Toughness Test Toruń 2015

Toruń przywitał nas deszczem; paskudnym, zimnym deszczem – ale to jakby normalne, bo czego innego można oczekiwać w Polsce pod koniec lipca? Szczęśliwie, powitanie ze strony lokalnych CrossFitterów było bardziej ciepłe i odebrani z dworca zawieźliśmy swoje wielkopańskie zadki prosto pod nową siedzibę CrossFit Toruń.

Gdy dotarliśmy na miejsce, zawody trwały już w najlepsze – zawodnicy się pocili, kibice pokrzykiwali, a zaproszona burgerownia rozpalała palenisko. Wiele sobie po tej burgerowni obiecywałem i, jak się niebawem okazało, były to obietnice pokryte po dwakroć –  z dokładką.

burgery

Również nowy box stanął na wysokości zadania. Nie widziałem starej toruńskiej lokalizacji, ale nowa to jedno z fajniejszych miejsc, w jakich byłem. Dwie duże sale, dwa poziomy, fura sprzętu, wielka szatnia i jeszcze większe prysznice – toruński box może bez kompleksów gościć CrossFitterów nie tylko z innych miast, ale i krajów. Czuć go, co prawda, jeszcze trochę nowością,  ale dajmy mu chwilę, niech przesiąknie potem i testosteronem  a miejscówka będzie prima sort.

box

Jakkolwiek przestronny box by nie był, pomieszczenie około dziewięćdziesięciu sportowców wraz z dziewczynami, chłopakami oraz znajomymi jest dość sporym wyzwaniem. O ile kibice jako tako sobie radzili (bo każdy gdzieś się kręcił i ogólnie „był ruch na dzielnicy”), o tyle w trakcie heatów bywało dość tłoczno, szczególnie gdy sześciu zawodników na raz robiło Clean & Jerk. Sprawy nie ułatwiali kibice, którzy tak bardzo chcieli zrobić dobre zdjęcie swoim znajomym, że przekraczali „linię bezpieczeństwa” pakując się zawodnikom niemal pod nogi. Punktem kulminacyjnym tej pogoni za focią na fejsbunia była sytuacja, w której rzucona przez jednego z zawodników sztanga odbiła sie od drugiej i poleciała… prosto w kibiców. Szczęśliwie nic nikomu się nie stało, ale w takich sytuacjach nie ma co liczyć na łut szczęścia, tylko bezpardonowo wypraszać kibiców ze „strefy ćwiczeń” zanim coś się wydarzy.

kibice_2 kibice_Przed_linia

Jeden z najczęściej powtarzanych w sporcie komunałów brzmi „prawdziwa siła techniki sie nie boi”, co na język polski tłumaczy się „nie ważne jak chujowo robisz, ważne ile masz na sztandze”. Jak bardzo jest to nieprawdziwe można było przekonać się podczas ćwierćfinałów, gdy zawodnicy mierzyli się z czterominutowym zestawem, w trakcie którego trzeba było przewiosłować 50 kalorii, zaś w pozostałym czasie zrobić tyle Clean & Jerków, ile się da. Jeden z zawodników – wielkie konisko, na oko z metr dziewięćdziesiąt i na luzie stówa żywej wagi  dokonał rzeczy nieprawdopodobnej wiosłując 50 kcal  w minutę z jakimiś drobnymi sekundami – stojący obok niego sędziowie robi z niedowierzania takie oczy, jak postaci z kreskówek a ergometr omal nie oderwał się od ziemi. Ustanowiwszy (chyba) rekord Polski na wiosłach podszedł do sztangi z 60kg – czyli na oko jakieś 50-60%  jego masy ciała –  i… zarzucił to w formie tak paskudnej, że aż słów brak. Poziom absolutnie amatorski – a przecież chłop jak bizon! Kolejna próba wypadła jeszcze gorzej, zaś po trzeciej dał znać, że pasuje i przerwał ćwiczenie. Jak się później okazało, coś sobie zrobił w bark, ponieważ z pokoju fizjoterapeutów wyszedł obłożony lodem.

sztanga

Nie jestem lekarzem, więc mogę się mylić – ale tak na zdrowy rozum rzecz biorąc – gdy wielkie napakowane chłopisko robi sobie krzywdę ciężarem rozgrzewkowym i w dodatku robi ją wykonując ćwiczenie kompletnie pozbawione techniki (sztanga szła chyba z pół metra od klatki piersiowej) – to kontuzja jest wynikiem tejże „techniki” –  bo czego innego? Tym bardziej, że Bronek Olenkowicz, który na wiosłach również się nie opierdzielał (minuta 13 sekund na 50 kcal) zdążył zrobić 35 (trzydzieści pięć!) powtórzeń w bezbłędnej formie i bez uszczerbku na zdrowiu.

Więc jednak liczy się nie rozmiar a technika – a już najlepiej, gdy jest i jedno i drugie 😉

Bronek_CJ

Pozostając w temacie techniki – pisałem o tym przy okazji Amaroka i napiszę o tym i tym razem, ponieważ przez pół roku nic się w temacie nie zmieniło. Nadal widać sporą różnicę między Panami i Paniami – i nie chodzi tu o ciężary, tylko o wszechstronność –  czyli to, co jest ideologicznym filarem CrossFitu. Wśród panów jest co najmniej kilku wielkich jak tury, który potrafią szarpać nieprawdopodobne ciężary a potem robić równie karkołomne cuda z gimnastyki – świetnym tego przykładem był finałowy heat, w którym Kuba Szyszka z równą łatwością zarzucał na siad sto kilo, by zaraz potem popierniczać na linie niczym młody gibbon. Widać, że jest to zawodnik wszechstronny i nic mu nie straszne – podobnie zresztą jak wspomniany Bronek, Przemek Strumian, czy Wojtek Laszczak.

Wśród pań nie było nikogo, o kim można by powiedzieć, że „nic jej nie straszne”. Przez dłuższy czas kimś takim była Dobrosława Kucharzak, która siłowo nie dała rywalkom najmniejszych szans (75kg w pięknym technicznie OHS!), ale gdy w finałowym heacie przyszło się zmierzyć z liną okazało się, że mniejsze rywalki radzą sobie dużo lepiej od niej. I na nic tu argument, że jest większa –  więc ma trudniej – Kuba Szyszka też okruszkiem nie jest  a zasuwał po linie jak Tarzan.

dobro_OHS

Nie wiem czy to kwestia tego, że panie w polskim CF bardziej stawiają na robienie siły (tak przynajmniej widzę po wrzutkach na fejsbuku), czy czegoś innego – ale póki co nie widziałem jeszcze rodzimej zawodniczki, która byłaby równie silna, co zwinna.
Być może dlatego też mieliśmy na regionalsach aż trzech panów i ani jednej przedstawicielki (teraz się narażę) słabej płci.
Znaczy się tej ładniejszej 😉

Kontynuując temat „różnic jakościowych”, widać było (momentami wielką) przepaść pomiędzy zawodnikami ze stażem a tymi, którzy ewidentnie startowali po raz pierwszy –  i nie mówię tu o sile, czy wydolności, ale o brakach w technice. Były OHSy, które ewidentnie nie schodziły poniżej linii kolan i podciągnięcia robione podchwytem, ale najbardziej widać było, kto miał już jako takie otrzaskanie ze sztangą, a kto jest na etapie oswajania z żelazem. Mało kto, poza utytułowanymi zawodnikami, przy wybiciu nad głowę (jerk) robił unik pod sztangę –  większość robiła to siłowo, chwilami zwykłym pressem. Nie wiem, ile było w tym zmęczenia a ile braku techniki, ale do momentu wejścia zawodników ze stażem, CrossFitowi hejterzy mieli ucztę dla oczu.

wiosla_dla_bobsleistow

Jak to zwykle w trakcie rodzimych zawodów, kwestią najbardziej gorącą było sędziowanie i różnice zdań na linii zawodnicy –  sędziowie. O ile zazwyczaj mam na to wywalone, bo sędzia to sędzia i trzeba to uszanować, to jednak dziwnie się czułem, gdy jako Chest to Bar było akceptowane  ledwie wyjście brodą nad drążek, czy wspomniany już OHS, który nie złamał kąta 90 stopni –  bo to było zwyczajnie nie fair wobec tych, którzy robili tak, jak trzeba (czyli bardziej się namęczyli na swój wynik). Niesnasek przy sędziowaniu było dość sporo – jednym nie policzyli, drugim policzyli za dużo – ale z tego, co po imprezie rozmawiałem z zawodnikami, nie było to nic ponad „rodzimy standard”. Niemniej nie mogłem się opędzić od słów Łukasza Wysockiego, że brak nam w polskim krosfitnesie kadry sędziowskiej, która zagwarantuje możliwie profesjonalne ocenianie zawodników – i dopóki ten temat się nie wyklaruje, zawsze będzie jakieś „ale”

sedziowie

W trakcie Amarok East „chwilą prawdy” było 9 metrów, które trzeba było przejść na rękach w jednym podejściu (unbroken). Trening, który (nie bez powodu) nazywał się „dziewięć metrów prawdy” bezpardonowo pokazał, kto jest wszechstronny a kto tylko silny. Toruńskim odpowiednikiem tej chwili prawdy był finałowy heat, w takcie którego jeden z zawodników, który ewidentnie nie praktykował liny, wspinał się bez użycia nóg, co jak nietrudno się domyślić, skutecznie odebrało mu szansę na pudło. Przy czwartym, czy piątym wejściu skończyła mu się para w bicepsach i tyle było jego walki –  w trakcie gdy inni zbliżali się do finału on walczył z pierwszą dziewiątką.
Wśród pań również znalazła się zawodniczka, która (jak się później dowiedziałem) pierwszy kontakt z liną miała w trakcie zawodów i finałowy heat ukończyła bez widoków na pudło.

Duża pochwała należy się, odpowiedzialnemu za wymyślenie WODów Filipowi  Antoszewskiemu, Head Coachowi CF Toruń.
WODy były wredne i przemyślane tak, by nie prześliznął się przez nie nikt, kto miał luki w umiejętnościach. O ile pierwszy WOD był typową wydolnościówką na małym obciążeniu – aby początkujący mogli zrobić cokolwiek a doświadczeni porządnie się rozgrzać, o tyle drugi był już konkretny, bardzo konkretny – mowa tu o ergometrze i Clean & Jerkach. Niejeden poleciał w trupa na wiosłach a potem nie był w stanie dźwignąć sztangi; byli też tacy co wiosłowali 2 minuty i zabrakło im czasu na wykręcenie dobrego wyniku z żelazem.
Było krótko, konkretnie i mało kto wyszedł z tego o własnych siłach.

wiosla

Dalej zaś było jeszcze ciekawiej, bo w półfinale były 2 minuty na zrobienie dwóch przysiadów z  maksymalnym ciężarem nad głową (ciężar można było zwiększać do woli, byle zmieścić się w czasie), następnie dwie minuty przerwy i 3 minuty AMRAP burpee bar muscle up (burpee chest to bar u pań). Był to mój ulubiony zestaw, ponieważ OHS bezlitośnie obnażał braki w technice nie dając szans tym, którzy byli tylko silni a np. brak im mobilności, czy mocnego core, po czym przechodził do gimnastycznego sprintu w trupa, gdzie liczyła się tyleż siła, co technika.

Gwiazdą półfinału był bezapelacyjnie Bronek Olenkowicz, który bez zbytnich ceregieli założył 130 kg, poprawił sie, wziął kilka oddechów po czym na luzie kucnął dwa razy i spokojnie czekał na część drugą. Była w tym taka nonszalancja i pewności siebie, że było to aż niemal bezczelne –  po prostu nie dał szans konkurentom –  wiedział co ma zrobić, przyszedł, zrobił i podziękował za uwagę. Dwie minuty później przypieczętował zwycięstwo, przez 3 minuty robiąc najbardziej techniczne i płynne bar muscle upy całych zawodów.
Aż przyjemnie było patrzeć, jak się męczy 🙂


bronek_ohs_2

bronek_po_OHS

WOD finałowy był równie wredny, ponieważ do zrobienia był stukilowy zarzut na siad i wejście na linę a wszystko to w schemacie 9-7-5. Tu również trzeba było wykazać się tyleż siłą, co zwinnością –  i na tym polu nie do pobicia był Wojtek Laszczak, który choć niewielki wzrostem (co nadrabiał muskulaturą) popisał się końską siłą i ukończył jako pierwszy.

Jak nie trudno przewidzieć, pudło należało do Bronka i Dobrosławy Kucharzak –  oboje są postaciami w polskim krosficie znanymi, można śmiało powiedzieć, że to „solidna firma” i lipy nie robi. Oprócz nich Strumyk, Kuba Szyszka –  to są zawodnicy o ustalonej renomie i ich wysokie wyniki nie były dla nikogo zaskoczeniem
Zaskoczeniem (przynajmniej dla mnie) byli za to bracia Laszczakowie z CF 43300. Wojtek skończył drugi, Maciek  piąty – nie wiem, czym ich tam w Bielsko Białej karmią, ale na pewno nie jest to karma od Reksia. Uważajcie na tych rozrabiaków, bo w Toruniu zrobili świetną robotę i w przyszłym roku sporo namieszają w polskim krosficie

CF_brothers

Choć towarzysko wyprawa przebiegła na RX  a toruńską gościnność czułem na żołądku jeszcze w poniedziałek rano, podsumowanie Toughness Test Toruń 2015 przebiegnie bez BroRepów.

Z rzeczy, które na pewno wymagają poprawki jest ilość zawodników, tak w heatach jak i w ogóle. „Upchanie” dziewięćdziesięciu zawodników po heatach sprawiło, że było ich bardzo dużo (szczególnie w początkowej fazie) i oglądanie, jak po raz n-ty kolejna grupa robi to samo traciło na uroku, zaś tłok w trakcie heatów sprawiał, że robiło się niebezpiecznie (vide historia ze sztangą). Koniec końców impreza trwała dziesięć godzin i po finalnym heacie byłem złachany jak po maratonie zumby.

Druga rzecz to sędziowanie i standardy ćwiczeń. Rozumiem, że zawsze jest jakieś „ale”, niemniej zaliczanie chest to bara ze szczęką ledwie ponad drążek to jednak albo niedopatrzenie jest, albo zwyczajny bro rep. Takich rzeczy trzeba pilnować i no-repować, bo reputację nawet najlepszej imprezy można rozmienić na drobne –  a to chyba nie o to chodzi.

gesto

Z rzeczy pozytywnych, na pewno trzeba wymienić świetnie pomyślane WODy – pisałem o tym już wcześniej, więc teraz tylko przypomnę. Krótko, na temat i z głową – super robota! Jak tylko wrócę do treningów na pewno zrobię je w zaciszu CrossFit Mokotów.

Pochwały należą się też za zaplecze gastronomiczne. Dodawany do pakietów (oraz blogerom po znajomości 😉 ) piernikowy browar był przepyszny a żeby dobrze zjeść nie trzeba było nawet z boxa wychodzić. Niektórzy co prawda narzekali, że zawody pachniały burgerami –  ale to pewnie wegetarianie byli, więc #noMeatNoRep.

Jak każde porządne CrossFitowe zawody, Toughness Test Toruń zakończył się srogą banią. Dzięki serdeczne wszystkim, którzy podeszli powiedzieć dobre słowo (ojeju jeju, jestę celebrytę ) oraz tym, z którymi się bawiłem; zaś największe dzię-ku-ję posyłam tym, dzięki którym wyspałem się na normalnym łóżku i zjadłem normalne śniadanie.
Bez Was niedziela byłaby dużo bardziej okrutna 😉

Użyte zdjęcia  pochodzą ze zbiorów moich oraz czeluści internetu.
Ukradłem od:  Toughness Test Toruń, Bronisława Olenkowicza oraz CrossFit Brothers

Reklamy

Pod miastem czyli na zadupiu

Jakiś czas temu trafiłem w sieci na felieton Macieja Dowbora, postaci w polskim Triatlonie dość znanej, w którym to felietonie autor opiewał dobroczynny wpływ, jaki mieszkanie pod miastem ma na jakość i częstotliwość treningów.

Ponieważ przez dwa lata mieszkałem „pod miastem” (20km od Warszawy) i mam na ten temat nieco inne zdanie, pozwolę sobie  na małą (no dobra, nie taką znowu małą) polemikę.

Pan Maciej, swoim felietonie o tytule „chcesz uprawiać sport, wyprowadź się z centrum”, pisze o sytuacjach, gdy mieszkając w hotelach w centrum miast nie miał warunków do treningu. Jest to uwaga jak najbardziej słuszna, ponieważ Centrum, z racji tego że jest w centrum jest zatłoczone – zawsze i wszędzie – taka jego specyfika.
Inną specyfika centrum jest też to, że jest koszmarnie drogie i aby kupić w nim mieszkanie (albo wynająć) trzeba mieć KUPĘ forsy. Spośród moich znajomych nikt, ale to NIKT nie kupił mieszkania w centrum –  bo nikogo na to nie stać – po prostu. Ci, którzy mieszkają w centrum albo mają mieszkanie po rodzinie (kochani dziadkowie) albo są studentami i wynajmują.

Jeszcze raz więc powtórzę: NIKOGO z moich znajomych nie stać na mieszkanie w  centrum –  więc argument, że w centrum nie ma gdzie trenować dotyczy albo garstki szczęściarzy, która dostała mieszkanie po dziadkach, albo jeszcze mniejszej garstki, którą stać na zapłacenie kilkunastu tysięcy złotych za metr kwadratowy.
Mówiąc krótko jest to problem marginalny.

Ja, jak i większość moich znajomych mieszkamy w warszawskich „blokowiskach”.  Ze wszystkimi swoimi wadami, mają one tę zaletę, że w miarę blisko z nich do lasu, parku etc. Wiadomo, że w parku kilometrówek na rowerze się nie zrobi, ale zawsze można wskoczyć na ścieżkę rowerową (których w Warszawie jest ponad 400km) i podjechać tam, gdzie można przycisnąć w pedał. Ostatecznie można zapakować rower do metra i podjechać do Kampinosu, gdzie można grzać do oporu.

Tytuł „chcesz uprawiać sport, wyprowadź się z centrum” jest więc nieprawdziwy, ponieważ centrum miasta z racji świetnej komunikacji i bliskości basenów, siłowni, parków etc. daje ogrom możliwości trenowania. Jedynym sportem, który w centrum naprawdę trudno jest uprawiać, jest kolarstwo –  ale to chyba oczywiste i nie wymaga tłumaczenia.
Choć może nie dla wszystkich –  więc już tłumaczę.

W mieście brak jest warunków do trenowania kolarstwa –  bo miasto, jak sama nazwa wskazuje, to twór stworzony do mieszkania. Owszem, są w nim obiekty sportowe, ścieżki rowerowe, ale oczekiwanie, że będzie można w takim miejscu trenować jazdę rowerem z prędkością grubo powyżej 30km/h jest zwykłą fanaberią i brakiem wyobraźni. Wszyscy wiemy, jak wyglądają realia komunikacyjne w wielkich miastach i trzeba się z tym po prostu pogodzić, albo wyprowadzić na wieś.
No, chyba że ktoś lubi pajacować w towarzystwie masy krytycznej – ale to już temat na inną opowieść.

Wsi spokojna wsi wesoła…

Jak napisałem na wstępie, pod miastem mieszkałem dwa lata. Był to czas, gdy nie miałem rodziny ani samochodu –  więc z jednej strony obowiązków było dużo mniej niż obecnie, z drugiej zaś brakowało ogromnego udogodnienia jakim jest auto.

Jak większość ludzi w Warszawie pracowałem od 9 do 17. W praktyce wyglądało to tak, że aby na 9 być w biurze, musiałem wyjść z domu o 7, dojść na stację kolejową (kwadrans) dojechać do centrum (teoretycznie 50 minut, ale z kolejami to zawsze ruletka) dojść do metra, dojechać na Wierzbno, tam wsiąść (albo i nie) w zatłoczony do absurdu tramwaj, dojechać na Mordor i tam, spocony jak zwierzę, zrobić dziesięciominutowy spacerek do matki korporacji. Średnio licząc droga w jedną stronę zajmowała mi dwie godziny.
Gdy zamiast pociągu wybierałem komunikację podmiejską, czas dojazdu mógł się wydłużyć do trzech, albo i więcej godzin, ponieważ dojazdówki Otwock-Warszawa były zakorkowane z każdej strony. Szczególnie zimą, albo gdy popadało.
Dni, w które drogę do pracy zamykałem w 1,5 godziny zaznaczałem w kalendarzu jako świąteczne.

Dwie godziny w jedną stronę daje cztery godziny dziennie na dojazd. Dodając do tego 8 (jak nic w pracy nie wyskoczy) godzin w korpo, otrzymujemy 12 godzin spędzonych „na pracy” – czyli od siódmej rano do siódmej wieczór. Aby wyjść o siódmej rano trzeba wstać przed szóstą –  bo prysznic, śniadanie, choć ze dwa słowa z wówczas jeszcze nie-żoną. Wracając o siódmej wieczorem, po trzynastu-czternastu godzinach aktywności ostatnim, na co miałem siłę, była aktywność fizyczna. Skotłowany robotą i staniem w korkach wciśnięty pomiędzy spoconych ludzi (w autobusie) albo wypitych po fajrancie robotników (w pociągu) jedyne, na co miałem siłę to odkorkowanie browara, odpalenie gry video i kompletne odmóżdżenie.

Mieszkając pod miastem miałem las na wyciągnięcie ręki –  piękny sosnowy las, w którym zapach wręcz ukręcał nos. Niestety, gościem w tym lesie byłem raz , góra dwa razy w trakcie weekendu –  bo w tygodniu zwyczajnie nie było a to ani siły ani czasu. W tygodniu bliskość przyrody była dla mnie jak lody, które miałem pod samym nosem, ale nie miałem siły ich zjeść.

Kilka razy próbowałem dojeżdżać rowerem do pracy, ale jazda drogą bez pobocza w godzinach porannych korków nie należała do najprzyjemniejszych i najbezpieczniejszych aktywności. W centrum miasta kierowcy mają jeszcze jako takie skrupuły, bo kamery, światła i inni  ludzie.
Na drogach podmiejskich panuje wolna amerykanka.

tupot małych stóp

Gdy zacząłem myśleć o rodzinie jasnym się stało, że mieszkanie pod miastem nie wchodzi w grę. Nie mogąc liczyć na pomoc ze strony rodziny, musiałem odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: jaki jest sens posiadania dzieci, skoro nie będę miał dla nich czasu? Skoro teraz, jako kawaler, spędzam 12 godzin na pracy i dojazdach, skąd i w jaki sposób wykroję czas na bycie ojcem, wychodząc z domu gdy dziecko jeszcze śpi a wracając gdy już śpi? Mało tego –  wychowywać je będzie obca mi osoba (o ile znajdę taką, która będzie chciała pracować po 12h na dobę) i kosztować będzie mnie to ze 3/4 ciężko zarobionej (w dojazdach!) pensji.
Jak ogarnę przedszkole, które otwarte jest w tych godzinach, w których ja dojeżdżam do pracy i co zrobię gdy utknę w korku jadąc po odbiór dziecka? A co z dojazdami do lekarzy –  bo przecież dziecko choruje – jak ogarnąć dojazdy z miasta pod miasto na określone godziny wizyt? A nagłe wypadki? Sytuacje nieprzewidziane?
I jak w to wszystko wcisnąć treningi?

Mieszkanie w mieście ma olbrzymią zaletę: wszędzie jest relatywnie blisko. Fajnie, jeśli ktoś ma rodzinę do pomocy, dziadków, ciotkę, opiekunkę czy kogo tam jeszcze –  ale dla rodziny atomowej typu 2+1, gdy oboje rodziców pracuje, mieszkanie w mieście to jedyna opcja dająca szanse na jako takie „życie poza pracą i rodziną”. Mieszkając w mieście, posiadając samochód, można życie poukładać tak, że znajdzie się w nim czas i  na pracę i na obowiązki rodzinne i na odrobinę własnej przyjemności – ale to tylko dlatego, że wszędzie jest blisko i nie trzeba stać w dojazdowych korkach.

Obecnie droga do pracy zajmuje mi 30 minut, do lekarza mam 20, do przedszkola i szkoły 5 minut piechotą – wszystko mam tak zorganizowane, by nie stać w korkach, nie martwić się o dojazdy, by koniec końców mieć z życia również coś dla siebie. Nie ma szans aby taki układ wypracować mieszkając pod Warszawą w układzie 2+1, po prostu NIE MA.

W mieście, gdy padnie mi auto (akurat teraz stoi w warsztacie, ponieważ blacharka „się robi”) w zasadzie tego nie odczuwam – wsiadam w metro, w autobus, czy inny tramwaj i może nieco dłużej, ale dojeżdżam tam, gdzie muszę. Na wsi, gdy padnie ci auto jesteś w ciemnej dupie i koczujesz na przystanku tak, jak ja koczowałem. No, chyba, że masz dwa auta – ale wtedy to tylko pozazdrościć statusu materialnego..

Jesteś tym, co jesz

Jak pisałem, aby dojechać do pracy na dziewiątą, wstawałem przed szóstą  a z domu wychodziłem o siódmej rano. W tak krótkim czasie nie ma mowy, by przygotować sobie do pracy coś zdrowego i pożywnego. Gdy 12 godzin później wracałem złachany do domu, stanie przy garach było ostatnim, co przychodziło mi do głowy. W weekend, gdy miałem jako taki luz (bo przecież trzeba załatwić wszystko to, na co w tygodniu nie ma czasu ani siły) również nie uśmiechało mi się stanie przy garach, ponieważ każda chwila spokoju była na wagę złota. W efekcie żywiłem się tym, co zjadłem „po drodze” a to, jak wszyscy wiemy, zdrowe nie jest.

Wracając do domu również jadłem śmieci, ponieważ na trasie Mordor-Centrum ciężko jest kupić coś normalnego. Jedzony w pośpiechu posiłek popołudniowy (który zjeść trzeba, bo nie wiadomo ile zajmie powrót) składał się głównie z kebabów, KFC, słodkich bułek i innego śmiecia, który choć niezdrowy miał tą zasadniczą zaletę że był pod ręką i dawał szybki strzał prostych cukrów, które po ciężkim dniu w pracy przynosiły chwilę prostej przyjemności.
Jeśli wracałem na głodnego, zapach z mijanej po drodze pizzerii nie dawał i żadnych szans – a z pizzą, jak wiadomo, doskonale współgra piwo, najlepiej nie jedno –  bo jednym to człowiek tylko ciśnienie sobie podniesie…

Mieszkając pod miastem rozpasłem się jak świnia –  byłem najgrubszy w całym swoim życiu. Było to wynikiem kilku czynników, które zebrane do kupy nie dawały żadnych szans na normalne odżywianie. Owszem, można było wykupić catering dietetyczny – ale to koszt ok tysiąca złotych miesięcznie…

Ach gdzie ta kraina…

Pan Dowbor podsumowuje swój wpis takimi oto słowami: Wnioski są więc proste. Jeżeli chcecie uprawiać sport, wyprowadźcie się z centrum. Nie dość, że przyjemniej i prościej będzie Wam się trenowało, to jeszcze zaoszczędzicie kupę pieniędzy. W końcu peryferia miasta są nieporównywalnie tańsze. A nadwyżkę finansową zawsze można przeznaczyć na fajny obóz sportowy, albo …lepszy rower. Przecież w sporcie zawsze znajdą się jakieś ekstra wydatki.”

Czytam to i zastanawiam się, gdzie ta Arkadia, bo tam, gdzie ja mieszkałem, ceny za metr kwadratowy były owszem, mniejsze, niż w Warszawie, ale już za jedzenie czy usługi płaciłem tyle samo, co w stolicy. Zresztą – pieniądze, które (teoretycznie) zaoszczędziłbym i tak musiałbym wydać na catering dietetyczny, ponieważ nie miałbym czasu na  przygotowywanie zbilansowanych posiłków. Prawdę mówiąc nie miałbym czasu na nic z treningami na czele, ponieważ byłbym zbyt zajęty dojazdami do pracy/szkoły/lekarza i wszędzie tam, gdzie zagna nas tzw. „dorosłe życie”.

Przeprowadziłem się „spod miasta” do miasta właśnie po to, by mieć czas na życie. By nie spędzać go w korkach wściekły, że marnuję czas w sznurku aut. Może nie biegają mi sarny za oknem i nie mogę beztrosko pognać rowerem przed siebie, ale gdy dziecko nagle zachoruje, wskakuję w auto i w ciągu kwadransa jestem u lekarza. Najbliższy CrossFitowy box mam 1,5 stacji metra albo 10 minut rowerem od domu.  Do lasu mam  3,24km liczone od klatki schodowej do pierwszych drzew. Gdy znudzą mi się Kabaty, ścieżką rowerową mogę dojechać w drugi koniec miasta –  do Kampinosu. Zamiast betonowej pustyni mam gniazdo srok w drzewie, które rośnie 2 metry od mojego balkonu.
Mam wszystko, czego mi trzeba i mam to na wyciągnięcie ręki.

W mieście.

ursy

Chciałabym, chciała…

Sześć lat temu trafiłem na stronę człowieka, który codziennie wykonywał jeden projekt. Ponieważ tak, jak ów człowiek, pasjonowałem się wówczas grafiką 3D, zafascynowany jego obrazkami zapragnąłem być taki, jak on i codziennie robić coś – cokolwiek – byleby codziennie urwać z zawodowego kołowrotu godzinkę dla siebie i zrobić coś kreatywnego.
W postanowieniu wytrwałem niecałe cztery miesiące – raz wypadło to, raz tamto a kiedy indziej po prostu życie stanęło w poprzek planów i nie było z czego urwać tej godziny.
Projekt upadł i choć kilkukrotnie próbowałem go reanimować, było to jak batożenie zdechłego konia.

W chwili, gdy to piszę, facet popełnił trzytysięczny rysunek. W chwili, gdy to czytacie, na tapecie jest już pewnie 3000 któryśtam. Za trzy i pół roku będzie czterotysięczny. Za siedem lat stuknie piątka- jestem co do tego przekonany. Skoro przez niemal dziesięć lat, dzień w dzień, piątek świątek i niedziela, czy święta, czy pogrzeb, czy narodziny dziecka miał w sobie siłę by usiąść i poświęcić godzinkę (a czasem duuużo więcej) na stworzenie nowego obrazka, spokojnie uwierzę w kolejne dziesięć a nawet dwadzieścia.

Podziwiam faceta, bo ma siłę woli, której mi brakuje. Co prawda teraz to pewnie już nie tyle kwestia siły woli, co nawyku, biologicznej potrzeby – po dziesięciu latach to już mu się pewnie zwoje mózgowe w drugą stronę pozwijały (bo wiecie, że nawyki wywołują trwałe zmiany w fizycznej budowie mózgu) –  ale nie zmienia to faktu, że aby dojść tu, gdzie jest, musiał się wykazać nieprawdopodobnym uporem i zawzięciem.

Podobnie jest z czołowymi sportowcami – praca, praca i jeszcze raz praca. Sranie w banie, że talent,  geny, czy inne predyspozycje po ciotecznym stryju. Praca, konsekwencja i codzienny zapierdol – tak się wchodzi na szczyt, bez względu na to, czy będzie to pudło w Carson, medal olimpijski, czy pierwszy siłowy muscle up.

Codzienna ciężka praca (dodajmy, niczym nie wymuszona praca – on to wszystko robił z własnej nieprzymuszonej woli) trzymanie żelaznej konsekwencji to cecha charakterystyczna dla ludzi, moim zdaniem, nieco szurniętych. Nie wiem, jak upartym i zaciętym trzeba być, by zmusić się do tej „godzinki-dwóch” już nawet nie w dniu narodzin dziecka, czy pogrzebu kogoś z rodziny –  bo to sytuacje ekstremalne są –  ale choćby po zwykłym koszmarnym dniu w robocie. Każdy ma czasem taki dzień, kiedy czuje się przeżuty i wypluty – zdecydowana większość daje sobie wówczas na luz, co jest zrozumiałym ludzkim odruchem, bo wszyscy mamy swoje granice i każdy potrzebuje czasem zjechać do zajezdni na wymianę płynów. Są też jednak i tacy, którzy napierają mimo wszystko – i to o nich mówi się, że championami, mistrzami. Nie do zajechania.

Można szukać wymówek, że nie mam silnej woli, nie mam czasu, nie mam tego, czy owego. Można rozdrapywać porażki i usprawiedliwiać je zrezygnowanym „trudno, taki jestem”. Można bardzo chcieć i jeszcze bardziej żałować, że się nie ma – ale to moim zdaniem droga do nikąd. Jeśli nie odnieśliśmy w czymś planowanego sukcesu to znaczy, że zwyczajnie nam na tym nie zależało. Po prostu.

Różnica między brazylijskim wirtuozem piłki a rodzimymi partaczami jest taka, że dla jednych jest to przepustka do lepszego życia a  dla drugich pomysł na wygodne życie. Kenijczycy zapierdalają jak wściekli bo wiedzą, że to dla nich jedyny sposób na wyrwanie się z piaszczystego zadupia hen na krańcu świata.
Jedni czegoś chcą tak bardzo, że są w stanie poświęcić temu życie i zdrowie, dla innych zaś jest to „money for nothing and chicks for free”.
I to cała różnica.

Co jakiś czas biorę się za nowe rzeczy, które obiecuję sobie robić regularnie (pisanie bezwzrokowe, hello?) i regularnie zdycha to po trzech, czterech tygodniach. Jedynie CrossFit się utrzymał –  ale to dlatego, że trafił w dobrą niszę, wypełnił jakąś wewnętrzną potrzebę. Nigdy nie musiałem do niego zmuszać i nim skończę się rozciągać po treningu, myślami jestem już na kolejnym.
To jest mój (prawie) codzienny projekt, który realizuję już ponad dwa lata.

Jeśli coś ci nie idzie to tylko dlatego, że nie przykładasz się wystarczająco mocno. Jeśli człowiek czegoś pragnie –  to znajdzie na to i czas i siły, bo chcący szuka sposobów a nie chcący powodów. Nie nauczyłem się tego cholernego pisana bezwzrokowego, bo aż tak mi na nim nie zależy, bo to pragnienie z gatunku „fajnie by było”. Gdybym miał pisaniem zarabiać na życie, pewnie dawno już bym popierniczał na klawiaturze jak zawodowa stenotypistka.
Ale mi nie zależy –  więc nie umiem.

Z drugiej strony jest sztanga, są muscle upy i mobilność – rzeczy na których mi zależy –  więc znajduję na nie czas choćbym jechał w drugi koniec Europy na korporacyjne urwanie głowy. Gdzie bym się nie ruszał, mam że sobą piłeczkę do tenisa, żeby w wolnej chwili rozmasować to, czy tamto; rozciągam się, znajduję chwilę na mobilność.
Bo mi na tym zależy.

Jeśli coś ci nie idzie, zapytaj siebie co z tego chcesz wynieść i co Ci to da? Czy to głębokie pragnienie, czy tylko zwykła zachciewajka.
Jeśli odpowiesz sobie szczerze, to jedno pytanie rozwiąże większość problemów z brakiem motywacji. Jeśli skłamiesz – będziesz usprawiedliwiać swoje porażki aż w końcu pogodzisz się z przegraną.

Moda Na Burpees

Od jakiegoś czasu w krosfitowym światku panuje „moda na karanie”. Wiem – brzmi to, jakby każdy namaszczony przez papę Glassmana miłośnik rwania na siad dołączył do klubu BDSM, ale chodzi o rzecz znacznie mniej wyrafinowaną. Chodzi o „dyscyplinowanie przez zajebanie”.

Mechanizm jest prosty – dybie się delikwenta, który zostawił po sobie nie sprzątnięty po treningu sprzęt, robi owego sprzętu foto, następnie wrzuca na fejsbuka i za każdego pod taką fotką lajka winowajca ma zrobić jednego burpeesa.
Jak nietrudno się domyślić burpeesy lecą w setki a winowajca w trupa.
Ot –  taka krosfitowa lekcja porządku…

Owo przywoływanie do porządku budzi mój spory niesmak – bo jak dla mnie przypomina bardziej polowanie na jelenia połączone z grupowym samosądem, niż zwrócenie uwagi na niestosowne zachowanie.
Ale po kolei.

Człowiek, który nie sprząta po sobie po treningu to moim zdaniem zwykła fleja. Nie przyjmuję argumentu, że  ktoś zapomniał, zagadał się, czy co tam jeszcze – sprzątniecie po sobie jest jak spuszczenie wody w  sraczyku –  nie czekasz z tym aż kupa ostygnie, tylko robisz swoje i od razu spuszczasz wodę. To jest tak oczywiste, że szkoda o tym gadać.

Owszem, raz na ruski rok każdemu zdarzy się dojechać tak, że zgłupieje do  reszty i czegoś tam zapomni zabrać z podłogi – sam po misficie zapominałem zabrać ręcznik – ale u licha, zapomnieć, że się zostawiło załadowaną żelazem sztangę?
No bez jaj…

Rozumiem, że można treningiem złachać się do etapu, na którym problemem jest nie tylko odniesienie sztangi na miejsce, ale wręcz utrzymanie się na nogach – bywam w tej strefie  dość regularnie i wiem, jak to jest nie móc wstać z podłogi – ale wiecie co wtedy robię? Po prostu nie wstaję. Kiedy dojadę się do dygotów, daję sobie czas na powrót do jako takiej normalności i kiedy już jestem w stanie utrzymać się na czworaka, a potem stanąć na własnych nogach – wtedy sprzątam bajzel, który po sobie zostawiłem –  odnoszę kettla, rozkładam sztangę, czyszczę ergometr czy inne GHD. Nie myślę o tym, po prostu to robię, bo jest to dla mnie tak samo oczywiste, jak spłukanie umywalki po myciu zębów, czy spuszczenie wody w kiblu po  porannej dwójce.

Tak jak nie znoszę robienia bajzlu z boxa –  bo przecież to nasza wspólna sala treningowa, miejsce, w którym mamy spędzać „the best hour of your day” – tak nie przemawia do mnie idea karania burpeesami. Rozumiem jeszcze sytuację, gdy zapominalski jest recydywistą znanym z tego, że regularnie zostawia po sobie chlew –  wówczas burpeesy są jak najbardziej na miejscu; ale nie akceptuję sytuacji, w której „czatuje się” na „frajera” tylko po to, by w majestacie prawa zasypać go karnymi burpeesami. Dla mnie to jest zwyczajny lincz.

Niestety, ostatnimi czasy „przywoływanie do porządku” zapominalskich zaczyna przypominać jakąś sadystyczną zabawę w dopierdalanie. Ktoś zapomni sprzątnąć kettla, czy wałka –  już leci focia na fejsbuka, już pojawia się debilny, bo nawiązujący do debilnej sytuacji komentarz „wiecie co z nim zrobić” –  i zaczyna się szczucie w majestacie prawa –  bo przecież bałaganiarz, sam się o to prosił, więc „zalajkujmy go do upadłego”.

Uważam, że za pierwszym razem trzeba zawsze upominać i tłumaczyć –  bo wszyscy popełniamy błędy i każdemu zdarza się zapomnieć. Argumentacja „jak raz zrobi 500 Burpees to zapamięta na długo” zupełnie do nie mnie przemawia, bo w myśl tej logiki, powinienem swojej córce spuścić manto za pierwszym przewinieniem – żeby „popamiętała na przyszłość” – co jest debilizmem tak oczywistym, że nie podlega żadnej dyskusji. Rzecz jasna, dorosły to nie dziecko i dotyczy go mniejsza „taryfa ulgowa”, niż ta stosowana wobec sześciolatka, ale mimo wszystko, dopierdalanie człowiekowi kilkuset Burpees za pierwszym razem uważam za zwykłe okrucieństwo i sadyzm rozmyty w „decyzji zbiorowej” –  bo przecież nie tylko ja lajkowałem, ja tylko jednego burpeesa dorzuciłem…

Dajmy se z tymi burpeesami na luz i zachowajmy je dla recydywistów – ci niech skaczą do upadłego – ale gdy ktoś raz na ruski rok zostawi gdzieś kettla, czy gumę, na której się podciągał, to wystarczy mu o tym powiedzieć. Sam nie raz i nie dwa odnosiłem na miejsce „zabłąkane” sprzęty i celebrycka korona mi z głowy nie spadła.

Jesteśmy dorośli i nie musimy się uciekać do tak drastycznych środków. Jasne – rozumiem krosfitowy etos twardzielstwa i jazdy na RX, ale znajmy w tym umiar i, pozwolę sobie na metaforę, nie ucinajmy rąk za kradzież batonika.

Bo  gdy zostaniemy z jedną ręką, ćwiczenie Clean & Jerk nabierze bardzo dosłownego znaczenia…

Być jak Rocky Balboa

Będąc młodocianym metalowcem ganiałem w glanach przez okrągły rok – czy śniegu po pachy, czy żarówa jak na pustyni Mojave, popierniczałem w wysokich skórzanych buciorach, bo pogoda czy nie –  fason trzeba mieć. Kolega mój, który był gotem, kwestię stylu traktował jeszcze bardziej poważnie i bez względu na pogodę nosił długie skórzane spodnie i ciemne okulary. Nie wiem, jakim cudem nie ugotował sobie jajec na twardo, ale założył rodzinę i dorobił się dziatwy –  można więc powiedzieć, że miał farta chłopina.

Wspomnienia sprzed dwudziestu lat wracają do mnie, ilekroć w pełnym słońcu i temperaturze, w której ja najchętniej paradowałbym w stroju adamowym, widzę biegacza lub biegaczkę ubranych „na długo”. Zawsze się wtedy zastanawiam, co ich popycha do tak desperackich kroków. Co sobie myślą ubierając grube bawełniane bluzy na trzydziestostopniowy upał.
Co chcą osiągnąć i czy zdają sobie sprawę z tego, ile ryzykują?

Wśród sportowców panuje głupie przekonanie, że „pot to jest płaczący tłuszcz”, że im więcej wypacasz tym więcej sadełka spalasz. Wszyscy jak jeden mąż mają przed oczami sceny z Rocky’ego, gdzie Sylwuś Stallone ubrany w długie ciuchy poci sie jak parowóz, po czym  wychodzi na ring, zrzuca szlafrok i wygląda jak atlas anatomiczny. Recepta na boski wygląd wydaje się więc prosta – trzeba się pocić, pocić ile wlezie –  bo im  więcej się spocisz tym lepiej wyglądać będziesz. I nie ważne jest, że utrata wody to nie to samo, co utrata sadła – pocenie się jest przecież prostsze, niż zbilansowana dieta i lata konsekwentnych treningów…

Truizmem jest stwierdzenie, że trenując w szalonym upale narażamy swój organizm na ryzyko odwodnienia. Bardzo Duże Ryzyko. Jeśli po godzinie truchtu o 9 rano (ok 30 stopni) wracam o 2,5 kg lżejszy to znaczy to tyle, że właśnie straciłem z organizmu 2,5 litra wody oraz całą masę mikroelementów (a przecież piłem w trakcie biegu). Wiedząc, że woda stanowi ok 65% masy ciała człowieka (czyli w moim przypadku ok 50 kg) owe wypocone 2,5litra daje 5% całej ilości wody w ciele.
Jeśli ja, ubrany w podkoszulek na ramiączkach i krótkie spodenki wytracam 5% wody z ciała, to ile wytracić musi „twardziel”, który w trakcie upałów biega w „długim rynsztunku”? Jakiego pierdolca musi dostawać jego organizm, który nie dość, że nie ma czym nawadniać mięśni, stawów, mózgu, to jeszcze zmuszony jest funkcjonować w piekarniku?
Brak wody, temperatura jak przy gorączce, gęstniejąca krew, brak tlenu – idealne warunki by fiknąć na zawał w poprzek ścieżki biegowej…

No ale przecież ludzie biegają w Badwater, wygrywają konkursy fitness –  więc da się. Przestań chłopie dramatyzować i daj ludziom ćwiczyć tak, jak mają na to ochotę…
Jasne, da się –  ludzkie ciało ma niesamowite zdolności adaptacyjne, jest w stanie znieść absurdalnie trudne warunki – ale za to wszystko, prędzej czy później przyjdzie się zapłacić. Rzecz jasna każdy jest dorosły i każdy zapłaci z własnego „portfela”, ale z mojego punktu widzenia jest to gra niewarta świeczki.

Kiedy masz dwadzieścia lat, wydaje ci się że jesteś nieśmiertelny i wszystko możesz. Sprawdzasz granice, szukasz ściany tylko po to, by ją przesunąć. Piętnaście lat później udowadniasz sobie co innego –  że jeszcze możesz, że to nie koniec, że choć tu i ówdzie siwiejesz a biceps już nie tak twardy jak kiedyś, wciąż jeszcze jesteś bykiem. W sumie na każdym etapie życia znajdzie się powód, by coś tam sobie udowodnić.

Sportowcy, bez względu na dyscyplinę, to ambitne stworzenia. Lubią się ścigać, rywalizować, udowadniać sobie oraz innym jacy to zajebiści nie są. Jestem taki sam – popełniam te same grzeszki.
Pytanie tylko, jak daleko warto się posunąć, by coś tam sobie udowodnić. Czy warto ryzykować zdrowiem dla chwilowego wyrzutu endorfin i lansu wśród znajomych?

Odpuszczenie treningu w szalony upał wydaje się marnotrawstwem i uciekaniem od wyzwań. Przecież nie wybierasz pogody, jaka będzie w dniu zaplanowanego startu –  więc musisz być przygotowany na wszystko. W końcu sport to walka ze swoimi słabościami, walka o wyniki – sportowiec jest wojownikiem a co to za wojownik, co wybiera swoje walki? Wojownik musi być gotowy na wszystko. Nawet na ugotowanie się w temperaturze 35 stopni.

Nie wolno odpuszczać treningów z powodu pogody, ponieważ zawsze znajdzie się powód do odpuszczenia – jak nie pogoda to samopoczucie, jak nie samopoczucie to jeszcze coś innego. Wojownik nie odpuszcza, wojownik walczy. Wojownik realizuje plany treningowe po to, by zwyciężyć w zawodach.

Etos wojownika jest szalenie kuszący – w końcu kto nie chciałby myśleć o sobie per „twardziel”? Byłem na tym etapie i wiem, jak upajające jest to uczucie, gdy zrobisz coś absurdalnie trudnego –  w moim przypadku był to półmaraton w 37 stopniach. Szczęśliwie mam to za sobą i wiem, że u mnie jest to droga donikąd. Na dłuższą metę nic sobie tym półmaratonem nie udowodniłem, formy nim nie zbudowałem. Był to zwyczajny głupi wybryk, który szczęśliwie nie skończył się tragicznie.

Wiem, że są sporty, w których odpowiednie odwodnienie bywa warunkiem zwycięstwa, ale pomijam je, bo to dla mnie niepojęty poziom abstrakcji jest. Laski, które nie piją na dwa dni przed zawodami fitness, kulturyści, którzy na scenę wchodzą z zawrotami głowy… Ja rozumiem, że dla nich jest to ważne, że taka jest konwencja sportu, który uprawiają, ale dla mnie jest to ten sam poziom igrania z własnym zdrowiem, co maratony po pustyni.
Nie moja bajka, więc zostawiam to na boku.

Dzisiejszy bieg był średnio przyjemny. O ile w lesie kicało się w miarę komfortowo, o tyle na osiedlowych ścieżkach zaczął się koszmar nagrzanego asfaltu. Wciągając w płuca rozgrzany kisiel raz po raz pytałem siebie „Po co ci to? Przecież nic sobie tym nie udowodnisz, kondycji tym człapaniem nie zbudujesz. To nie trening, tylko zwykłe dorzynanie jest…” I przestałem biec. Wyłączyłem GPS, dopiłem wodę i spokojnym krokiem wróciłem do domu.

Dwa lata temu udławiłbym się frustracją – dziś byłem z siebie dumny.
Rozum zwyciężył – nie jestem wojownikiem.