pusto, ponieważ ćwiczy się z wolnymi ciężarami i trenujący muszą mieć dość przestrzeni, by nie przeszkadzać sobie nawzajem. Szczególnie, gdy ćwiczy się podrzut sztangi…

Street Workoutowcy sami układają swoje treningi. Wiedzy na temat ulicznych treningów szuka się w internecie, książkach (Paul Wade, Al Kavadlo), bądź podpatruje bardziej doświadczonych kolegów. Generalne zasada jest jednak taka, że każdy trenuje „pod siebie”. Kto chce –  ten robi rozgrzewkę przed  i rozciąganie po treningu, a kto nie chce –  ten robi co chce.

CrossFit rządzi się zupełnie innymi prawami. Jakkolwiek można przyjść do BOXa i robić „swój” trening to kręgosłupem CF jest WOD –  Workout Of the Day –  zestaw ćwiczeń przygotowany przez trenera. Aby zostać trenerem trzeba przejść i zaliczyć kurs trenerski –  toteż nie ma opcji, że jakiś domorosły „fachura” zajmie się programowaniem ciężarów dla początkujących. Każdy WOD składa się z rozgrzewki, elementów technicznych,  „treningu właściwego” czyli 15-20 minutowego mixu ćwiczeń siłowo-gimnastycznych oraz rozciągania na koniec.
Całość trwa około godziny i jest „nadzorowane” przez trenera, który na bieżąco koryguje błędy w ćwiczeniach.

Jak widać, różnic między CrossFitem a Street Workoutem jest dość sporo.

Street Workout to:

  • minimum sprzętu
  • trening na podwórku
  • idealna forma wykonywanych ćwiczeń
  • treningi siłowe, bez ruchów oszukanych
  • każdy sam sobie układa trening i pilnuje swoje swojej techniki

CrossFit to:

  • zróżnicowany sprzęt, wolne ciężary, żadnych maszyn
  • trening w BOXach
  • WODy przygotowane i prowadzone przez trenerów
  • dopuszcza ruchy oszukane

W internecie często można trafić na utyskiwania street workoutowców, że CrossFit jest taki, owaki a już na pewno gorszy od SW. Pomijając śmieszną kwestię reperowania sobie ego czyimś kosztem, porównywanie Street Workoutu i CrossFitu jest jak stawianie obok siebie Bentleya i Hummera.
SW to Bentley – idealna forma, kształty, które budzą podziw na ulicy i bestia-silnik pod maską.
CrossFit to Hummer, który nie każdemu się podoba, ale nie ma takiego wykrotu, takiej dziury, której nie przejedzie. Obydwa auta są doskonałe w swojej klasie, ale służą do zupełnie innych celów i porównywanie ich jest kompletnie bez sensu.

Słowne przepychanki Street Workout – CrossFit przypominają niesnaski sąsiadujących wiosek. Obydwa systemy stoją w opozycji do klasycznych siłowni, obydwa pełnymi garściami czerpią z gimnastyki a główna różnica polega na tym, że SW kładzie nacisk na siłę i czystą formę, zaś CF na efekt i funkcjonalność. Wypisz wymaluj przypomina to animozje dwóch wieśniaków, którzy choć mieszkają przez płot i noszą takie same uwalane błotem walonki, dogadują sobie nawzajem bo jeden hoduje pszenicę a drugi żyto.

Równie bez sensu jest pytanie „który lepszy”. Przede wszystkim dlatego, że każdy sport jest dobry. Naturalnie, łatwiej jest śmiać się z CrossFitu, bo dużo „śmieszniejsze” jest to, że ktoś za dużo włożył na sztangę, która wozi go po sali, niż to, że ktoś nie da rady podciągnąć się na trzepaku. Rzecz w tym, że ani jedno ani drugie nie jest śmieszne, bo nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Błędy i kontuzje są w KAŻDYM sporcie, a kto tego nie rozumie ten jest tępym baranem i to z niego śmiać się należy.

A najlepiej to nie śmiać się z nikogo, tylko iść na trening.
Jakikolwiek.

Burpees i gołe baby

Urlop rządzi się swoimi prawami – obżarstwo, opilstwo, nieumiarkowanie we wszystkim, w czym można nie znać umiaru.
Rok w rok z każdego urlopu przywożę 3kilogramy obywatela więcej i ten rok nie był od tej reguły żadnym odstępstwem.
Trzy kilo – a mogło być więcej 😉

Jedną z pierwszych rzeczy, które spakowałem do bagażu była skakanka, której – o złośliwości – ani razu nie użyłem, bo zwyczajnie nie było gdzie. Nie przeszkodziło to jednak w realizacji planu pt „aktywny wypoczynek” – każdego dnia robiłem sobie jakiś plenerowy trening, raz mocniejszy, raz słabszy, ale ogólne podsumowanie siedmiu dni wygląda nienajgorzej.
– 460 burpees
– 270 wykroków
– 190 przysiadów
– 180 pajacyków
– 60 pompek
– 42 podciągnięcia nachwytem
– 67 km na rowerze (górki)
– 10km na nogach (górki)

Ponieważ dnie spędzałem z rodziną/w rozjazdach oczywistą porą treningową były poranki. Szósta rano to w miejscowości turystycznej martwa pora – jedynym znakiem życia są odgłosy całonocnych automatów do gier oraz rzężenie  silników śmieciarek wspinających się po krętych uliczkach. Idealna pora na trening – można w spokoju pobiec na plażę i strzelić setkę burpees, albo bez obaw robić podbiegi na górskich serpentynach. Można też wynająć rower i spędzić pół dnia kręcąc się po okolicy, albo pływać aż ręce odpadną.
Kto chce – zawsze znajdzie jakieś rozwiązanie. Kto nie chce – może po prostu łoić browara od momentu otwarcia hotelowego baru i spędzać całe dnie na bani.
To w sumie też jakiś trening.
Dla wątroby 😉

Zostawmy jednak treningi na boku, bo dużo ciekawsze rzeczy działy się w sferze „pozatreningowej”.

Wszyscy znamy, z doświadczenia bądź opowieści, historie o starych Niemcach opalających się na golasa. Komentarze na ich temat zazwyczaj są… jakie są i nie nadają się do powtarzania przez ludzi z wykształceniem średnim wzwyż. Owszem, nagość starych ludzi nie jest czymś przesadnie miłym dla oka, ale z drugiej strony… Chciałbym tak, jak ci Niemcy mieć na to wywalone. Chciałbym mieć w sobie ten ich luz, to, mówiąc kolokwialnie „wyjebanie” na to, co myślą inni. Są starzy i pomarszczeni? Są –  bo wszyscy starzy są pomarszczeni. Są goli? Są –  bo wszyscy bez ciuchów wyglądamy mniej więcej tak samo. Są normalni –  a skoro są normalni to czego mają się wstydzić?

Nadzy starzy Niemcy pokazali mi, jak bardzo zakompleksieni jesteśmy. Taksujemy się wzrokiem, kto i gdzie ma jaką fałdkę, który ma mniejszego a która ma większe rozstępy – a Niemcy na emeryturze wychodzą jak ich matka na świat wydała i mają to centralnie w dupie. Jaka to jest wolność! Jaki psychiczny luz. Jaka lekkość! Po prostu rozbierają się i mają wszystko gdzieś. Nie podoba się wam –  nie patrzcie – podpatrujcie ukradkiem koleżanki w bikini, czy kolegów z nagim torsem. Może i mam obwisłe cycki, może mam pomarszczonego wacka –  ale taki jestem, tak żyję, nic na to nie poradzę –  więc AKCEPTUJĘ SIEBIE TAKIM, JAKI JESTEM.
Normalnie ZEN…

Pilnując córki przy basenie, jak każdy zdrowy chłop, lwią część uwagi poświęcałem kobietkom w kostiumach kąpielowych. Na pierwszy rzut oka było widać, która coś ćwiczy, a która się tylko odchudza.  Te ćwiczące były bardziej jędrne, zwarte i generalnie wyglądały lepiej, zaś tym, które się tyko odchudzały, mimo młodego wieku często coś sie trzęsło w trakcie ruchu  (i nie był to biust). Pomimo tego i tak prezentowały się lepiej, niż panowie. Ci w okolicach dwudziestki jeszcze jako tako wyglądali, bo to czas zabiegania o samicę, taniec godowy i te sprawy, ale już tak od trzydziestki, od momentu gdy facet staje się tatą – brzuchy, brzuchy, brzuchy…

Daleki tu jestem od oceniania – każdy żyje/wygląda tak, jak chce i może, jednak „na moje oko” ci, którzy uprawiają sport, wyglądają lepiej. Po prostu. Nawet babka po pięćdziesiątce, choć  biologia jest nieubłagana, może wyglądać dobrze. Może nie  w sensie „atrakcyjnie dla mnie”, ale obiektywnie patrząc, w swojej kategorii wiekowej, może być, wybaczcie kolokwializm, niezłą dupą. Spotkałem kilka takich wysportowanych pięćdziesiątek i aż przyjemnie było na nie popatrzeć -sprężysty chód, uśmiech na twarzy, zadbane. Nie mam pewności, że ten uśmiech to na pewno od sportu, ale nie da się ukryć, że sportsmenki wyglądały lepiej – i tyle.

Jaki z tego wniosek?
Sport to zdrowie. Nie tylko fizyczne, ale też psychiczne. Kto wygląda dobrze –  ten czuje się dobrze; a kto czuje się dobrze –  ten nie ma problemu ze swoją nagością.
Mówiąc krótko – przez sport na plażę nudystów.

A zatem pa, ciao, spadam na trening 😉

 

foto: http://crossfitsouthhills.com/