Laurka znad pudełka

Wokół cateringu kręciłem się już jakiś czas, ale odstraszała mnie jego cena. Jakbym nie liczył i kogo nie pytał, interesująca mnie dawka kalorii (2,5-3K) to wydatek rzędu tysiąca złotych z ładnym okładem. Trochę dużo.
Poza pieniędzmi w grę w chodziła także logistyka. Nie urządzało mnie poranne dowiezienie jedzenia do domu, ponieważ z dwiema torbami (jedną z jedzeniem, drugą z ciuchami na trening) najpierw musiałbym zaprowadzić córkę do szkoły (w czym przydałaby się trzecia ręka) a później z tym majdanem pchać się do zatłoczonego tramwaju i bankowo, zanim bym na ten swój Mordor dojechał, byłbym spocony jak zwierzę, siny ze wściekłości a żarcie wyglądałoby jak po zmieleniu razem z budą.
Więc nie. Do roboty albo wcale.

Żarcie z ustawki…

Z  polecanymi na fit profilach cateringami mam ten problem, że im nie ufam. Być może za dużo we mnie cynizmu a za mało wiary, ale jeśli polecającym jest ktoś w krosfitowym środowisku znany i jeśli owo polecenie kończy się słowami „na hasło xxx dostaniecie xxx procent zniżki przy zamówieniu” – to dla mnie takie polecenie automatycznie przestaje być wiarygodne, ponieważ śmierdzi klasyczną marketingową ustawką.

Pierwszy catering znalazłem… z polecenia jednego z czytelników bloga. Zachwalał –  więc wziąłem tydzień na spróbowanie i… Na tygodniu się skończyło. Nie było co prawda jakichś szalonych wpadek, ale miałem wrażenie, że jedzenie jest co najwyżej poprawne. Nazwy cateringu oficjalnie nie podam, ale powiem, że było paleło i dupy nie urwneło.

…i z poczty pantoflowej

Z drugim cateringiem zasięgnąłem rady kolegi, co do którego mam pewność, że jak coś zachwala –  to musi być dobre. Wierzę mu i tyle – a że nad zamówionym cateringiem regularnie się rozpływał na swoim Instagramie –  wierzyłem mu jakby bardziej 😉 Co prawda początki były nieco wyboiste, bo brak strony WWW i kontakt przez prywatne wiadomości na Facebooku nie budują zaufania, ale pamiętając zapewnienia kolegi Krasusa postanowiłem się  nie zrażać i dać szansę firmie pt „JEDZENIE Zdrowy Catering„.
I to był strzał w dziesiątkę.

zupa
zupa tak gęsta, że łyżka stoi

O ile w przypadku pierwszego cateringu miałem wrażenie, że jedzenie jest mocno powtarzalne ( w ciągu tygodnia!) o tyle „jedzenie” zaskakiwało mnie niemal każdego dnia –  a to pyszny krem z niewiadomo czego a to jakaś tortilla, a to owocowe słodkości domowej roboty, a to omlet na miliard sposobów – w zasadzie każdego dnia w  papierowej torbie znajdowałem coś zaskakującego i bardzo smacznego. Nic więc dziwnego, że po tygodniu testowym bez wahania zapłaciłem za kolejny miesiąc.

insta_food_1
wołowina z fetą i warzywami

Mógłbym tak wymieniać po kolei, co się w pudełkach przez ten czas działo, ale za leniwy na to jestem, toteż powiem Wam tylko, że w przeciągu pięciu tygodni zdarzyły się raptem dwa dania, które smakowały tak sobie – i to nie dlatego, że były paskudne, tylko dlatego, że nie przepadam za kuchnią indyjską. Poza tym wszystko było super.  Nawet jak się raz zdarzyła kanapka, to była na zajebistym chlebie, z furą kurczaka, grillowaną cukinią, bakłażanem i nie pamiętam czym jeszcze. Pamiętam za to, że zjadłem ją z ogromnym smakiem 🙂

insta_food_2
Nie pamiętam co, ale było zajebiste

O ile początki komunikacyjne były mocno partyzanckie, o tyle później zawsze dostawałem porannego SMSa z informacją, co na mnie czeka w pudełkach a kontakt z obsługą, choć nadal przez FB, był bezproblemowy.

Kuchnia hybrydowa

Z przyczyn finansowo-logistycznych wybrałem rozwiązanie hybrydowe:  1500kcal w  cateringu + śniadanie i kolacja w domu i z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że sprawdza się ono doskonale.
Nawyk jedzenia śniadań mam zakorzeniony tak głęboko, że w czasach, gdy jeździłem na treningi o 6 rano, wstawałem przed piątą, by na spokojnie zjeść posiłek –  więc przesunięcie o kilka godzin nie wchodziło w rachubę. Po zaprowadzeniu dziatwy do szkoły jechałem na trening, potem praca, w pracy catering a po pracy w domu to w zależności od apetytu i planów na wieczór 😉

burger_batat_small
CheeseBurger z jalapeno i fryty z batatów

Czy hajs się zgadza?

1500kcal dziennie to koszt 50-55zł w zależności od tego, czy wybiera się cztery, czy pięć posiłków. Czy to dużo, czy mało zależy od kilku kwestii.
Pierwsza to apetyt. Ja zjadam dużo, naprawdę dużo – kto był ze mną w knajpie ten wie o czym mowa 😉 Najedzenie się jednym posiłkiem z korpo stołówki to fikcja literacka; nie wspominając już o jakości tego jedzenia –  bo tu znowu zahaczamy o horror.
Średnio w pracy przejadam dziennie jakieś 25-30zł. Wychodzi taniej, jeśli sam gotuję –  ale wtedy dochodzi kwestia czasu spędzonego przy garach i targania się z tym wszystkim do pracy. Finansowo wychodzi więc jakieś 100/150zł więcej, niż normalnie na tydzień. W skali miesiąca robi się tego trochę – ale tu zahaczamy o drugą kwestię a mianowicie czas.

kurczak_z_burakiem

Samodzielne przygotowywanie posiłków to rzecz czasochłonna. Jasne, znam te historie, że to tylko kwestia wrzucenia torebki ryżu do wody, ukrojenia  mięsa, które piecze się raz w tygodniu, do tego  dwa trzy korniszony i sprawa załatwiona – żaden to przecież wysiłek a żarcie samo się robi.
Może u innych samo się robi, ale u mnie zżera masę czasu, który chętnie przeznaczę na odkapslowanie piwa i relaks przy konsoli.

wlasne_zarcie
Przygotowanie własnego prowiantu zajmie ci tylko kwadrans…

W moim przypadku samodzielne szykowanie jedzenia wyglądało tak, że w weekend piekłem kawał świni, który przez resztę tygodnia w różnych wariacjach dojadałem. Pomimo tego, że jestem niezłym kucharzem, było to raczej monotonne, nawet jeśli świnię wymieniałem na wołowinę, czy kurczaka.
Tymczasem zawartość cateringowej paczki zmienia się codziennie. Owszem, są elementy prawie stałe – jak omlety, które robione są na milion sposobów, ale poza nimi mam jeszcze w torbie ze 3 pudełka z najróżniejszymi potrawami – a każda inna i każda smaczna.

Catering w obecnym układzie wychodzi mi jakieś 500zł drożej, niż na własnym garnuszku –  i to jest na pewno minus cateringowego rozwiązania. Z drugiej jednak strony, zyskałem około godziny dziennie na własne potrzeby (i mniej ciśnienia na co dzień) zaś dostarczane jedzenie jest tak urozmaicone, jak sam bym nigdy nie przygotował.

omlet
Omlet na miliard sposobów

peany na Instagramie

Wrzucając w sieć cateringowy food-porn nieraz żartowałem sobie, że to tylko przygrywka do laurki, którą swojemu cateringowi wystawię – i parafrazując klasyka mogę powiedzieć tylko jedno: słowo się rzekło, laurka na blogu.

Po miesiącu korzystania z JEDZENIE Zdrowy Catering polecam go każdemu, kto myśli o jedzeniu z  pudełka. Nie wiem, jak to wygląda od strony ideologicznej, czy jest paleo, czy bezglutenowo – te rzeczy mnie zupełnie nie interesują. Interesuje mnie natomiast czy jest to smaczne, czy da się tym najeść i czy stosunek cena/jakość jest zrównoważony –  i pod tym względem, jest bardzo dobrze.
Na tyle dobrze, że bez zastanowienia wykupiłem catering na kolejny miesiąc.

insta_food_1
Łosoś z migdałami

Nie wiem, czy tym wpisem nie strzelam sobie w stopę, bo JEDZENIE Zdrowy Catering to jeszcze mała, niezmanierowana popularnością firma, która przykłada się do tego, co robi -ale niech tam, zaryzykuję 😉
Uważam, że ludzi wykonujących dobrą robotę trzeba chwalić i promować, toteż z przyjemnością i czystym sumieniem przybijam dajeszojcowego klapsa jakości.

klaps

Smacznego 😉

 

Robokop, muffiny i kabel od prodiża – moja opinia o suplach myprotein

Nie do końca udany lans bywa czasem przyjemny w skutkach. Przekonałem się o tym na własnej skórze, albowiem zatroskane moim nietęgim wyglądem MyProtein, podesłało masło migdałowe (co bym masy nabrał) oraz mieszankę regeneracyjną, żebym na drugi dzień po treningu był w stanie z łóżka się podnieść.
No bo kto będzie o krosficie blogował, jak na zdrowiu podupadnę?

Jeśli chodzi o mieszankę, to wszystkich „twardych” informacji  możecie zasięgnąć tu:  ja z opisu zrozumiałem tyle, że zawiera wszystko, co możliwe oraz kilka substancji niemożliwych – czyli że ma działać. W praktyce jednak wygląda to tak, że ciężko jest napisać coś więcej ponad doznania wizualno – smakowe, bo regeneracja i uzupełnianie mikroelementów to procesy średnio zauważalne. Albo smakuje i człowiek da radę pójść na poranny trening, albo nie da – tak to mniej więcej z punktu widzenia „średniego krosfitera” wygląda.
Ja dałem radę.

Dużym plusem In:fused jest fakt, że rozpuszcza się toto migusiem. Kilkukrotnie, zamiast do shakera, wsypywałem proszek do zwykłej szklanki z Ikei, mieszałem łyżką i w zasadzie od ręki było gotowe do picia. Jeśli chodzi o smak –  moja wersja jagodowa była ok. Nie było to może mohito popijane wieczorkiem w modnym lokalu, ale nie waliło chemią i dało się wypić bez skrzywienia – a to już w przypadku suplementów spore osiągnięcie, bo wszyscy wiemy, jak suple czasem pysk wykręcić potrafią.

robo
Polecane przez Robokopa

O ile smakuje nieźle, o tyle na dnie szklanki pozostawia in:fused pewien osad o kolorze, hmmm, powiedzmy, że średnio apetycznym. Jeśli rozrabia się toto w shakerze to wiadomo że nic nie widać i wali się duszkiem do dna, ale w przypadku szklanki… Hmm, sami popatrzcie.

glass
Czy tylko ja mam skojarzenia z „Prometeuszem”?

Masło Migdałowe testowałem na muffinach, naleśnikach oraz bezpośrednio łyżką z pudełka –  i w każdej z tych konfiguracji smakowało bardzo dobrze. No ale masło spieprzyć to trzeba umieć i chcieć – szczęśliwie myprotein nie chce i nie umie (a jeśli umie to się z tym nie ujawnia ) i w efekcie łatwo się z łyżką zagalopować…

Otworzywszy pudełko, dietowi fetyszyści ucieszą się z faktu, że nie ma tam niczego poza migdałami i że mają turbo zdrowe źródło tłuszczy oraz białka; ja natomiast cieszę się smakiem a liczenie kalorii zostawiam fit-księgowym.

muffiny

O ile masło i koksik spisały się należycie, o tyle straszny NoRep należy się MyProtein za niemal codzienne spamowanie skrzynki nowymi ofertami. Od innych producentów dostaję info raz na jakiś czas – miesiąc, czasem rzadziej –  zaś o częstotliwości przypominajek ze strony MyProtein nie można powiedzieć inaczej jak spamowanie, bo dostaję je niemal codziennie – i to jest, kurna chata, skandal. Rzecz jasna zdaję sobie sprawę z takiej opcji, jak wypisanie z listy mailngowej, albo ustawienia filtra niechcianej poczty –  ale chyba nie o to w tym chodzi. Nawet jeśli człowiek zaznacza, że chce otrzymywać informacje o nowościach i promocjach – bo warto trzymać rękę na pulsie – to nie oznacza to chęci dostawania maili dzień w dzień.

myprot_spam

Reasumując.
Smakołyki myprotein robi dobre, ale z ogólny User Experience psuje nachalne spamowanie skrzynki.
Jeśli mogę coś zasugerować, to proponuję utrzymanie obranego kursu na jakość; natomiast pracownikom marketingu proszę wymierzyć trzydzieści solidnych batów na gołe dupsko.
Najlepiej kablem od prodiża.

Amatorzy po PR-y!

Przy okazji rozmów na temat CrossFit Open często pada argument, że wspólna rywalizacja przy okazji tak ważnego eventu  jest dla wielu CrossFitterów okazją do przekroczenia kolejnych granic, zrobienia czegoś, co do tej pory było poza zasięgiem.  Że choćby dlatego warto wziąć udział w CrossFit Open, by dać się ponieść „fali” i wejść na wyższy poziom nie tylko sportu, ale też krosfitowej zajawki.
Do argumentów tych podchodziłem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony rozumiem, że kogoś może to faktycznie nakręcić i dać siłę do zrobienia czegoś, o czym marzył od dłuższego czasu;  z drugiej strony jednak moje własne doświadczenia mówią mi, że nie tędy droga.

Półtora roku temu, przy okazji wigilijnego WODa w CrossFit Mokotów zrobiłem 22 bar Muscle Upy. Było to dla mnie coś nieprawdopodobnego, bo raz, że Bar MU był dla mnie wciąż ruchem świeżym, nieotrzaskanym i robionym w oparach ekscytacji  a dwa, że owe BAR MU były tylko częścią kolosalnego WODa od outlaw Barbell.
Biorąc udział w tym treningu wiedziałem, na co się piszę, bo znałem swoje możliwości i widziałem, co było na tablicy rozpisane –  ale cała ta wiedza uszła gdzieś bokiem, bo byli wszyscy znajomi, była atmosfera krosfitowego święta i bibki po treningu. Krótko mówiąc włączyła się adrenalina a wyłączył rozum.

Ukończywszy godzinnego kolosa z 22 BAR MU czułem się niezniszczalny i byłem na takim haju, który zrozumie tylko ten, kto choć raz w życiu wykonał coś, co uważał za niemożliwe. Niestety, jak za każdy haj, tak i za ten przyszło mi się zapłacić – a cena była słona: rozwalone lewe ramię i kilka miesięcy wyłączenia z grupowych treningów.

Rzecz jasna, mam świadomość że każdy jest inny, ma inne ciało itd., ale wiedząc to co wiem, bazując na swoim doświadczeniu uważam, że przekraczanie granic „przy okazji” różnych eventów to kiepski pomysł. Uważam tak, ponieważ w moim przypadku niemal każde „popłynięcie z falą” kończyło się jakimś kuku – mniejszym lub większym, ale zawsze coś się działo – i kiedy opadło uniesienie i zeszła adrenalina, zostawałem z tym nowym PRem i perspektywą przerwy od sportu.
A po kilku dniach, gdy uczucie dumy zwietrzało, pozostawał zwykły głód i poczucie odstawienia na boczny tor.

Moim zdaniem, jeśli czegoś nie potrafisz  „na co dzień” a jest to rzecz technicznie wymagająca – typu Muscle Up, czy rwanie do siadu – to robienie tego po raz pierwszy w trakcie rywalizacji jest głupim pomysłem – i już tłumaczę dlaczego.

Jeśli bierzesz się za coś „na fali”, to bankowo nie przyłożysz do ruchu takiej uwagi, jak powinieneś – bo emocje, adrenalina, odrealnienie. Świetnie to widać na przykładzie klasy technicznej z ciężarów i  zwykłego WODa. Podczas klasy technicznej rwanie idzie niczego sobie, trener chwali  i w ogóle – a w trakcie WODa, gdzie jest adrenalina, ambicja i ściganie z kolegami, technika dwuboju… no powiedzmy, że nie jest tak idealna, jak powinna.
I weźmy teraz jakiś ruch, którego nie potrafisz wykonać na chłodno, na skupieniu, na co brak ci albo siły albo techniki, albo obydwu tych rzeczy na raz – i zrób go na czas, w atmosferze rywalizacji…
Weź proszę trzy głębokie wdechy i odpowiedz sobie na chłodno, jakie jest prawdopodobieństwo, że NIE ZROBISZ sobie krzywdy?

Rysiek Froning znany jest z powiedzenia, że „w trakcie treningu słuchasz swego ciała a w trakcie zawodów każesz mu się zamknąć”. Lubimy je powtarzać, bo to zgrabne powiedzonko i daje +5 do prawilności.  Rzecz w tym, że pomiędzy nami, zwykłymi krosfiterami a Ryśkiem od różańca zieje przepaść  i stosowanie jego filozofii na potrzeby pracownika biurowego, który 3-4 razy w tygodniu robi WODa i raz na dwa tygodnie zaliczy klasę z ciężarów to jakieś nieporozumienie.
Mamy inne style życia, inne cele a nasze krosfity to dwie różne dyscypliny sportu, w związku z czym człowiek, który CrossFitem zajmuje się hobbystycznie, powinien w ogóle zapomnieć, że ktoś taki jak Froning w ogóle istnieje.

Przekraczanie granic podczas zawodów/eventów ma sens  w przypadku zawodników z doświadczeniem – takich, którzy nie zastanawiają się nad techniką, bo ruchy wykonują automatycznie. W ich przypadku ryzyko zrobienia sobie kuku jest mniejsze, bo wiedzą co robią.
W przypadku Kowalskiego, który tej „bazy” nie ma, jest to zwykła głupota.

Namawianie CrossFitterów amatorów na przekraczanie swoich granic w trakcie eventów ma tyle samo sensu, co namawianie biegacza, który do tej pory robił niezobowiązujące dyszki do przebiegnięcia maratonu, czy wzięcia udziału w biegu przełajowym. Owszem, niejednemu się to uda, ale cała masa innych zrobi sobie kuku i skończy u fizjoterapeuty. Ale i to nie jest najgorsze –  bo najgorsze będzie to, że z ich „osiągnięcia” nic nie wyniknie tak samo, jak samo nie wynikło z moich 22 BAR MU.

Bo kiedy opadnie adrenalina i zostajesz sam na sam z kontuzją, nie da się uciec przed konkluzją, że z tego jednorazowego PRu KOMPLETNIE NIC nie wynikło – nie stałeś się od niego lepszym sportowcem, nie wszedłeś na wyższy poziom. Z całą brutalnością dociera do ciebie, że nie ma dróg na skróty i na każdego skilla trzeba sumiennie pracować a nie liczyć na adrenalinowy haj.

I oczywiście postanawiasz sobie sumiennie pracować –  bo już poczułeś ten smak zwycięstwa – ale to dopiero za kilka miesięcy, jak się kontuzja zagoi…

Obywatelu, zrób sobie dobrze sam

Znakiem rozpoznawczym CrossFitu jest trening w trupa. RX, odcinka, pozrywana skóra dłoni –  wszyscy wiemy o co chodzi a kto nie wie – ten zobaczy na filmikach w internecie. Jednak żeby ta krew, pot i unosząca się w powietrzu magnezja były możliwe, żeby ten silnik żyłować aż śrubki zadzwonią, potrzebny jest odpowiedni warsztat remontowy – zajezdnia, na której można dokonać  zwykłego codziennego przeglądu, dzięki któremu oszczędzimy sobie dłuższego postoju na poboczu.

Serwisowanie silnika opiera się na trzech filarach. Pierwszy i najważniejszy to sen – bez snu nie ma mowy o lataniu na wysokości lamperii. Druga jest dobra micha – bo nawet hummer nie pociągnie długo na ruskiej ropie. Trzecim zaś masaż, rolowanie – i tymże właśnie trzecim filarem (hello emeryturko!)  chciałbym się dzisiaj zająć.

Zabawki dla normalnych inaczej

Pierwszym i absolutnie podstawowym narzędziem do rolowania po treningu jest miękki piankowy wałek.  Położyłem sie na nim raz, czy dwa, poczułem że nic nie czuję a skoro nic nie czuję to znaczy że nic nie daje i od tamtej pory nawet go ręki nie biorę. Rzecz jasna są ludzie, którzy się na nich rolują a nawet twierdzą, że czują się po tym lepiej, ale w moim przypadku to zupełna strata czasu.
Dlatego moim podstawowym narzędziem do rolowania jest wałek z małymi wypustkami zwany też „wałkiem minimum”.

zwykly
Opcja minimum dla tych, którzy nie lubią jak boli

Wałek podstawowy kupiłem dobry rok temu na allegro i od tego czasu służy mi do masażu a córce do zabawy. Zapłaciłem za niego jak za zboże (bodaj 140 zeta, o ile dobrze pamiętam) ale spisuje się wyśmienicie, nie odkształca i w ogóle jest wart swoich pieniędzy. Wspominam o kasie, ponieważ swego czasu szał robiły rollery z biedronki, które można było kupić za ok 40 złotych. Rzucili się na nie ludzie jak Krynia Pawłowicz na słownik języka Polskiego, po czym okazało się, że rollery pękają, odkształcają się i ogólnie rzecz biorąc zachowują się stosownie do swojej ceny.

„Wałka minimum” używam tylko wtedy, gdy jestem koszmarnie obolały i krzywię się od samego faktu, że żyję albo roluję jakieś szczególnie delikatne partie.  Przyzwyczaiłem się do niego na tyle, że nie daje mi takich bodźców, jakich od niego oczekuję – ale to nie znaczy, że jest zły. Zwyczajnie mam wysoką odporność na ból i używając go mam wrażenie, że miziam się zamiast rolować.

Alternatywą dla wałka minimum może być… rura kanalizacyjna. Kilka razy słyszałem już opinię, że kawałek zwyczajnej, kupionej w Obi, czy innej Castoramie rury kanalizacyjnej sprawdza się wyśmienicie. Sam tego nigdy nie próbowałem, ale wiem, że ludzie się na tym rolują i nie narzekają.

Kwadrans dla masochisty

Ponieważ lubię, jak boli, najczęściej stosowanym przez mnie wałkiem jest egzemplarz z dużymi wypustkami, którego używam do rolowania absolutnie wszystkiego. Nie jest przyjemny, ale robi konkretną robotę – toteż nie ma dnia żebym nie spędził na nim kwadransa, tudzież dwóch.

kolczasty
„Look darling, I’m into pretty weird stuff, you know..”

Drugim najczęściej używanym gadżetem bólu jest piłka lacrosse. Jej opinia „narzędzia tortur” jest w pełni zasłużona. Choć jest niewielkich rozmiarów, nie zna taryfy ulgowej i jeśli nie lubisz jak boli (albo przynajmniej nie umiesz wrzucić bólu w koszta) to w ogóle jej nie dotykaj. Podstawową jej zaletą jest to, że jest mała i wejdzie wszędzie. Nie ma takiego mięśnia, czy punktu spustowego, w który nią nie wjedziesz, oraz tak wypchanej torby, by nie zmieściła kulki bólu.  Wszędzie się zmieści i wszędzie wjedzie..
Roluję nią wszystko – stopę, pośladki, biodra, plecy, barki, ramiona – jeszcze się nie zdarzyło, żebym nie był w stanie trafić piłką tam, gdzie boli. Moim zdaniem, w kategorii „sprzęty domowe” jest to  absolutny nr 1 i musowy zakup dla każdego, kto uprawia jakikolwiek sport.

lacrosse_single
Przestań się mazać –  wiem że lubisz, jak boli

Delikatniejszą odmianą piłki lacrosse jest piłeczka do tenisa. Ten arcydrogi sprzęt (około 3 złote w Decathlonie) idealnie nadaje się do rolowania bardziej delikatnych/zbolałych partii ciała –  szczególnie z rana, gdy człowiek jest nie do końca obudzony a przez to wrażliwy. Czochranie się piłką o ścianę to mój codzienny poranny rytuał, dzięki któremu godziny spędzone przed komputerem nie bolą aż tak bardzo.

tenisowa_mala
Bądź dla mnie delikatna, bo jeszcze śpię…

Ciekawą alternatywą dla sprzedawanej za grube dolary gwiazdy śmierci jest nieco większa piłka do tenisa, która w decathlonie kosztuje ok 30 złotych. Z piłką taką idzie się do działu technicznego, prosi o napompowanie „na kamień” i spokojnie można się na niej rolować.  No, może nie do końca spokojnie  – ale na pewno taniej. Wiadomo, że taka alternatywa to nie to samo, co oryginał od dr’a Kellyego, ale też i kasa dużo mniejsza –  a lepiej mieć substytut z Decathlonu niż nie mieć wcale.

walek i pilki

Bardzo przydatnym gadżetem są dwie złączone piłki lacrosse, które mogą rolować dwa punkty jednocześnie. Gadżet ten świetnie sprawdza się też przy rolowaniu przedramienia a w szczególności nadgarstka. Pojedyncza piłeczka potrafi się wyślizgiwać i uciekać (jakby sam ból od rolowania to było za mało) natomiast podwójna lepiej trzyma się nadgarstka i nie ma takiego miejsca, którego się nią nie wymasuje.

double_black
Pieszczotliwie nazywam ją „murzyńskie jajca”

Jako o ciekawostce, należy wspomnieć o psiej zabawce, którą kupiłem w ramach eksperymentu, a która okazała się się być bardzo fajnym rollerem. Co prawda jest mniej skuteczna od piłki lacrosse, niemniej jej nieregularny kształt oraz giętkość sprawiają, że wracam do niej w chwilach, gdy piłka tenisowa to za mało, zaś lacrosse to zbyt wiele, jak na moje możliwości.

psia_zabawka
Ciesz się że nie szczekasz – taki był trening…

Na sali treningowej lubię się rolować przy pomocy sztangi. Jest to dla mnie najwygodniejsza forma rolowania tricepsa, czy łydki – zamiast naciskać całym ciałem w pozycji leżącej, mam pełną kontrolę nad tym, co robię i tylko ode mnie zależy, jak bardzo boli. Nie każda sztanga się do tego nadaje – im tańsza/bardziej zniszczona tym gorzej się w niej tuleje kręcą i trudniej się rolować. Z mojego doświadczenia wynika, że najlepiej kręcą się sztangi Eleiko, ale i Proud daje radę.

achilles_sztanga

sztanga2

Najbardziej bolesną, ale też pieruńsko skuteczną formą rolowania łydki i okolic Achillesa jest rolowanie na uchwycie od kettla. Tu nie ma mowy o jakiejkolwiek subtelności i dawkowaniu napięcia. Jest hardkor, łzy i ból przez kilka następnych dni . No ale jak się zakres ruchu poprawia to po prostu poezja…

rolowanie_kettlem
Boli jak wściekłe, ale efekty daje rewelacyjne

Ostatnim gadżetem do masażu są bicze wodne. Wiem, żaden to gadżet i wymaga pofatygowania się na basen – ale efekty jakie przynosi są niesamowite. Napięcia, zakwasy, ponaciągania – nie ma takiego draństwa, którego nie przegoniłaby półgodzinna sesja pod silnym strumieniem wody. Nie jest to co prawda tak przyjemne jak fachowy masaż sportowy, ale cenowo jest bezkonkurencyjne a i z terminami wizyt nie trzeba się dogadywać – po prostu idziesz wtedy, kiedy masz ochotę i siedzisz tak długo, jak masz na to ochotę.
Jedna uwaga: uważajcie stając pod strumieniem wody, bo te mocniejsze mogą Was zwyczajnie przewrócić.

Zestaw minimum za przyzwoite pieniądze

Z akcesoriami do masażu jest jak ze wszystkim innym – produkty markowe kosztują jak zboże a zamienniki bywają zwykłym chłamem.  Nie znaczy to jednak, że trzeba zaraz wywalić pół pensji na gadżety a potem przymierać głodem.

Z mojego punktu widzenia jedynym gadżetem, na zakupie którego nie warto oszczędzać jest roller – casus wałków z biedronki mówi sam za siebie. Sprzęt na którym będziemy sie na nim kładli całym ciałem, uciskali kręgosłup  i inne wrażliwe miejsca  musi być trwały i porządnie wykonany – chyba że chcecie co dwa miesiące wydawać pieniądze na nowy egzemplarz.

Czy kupować zwykły, czy kolczasty? To zależy od twoje tolerancji na ból. Kolczasty robi robotę szybciej, ale nie uznaje miękkiej gry. Na zwykłym zejdzie ci się dłużej – ale nie będziesz wyć z bólu.
Wybór należy do ciebie 😉

Jeśli chodzi o piłki lacrosse to nie ma wielkiej filozofii i zamiast pro sprzętu można kupić zwykłą piłkę tenisową za trzy złote, napomponować na kamień i rolować się do skutku. Wiadomo, lateks lepiej trzyma się gołej skóry, ale dziesięciokrotna różnica w cenie to dość mocny argument –  dlatego w opcji budżetowej kupiłbym dwie piłki tenisowe i jedną napompował na kamień a drugą zostawił w „ustawieniach fabrycznych”.
Jeśli masz fundusze na piłkę lacrosse – polecam zakup podwójnych, złączonych piłeczek – różnica w koszcie nie jest szalona a funkcjonalność dużo większa.

torba
w podróż zabieram tylko najpotrzebniejsze rzeczy…

Roller i piłka to moim zdaniem zestaw minimum dla każdego sportowca-amatora. Roller do większych partii ciała, piłka do „koronkowej roboty” i w zasadzie nic więcej nie potrzeba. Rzecz jasna –  fajnie jest mieć power bandy, floss bandy, kettla i basen kwadrans od domu – ale to są już moim zdaniem „opcje dodatkowe”, bez których można się na amatorskim poziomie zwyczajnie obejść.

Na koniec trzeba zadać sobie pytanie najważniejsze: Czy ja na pewno tego wszystkiego potrzebuję?
Wszystkiego – nie. Jak napisałem wcześniej, w opcji minimum potrzebujesz dobrego rollera i dwóch piłeczek. Bez względu jednak  na to, z czego będziesz korzystał, potrzebujesz jednego: regularnego rolowania.
Nawet jeśli jesteś człowiekiem gumą i robisz najpiękniejszego pod słońcem OHSa kettlem, rolowanie po treningu sprawi, że będziesz szybciej się regenerował, poprawi się twój zakres  ruchu i staniesz się lepszym sportowcem.

Zatem siup na wałek –  i do przodu!

Dlaczego każdy biegacz powinien pójść na CrossFit

Wracając ostatnio autem z treningu minąłem dwóch biegaczy, na widok których krzyknąłem „oż kurwa!” a potem zakląłem szpetnie. Przywykłem do tego, że w okresie zimowym  na ścieżkach biegowych widać tylko zapaleńców, ale ciepła zima sprawiła że sezon sportowy zaczął się jeszcze w styczniu, skutkiem czego na trasy wybiegł nowy rzut zapaleńców i uwierzcie mi, straszny był to widok.

Znacie to powiedzenie, że ktoś potyka się o własne nogi. Zazwyczaj używa się go w stosunku do kogoś, kto robi coś tak nieporadnie, że aż przykro patrzeć. No więc to był właśnie taki widok –  dwóch młodych chłopaczków truchtało w takiej pozycji, że ciężko było określić, czy właśnie się potknęli, czy z potknięcia wychodzą. Zgarbieni, ręce krzywo, nogi koślawo – no obraz nędzy i rozpaczy.
Ale najważniejsze przecież, że wyszli z domu, że wyścig o lepsze ciało już się zaczął…

Turlać się każdy może…

Absolutna większość znanych mi biegaczy biega „pod siebie” – tak jak umie, tak jak się czuje, jak nogi poniosą. A noszą różnie i efekt tego noszenia jest taki, że biegamy byle jak, bardziej interesując się nabitymi kilometrami, niż poprawną techniką biegu.
Bierze się to powszechnego przekonania, że biegać każdy potrafi i nie ma w tym żadnej filozofii. Znaczy się, może i jest –  ale to na wyższym poziomie, u zawodowców –  a większość amatorów chce po prostu dobrze wyglądać, lub spełnić marzenie o przebiegnięciu maratonu. Więc wzuwa te buty, biegnie tak jak nogi poniosą i z wypiekami na twarzy loguje wyniki na Endo.

Pęd do nabijania kilometrów jako żywo przypomina początkujących krosfiterów, którzy napatrzywszy się na bardziej doświadczonych kolegów ładują dropsy na sztangę i tańczą z nią po sali. Rozumiem ten zachwyt  kilogramami i kilometrami, bo sam przez to przeszedłem i wiem jak to działa, wiem jaki mechanizm w głowie to napędza. Rzecz w tym, że dokładanie kilogramów i kilometrów bez przykładania uwagi to techniki wykonywanego ćwiczenia to najkrótsza droga do kontuzji.
To też wiem z doświadczenia.

Najpierw kijek potem sztanga

Początkujący Krosfiter (o ile trafi do porządnego boxa a nie jakieś fiku miku w siłowni na boku) jest w o tyle dobrej sytuacji, że zanim weźmie do ręki sztangę, musi przejść przez zajęcia dla początkujących, gdzie uczony jest wszystkich podstawowych ruchów. Nikt mu nie pozwoli nawalić dropsów na gryf, żeby sobie udowodnił jakim to bykiem nie jest – najpierw musi się ogarnąć z pustym kijem albo rurką PVC a dopiero później przychodzi pora na ciężary. Na każdym treningu obecny jest  też trener, który (jak wynika z  mojego doświadczenia) bardziej zainteresowany jest tym, abyś ćwiczył poprawnie, niż tym, ile rekordów w danym treningu zrobisz i w razie czego zwyczajnie poprosi cię o zdjęcie talerzy z gryfu.

Biegacze, z racji tego że nie biegają pod okiem trenera, są w dużo gorszej sytuacji, bo nie ma kto im powiedzieć, że robią coś źle. Nikt im nie zwróci uwagi, że się garbią, krzywo nogi stawiają, nie pilnują oddechu, nie różnicują jednostek treningowych. Nie dostają żadnej informacji zwrotnej na temat tego, czy robią coś dobrze czy źle (za to mają masę lajków pod wrzuconym na fejsa wynikiem z Endo), zaś powszechne przekonanie, że biegać każdy może wcale im nie pomaga – bo po co szukać dziury w  całym, skoro bieganie to żadna filozofia?
Robią więc swoje, bardzo często źle. Robią sobie krzywdę, lądują u fizjoterapeutów a potem wracają na ścieżki biegowe  nie wiedząc nawet, co było przyczyną kontuzji.

Krzywda instant

Przyczyną kontuzji, pomijając rozbuchane ego i zarżnięcie się kilometrami, są zazwyczaj braki w  mobilności i brak wiedzy o funkcjonowaniu ludzkiego ciała. Ludziom sie wydaje, że w pół roku można się przygotować do maratonu (w końcu tak piszą w gazetach i internetach) ale nie wiedzą o tym, że o ile mięśnie i płuca adaptują się bardzo szybko, o tyle tkanki twardsze –  ścięgna, chrząstki, stawy potrzebują dużo więcej, niż rok, aby bezpiecznie przygotować się do przebiegnięcia 42km.  Dodajmy do tego siedzący tryb życia i przykurcze we wszystkich możliwych miejscach, podlejmy to internetowymi historiami o ludziach, którzy codziennie biegają maraton, podbijmy bębenek historią kolegi z działu obok, który po czterech tygodniach biegania ukończył maraton i żyje –  i otrzymujemy wspaniałą mieszankę pt „zrób sobie krzywdę”.
Wystarczy dodać trochę potu –  i gotowe!

Po co szukać dziury w całym

Tym, czego uczy CrossFit (podkreślam –  ten dobry a nie fitness podróba) jest świadomość swojego ciała i zrozumienie, że zajebiste wyniki wymagają zajebistych nakładów pracy rozumianych nie tylko jako żyłowanie silnika, ale też smarowanie wszystkich śrubek.  Z racji tego, że jest to system wymagający dużej sprawności, bardzo szybko uwidoczni wszystkie twoje słabości – i nie mam tu na myśli braków w sile, tylko w zakresie ruchu.  Jeśli jesteś typem pracownika biurowego, który sport ostatni raz widział na zajęciach z W-F w ogólniaku, na 100% masz jakieś ograniczenia. Czy to w przysiadzie, czy w ramionach – bankowo gdzieś niedomagasz a krosfit, sport bazujący na ruchach wielostawowych, znajdzie te niedomagania i wyciągnie na światło dzienne.

No dobrze, ale po co te niedomagania wyciągać, skoro do tej pory świetnie ci się z nimi żyło? Mogłeś z nimi pójść na basen, pobiegać, bica na siłowni przypompować i wcale nie czułeś, że niedomagasz. Po co  robić problem z czegoś, co nie przeszkadza? Przecież ty nie chcesz brać udziału w olimpiadzie, tylko dobrze wyglądać i zrobić ten maraton.
Po co te wszystkie korowody?

Słabości trzeba wyciągać i korygować po to, by móc bezpiecznie uprawiać sport. Wyciągać po to, by je naprawić, bo to, że ich nie widzisz to nie znaczy, że ich nie ma. Bolą cię plecy, rypie w lędźwiach, urywa biodra nazajutrz po bieganiu? To bankowo masz coś nie tak ze swoją postawą i jeśli czegoś z tym nie zrobisz, problem będzie się tylko nasilał.
CrossFit nie nauczy cię poprawnej techniki biegu, ale zaszczepi przekonanie, że mobilność i rozciąganie po treningu są równie ważne, co sam trening. Nauczy cię podstawowej wiedzy o swoim ciele, tego jak o nie dbać i co robić, by nie rozlecieć się po dwóch tygodniach.
To są rzeczy, których nie nauczysz się sam, bo nie są dla ciebie ważne, bo przecież bieganie to żadna filozofia.
Bo ty chcesz tylko dobrze wyglądać.

Za chudy na hipstera

Absolutna większość biegaczy to chudziaki, które gdyby tylko wyskoczyły z kolorowych legginsów bez problemu odnalazłyby się na Placu Zbawiciela. Owszem, pobiegnie ci taki połówkę, maraton, czy nawet ultra –  ale każ wnieść kilka worków cementu na trzecie piętro, albo zwyczajnie podciągnąć się 10 razy na drążku i zaczynają się [nomen omen] schody.
Rozumiem ten mechanizm –  osobie z nadwagą (mniejsza o to, czy faktyczną, czy tylko urojoną) „dobra sylwetka” oznacza sylwetkę szczupłą, ale uśredniając ludzkie upodobania, dobra sylwetka to sylwetka sportowa (bez przechyłów w stronę króla Osiedlowej Siłowni). Chudy biegacz to po prostu chudy facet a chudy i dobry to jest co najwyżej kurczak z parowaru.

Typowy biegacz jest też zwyczajnie słaby. Słabość tą świetnie widać na podbiegach, które są elementem stricte siłowym. Biegacze boją się podbiegów,  ponieważ ich na nich  „odcina” a odcina ponieważ nie mają siły w nogach. Owszem, mają mocne płuca, potrafią lecieć po płaskim ale tylko wtedy, gdy w grę wchodzi wytrzymałość.  Tymczasem w CrossFicie, silna noga to absolutna podstawa. Nie znajdziesz w boksie typowego dla siłowni „bociana” –  buldożera z przypakowaną klatą i rachitycznymi nogami, ponieważ każdy CrossFitter wie, że siła bierze się z nogi a dynamika z biodra. Dlatego na pytanie „kiedy robisz  nogi” CrossFitter odpowie „zawsze” –  i tak zazwyczaj jest.

O tym, jak ważna w bieganiu jest siła nóg przekonałem się półtorej roku temu na trasie Łemko Trail. Pomimo żadnych przygotowań biegowych (coś tam truchtałem od czasu do czasu –  czyli tyle, co nic) 28 kilometrowy bieg po górach ukończyłem poniżej 4 godzin – bez kontuzji, bez ściany, czy innych sensacji na trasie – wszystko na piwie, burgerach i krosficie.
Nie tam, żebym zachwalał takie metody treningowe, ale to pokazuje, jak ważna w biegu jest silna noga.

Czy ja muszę tak hejtować na biegaczy?

Jak znam życie i internet, zaraz oburzy się jeden z drugim pisząc, że obrażam biegaczy.
Otóż nie, nie obrażam (a przynajmniej nie jest to moim celem) – tylko piszę to, co widzę a widzę, że bieganie przy całej swojej popularności, bardzo często uprawiane jest metodami chałupniczymi, które są zwyczajnie groźne dla zdrowia. Szczególnie jest to widoczne wśród osób początkujących, choć znam też kilku maratończyków, którzy powinni posypać głowę piaskiem z Asicsów
Dlatego polecam CrossFit wszystkim biegaczom, ponieważ jest duża szansa, że dzięki niemu zaczną przykładać uwagę nie tylko do nabijanych kilometrów, ale też techniki tego, co robią. Zrozumieją, że bieganie półmaratonów dla frajdy to niekoniecznie dobry pomysł, szczególnie wtedy, gdy truchta się metodą na Wujka Festera z Rodziny Addamsów.

No i w końcu zaczną wyglądać tak dobrze, jak o sobie mówią 😉

 

zdjęcie, o ile dobrze pamiętam, pochodzi ze strony crossFit.com