Chłopaki lecą na bica

Obserwując to, co się dzieje w CrossFitowym internecie można dojść do wniosku, że z dziesięciu wymyślonych przez Papę Glassmana filarów, co najmniej siedem jest zbytecznych. Gdzie się człowiek nie obejrzy –  wszędzie siła i masa na zmianę z masą i siłą. Jedynym znanym mi postem związanym z  formą i mobilnością jest historia Tomka z MGW – poza tym, jak Internet długi i szeroki, ekran drży od walących w ziemię kilogramów.

Jednym ze świętych graali CrossFitu (tuż za Muscle Upem) jest RX. Kto nie ćwiczy na RX – ten ćwiczy tylko w połowie, jak baba a nie jak prawdziwy wojownik – więc szarpią się chłopaki z tymi sztangami, choć plecy w paragraf wygina. Ciężko im zrozumieć, że RX nie został stworzony z myślą o początkujących, czy nawet średnio zaawansowanych; że swobodne nim operowanie to cel, na którego realizację trzeba poświęcić kilka lat. Zdają się nie rozumieć że te konie, które widzą w internecie nie trenują od wczoraj, tylko w 95% przypadków mają wieloletnie doświadczenie w innych dziedzinach sportu (często siłowych). Nie widzą „tła”, widzą za to wyraźnie, że bez RX przy imieniu nie są prawdziwymi CrossFiterami, prawdziwymi samcami – i czują się z tym źle – a ponieważ nikt nie lubi czuć się źle, mogą albo się wycofać, albo zacisnąć zęby i dźwigać jak wszyscy wokół.
Rzecz jasna mogą też posłuchać trenera i pracować z ciężarem, który jest bezpieczny i komfortowy –  ale kto by tam trenera słuchał, gdy koledzy patrzą…

Człowiek nie jest z kamienia i gdy widzi, że wszyscy wokół dźwigają jak byki a on jak młody cielaczek, zaczyna się zastanawiać czy jego miejsce nie jest jednak w fitness klubie. Jeśli ma w sobie cierpliwość, pokorę i odrobinę zdrowego rozsądku – zagryzie dumę i przyjmie do wiadomości, że długa przed nim droga. Jeśli jednak jest to rosły gościu, który uważa się za silnego a samoocenę ma przy tym tak chwiejną, że założenie ciężaru mniejszego niż maksymalny spowoduje u niego zaburzenia erekcji – będzie tańczył ze sztangą jak Wipler po klubach i przy odrobinie szczęścia nie skończy na wózku inwalidzkim.

Na srającego psa

Internet pełen jest filmików ludzi podchodzących do ciężaru maksymalnego w takiej formie, że strach patrzeć. Martwe ciągi z plecami „na wędkę” , przysiady które zginają w pół – czasem aż słychać trzeszczenie kręgosłupa, który nie pęknie chyba tylko dlatego, że delikwent ścisnął się pasem tak mocno, że zahamował dopływ krwi do mózgu. Obiektywnie jest to tak głupie, że słów brak –  ale czego się nie robi by pokazać, jakim nie jest się siłaczem i kozakiem.
Popisy i szacunek na dzielnicy ponad wszystko…

Problem w tym, że powszechna w rodzimym CrossFicie gloryfikacja siły i masy stwarza idealny grunt do igrania z własnym zdrowiem. Zewsząd słychać „masa, masa, prawdziwa siła techniki się nie boi” i trzeba nie lada charakteru, by nie dać ponieść „siłowej fali”. Wszyscy jesteśmy ambitni, wszyscy lubimy się popisywać siłą i sprawnością – i nic w tym złego; tacy jesteśmy jako ludzie i nie ma co się tego wstydzić. Warto tylko pamiętać, że chwilowy strzał euforii, gdy pokaże się kolegom jaki to z ciebie kozak, może mieć dramatyczne konsekwencje.
Trzeba mierzyć siły na zamiary.

Na łatwiznę

Co ciekawe –  zdecydowana większość internetowych popisów siły to albo przysiady, albo martwe ciągi . Elementów dwuboju jest znacznie mniej, dobre technicznie rwanie na siad pojawia się raz na jakiś czas, zaś popisowego ciężkiego OHSa nie widziałem jeszcze nigdy.
Gdy się nad tym zastanowić, okazuje się że ludzie popisują się głównie tym, co najłatwiejsze. Siad i martwy ciąg to nie jest wielka filozofia – więc robi to każdy. Dużo trudniej jest zrobić zarzut na siad, czy rwanie techniczne –  więc oglądamy to głównie w wykonaniu czołówki polskiego CF, która to czołówka składa się w 100% z  instruktorów (czyli osób z techniką oblatanych).
OHS, jako ćwiczenie szalenie wymagające, nie pojawia się w zasadzie wcale…

Na dropsach

Siła to atawizm, pierwotny argument pokazujący miejsce w stadzie. Kto silniejszy – ten lepszy –  więc nie dziwota, że w pędzie za siłą ludzie zapominają o zdrowiu i bezpieczeństwie. Aby być silniejszym, w ruch idzie zestaw małego chemika i środki przeciwdziałające wzrostowi piersi u mężczyzn. Pogoń za siłą przybiera formy karykaturalne i niebezpieczne. Coś, co w założeniu ma podnieść szanse na przeżycie, de facto jest igraniem z własnym zdrowiem –  czyli wystawianiem życia na szwank.
Niezły paradoks – ale kogo obchodzą paradoksy gdy zaczyna brakować miejsca na gryfie?

Ego zostaw w domu

Popularne CrossFitowe porzekadło nakazuje zostawić ego w szatni. Jest ono tyleż zrozumiałe, co niewykonalne, ponieważ de facto nakazuje się przyznać do swoich słabości – a przecież nie po to idzie się na treningi, by obnażać słabości. Trenuje się po to, by być silnym, nie?

Jeśli brak Ci siły do dźwignięcia ciężaru X a wszyscy wokół ten ciężar dźwigają to co to oznacza? Oznacza tyle, że jesteś słaby a już na pewno słabszy od pozostałych. Ponieważ nikt nie lubi czuć się słabszy od reszty –  a już na pewno w grupie sportowców, gdzie każdy z kimś rywalizuje – normą jest dźwiganie ponad swoje siły, daleko poza granicą poprawnej formy.
A wszystko po to, by pokazać że nie jest się słabszym, by nie stracić pozycji w stadzie. Nie być gorszym.

Oj tam oj tam…

Brakuje mi wśród krosfiterów etosu długiej i mozolnej pracy. Powtarzania do upadłego, że siła to nie tylko milion w siadzie, ale też mocne stawy, ścięgna i – przede wszystkim – technika, która nie będzie tańcem w poszukiwaniu wózka inwalidzkiego.  Zapewne gdzieś on jest, bo czołowi zawodnicy nie doszli tam, gdzie są, na skróty – ale brak jego obecności na co dzień, w rozmowach, w internecie.
Jest jak przykry obowiązek, który trzeba wykonać, ale szkoda o nim gadać – lepiej i łatwiej popisać się siłą.

Nie widzę w dyskusjach na temat CrossFitu strategii długofalowej, myślenia w perspektywie kilku lat, nacisku na ogólną sprawność. Owszem, niby ćwiczymy aby być wszechstronni i „rozwijamy się wielopłaszczyznowo”, ale z codziennych obserwacji mam wrażenie, że to tylko slogany, które powtarzamy żeby odróżnić się od chłopaków z fitness klubu.
Że liczy się przede wszystkim duży biceps i minimum dwie paki w martwym ciągu.

Efekt tego jest taki, że co drugi szykuje się na zawody, ale porządnie zrolować się po treningu to już nie ma komu.

.

zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.unbroken.no/

Matura na amfie – czyli „na sucho nawet trawa nie urośnie”

Pisanie o sterydach to bardzo ryzykowny ruch. Ryzykowny, ponieważ wszystkie strony dyskusji, bez względu na to, czy są zwolennikami czy przeciwnikami koksowania, reagują histerycznie niczym hipster, który oberwał szczypiorem w szczepionkę.
Ale czemu się dziwić – przecież w ciele każdej bestii tkwi ukryta wrażliwa dusza…

Daj mi numer do swojego dilera

Środowisko sportowe jest przesiąknięte rywalizacją na każdym, nawet najbardziej amatorskim poziomie. Każdy śledzi wyniki lepszych od siebie, porównuje się, aspiruje –  i choć rozumie, że ci lepsi od niego ćwiczą dłużej, ciężej, wytrwalej, widok codziennie wrzucanych do Internetu rekordów daje mu do myślenia. Człowiek czyta, słucha, widzi jak nieprawdopodobne wyniki robią, czym się suplementują – i po pewnym czasie dochodzi do wniosku, że bez dodatkowych „cukiereczków” o poważnych wynikach może co najwyżej poczytać na zalajkowanych profilach w internecie.
A nie po to przecież wziął się za sport, by czytać o wynikach –  on chce je robić!

Sportowe wzorce też nie ułatwiają mu sprawy. Wystarczy krótki rekonesans po męskich fit profilach na Facebooku i od razu widać, że na sucho nawet trawa nie urośnie. Część sportowców tylko „dziękuje” wspierającym ich producentom suplementów (to nic że w każdym poście –  to przecież tylko podziękowania) ale jest też spora grupa, która bezceremonialnie mówi „bierz to i to a najlepiej to zgłoś się do mnie, już ja cię odpowiednio poprowadzę”. I patrzy biedny Kowalski na te bestie, widzi ich suple, widzi ich wyniki – i dociera do niego że faktycznie – na sucho to co najwyżej pod prysznicem się ponapina.

Tutaj szczególnie poszkodowani są pasjonaci kulturystyki, ponieważ ich „wzorce do naśladowania” wyglądają jak potwory i każde dziecko wie, że swojej muskulatury nie zbudowali na ryżu z kurczakiem. Człowiek myślący o kulturystyce poważniej niż „wpadnę po robocie na godzinkę fitnesu” musi pogodzić się z faktem, że układ okresowy pierwiastków chemicznych będzie recytował wzdłuż, wszerz, wspak i na ukos –  bo bez tego nie ma co liczyć na wyniki.

Argument, że każdy ma swój rozum i sam za siebie decyduje jest naiwny i fałszywy. Decydować za siebie można wówczas, gdy ma się różne opcje/wzorce do wyboru. W sytuacji, gdy wszyscy „lepsi” sportowcy bez ogródek pokazują, czym się wspomagają (bez względu na to, czy jest to meta z teściem, czy tylko pół wiadra izolatu białkowego)  przekaz dla Kowalskiego jest jasny –  chcesz być zajebisty to musisz się wspomagać. Bo wszyscy lepsi od ciebie się wspomagają. Wszyscy wokół to robią.

Zastanawiające jest, że tyle się trąbi o zachudzonych modelkach wpędzających miliony dziewczyn w kompleksy, bulimię, anoreksję i koklusz – a przecież nakoksowani sportowcy robią dokładnie to samo, tylko w drugą stronę. Niby wszyscy wiemy, że czołówka CF Games to nie są „zwykli” ludzie, ale z drugiej strony są to osoby funkcjonujące w zbiorowej wyobraźni i chcą czy nie chcą, są wzorami do naśladowania. Setki tysięcy ludzi chce wyglądać jak oni – a żeby wyglądać jak oni trzeba żyć jak oni. Żreć jak oni. Wciągać koks jak oni.

Oczywiście, można być twardym i powiedzieć „nie bo nie”; trenować dla siebie i mieć wywalone na to, co się dzieje w otoczeniu. Rzecz w tym, że nie żyjemy w próżni – trenujemy razem, pasjonujemy się razem, jeden drugiego pyta o wyniki, plany startowe. Nie ma czegoś takiego jak sport bez rywalizacji –  choćby tej cichej, ukrytej przed samym sobą. Robienie coraz lepszych wyników jest wpisane w istotę uprawiania sportu i w takich realiach nie dać się wkręcić w pęd „szybciej/dalej/więcej” to osiągnięcie kwalifikujące  do dożywotniej renty od MKOl

matura na amfetaminie

Sterydy bierze się po to, aby mieć wyniki. Najlepsze z najlepszych. Wiadomo, że same z siebie roboty nie robią, że poza za nimi jest masa pracy, wyrzeczeń i zapierdziel na poziomie dla sportowca-amatora niewyobrażalnym, niemniej każdy wie, że na pewnym poziomie bez dropsów ani rusz, bo się zwyczajnie dociera do fizycznych granic organizmu. Żeby przekroczyć te granice, bierze się sterydy, dzięki którym panowie wyglądają jak postaci z kreskówek a panie wyglądają jak panowie.

Pomimo tego, że sterydy same za ciebie roboty nie zrobią, że tak czy owak musisz się napocić jak wściekły, nie sposób nie zadać pewnego, mocno kontrowersyjnego pytania.
Czy te „wyniki na koksie” na pewno są twoje?

Wszyscy wiemy jak to jest, gdy przedtreningówka zaczyna działać – jednych swędzi, drugim włosy stają dęba a wszyscy są naspidowani jak gimnazjalista przed dyskoteką. W takim stanie robimy swoje PRy, trenujemy szybciej, mocniej, intensywniej, dorzynamy się do granic wytrzymałości. Rzecz jasna te PR-y i czasy same się nie robią, ale nie oszukujmy się, bez wspomagaczy by nie weszły –  bo gdyby wchodziły bez, jaki byłby sens łykania tej chemii?

Skoro zwykła przedtreningówka potrafi dać kopa, dzięki któremu robimy wyniki nieosiągalne „na sucho”, nietrudno sobie wyobrazić, jakiego kopa dają sterydy, o jak wiele pozwalają poprawić swoje osiągi. Są to jednak wyniki sztuczne, przypominające licealistę, który nażarł się amfetaminy, wykuł podręcznik na blachę i zdał wszystko na piątkach. Czy coś z tej wiedzy mu zostanie w głowie?  A gdzie tam! Świetnie to widać po przykładach bodybuilderów, którzy przestali brać sterydy – metamorfozy są chwilami tak dramatyczne, że aż trudno uwierzyć, że patrzymy na tego samego człowieka.

Z mojego punktu widzenia wyniki na sterydach to taka matura na amfetaminie. Ok, błyśnie jeden z drugim bicepsem, ale jest to biceps tak samo prawdziwy jak para silikonowych cycków. Świetnie, że szarpnie trzy stówy w martwym ciągu – ale niech szarpnie je po odstawieniu dropsów.
Niech napisze tą maturę z głowy a nie z wiadra koksu.

Nie brał tylko Jezus, bo mu ręce do krzyża przybili

To, że biorą wszyscy poza szachistami jest sportową tajemnicą poliszynela. Weź dowolną dyscyplinę sportową, zgarnij zawodników ze świecznika, zapowiedz kontrolę antydopingową i patrz jak nerwowo pocą im się dłonie.
Biorą wszyscy, bo wszyscy biorą. Nie weźmiesz ty –  weźmie kto inny i choćbyś nie wiem jak się starał, nie będziesz miał szans  nie tylko na to, by z nim wygrać, ale by mu dorównać. Nie weźmiesz to zostaniesz w tyle. Nie będziesz miał wyników –  nie będziesz miał sponsorów. Nie będziesz miał sponsorów –  nie będziesz miał z czego żyć i trenować.
Nie koksujesz – nie ma cię. Proste równanie.

Obrońcy sterydów argumentują, że decyzje o braniu każdy podejmuje samodzielnie, ale to bujda. Jeśli myślisz o karierze sportowej i wiesz, że czołówka z którą chciałbyś rywalizować wali taką chemię, że świeci po zmroku, to nie masz żadnego wyboru – albo walisz tak jak oni, albo idziesz walczyć z wiatrakami i odpadasz w pierwszym starciu. Nie jest to więc w żadnym wypadku kwestia wyboru. Jeśli kochasz sport i chcesz z niego żyć – wypnij tyłek i trzymaj „czysty” mocz w lodówce.

Być jak Hulk Froning

Mówi się, że sterydy pomagają pokonać granice ludzkich możliwości; pomagają tam, gdzie natura mówi „pas” – ale idąc tym tropem można powiedzieć, że branie amfy, czy LSD pomaga pokonać ograniczenia ludzkiego umysłu. Czy nawalony koksem maturzysta jest geniuszem z matematyki? Nie – on jest zwyczajnie naspidowany aż mu się zwoje mózgowe prostują. Podobnie jest z koksującymi sportowcami – z tą tylko różnicą, że ci nie koksują od święta a robią to na co dzień. Trzymając się szkolnych porównań, są to tacy wybitnie zdolni studenci, którzy non stop lecą na kresce. Owszem – wyniki robią nieprawdopodobne –  ale wystarczy ich od tej kreski odciąć i spadek w wynikach będzie zauważalny.
Owszem, nadal będą zdolni – ale nikt nie nazwie ich młodymi geniuszami

Moim zdaniem nawaleni kosem sportowcy nie wyglądają jak ludzie i nie robią ludzkich wyników. To, co się dzieje to już jest „freakshow” –  taniec niedźwiedzi i baba z brodą.
Rozumiem, że nie da się być czystym na szczycie, bo nie ma wówczas żadnych szans w  rywalizacji z nakoksowanymi potworami. Rozumiem, że stało się to normą, że wszyscy tak robią, że wymusza to pęd do coraz lepszych wyników.

Rozumiem, że „sorry, taki mamy sport” – ale „taki sport” już mnie nie interesuje.

Ale o so chozi?

Produkty ALE kojarzyłem głównie z dziwną nazwą –  no bo co to za nazwa „ale”? Człowiek przyzwyczajony jest do nazw w stylu hiper duper atomic energy booster  –  a tu nagle spójnik.
Co prawda nazwa jest akronimem od Active Life Energy , jednak na pierwszy rzut oka tego nie wiadomo, toteż od razu nasuwa się pytanie „ale o co kaman”?

Oprócz dziwnej nazwy, produkty te kojarzyłem z bardzo pochlebnymi opiniami wśród znajomych –  i to nie tych, którzy chwalą wszystko, cokolwiek dostaną za friko. Chwalił to mój kolega ultras, który w tym roku cyknął 100 mil w 24 godziny, chwalił to Bartek, warszawski biegacz – osoba której w świecie biegowym nikomu przedstawiać nie trzeba, chwaliło też wielu innych –  toteż gdy odezwał sie do mnie przedstawiciel firmy z propozycją podesłania paczki testowej pomyślałem sobie „a czemu nie – może dla odmiany coś na blogu pochwalę”.

Ponieważ mam ostatnio rozbrat z bieganiem, zawartość paczki zabierałem ze sobą na treningi CrossFit. Wyszedłem z założenia, że skoro coś jest dobre, sprawdzi się bez względu na dyscyplinę – i na każdy trening brałem ze sobą coś z zestawu.

Zacząłem od izotonika, który był na pewno mniej chemiczny od np. takiego Oshee (bardziej chemiczny od kolorowego Oshee jest chyba tylko kret do rur), ale kubków smakowych nie urwał. W trakcie treningów piję głównie wodę, więc moja „baza porównawcza” do innych izotoników jest prawie żadna. O minerałach i elektrolitach też za wiele nie napiszę, bo nie odczułem ich wpływu na samopoczucie. Wiem że są, że jest ich dużo (bo tak jest na stronie www napisane) ale po opróżnieniu butelki nie zadałem sobie pytania „gdzie mogę to kupić”.
Rzecz jasna mam świadomość, że po półlitrowej butelce nie stanę sie nagle chodzącą studnią elektrolitów a efekty spożycia nie będą widoczne od razu, niemniej prawda jest taka, że wypiłem, czknąłem i większej różnicy nie zauważyłem.

Na drugi rzut poszedł magne-shot, który zażyłem podczas godzinnej pracy ze sztangą. Zażyłem to ciut za dużo powiedziane, bo 25ml to tyle, ile mieści się w małym kieliszku i prawdę mówiąc ledwo poczułem, że coś przełykam. Rozumiem, że taka jest istota tego „magnezowego shota” – ma dać jak najwięcej magnezu i jak mniej obciążyć żołądek, ale nie zauważyłem, by coś zmienił w samopoczuciu tak w trakcie jak i po treningu. Koncentracja i tak już padała, skurcze mnie szczęśliwie omijają (czekolada robi swoje 😉 ) –  więc z mojego punktu widzenia była to ciekawostka, której omal nie przegapiłem.

Trzy żele, jako źródło szybkich węgli zabrałem na dłuższe treningi. Scenariusz był zawsze taki sam – najpierw godzina (a często więcej) na mobilność i trening siłowy, potem szybki żel i wio z hardkorem. Tu znowu miałem mieszane uczucia –  bo z jednej strony żele są świetne w konsystencji (coś a la rzadki kisiel) wchodzą bez popitki i w ogóle nie czuć by „leżały na żołądku”,  tylko energetycznego kopa brak –  a przecież po to się żel łyka, żeby ten kop był.

Na opakowaniu  jest napisane, że jedna saszetka to 110kalorii. Moim zdaniem, jak na źródło szybkiej energii to trochę mało bo spalenie tych 110kcal to kwestia 10 minut treningu –  a potem co, kolejny żel co 10 minut? Ma to jeszcze jako taki sens gdy do zrobienia jest jakiś szybki AMRAP, ale jeśli w planach jest np. dłuższe wybieganie to łyknięcie jednego żelu nie zrobi większej różnicy, ponieważ przyjęta energia zaraz znika. To już lepiej rozrobić sobie przedtreningówkę, która da godzinnego kopa a potem zjeść coś konkretnego, niż co chwila otwierać nowy żel.

Rozumiem, że żel to nie tylko energia, ale też cała reszta zachodzącej w ciele chemii organicznej, niemniej w trakcie ostrego treningu nie myślę o uzupełnianiu elektrolitów, tylko działam w trybie alarmowym pt „Dajcie mi cukru! Dajcie mi energii! Elektrolity uzupełnię po treningu a na razie dajcie mi kopa, bo zaraz ducha wyzionę…”
I tego kopa niestety zabrakło.

DajeszOjciec jest blogiem szczerym –  więc i opinia o produktach ALE będzie szczera, a brzmi ona: bez zachwytów. Owszem, smakuje to dobrze, połkniętego żelu w ogóle nie czuć na żołądku (i nie cofa przy handstandach!) ale brak energetycznego kopa to z mojego punktu widzenia wada nie do przeskoczenia.

Mój „problem” z „ale-suplami” polega na zderzeniu oczekiwań z rzeczywistością. Skoro wszyscy moi znajomi zachwalali te produkty, naturalnym było, że spodziewałem się po nich czegoś ekstra, co sprawi że krzyknę „ALE te suple zajebiste!”. Tymczasem produkty ALE nie mają w sobie nic, co by mnie do takich okrzyków skłoniło. Są OK; w porównaniu z żelami od isostara na pewno wygrywają świetną konsystencją – ale to wszystko.

Gdyby ktoś mnie zapytał „dlaczego mam kupić te suple a nie inne” –  nie umiałbym udzielić odpowiedzi.

Ewolucyjne dziwadła

Człowiek jest z natury leniwy. Mechanizm ewolucyjny każe nam szukać najmniej męczących rozwiązań, skutkiem czego korzystamy z najdziwniejszych wynalazków – od koła począwszy na elektrycznej wycinarce włosów w nosie skończywszy. Im mniej energii zużywamy na pierdoły –  tym więcej jej będzie na walkę, prokreację i ogólnie rozumiane przetrwanie.
Tak zostaliśmy biologicznie zaprogramowani.

Leniwi przetrwają najdłużej

Przetrwanie to przede wszystkim pożywienie –  więc nic dziwnego, że jemy na potęgę. Dobrze zjeść to znaczy nie znać zagrożenia. Jest jedzenie – nie ma głodu; nie ma głodu – można się mnożyć (pewnie dlatego, tak wielu panów w chwilę po obfitym posiłku ma ochotę na amory). To są mechanizmy utrwalone przez miliardy lat ewolucji. Od najprymitywniejszych form życia chodziło o to by jeść, dupczyć i przetrwać.

Patrząc z ewolucyjnej perspektywy, ludzie z wyładowanymi po brzegi wózkami w marketach, czy zamawiający zestaw XXXL w fast foodzie są jak najbardziej normalni. Mają obfitość pożywienia –  więc robią zapasy. Na nic tu logiczne rozumowanie, że tego jedzenia przecież nie zabraknie, że zawsze można wyjść do marketu i kupić. Obfitość jedzenia to luksus ostatnich kilku dziesięcioleci i w porównaniu z milionami lat głodu i walki o pożywienie, jest zwyczajnie bez znaczenia.

Ktoś słusznie zauważy, że jedząc takie ilości niezdrowego jedzenia nie podnoszą, lecz zmniejszają swoje szanse na przetrwanie, ale nie jest to argument dla organu, który nauczony jest jeść, co popadnie i gdy popadnie. Nasz prymitywny, gadzi mózg jeszcze nie zarejestrował że nie musi żreć na potęgę, że jedzenia jest w bród i raczej go nie zabranie.
Nasz centralny układ sterowania funkcjonuje w stanie ciągłego zagrożenia głodem i nie w głowie mu zastanawianie się, czy w perspektywie lat dwudziestu zabije go miażdżyca, czy cukrzyca, ponieważ głównym priorytetem jest przeżycie z dnia na dzień.

Kiedyś to się żyło…

Gdzieś w późnym ogólniaku trafiłem na książkę Jerzego Jedlickiego pt „Świat zwyrodniały”. Autor przestudiował pisma myślicieli społecznych od czasów najdawniejszych, do czasów nam współczesnych i wiecie, co we wszystkich tych pismach się powtarzało? Narzekanie na czasy bieżące 🙂 Jak świat światem ludzie utyskują, jak to teraz jest źle i niedobrze a kiedyś  lepiej było. Jak to młodzi nie słuchają starych, moralność przeżarta jest zgnilizną  a cywilizacja chyli się ku upadkowi. Non stop ktoś na coś narzeka a kolejne pokolenia żyją o niebo lepiej od swoich rodziców (zapytajcie swoje matki o czasy pieluch tetrowych a babki o czasy gdy nie było pralek – one wam powiedzą, co to jest ciężkie życie).

Podobną sytuację obserwuję w światku sportowym. Zewsząd słychać lament, jak to teraz nikt sportu nie uprawia, fast foody do szkół dowożone są kontenerami, ludzie zamiast wyjść z domu siedzą przed komputerami – no świat się wali i antychryst ante portas.
A kiedyś to było lepiej…

Przez miliony lat, w zasadzie do lat powojennych XX wieku 100% ludzkiego czasu pochłaniała walka o przeżycie. Nie mówię tu o warstwach bogatych, które na słońce zabierały parasolki i bieliły skórę, by nie daj boże nie wyglądać jak opalony, pracujący w polu motłoch – tylko o większości społeczeństwa, która klepała biedę aż piszczało w uszach i dzwoniło w dziurawych zębach.
Zwykły człowiek zapierniczał od świtu do nocy a i tak klepał biedę, ponieważ musiał pracować na pana, króla, czy komu tam był aktualnie poddany. Praca w roli była ciężka i niewdzięczna. Płody ziemi może nie były nasączone nawozami i pestycydami, ale było ich mało, gdyż niewydajne metody obsiewu i zbioru plonów w połączeniu z ciężką pracą ludzi i zwierząt (a kto nie miał krowy ten do pługa zaprzęgał żonę –  to był dopiero CrossFit) nie dawały takich zbiorów z hektara, jakie mamy obecnie. Zbierało się mało –  a i to tylko wtedy, gdy nie było suszy, pasożytów czy innego dopustu bożego. Przez większość swego życia człowiek chodził zmęczony, głodny i szczęśliwy, gdy miał co do garnka włożyć. Klęski urodzaju były normą i taką samą normą było, że się umierało z głodu.

Człowiek, którego szczęściem było to, że pan nie obił batogiem, susza nie spaliła pola a zaraza nie wybiła bydła, nie zastanawiał się nad tym, czy to co je jest wartościowe, tylko jadł to, co było. Nie myślał też o ruchu na świeżym powietrzu, bo zapierniczał do upadłego. Półgodzinny AMRAP? MURPH w kamizelce? Nie bądźmy śmieszni –  w dawnych czasach harowało się w trupa, nierzadko w dosłownym tego słowa znaczeniu. I nie było że zakwasy, choroba, czy złamana ręka. Kto nie pracował ten nie jadł a kto nie jadł ten umierał.

Współcześnie powszechne jest utyskiwanie na to, jak to jedzenie jest naszpikowane chemią i polepszaczami – rzecz w tym, że to dzięki owej chemii i polepszaczom i zmianom w systemie upraw jedzenie kosztuje tyle, że średnio zamożny człowiek jest w stanie codziennie jeść mięso. Maszynowa produkcja żywności sprawia, że stać nas na jedzenie wszystkiego, na co mamy ochotę. Oczywiście, z jakością tego jedzenia bywa różnie, ale wszyscy wiemy, że nie da się zrobić tak, aby było dużo, dobrze i tanio. W żadnej z branż.

Aby poznać „prawdziwą” wartość jedzenia warto odwiedzić stoisko z żywnością „ekologiczną” – tam dopiero widać, ile kosztuje zdrowe, tradycyjne jedzenie.  Potem wystarczy owe ceny pomnożyć razy trzy –  i otrzymamy jako takie pojęcie o tym, ile kosztowało życie w czasach naszych pradziadków.
Jak wielu z nas stać dziś na takie jedzenie?

Częste mycie skraca życie

O poziomie higieny „w tamtych czasach” ciężko cokolwiek powiedzieć, bo przed 19-tym wiekiem było to pojęcie abstrakcyjne. Mycie raz na pół roku, czy na rok nie było niczym nadzwyczajnym. Mieszkanie w jednej chałupie razem ze zwierzętami, spanie na klepisku wśród robactwa i szczurów też nie było wielką patologią. Umieralność dzieci od najbanalniejszych chorób (np. biegunki) była tak wysoka, że gdy z dziesięciorga dzieci dwójka dożyła pełnoletniości, był to satysfakcjonujący „wynik”.

W zasadzie do XX wieku życie prostych ludzi było niemalże bydlęcą wegetacją. Owszem, powstawały arcydzieła literatury, architektury i innych sztuk pięknych, ale tworzyła je kasta próżniacza żyjąca z pasożytnictwa na prostych ludziach, wszyscy zaś inni byli zajęci wiązaniem końca z końcem .
Wybaczcie ten socjalistyczny ton –  ale tak to po prostu wyglądało

Dopiero czasy powojenne oraz związany z nimi boom przemysłowy oraz rewolucyjne zmiany kulturowo-społeczne sprawiły, że życie prostego człowieka przestawało przypominać bydlęcą wegetację. Owszem, nadal było ciężko a głód w pierwszych latach po wojnie był powszechny w całej Europie, ale zmiany na lepsze były ewidentne – prąd, bieżąca woda, transport – by wymienić tylko kilka. Kolejne dekady podnosiły standard życia ludzi –  pralki, lodówki, puszkowane jedzenie – to dzięki nim nagle zaczęliśmy mieć czas na coś więcej, niż umartwianie się, co do garnka włożyć.

Pokolenie sportowców i kiełbasa jak za Gierka

Jednym z ciekawszych argumentów „narzekaczy” jest przypominanie, jak to za naszych czasów bawiliśmy się na podwórkach a teraz dzieciaki garbią się przy konsolach i komputerach.
Lata 80/90 to moje szkolne czasy i pamiętam doskonale, że ganialiśmy po podwórkach bo nic innego nie było do roboty. Sekcja sportowa w szkole? Dobre sobie! Kółka zainteresowań w klubach osiedlowych? Wolne żarty! Łaziliśmy po budowach, jeździliśmy na jabłka, kradliśmy karbid, bo nic innego nie było do roboty. Rodzice byli zajęci odnajdywaniem się w kapitalizmie a my zajmowaliśmy się sobą. Byliśmy w ruchu bo nie było innej alternatywy.

Gdy któryś z kolegów miał Atari, czy magnetowid – wpadało się do niego całą chmarą i siedziało dopóki starzy nie wrócili z pracy. Zachowywaliśmy się dokładnie tak samo, jak współczesne dzieciaki, tylko nie mieliśmy tak powszechnego dostępu do „pasywnych” form rozrywki. Gdyby wówczas każdy miał komputer, zamiast grać w kosza pod blokiem łoilibyśmy po sieci w Call of Duty.

Ci, którzy narzekają na powszechność gadżetów  powinni zapytać swoich dziadków jak to było, gdy pojawiło się pierwsze we wsi radio, czy telewizory. Ludzie tak samo przyklejali się do ekranów a rodzice tak samo opieprzali swoje dzieci, że marnują czas zamiast zrobić coś z pożytkiem. Co prawda pomagał trochę fakt, że PRLowa telewizja była tak nudna, że podwórko było dużo ciekawszą alternatywą, ale to nie powód, by gloryfikować tamte czasy.

Doskonale pamiętam jak w sklepach nie było NIC a kupowane na kartki parówki miały smak papieru – zupełnie jakby produkowano je właśnie z tych  kartek. Pamiętam niewygodne buty i ohydne fartuszki w szkole. Ponieważ to wszystko pamiętam, uważam że mówienie o tym, jak to kiedyś ludzie żyli zdrowiej jest klasycznym przykładem idealizowania „pięknych czasów, które bezpowrotnie minęły”.

Pod kokardę i do urzygu

Żyjemy w świecie olbrzymiego wyboru za absurdalnie małe pieniądze. Tylko do nas zależy, czy nawpieprzamy się pod korek kurczakiem na antybiotykach, czy skubniemy tarty z ekologiczną rzepą. Mamy pierdylion możliwości, ale te możliwości nie są normalne.
W perspektywie miliardów lat ewolucji te kilkadziesiąt lat dobrobytu to nawet nie sekunda w skali doby. Nasz prymitywny mózg, centrum dowodzenia instynktami jeszcze nie zrozumiał, że to żarcie nie zniknie, że zawsze będzie go w bród. Dla niego jest to okazja, z której trzeba korzystać, póki jest.

„Zdrowy tryb życia” rozumiany jako zbliansowana dieta i regularny ruch, nie jest z ewolucyjnego  punktu widzenia ani zdrowy ani naturalny –  wręcz przeciwnie. Odmawianie sobie pożywienia, gdy akurat jest go pod dostatkiem, oraz wydatkowanie energii na coś innego, niż prokreacja, jest dla ludzkiego organizmu zmniejszaniem szans na przetrwanie –  a więc głupotą.

W ewolucyjnej perspektywie to my, sportowcy,  jesteśmy dziwadłami a gloryfikowany przez nas zdrowy tryb życia jest fanaberią.
Z biologicznego punktu widzenia jesteśmy patologią i bandą szkodników, która zamiast mnożyć się i żreć pod korek, zastanawia się nad poziomem tkanki tłuszczowej.

Co wcale nie przeszkadza nam uważać się za wzór do naśladowania…

Zdjęcie pochodzi ze strony https://superbodysuperbrainblog.wordpress.com