Jak nie drzwiami to oknem, czyli z wizytą w CF Dopamine

Odwiedzając po raz pierwszy warszawskie ( i nie tylko) boxy staram sie korzystać z niepisanej CrossFitowej zasady „pierwszy trening za free”.  Stosuje ją większość znanych mi boxów i jest to moim zdaniem bardzo fajny, budujący ową osławioną CF community obyczaj, który daje okazję by wpaść do sąsiedniego boxa, poznać ludzi, spocić się razem a przy okazji nie zrobić dziury w kieszeni. Podczas każdej z takich wizyt zawsze kupuję boxową koszulkę a jeśli gdzieś wpadam po raz kolejny, płacę za wstęp – chyba, że tak jak w CF Podlasie zostanie mi to uniemożliwione argumentem „zostałeś zaproszony i żadnych pieniędzy nie biorę” (Cześć, Monika 🙂 )

CF Dopamine miało być białą plamą mapie moich „wycieczek” po CrossFitowej Warszawie. Na pytanie o jednorazową „wpadkę” do boxa dostałem odpowiedź, że kosztuje tyle a tyle –  więc stwierdziłem, że trudno, obejdę się smakiem – każdy box ma swoje zasady i trzeba je respektować –  w końcu jest to wyraz czyjejś dobrej woli a nie obligatoryjna, narzucona przez dziadka Glassmana zasada, za której złamanie grozi odebranie afiliacji i wieczny hejt na facebookowej stronie CrossFit Polska.

Na co dzień dworuję sobie z dajeszojcowej popularności i celebry (bądźmy realistami, co to za popularność z 1,6K lajków? ) ale nie powiem, żebym nie był miło zaskoczony, gdy odezwała sie do mnie związana z boxem osoba z… zaproszeniem na trening –  bo fajnego bloga jej zdaniem piszę więc  miło byłoby się poznać i trochę żelaza poprzewalać. Byłem zaskoczony – i to  miło jak cholera –  bo to zawsze jest miłe usłyszeć, że to co się robi gdzieś tam do ludzi dociera i nakręca. Z drugiej strony jednak nie sposób było sobie nie pomyśleć, że może i marna to popularność, ale pewne drzwi otwiera…

Na warszawskiej Pradze bywam raz na rok, może dwa razy – wyjazd na drugą stronę Wisły jest więc dla mnie jak wyjazd do innego miasta. Nie wiedząc jakie przygody drogowe mogą mnie spotkać wyjechałem 45 przed umówionym czasem – trzy kwadranse wydały mi sie wystarczająco długim czasem na przekroczenie Wisły w leniwy niedzielny poranek. O jaki byłem naiwny! Zamknięty most Grota-Roweckiego wywalił mnie gdzieś na obrzeża Białołęki, nawigacja samochodowa nie uwzględniła robót na uliczkach dojazdowych i w efekcie gotów na karne burpees dotarłem do boxa siedem minut po rozpoczęciu treningu.
Dobrze chociaż, że stojący przy drodze duży szyld informujący „którędy do dopaminy” był na tyle widoczny, że nie pobłądziłem w okolicach ronda żaba – bobym się chyba ze złości pochlastał gumą rehabilitacyjną.

outside_1

Box jest umiejscowiony w starym magazynie –  i to widać od razu. Wystrój jest mocno ascetyczny, wręcz surowy – czyli taki, jak w boxie być powinien. Miejsca jest dużo – trenowało nas kilkanaście osób i można było tańczyć z gryfem (na spokojnie weszłoby drugie tyle). Całą długość jednej ze ścian zajmuje RIG– może nie jest na takim wypasie jak klatki w innych boxach (bez hopsztosów typu tablice do WBS) ale jest DUŻY i nie zauważyłem, by czegoś mu brakowało. Burpee pull-up szły tak samo wrednie, jak na każdym innym.
Fajnym bajerem jest za to „rig podwórkowy” –  żelazne rusztowanie z zawieszonymi linami. Co prawda udało mi się wejść tylko trzy razy, bo pierdoła saska musiałem sobie kuku na piszczelu zrobić, ale wspinanie się na podwórku to bardzo fajna sprawa. Prawie jak na gejmsach 😉

outside_2

O ile pocić mogę się na gołej ziemi, to po treningu lubię mieć odrobinę komfortu i jakość/wielkość łazienki to dla mnie rzecz istotna. Box jest nowy (ruszył bodajże jesienią 2014) więc prysznice są jeszcze elegancja-Francja; wszystko czyściutkie, świeżutkie – no sama przyjemność pod takim prysznicem postać.
Prysznice i szatnie, przestronne tak  jak cały box, umiejscowione są na poziomie -1, czyli w piwnicy, co daje ciekawy efekt „wychodzenia” na trening i „schodzenia” po treningu. Szczególnie schodzenia 😉
W ogóle cała miejscówka jest bardzo fajna i choć może nie tak nietypowa jak myjnia R99, ma swój charakter
CrossFit Dopamine jest też pierwszym znanym mi boxem przyjaznym osobom powyżej 1,90 wzrostu – pisuar został zamontowany na takiej wysokości, aby osoby obdarzone słuszną posturą nie musiały się schylać, zaś osoby wzrostu nikczemnego mogą trenować tak istotne w CrossFicie cechy jak precyzja i celność 😉

pisu

Pod względem treningowej playlisty był to zdecydowanie najlepszy box, w  jakim miałem okazję ćwiczyć. Nie jestem co prawda wielkim fanem Metalliki, czy Megadeth (wolę Slayera) ale trzaskanie burpee pullupsów pod „Symphony of destruction” to miód na moje uszy i obolałe ciało. Deadlifty pod thrashmetalowy napieprz to jest dokładnie to, jak sobie wyobrażam CrossFit – ascetyczna miejscówka, minimum bajerów i ogłupiający nakurw po uszach. Gdy ćwiczysz jak zwierzę powinieneś czuć się jak zwierzę – ma być pierwotnie i na petardzie a nie jakieś hiphopy, czy inne disco (cześć Karol!)
Gdy pizgasz metalem, metal ma lecieć z głośników – tak to moim zdaniem powinno wyglądać i tak też wyglądało w dopaminie.

inside_1

Od razu widać też, że trenujący tam ludzie lubią się i świetnie się bawią. Byłem już w boxie, gdzie ludzie ledwie się do siebie odzywali i zdecydowanie wolę te miejscówki, gdzie są śmichy chichy i głupie dowcipy. Byle nie za głupie, bo jednak rasistowskie żarciki, czy „kawały” o waleniu noworodkiem o ścianę to trochę za dużo jak dla mnie.
Pomijając grube żarty, ludzie byli otwarci i życzliwi. Nie wiem na ile to kwestia tego, że byłem kimś, kogo kojarzyli z tekstów na blogu i facebooku –  więc w jakiś tam sposób znajomym –  ale zupełnie nie czułem sie jak gość. Były ploty, było piątek przybijanie, było fajnie i w niewymuszonej atmosferze –  dokładnie tak jak być powinno po tym, gdy się razem machnie Hero WODa i zostawi mokrą plamę na podłodze

inside_2

Z czystym sumieniem polecam CF Dopamine wszystkim prawobrzeżnym CrossFiterom oraz tym, którzy bardzo by chcieli CrossFit ćwiczyć, ale  nie wiedzą co gdzie jak i z kim. Box jest duży i z charakterem, sprzętu pod dostatkiem, ekipa zgrana i otwarta a muzyka konkretna.
Nic, tylko iść i pizgać żelazem do upadłego.

Reklamy

Te(k)st sponsorowany

Niemal każdy co bardziej poczytny bloger albo fejsbukowicz, publikuje różnego rodzaju testy i opinie. Czytając je mam wrażenie, że nie ma  produktu złego – wszystko jest albo zajebiste, albo przynajmniej dobre –  bo nawet jak ma jakieś wady, to „minusy nie przysłaniają plusów” i  w ogólnym rozrachunku jest co najmniej przyzwoicie.
Jako stary i zgorzkniały kot nie wierzę takim testom ani na słowo –  i już tłumaczę dlaczego.

obiektywizm i inne kłamstwa

W absolutnej większości przypadków sytuacja wygląda następująco: Bloger dostaje od firmy X produkt „do testów”. W moim rozumowaniu „do testów” znaczy „na spróbowanie i oddanie” – ale w praktyce wygląda to tak, że testowany produkt zostaje testerowi podarowany. Bloger coś zje, ponosi, pobiega, potem spisze swoje spostrzeżenia a produkt zostaje w szafce na dalsze użytkowanie. Z technicznego punktu widzenia jest to więc zwykły podarunek na zasadzie „ja Ci coś dam a ty napiszesz co o tym myślisz”.

Nie od dziś wiadomo, że jak człowiek dostanie coś za friko to ma na temat tego czegoś dużo lepsze zdanie. Choćby był to chłam straszliwy, doszukuje się w tym zalet, bo zwyczajnie kiepsko byłoby się przyznać przed samym sobą,  że się dostało zwykły badziew. Jest to podstawowy mechanizm psychologiczny, któremu podlegamy wszyscy, czy nam się to podoba, czy nie.

Drugi bardzo silny mechanizm to chęć odwzajemnienia się za podarek –  choćby pozytywną opinią, dobrym słowem.

Trzeci mechanizm to zwykła chciwość – chęć otrzymania kolejnych podarków –  gdyż wiadomo, że szansa na otrzymanie kolejnych gratisów jest większa wtedy, gdy napisze się pochlebne słowo o tym, który się otrzymało.

Załóżmy jednak że jest sobie bloger niepokorny o dużym zasięgu – pyskacz co się zowie, w bawełnę nie owija i, co najgorsze, prawdę pisze (o tym, czy naprawdę jest to prawda, będzie za moment). Firma dając takiemu blogerowi produkt do zrecenzowania liczy się z faktem, że opinia może być niepochlebna, ale wrzuca to w koszta budowania świadomości marki w myśl zasady „nie ważne jak mówią, ważne by nazwiska nie przekręcili”. Co z tego, że napisze, że produkt X jest do niczego? Informacja dotrze do (powiedzmy) 10 000 czytelników, którzy za miesiąc zapomną o kiepskim produkcie a za pół roku firma wprowadzi nowy, lepszy model , który już nie będzie anonimowy –  więc i szanse na jego zakup wzrosną.

Krótko mówiąc bloger niepokorny jest zwykłym reklamiarzem za fanty. Z jednej strony jest fair wobec siebie, bo pisze to, co myśli, z drugiej jednak strony robi dla firmy X zwykłą marketingową robotę, bo za parę butów, zegarek, czy inny gadżet buduje świadomość owej marki. Raz jeszcze powtórzę – bez znaczenia jest to, że opinia będzie szczera, bez pardonu, że pojedzie bloger po produkcie jak po burej suce – bombardowani megatoną informacji dziennie ludzie szybko zapomną, czy było pochlebnie, czy nie, za to będą kojarzyć markę produktu, a to z punktu widzenia firmy bardzo istotna rzecz.
Istotna rzecz kupiona za parę skarpet czy kolorowe gacie.

Nie znam się to się wypowiem

Zaraz padnie argument: No co ma ten biedny bloger z „podarowanym do testów” produktem zrobić? Buty już pobrudził,  gacie przepocił, baton zjadł i zwrócił, na zegarku dwie rysy zrobił –  no przecież tego nie odda! Poza tym to proceder stary jak świat – wysyłanie płyt do gazet muzycznych, zapraszanie krytyków na premiery, smakoszy do restauracji, itp. itd.
Zgadzam się – proceder jest równie stary, co powszechny –  rzecz  jednak w tym, że statystyczny bloger, w odróżnieniu od krytyka, czy smakosza (oględnie mówiąc) niespecjalnie się zna na tym, o czym pisze, bo robi to od roku, dwóch, góra trzech lat i zwyczajnie brak mu wiedzy oraz doświadczenia.

Pracowałem kiedyś w wydawnictwie, które wydawało dwa najlepsze, specjalistyczne czasopisma komputerowe. W wydawnictwie tym był dział „Laboratorium” zajmujący się tylko i wyłącznie testami sprzętu, który po testach był zwracany do firmy, z której został do testów otrzymany. Pracujący tam ludzie testowaniem zajmowali się od wielu lat – mieli więc stosowną wiedzę, mieli potrzebne narzędzia, mieli też jaja by w sytuacji, gdy testowane były „pancerne” laptopy, pozwolić jednemu z redaktorów (wielkiemu chłopisku ponad 100kg żywej wagi) skakać po tym laptopie w glanach – bo w końcu jak pancerny to pancerny…

Poważnymi  recenzjami zajmują się ludzie z wieloletnim doświadczeniem, którzy choćby z racji ilości „przebadanych” przypadków mają w swojej dziedzinie wiedzę większą od nawet najbardziej zapalonych żółtodziobów. Nie wierzymy w recenzję auta pisaną przez 21 latka, który właśnie dorżnął pierwsze Cinquecento w holenderskim gazie. Nie ufamy młodziutkiemu studentowi medycyny, który jeszcze nie trafił na swój przypadek terminalny, ponieważ bardziej wiarygodny jest dla nas profesor ze szpitala wojewódzkiego który niejedną śmierć już widział. Wiemy, że aby być w czymś dobrym trzeba zjeść na tym zęby i owym „bezzębnym” najbardziej ufamy.
Tymczasem w internecie normą są testy sprzętu sportowego pisane przez ludzi bez maratonu na koncie, pasjonatów od dwóch sezonów. Z całym szacunkiem dla ich pasji i zaangażowania – nieopierzeni jeszcze są i wąs im się ledwie sypie.
Jak ja mam im wierzyć?

Blog trzynastozgłoskowcem

Pora wytoczyć  mój ulubiony argument z cyklu „a czy muszę być pisarzem, by móc ocenić, czy książka jest dobra, czy nie”’? Pomijając już fakt, że aby móc się na temat literatury wypowiadać przydałoby się mieć przynajmniej wykształcenie kierunkowe i z pół tysiąca przeczytanych książek na koncie (punkt odniesienia i te sprawy) dochodzimy tu do bardzo ważnego zagadnienia: Braku autorytetów i fachowców od siedmiu boleści.

Żyjemy w czasach gdy prawdziwym autorytetami wyciera się pyski w politycznych debatach a autorytetami medialnymi zostają debile, których głównym osiągnięciem jest pokazanie cycków i ogólny brak poczucia żenady. W internecie jest podobnie –  największą poczytność mają kwejki, pudelki, memy z kotami i inne mądrości dla gimnazjalistów –  co dość dużo mówi o poziomie współczesnego konsumenta. Skoro więc autorytetów brak, fachowcem może  być każdy a potencjalny odbiorca to jełop – nic dziwnego, że na pytanie  „a czy muszę być pisarzem, by móc ocenić, czy książka jest dobra, czy nie” zazwyczaj pada odpowiedź „nie, nie musisz”. Opinia laika to też opinia wartościowa, bo laik zwróci uwagę na rzeczy, które fachowcowi umkną, podejdzie do tematu z innej strony, niesztampowo oraz cała masa innych argumentów z coraz głębszych czeluści studni głupoty.

Fachowiec bez szkoły

O tym, jak kompletnie bezwartościowa jest opinia laika przekonałem się na własnej skórze, kiedy kilka miesięcy temu spisałem swoje wrażenia o suplementach od Amaroka. Napisałem min, że przedtreningówka jest świetna, ale jej dużym minusem jest słaba rozpuszczalność. Tymczasem okazało się, że słaba rozpuszczalność wynika z zawartości w proszku BCAA, co akurat jest dużym plusem a nie minusem. Mówiąc krótko, moja „taka sobie” opinia wzięła się ze zwykłej ignorancji – jako laik gówno wiedziałem i tyle też warta była moja opinia.

W tym samym wpisie napisałem, że białko waniliowe od Amaroka jest paskudne w smaku –  i nadal tak uważam – a znowuż mój kolega owym białkiem waniliowym zajada się aż mu się uszy trzęsą. I komu teraz wierzyć? Blogerowi, który pieprznął się na BCAA i może nie mieć smaka, czy jego koledze, który waniliowe białko wciąga, że aż miło?

Sytuacja ta pokazała mi dobitnie, że blogerom – amatorom nie ma co wierzyć, bo z racji małego doświadczenia gówno się na temacie znają. Mogą napisać, że pasek w  zegarku uwiera, że buty są niewygodne –  ale nie można mieć pewności, że zwyczajnie mają płaskostopie i nie odkryli możliwości regulacji paska.

Ciężko jest mi określić, od kiedy zaczyna się bycie fachowcem, ale na pewno nie jestem nim ja ze swoimi dwoma latami biegania i kolejnymi dwoma CrossFitu. Dla mnie fachowiec to ktoś z minimum pięcioletnim doświadczeniem, z X par zabieganych butów, zaleczonymi kontuzjami, porażkami. Nie wierzę w opinie zapaleńców, bo owo „zapalenie” to nie wszystko. Trzeba jeszcze mieć wiedzę i doświadczenie.
I pokorę, by umieć przyznać, że w sumie to ja niewiele jeszcze wiem

Brejkam wszystkie rule

Znajomy, który jakiś czas temu wprowadzał na rynek produkt przeznaczony dla sportowców opowiadał mi, jak to odzywali się do niego blogerzy z propozycją,  że chętnie napiszą o jego produkcie, jeśli tylko dostarczy im próbki do „testowania”. Mając na uwadze,  że tym produktem były batony energetyczne, opcja „potestuję i oddam” raczej nie wchodziła w rachubę 😉 Mówiąc bez ogródek, grane było typowe blogowe żebractwo w stylu „daj mi a będę o Tobie pisał”.
Z drugiej strony odzywali się do mnie producenci różnych rzeczy z pytaniem o możliwość wykupienia tekstu sponsorowanego. Po prostu – my ci coś damy/zapłacimy a ty o nas fajnie napisz.
Typowa sytuacja biznesowa

Wychodzę z założenia, że dopóki wszystko dzieje się za obopólną zgodą, dorośli mogą się ze sobą bawić w każdy sposób, na jaki tylko mają ochotę – także dział marketingu z blogerem. Nie udawajmy jednak, że są to obiektywne i rzeczowe testy. Robisz reklamę –  rób ją i mów o tym jawnie a nie zachowuj się jak jeden z kandydatów na prezydenta, który wystąpiwszy w reklamie Pepsi usprawiedliwiał to słowami, że to taka zbuntowana młodzieżowa marka a on też jest buntownikiem –  więc w sumie to nawet im po drodze.
Zachowujmy się jak dorośli…

Blogowe testowanie to nic innego jak biznes; mniej lub bardziej zawoalowany, ale ciągle biznes.  Ktoś  coś daje, ktoś coś dostaje, ktoś się wypowiada, komuś się wydaje że jest rzetelny i niezależny, świadomość marki rośnie – i wszyscy są zadowoleni. Pół biedy, jeśli wypowiadają się ludzie z wiedzą i doświadczeniem – wówczas jest szansa na rzeczowy i profesjonalny opis. Jeśli jednak robi to bloger, którego największym osiągnięciem jest półmaraton, to niczym się to nie różni od mądrości wypowiadanych przez celebrytów w telewizji śniadaniowej.

Co za dużo to i świnia nie zje

Mnogość blogów sprawia, że niemal każda nowinka na rynku zostanie zareklamowana, to znaczy przetestowana 😉 Każdy ciuch, gadżet, żel i baton w chwilę po premierze zostaje przetestowany, opisany i zalajkowany,  dzięki czemu pasjonatowi danej dziedziny (dajmy na to biegania) nie umknie żadna nowalijka i uzbrojony w tą wiedzę będzie w stanie dokonać najbardziej optymalnego i satysfakcjonującego zakupu.
Tylko czy ta wiedza jest naprawdę wartościowa? Czy jest potrzebna? Czy biegacz naprawdę potrzebuje tych wszystkich testów butów, skoro koniec końców i tak pójdzie do sklepu, sprawdzi czy mu dobrze na nodze leży; czy nie ociera, nic nie uwiera? Czy jest sens wierzyć na słowo, że produkt X jest niesmaczny, skoro inny bloger zajada się nim ze smakiem?  Jaka jest wartość takich porównań, skoro przeprowadzają je amatorzy? I po co świadomość istnienia tych wszystkich nowalijek, skoro koniec końców podpytuje się znajomych o ich opinie na temat produktów, które kupili za własne pieniądze i używają na co dzień od lat/miesięcy?
Moim zdaniem jest to wiedza bezużyteczna, informacyjny szum. Sztuczny mentalny tłok

Czy hajs się zgadza?

Zastanawia mnie też rachunek biznesowy takiego rozdawnictwa dla blogerów. Jeśli firma daje zegarek za 1,5 tysiąca blogerowi, który nie ma nawet tysiąca fanów (więc informacja o produkcie trafi do stu, może trzystu osób jeśli bloger wykupi post sponsorowany) to gdzie w tym wszystkim kalkulacja? Co prawda nie mam wglądu w Excela, ale odnoszę wrażenie, że status-quo w sportowej blogosferze jest wynikiem nieprzemyślanych ruchów w działach marketingu i ogólnej mody na fejsbukowych influencerów. Innymi słowy w modzie jest rozdawać fanty blogerom, bo to dobrze wygląda w kwartalnych podsumowaniach.
Power point się zgadza a bloger ma nowe gacie.

No więc wiemy, że nie jest różowo – ale co z tym fantem zrobić?
Otóż ja planuję robić to samo, co (z małym wyjątkiem na potrzeby tego wpisu) robiłem do tej pory – nie czytać recenzji, nie interesować się nowinkami, nie śledzić blogosfery i ogólnie rzecz biorąc mieć to, co się dookoła dzieje serdecznie w dupie.

Gdy będę potrzebował nowych butów – pójdę do sklepu i przymierzę.
Gdy będę potrzebował nowego zegarka z GPS – zapytam się trzy razy, czy na pewno go potrzebuję.
Gdy złapię smaka na nowe koksy – podpytam znajomych, lub zamówię próbkę
A gdy odezwie się ktoś  z propozycją artykułu sponsorowanego –  odeślę go do… No właśnie, koledzy po blogu –  do którego z Was mam go odesłać?

Jak równy z równym czyli polski CrossFiter „na zachodzie”

Gdy tylko dowiedziałem się, że matka korporacja wysyła mnie w zagraniczną delegację, z miejsca sprawdziłem boxy w mieście docelowym, po czym wysłałem mailowe zapytanie o możliwość wspólnego treningu. Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu, trzy z czterech boxów odpisały, że bardzo chętnie przyjmą mnie za friko na „single drop-in”, co idealnie wpisywało się w moje wyjazdowe plany a przy okazji pozwoliło mi zaoszczędzić trzy stówy na wejściówkach (25 franków za godzinę zabawy to jednak dość sporo, jak na polską kieszeń).
Wobec powyższego nie pozostało nic innego jak spakować się, naszykować papu i odliczać dni do wyjazdu.

basel_1

Pierwszy wieczór w Bazylei spędziłem na biegowym rekonesansie po mieście –  zażyłem trochę ruchu, rozprostowałem kości po ośmiu godzinach w podróży, obejrzałem to i owo oraz, co najważniejsze, sprawdziłem lokalizację boxów. Jednego boxa, żeby być dokładnym – ponieważ drugiego za cholerę znaleźć nie mogłem (jak się później okaże kilkukrotnie przebiegałem dosłownie metr przed nieoznakowanym wejściem) zaś napotkani przechodnie zapytani o CrossFit robili oczy, jakbym wypytywał ich o pomoc w wypełnieniu rocznego zeznania podatkowego.

basel_2

Poniedziałek przywitał mnie zapierdolem. Matka korporacja od samego rana podrzuciła nas na wysokość lamperii a potem tylko podkręcała tempo. Około godziny siedemnastej musiałem zerknąć w dowód osobisty, by przypomnieć sobie jak się nazywam, ale nic nie wskazywało na to, by ten dzień miał się rychło skończyć. Od 18-tej, mocno już zniecierpliwiony zacząłem ostentacyjne zerkać na zegarek i w końcu, po pół godzinie ktoś z się zreflektował, że chyba mi się śpieszy…
O jak mi się śpieszyło! Dwa kilometry do hotelu pokonałem w 10 minut, co daje po 5min. na kilometr, w dżinsach i z laptopem na plecach. W hotelu szybka przebierka, ciuchy na plecy i wio, kolejne 3km do boxa. Padający deszcz zafundował idealnie chłodzenie i na miejsce dotarłem kilka minut przed czasem.

CrossFit White Wolf okazał się być malutką, może 10×4 metry kwadratowe miejscówką, w której do niedawna odbywały się zajęcia z jogi. Kilka sztang, RIG w wersji mocno kompaktowej, parę ergometrów. Na WODzie, który kończył się gdy przybiegłem, było pięć osób. Na zajęciach z jogi –  trzy (razem ze mną i trenerem) – widać było, że to świeże i kameralne miejsce. Z drugiej strony miało to ten plus, że załapałem się na zajęcia niemal indywidualne.
Pierwotnie planowałem przyjść na WODa i złachać się jak Greg Glassman przykazał, później jednak zdecydowałem, że zapiszę się na klasę z jogi –  było to o tyle rozsądne, że na WODa i tak bym nie zdążył a na jodze nigdy nie byłem, więc wpadło nowe doświadczenie.

Po całym dniu korpozapieprzu  rozciąganie i  mantrowanie zrobiło mi dobrze jak Jenna Jameson w złotych latach swojej kariery. Po godzinie byłem tak zresetowany i wyluzowany, że mało co mnie interesowało a przy okazji podpatrzyłem kilka fajnych sztuczek na mobilność.
Pozostało tylko nabyć okolicznościową koszulkę i zwijać się do hotelu

white_wolf_1

white_wolf_2

Drugiego z boxów nie udało mi się odwiedzić, ponieważ musiałem wziąć udział w korpokolacji i wymuszonych rozmowach na neutralne tematy. Ale nie było to znowu tak jałowe i pozbawione ekscytacji, jakby się mogło wydawać. Z racji tego, że kolacja odbywała się w modnym i drogim miejscu, do którego za własną kasę nigdy w życiu bym nie poszedł, miałem okazję na własnym podniebieniu przekonać się, co znaczy „współczesna modna kuchnia” oraz utwierdzić się w przekonaniu, że zjedzenie własnego posiłku przed wyjściem do lokalu to świetny pomysł nie tylko wtedy, gdy zamierzasz chlać na umór 😉

modne_zarcie

Trzeciego dnia dałem jasno do zrozumienia, że 18.30 to koniec mojego korpodnia pracy.  Tym razem nie musiałem gnać na wariata do hotelu i z powrotem, ponieważ przezornie zabrałem ze sobą ciuchy na trening a biuro okazało się mieścić może z 500m od boxa . Aby zaoszczędzić sobie nerwówki last minute napisałem maila z prośbą o dokładne wytyczne jak trafić na miejsce. Otrzymane instrukcje były tak precyzyjne, że nawet ślepy by trafił –  więc były szanse że i ja dotrę na prawilnego WODa

CrossFit Downtown okazał się być konkretną miejscówką. Ulokowany w  czymś, co wyglądało na skrzyżowanie magazynu z podziemnym garażem, wypełniony był markowym sprzętem od Rouge (aż strach było kettlem stuknąć). Dwie duże ściany zabudowany były rackami i drążkami, środek zaś zajmowała konstrukcja podobna do tej, jakie spotkać można w wojskowych małpich gajach –  zdecydowanie był to najciekawszy RIG, jaki do tej pory widziałem

downtown_2

W obu lokalizacjach czułem się jak u siebie –  zarówno dlatego, że przyjęto mnie bardzo ciepło i na luzie, jak też dlatego, że CrossFit wszędzie jest taki sam i bez problemu odnalazłem się w ćwiczeniach. Ciekawostką natomiast była konieczność uprzedniego zapisania się na zajęcia przez Internet –  coś, z czym nie spotkałem się w  żadnym z polskich boxów.
W obu BOXach obowiązuje limit dziesięciu osób na klasę, co w przypadku CF Downtown może wydawać się dziwne, bo miejsca tam sporo i spokojnie ze dwadzieścia osób się zmieści, ale rozumiem że chodzi tu o to, że 10 osób to bezpieczny limit  na jednego trenera. Większa liczba ćwiczących sprawia, że trener nie jest w stanie poświęcić należytej uwagi –  więc ustawia się limit taki, aby był komfortowy zarówno dla ćwiczących, jak i prowadzącego. Jest to bardzo fajne rozwiązanie i czasem żałuję, że nie ma go w rodzimych BOXach, ponieważ to, co czasami dzieje się na popołudniowych klasach przypomina walkę o karpia w Lidlu.
Ale to nie mój problem, bo o szóstej rano miejsca jest tyle, że można tańczyć z ergometrem 😉

Sam trening był bardzo fajny, bo robiłem coś nietypowego – ćwiczenia z talerzem, bez gryfu – zaś na koniec była wisienka w postaci mózgojeba na wiosłach. Jedynym minusem wizyty w CF Downtown był fakt, że nie mieli boxowych koszulek na sprzedaż –  więc z lansu nici.

downtown_1

Z trzech zaplanowanych boxów udało mi się odwiedzić tylko dwa –  ale nie były to jedne sportowe doświadczenia tego wyjazdu. Powrót do kraju zakończył się mocnym akcentem, ponieważ z racji bardzo krótkiego czasu na przesiadkę z Kopenhagi do Warszawy musiałem zasuwać biegusiem z jednego końca lotniska na drugi. Oj, co to był za sprint! Siedmiokilowa torba w dłoni i pełna petarda między wózkami, pasażerami, stoiskami i wszystkim tym, co można znaleźć na lotnisku. Do bramek dobiegłem spocony jak świnia, ale szczęśliwy –  bo raz, że obyło się bez nocowania na lotnisku, a dwa, że w końcu się ten CrossFit na coś przydał.
„Regularry play and learn new sports”, psia jego mać 😉

CrossFitowe wrażenia z wizyty „na zachodzie” mogę skwitować jednym zdaniem: Nie mamy się czego wstydzić. Miejscówki mamy duże, świetnie wyposażone i niczym nie ustępują swoim zachodnim kuzynom. Kadrę trenerską mamy konkretną i profesjonalną; poziom CrossFitterów również nie odbiega od  reszty świata (skończyłem z drugim czasem w grupie a jakimś przesadnym wymiataczem nie jestem) – więc spokojnie możemy jechać w świat i mówić „jestem z Polski”.

Można jechać między ludzi i trenować jak równy z równym – zarówno na moim, amatorskim poziomie, jak i na poziomie zawodowym – co mam nadzieję już niebawem nasze zuchy potwierdzą na regionalsach.