Dziewczyny nie czytają atlasów anatomicznych

Po niedawnym wpisie na temat kulturystyki dowiedziałem się, że strasznie musi mnie boleć dupa – a to z tego powodu, że muskularni panowie wzbudzają większe zainteresowanie wśród kobiet na plaży zaś ja, jako osoba niemuskularna, czuję się z tego powodu gorszy i muszę to sobie hejtem zrekompensować.
Postanowiłem więc, że sprawdzę, czy faktycznie napakowani panowie są tak atrakcyjni dla kobiet. Być może nie jest jeszcze dla mnie za późno  – wszak medycyna z farmakologią nie takie cuda widziały.

W tym celu stworzyłem ankietę, w której do wyboru dałem pięć typów sportowych sylwetek – od ultramaratończyka do championa kulturystyki (przypadkowe fotki z internetu, zamazane twarze – żeby nie było, że atakuję kogoś personalnie) Nie dawałem sylwetek “normalnych”, ponieważ nie one były przyczynkiem do dyskusji. 

Chciałem sprawdzić, czy obiegowe hasło mówiące, że “napakowana sylwetka jest atrakcyjna dla kobiet” jest prawdziwe.
No bo jak prawdziwe –  to pakować trzeba!

Ponieważ zależało mi na opiniach “zwyczajnych kobiet” (czytaj: nie związanych ze sportami siłowo/sylwetkowymi), prośbę o wypełnienie ankiety rozesłałem głównie po niesportowych koleżankach z prośbą aby udostępniły ją również swoim znajomym.
Co prawda było to utrudnione, ponieważ większość moich znajomych uprawia ten, czy inny rodzaj sportu –  ale  ponieważ naciskałem na udostępnianie ankiety koleżankom “niesportowym” wierzę, że przynajmniej połowa odpowiedzi pochodzi właśnie od nich.

Zależało mi na opiniach kobiet niesportowych, ponieważ tych niesportowych jest na świecie więcej – toteż i szansa na to, że się za pakerem obejrzą, wzrasta;  zaś pytanie tych sportowych o preferencje n/t muskularnych sylwetek byłoby  jak pytanie alkoholika, czy mu wódka smakuje 😉

Przygotowując skalę ocen wyszedłem z założenia, że albo coś się nie podoba, albo podoba, ewentualnie jest “takie se”. Wiedząc, że coś może się podobać bardziej lub mniej, do każdego z trzech stanów dodałem opcję “połowiczną”, co w efekcie dało sprawdzoną, szkolną, sześciostopniową skalę ocen.

Po pięciu dniach w internecie i zebraniu prawie pięciuset odpowiedzi usiadłem do podsumowania wyników.

Suchoklates kontra koksownik

ultrasi_wyniki

Zdjęcie nr 1 to sylwetka ultramaratończyka – klasyczny “Suchoklates” będący obiektem drwin chłopaków z siłowni.
⅔ ankietowanych pań (prawie 70%) przyznało mu 1 oraz 2 punkty – co jest jasnym sygnałem, że popularne na biegowych memach hasło mówiące, że
“biegacz jest najseksowniejszym facetem na imprezie” można między bajki włożyć.
Wielkich powodów do płaczu nie ma, ponieważ prawie 27% pań przyznało mu 3-4 punkty, a niecałe 5% stwierdziło, że jest bardzo dobrze/zajebiście, niemniej ogólny odbiór nie pozostawia wątpliwości – nie jest to damski obiekt westchnień.


surfer_wyniki

Druga w kolejności jest sylwetka “średnio wysportowana”. Wykres ocen “dwójki” jest niemal lustrzanym odbiciem “jedynki”. Za atrakcyjną i bardzo atrakcyjną uważa je ⅔ ankietowanych, 26% uważa ją z “średnią” i tylko osiem pań na sto uważa ją za nieatrakcyjną. Obiektywnie patrząc, różnica w muskulaturze między sylwetką nr 1 i 2 nie jest szalona, jednak dla pań tych kilka dodatkowych kilogramów robi olbrzymią różnicę. 


model_wyniki

Trzecia sylwetka to “klasyka z okładki popularnego magazynu fitness” – przypakowana, z sześciopakiem – ale jeszcze nie na poziomie zawodów kulturystycznych. Podobnie jak w przypadku sylwetki nr 2, za bardzo atrakcyjną uważa ją ⅔ ankietowanych, jednak aż 11% kobiet więcej przyznało jej notę maksymalną. Ponownie mamy 25% oceniających ją jako “średnio atrakcyjną” i pięć na sto mówiących, że im się nie podoba.

Jest to najwyżej notowana, czyli najatrakcyjniejsza zdaniem pań, męska sylwetka.
Wzorzec ciacha.


bb_wyniki

Sylwetka nr 4 to już poziom zawodnika kulturystyki – widać każdy mięsień, żyłkę. Widać też drastyczną zmianę w ocenach kobiet. 81% pań uznaje ją za nieatrakcyjną, 15% uważa, że jest średnio atrakcyjna zaś  5 i 6 punktów przyznało jej tylko 4% ankietowanych.

Choć różnica  w muskulaturze pomiędzy sylwetką 3 i4 nie jest przesadnie wielka, to olbrzymia różnica w ich ocenie pokazuje, że na pewnym poziomie o atrakcyjności decydują detale. Takim detalem może być poziom tkanki tłuszczowej obydwu panów. Obaj mają niski, ale nie da się ukryć, że jeden z nich wciąż wygląda zdrowo i naturalnie a u drugiego widać żyły i włókna składowe mięśni. To w zasadzie jedyna istotna różnica między nimi, ale jak pokazują wyniki ocen – kluczowa.


koksy_wyniki

Posiadacze kulturystycznych sylwetek z najwyższej półki, wzory do naśladowania dla osiedlowych siłaczy, nie stanowią obiektów westchnień dla czterech z pięciu pań .
83%  ankietowanych przyznało im 1 punkt. Kolejne 10% przyznało 2 punkty. Kolejne 4 % pań zadeklarowało, że “może być” (3-4 punkty) a tylko niecałe 2% uznało je za atrakcyjne i bardzo atrakcyjne.

Krótko mówiąc, ze stu przypadkowo wybranych pań tylko dwie obejrzą się za nimi maślanym wzrokiem, 4-5 uzna że “może być”, zaś dla pozostałych będą zdecydowanie nieatrakcyjni.
Tyle wychodzi z liczb.

Każdy wie, ale nikt nie powie

Liczby liczbami, ale co naprawdę mówi nam ta ankieta? Ano mówi to, co wie każdy rozsądnie myślący człowiek: że kobiety nie lubią skrajności. Zarówno ultramaratończycy, jak też zawodowi kulturyści są atrakcyjni tylko dla pewnej grupy odbiorców – zakładam, że sobie podobnych – ale to “grupy koneserów”, nieliczne ze swej natury.

Mówi też tyle, że sylwetka kulturystyczna w swej najlepszej, zawodniczej postaci – ten cel do którego dąży wielu adeptów bodybuildingu – jest atrakcyjna głównie dla trenujących go panów. Że kobietom nie podobają się widoczne żyły i włókna mięśniowe i cały ten kulturystyczny trud to w sumie męska zabawa w męskim gronie. 

Potwierdza też to, co wszyscy wiedzą – czyli że najbardziej atrakcyjna jest sylwetka wysportowana, ewentualnie przypakowana ale bez przesady. Rozrzut w ocenach sylwetki nr 3 i 4 pokazuje, jak łatwo jest “przedobrzyć z pakowaniem”. Jak łatwo z poziomu “super ciacho” stać się niemal zupełnie nieatrakcyjnym dla kobiet. Rzecz jasna jest wielu panów,  którzy uparcie będą twierdzić, że “lepiej by spadł deszcz, niż masa” oraz „żyły są sexy” – ale dane są w tej kwestii bezlitosne.
Co za dużo –  to niezdrowo.

Dwie różne skale

Rozrzut pomiędzy wysoką oceną własnej atrakcyjności a postrzeganiem przez „zwykłych ludzi” bierze się stąd, że przebywamy głównie wśród osób o podobnych zainteresowaniach i nie popełniamy „mezaliansów”. Większość znanych mi „mocnych zawodników” ma żony/dziewczyny ze środowiska sportowego. Z niego ma również znajomych, co bierze się ze wspólnej nauki na AWF, wspólnej pracy w fitness klubie, udziału we wspólnych konferencjach, szkoleniach itd. Jest to normalny życiowy mechanizm wspólny dla wszystkich grup społecznych i zawodowych. Owszem, zdarzają się wyjątki, ale te tylko potwierdzają regułę.

Dla osoby od dziesięciu lat obracającej się w fit- środowisku, gdzie słowa masa, wycinka i waskularyzacja odmieniane są przez wszystkie przypadki; gdzie w codziennością jest „walka o najlepszą wersję samego siebie” a standardy i oczekiwania podkręcone są do 11-tki,  piękne będzie to, co dla zwykłych Kowalskich wygląda jak kartka z  atlasu anatomicznego.

To, co dla kulturysty jest „przyzwoitym punktem wyjścia” dla zwykłego Kowalskiego ociera się o granice akceptacji –  a bierze się to stąd, że sportowcy i zwykli ludzie żyją w dwóch zupełnie różnych „skalach estetycznych”. Dla jednych zawsze może być lepiej, dla drugich już dawno było za dużo.

No ale po co ci to?

Na koniec trzeba odpowiedzieć na pytanie, które zawsze pada przy takich okazjach: Po co w ogóle robić taką ankietę, skoro gusta są różne a “nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba”?
Po co  określać, kto się podoba a kto nie? Przecież może to kogoś zaboleć, ludzie są wrażliwi…

Otóż cel tej ankiety był jeden: Sprawdzić wśród możliwie szerokiego  grona „zwyczajnych” kobiet, czy napakowani mężczyźni są dla nich tak atrakcyjni, jak sami twierdzą.
Czy powtarzany w kółko argument
“możecie nas hejtować, ale zwyczajnie boli was dupa, że nie jesteście tak zajebiści jak my –  bo to za nami a nie za wami laski oglądają się na plaży” ma rację bytu, czy też  jest zwyczajnie wyssany z palca (albo innego szejkera).

Wyniki pokazują, jak olbrzymi jest rozrzut pomiędzy tym, co panowie uważają za swoje atuty a co na ten temat sądzą same zainteresowane. Wielokrotnie słyszane teksty w stylu “kobieta wybierając między pakerem a chuderlakiem zawsze wybierze pakera” okazują się nie mieć żadnego pokrycia w liczbach.
W sytuacji, gdy klasycznego “suchoklatesa” na jeden punkt ocenia 35% ankietowanych, zaś asy bodybuildingu „jedynkę” dostają od osiemdziesięciu trzech pań na sto, ewidentnym się staje, że te opowieści o dziewczynach oglądających się za pakerami na plaży niewiele mają wspólnego z tychże panów atrakcyjnością.

Takie są suche dane – ale chłopaki z siłowni i tak je zignorują, bo wiedzą, że na sucho to nawet trawa nie urośnie…

Reklamy

Konkurs piękności w przykusych gatkach

Za każdym razem, gdy zdarzy mi się zażartować z kulturystyki, słyszę że jestem hejterem. Małym zawistnikiem, który nie mając dość siły, by samemu coś osiągnąć naśmiewa się z tych, którzy do czegoś doszli.
Nie da się ukryć, że wielkim fanem bodybuildingu nie jestem – ale nie nazwałbym tego zawistnym hejtem. Moja niechęć do „pompowania bica” ma bardzo konkretne podłoże.
Już tłumaczę, jakie.

Prawdziwy mężczyzna nie napina się przed lustrem

Kulturystyka nie przemawia do mnie z jednego zasadniczego względu – dobrego smaku. Widok nasmarowanych bronzerem facetów, paradujących w samych slipkach po scenie, tak zwyczajnie i po ludzku budzi we mnie niesmak. Rozumiem „tło” tego napinania i smarowania – że chodzi o to, by jak najlepiej pokazać wypracowaną muskulaturę a nabrązowione mięśnie są lepiej widoczne – niemniej bez względu na to, jaki jest cel takiego zachowania,  napinanie się i wyginanie ku uciesze widowni jest czymś, co w moim prywatnym „zestawie męskich wzorców” nie znajduje się nawet w poczekalni.

Kulturystyka to sport sylwetkowy, oceniający wygląd  –  czyli de facto męski konkurs piękności – a w moim przekonaniu, branie udziału w konkursach piękności nie przystoi facetowi.

Facet to nie tylko biceps i włosy na jajach – facet to przede wszystkim pewien sposób bycia,  kod zachowania, zasady których się przestrzega. Nie oznacza to, że musi być od razu chrząkającym prymitywem, ale choćby był wielki jak autobus i miał bicepsy jak anakonda, z chwilą, gdy rozbiera się do slipek i paraduje przed publicznością, od striptizera w damskim klubie dzieli go tylko brak muzyki i pijanych czterdziestolatek na widowni..

Fundament bodybuildingu –  sprawdzanie, czy mięśnie są równe, symetryczne, czy mają zachowane proporcje – kojarzy mi się z ocenianiem zwierząt na wystawach, albo niewolników na targach.

Nie podoba mi się sama idea porównywania wyglądu, ponieważ wg mnie facet ma być funkcjonalny a nie ładny. Ładny to może być samochód, obraz – ale nie mężczyzna. Owszem, istotne jest aby był zadbany i nie umierał na zawał wnosząc siatki na piętro – ale smarowanie się bronzerem i napinanie przed lustrem to moim zdaniem jest postawienie świata na głowie.

Przy okazji Cross Baltic Challenge miałem okazję zetknąć się ze światkiem kulturystycznym i wyglądało to jak muskularny wyścig zbrojeń –  kto większy, kto silniejszy, kto bardziej upodobni się do postaci z komiksu. Oglądając pokazy kulturystyczne w pewnej chwili zapytałem sam siebie „Stary, czy ty zdajesz sobie sprawę co robisz? Stoisz w tłumie nawalonych koksem facetów i oglądasz innych facetów, którzy w samych slipkach, usmarowani jakimś mazidłem prężą się do publiczności. Czy to jest rozrywka dla dorosłego faceta?”

Ładniejszy od swojej dziewczyny

Kultura siłowniania przesiąknięta jest narcyzmem i kultem swojego ciała. Ostatnio sporo czasu spędzam w fitness klubach i widzę jak wszyscy oglądają te bicepsy, prężą się do luster i sprawdzają, czy już im tricepsy stwardniały. Nogi chude jak patyki, ale koszulki na ramiączkach obowiązkowo – żeby w każdej chwili móc sprawdzić jak napuchł, czy już urósł…

Niedawno byłem świadkiem sytuacji, jak jakiś siłowniany (sądząc po muskulaturze) weteran oglądał swe bicepsy przed lustrem. Prężył się, napinał, oceniał i analizował, aż w pewnej chwili podeszła do niego jego dziewczyna i poirytowanym głosem zapytała „długo jeszcze będziesz się oglądał”?
Ja po czymś takim skurczyłbym się w sobie i spalił ze wstydu –  a on spokojnie, udając że nie słyszy, dalej kontemplował swoje ramiona…

I to jest dokładnie to, czego w bodybuildingu nie rozumiem – jakim cudem dorosły i teoretycznie dojrzały facet może stać przed lustrem i podziwiać swoje mięśnie? Jaki poziom samo zachwytu i narcyzmu trzeba osiągnąć, by mizdrzyć się przed lustrem jak kobieta?

Nie jestem przeciw – ja po prostu nie rozumiem.

Nie przeszkadza mi to, że kulturystyka to takie trochę „sprzedawanie fikcji”  – bo forma, w jakiej prezentują się zawodnicy na scenie, jest krótkotrwała. Miesiącami zbijają wagę, kilka dni przed zawodami zaczynają się odwadniać, na scenę wchodzą chwiejnym krokiem, wciągają brzuchy po czym gdy tylko z tej sceny zejdą, „dają w gaz” –  jedzą i piją jak szaleni, nierzadko przybierając kilkanaście kilogramów w ciągu 2-3 dni a po „idealnej formie” zostają tylko zdjęcia.

Nie przeszkadza mi też, że dla tych piętnastu minut chwały robią ze swoim zdrowiem cuda na kiju – są dorośli i sami za siebie odpowiadają. Co prawda ta forma, która utrzymuje się tylko na kilka dni  zawodów jest wzorcem, dla którego męczą i kłują się tysiące im podobnych –  ale to też mi nie przeszkadza – bo daleko mi do oburzenia z powodu „propagowania chorych wzorców”, czy czegoś w tym stylu. Jesteśmy dorośli i każdy wybiera to, co mu się podoba.

Dla mnie widok faceta prężącego się przed lustrem jest po prostu śmieszny.
Co z tego, że wielki jest jak holownik, skoro zachowuje się jak gimnazjalistka?
Co z tego, że włożył w siebie masę pracy, wysiłku i wyrzeczeń, skoro srożąc się przed lustrem całą tą swoją samczość, tą siłę i testosteron rozmienia na drobne?

Znam ludzi, którzy poważnie traktują bodybuilding. Doceniam i podziwiam ilość pracy, którą w siebie wkładają – ja bym nie był w stanie tak się poświęcić jak oni –  to bez dwóch zdań.
Nie mogę jednak zrozumieć celu, dla którego się poświęcają. Nie rozumiem, dlaczego biorą udział w konkursie piękności dla panów. Dlaczego nie jest im głupio wychodzić w slipkach i napinać się przed publicznością, albo zachwycać się bicepsem przed lustrem w fitness klubie?

Bilet do cyrku

Facet ma dziesiątki sposobów na popisanie się tężyzną fizyczną. Może podnosić ciężary, trenować sporty walki, boksować, uprawiać judo, zapasy; może nawet zostać strażakiem, wojskowym czy innym ratownikiem górskim. Może robić masę rzeczy, które od wieków wpisywały się w społeczną rolę mężczyzny i były traktowane, jako „zajęcie dla twardzieli”.

Nie rozumiem, dlaczego wybiera te najbardziej cyrkowe.

Powrót do strefy komfortu

Na siłowni, gdzie wiele lat temu pompowałem bica swego, urzędował instruktor w koszulce z napisem: ” Za każdym razem, gdy odpuszczasz, ktoś inny trenuje aby skopać Ci tyłek”. Już wtedy mnie to śmieszyło, jako klasyczny przypadek ciężkiego bzika, robiącego z rzeczy, która powinna być przyjemnością jakiś wyścig do zajebistości.
Gdy kilka lat później poznałem CrossFit – wydawał mi się wolny od tej przypadłość, bardziej wyluzowany, bez ciśnienia –  takie trochę „ciężary na luzaku”.

Tymczasem w Krosficie ściga się niemal każdy. Jedni sami ze sobą – ze swoimi słabościami, nowymi „poziomami” do odhaczenia (pierwsze to, pierwsze tamto), znaczkiem „RX” dopisanym przy wyniku na tablicy. Znowuż inni myślami są już na zawodach –  ścigają się więc z innymi, realizują plany treningowe, liczą makra i procenty 1 rep maxa.
Jednych i drugich łączy ciągły pęd do lepszego siebie, słynne krosfitowe „better than yesterday”.

Chodzi o to, by każdego dnia być lepszym, niż wczoraj. Znam ten mechanizm –  bo sam tak funkcjonowałem przez pierwsze dwa lata. W pogoni za nowym skillem, czy dodatkowymi dropsami na gryfie. Ciągle do przodu, ciągłe więcej, szybciej, ciężej.
Czasem wkręcałem się aż za bardzo i kończyło się frustracją, albo wynikającą z przerostu ambicji kontuzją.

Zdaj się na instynkt…

Jest w branży rekrutacyjnej takie powiedzenie, że po roku pracownikowi opadają różowe okulary a po dwóch jest już na tyle zmęczony, by rozglądać się za nowym miejscem pracy. Coś w tym jest, bo mniej więcej po dwóch latach zaczęło mi się zmieniać podejście do CrossFitu – przestałem się napinać, mieć ciśnienie i zacząłem robić to, na co mam ochotę.
Co prawda nadal jest to mój sport, nadal nie widzę siebie nigdzie indziej – ale tym razem na swoich zasadach.
Na zupełnym luzie.

Regularnie mi się zdarza, że jadę na trening z konkretnym planem do wykonania, po czym przebieram się, wchodzę na salę i robię coś kompletnie innego. Miało być cardio –  jest godzina rwania; miały być siady –  są burpeesy z kurwibajkiem.
To trochę jak z planowaniem obiadu w knajpie: myśli człowiek „ale bym dziś duże burrito opędzlował” –  po czym siada przy stoliku, otwiera menu i zamawia michę Chilli con Carne oraz smażone papryczki jalapeno z serem.
Dokładnie tak samo podchodzę do treningu.

…bo z planów i tak nici

Czasem  myślę, że fajnie byłoby przykleić się na dłużej do jakiegoś planu treningowego (najchętniej tego, co serwuje Pat Sherwood w CrossFit Linchpin) i zobaczyć, jakie daje to efekty – ale wiem, że na dłuższą metę nie dam rady –  więc odpuszczam.
Nie chodzi tu nawet o to, że codzienność rodzinno-zawodowa bywa nieprzewidywalna i czasem po prostu nie mam jak i kiedy zrobić tego treningu. Chodzi o to, że lubię „płynąć z prądem” i robić to, na co w danej chwili mam smak.

Ktoś zauważy, że w ten sposób wybieram tylko to, co chcę i nie wychodząc poza strefę komfortu stoję w miejscu –  ale to nie do końca prawda. Nie było takiej dziedziny CF, która w ciągu ostatniego roku nie poszłaby u mnie do przodu. Jedne bardziej, drugie mniej – ale dane z dzienniczka treningowego nie kłamią –  cały czas wyniki idą do góry.
Gdybym konsekwentnie trzymał się fachowego planu treningowego pewnie progres byłby jeszcze większy – ale też i cena byłaby proporcjonalna. Aby mieć lepsze wyniki w sporcie musiałbym narzucić sobie większy rygor –  a ja nie lubię rygoru. Szczególnie tam, gdzie mam swoją małą strefę życiowego komfortu.

Przyjemność przede wszystkim

Nie interesuje mnie ciśnienie na codzienne przekraczanie granic. Dorosłe życie to w zasadzie jedna wielka lista obowiązków – rzeczy których się nie chce a które po prostu trzeba, bo inaczej wszystko się zawali. Dopisywanie do tej listy treningu, traktowanie go ambicjonalnie, jako celu do zrealizowania jest z mojego punktu widzenia bezsensowne, ponieważ trening to dla mnie przyjemność, czas relaksu – ten moment, gdy znów mam kilkanaście lat, jestem już po lekcjach  i wygłupiam się dla samej przyjemności wygłupiania – a nie przedłużenie pracy zawodowej, czy obowiązków domowych.
Rzecz jasna, jest to dość specyficzne pojmowany relaks – bo mało kto relaksuje się dygocąc na podłodze 😉
Tu chodzi o relaks mentalny –  o tą chwilę, gdy wyrywasz się ze świata obowiązków i powinności i robisz tylko to, na co masz ochotę.

Trening to dla mnie czas zerwania się ze smyczy – odpowiednik piątkowego wyjścia z kolegami na miasto –  a w trakcie piątkowego wyjścia w miasto wszystko jest płynne, nieokreślone i decyduje się w ostatniej chwili. CrossFit to dla mnie zabawa –  dlatego tak bardzo obca jest mi ta wszechobecna w fit-światku konwencja walki, nie poddawania się, krwi, potu i łez.

Taki sam, jak wczoraj

Nie rozumiem, dlaczego miałbym zgodnie z CrossFitowym duchem codziennie wychodzić ze strefy komfortu i być lepszym niż wczoraj. Mało mam gonitwy w życiu codziennym?
Co mi to da, że będę lepszy –  czy nie wystarczy być po prostu dobrym? Czy zawsze trzeba chcieć więcej i więcej?
Czy nie wystarczy że napierdalam w pracy? Muszę jeszcze ścigać tam, gdzie przychodzę odpocząć?

CrossFit przestał być dla mnie kwestią ambicji i udowadniania sobie, jaki to zajebisty nie jestem. Straciłem ciśnienie na czas, czy „RX” przy notce w dzienniczku treningowym.
Nie wiem, czy to kwestia tego, że większość rzeczy już sobie udowodniłem, czy też zwyczajnie zrozumiałem swoje miejsce w szeregu – ale odpuściłem wyścigi i wróciłem do strefy mentalnego komfortu.
Siedzę w niej wygodnie, bawię się sportem i cieszę wszystkim, co się wydarza po drodze.

I to jest najlepszy krosfit, jaki kiedykolwiek robiłem.
 

Smród, głód i goła dupa – czyli czego nie dowiesz się z reklam CrossFitu

Kojarzycie te marketingowe obrazki, na których krosfiterzy wyglądają jakby w ogóle się nie męczyli? Gdy zastygnięci w pół swinga, czy skoku na skrzynię sprawiają wrażenie, jakby to nie był wysiłek a dobra zabawa. Jak bez względu na wszystko trzymają styl i profesjonalizm?

Coś wam powiem w sekrecie.
To kłamstwo.

1. Słodki smak zwycięstwa i kwaśny smród pracy

CrossFit ma opinię hardkorowego treningu a w trakcie hardkorowych treningów człowiek się poci. Bardzo. Czasem wręcz jak świnia a latem to jeszcze bardziej. Dla panów nie jest to jakimś szczególnym problemem, ale dla pań, które cenią sobie swój wygląd i dbają o to, by w każdej chwili zachować styl i klasę, może być  to pewnym wyzwaniem, ponieważ ciężko jest zachować klasę, gdy buzia nabiega krwią niczym dojrzały burak, makijaż rozmazał się dwa kwadranse temu a na dupie widnieje plama potu rozmiaru jeziora Bajkał po wiosennych roztopach.

CrossFit jest fizyczny i naturalistyczny. Się pierdzi, się poci, się beka a jak dasz siebie wszystko, to pod koniec treningu problemem jest nie tyle utrzymanie stylu, co zwieracza.
Jeśli myślisz, że pod koniec treningu będziesz wyglądać, jak postaci z reklamy – muszę cię zmartwić.
Będziesz wyglądać raczej tak

dead_tired

O ile jednak po treningu można wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku, o tyle przepocone do ostatniego włókna ciuchy, wchodzą właśnie w fazę fermentacji. Są mokre, śmierdzące, zawinięte w reklamówkę i schowane w ciepłą torbę na najbliższych dziesięć godzin (chyba że trenujesz po pracy i skończywszy trening szorujesz prosto do domu). Jakbyś tych ciuchów nie prał, nie odgrzybiał, nie suszył i nie wietrzył, po jakimś czasie zaczynają zwyczajnie śmierdzieć – walić klasycznym menelem, ulicznym bejem.
Trzeba więc kupić nowe a krosfitowa stylówka do najtańszych nie należy…

2. Sportowy Klub BDSM

Jedyny krosfiter bez posiekanych przedramion to ten, który nie próbował skakać double unders. Wszyscy inni doskonale wiedzą, czym pachnie skakanka (szczególnie z metalową linką). Ślady na piszczelach, ślady na rękach –  pół biedy, jeśli jest zimno i można to przykryć długim rękawem, ale latem, gdy człowiek chciałby odsłonić trochę ciała, trzeba przygotować się na dziwne spojrzenia koleżanek z pracy i zatroskane pytania szefostwa „czy w czymś ci można pomóc…”

du

Nie lepiej jest ze sztangą – poorane do krwi piszczele, poobijane obojczyki (żegnajcie bluzki z dekoltem!) a jak się człowiek chwilę zagapi to i w pysk dać sobie można. Obtłuczone kettlem nadgarstki, przypalone liną nogi, pozrywana skóra z dłoni… O ile panowie mogą się schować pod garniturem, lub koszulą z krawatem, o tyle panie, szczególnie latem, muszą się zdrowo nagimnastykować by nie wzbudzać niezdrowych sensacji.

_adventure_journal_shes-got-legs-6601
pani Krysiu, pani dziś nie wstaje zza biurka…

3. Wieczny głód

Jeśli wydaje ci się, że CrossFit to dobry sposób aby schudnąć –  to masz rację –  WYDAJE CI SIĘ.

Ci wszyscy krosfitowi zawodnicy, których oglądasz po Internetach nie wyglądają tak dobrze dlatego, że trenują CrossFit, tylko dlatego, że trenują od lat i trzymają tzw. „czystą michę”, co jest milion razy trudniejsze od najtrudniejszego treningu.
A dlaczego?
Ano dlatego, że  po dobrym krosfitowym treningu organizm dostaje pierdolca i pożerasz wszystko, co cie w ręce wpadnie, ze szczególnym uwzględnieniem słodyczy.

Nie ma takiej opcji, by być na redukcji i trenować CrossFit. Niby ktoś tam próbował, ale z doświadczenia wiem, że tych, którym się udało jest nieporównywalnie mniej od tych, którym się nie udało. Zdecydowana większość z nas przegrywa z rozpędzonym metabolizmem i pożera ilości jedzenia, które normalnego Kowalskiego zaprowadziłyby do „kwadransowych grubasów”.

I wiesz co?
Zazwyczaj jesteśmy ciągle głodni…

lodowka
to tylko na najbliższe 3 dni; potem się coś dokupi…

4. Zakupowy koszmar

Jeśli ćwiczysz  dostatecznie długo i nie migasz się od ćwiczeń na nogi (co w krosficie jest dość trudne) to w pewnym momencie staniesz przed znanym wszystkim kobietom dylematem pt „ja nie mam co na siebie włożyć” – bo nie znajdziesz w sklepie niczego, co będziesz w stanie w miarę komfortowo ubrać.

spodnei
raczysz, kurwa, żartować…

Nagle zrozumiesz, dlaczego wszyscy „pakerzy”, piątek świątek i niedziela, do sklepu, czy do kościoła –  chodzą w dresach. Nie, nie dlatego, że tak lubią, tylko dlatego, że to jedyne ubranie, które na nich pasuje. Po prostu nie da się kupić normalnych ubrań na sportową, umięśnioną (acz nie „przepakowaną”) sylwetkę.

Możesz sobie pomyśleć „żrą koksy i rosną jak niedźwiedzie, to mają za swoje” –  ale nic bardziej mylnego. Większość „normalnych” krosfiterów (tych bez ambicji zawodniczych) ma koszmarne problemy ze znalezieniem wygodnych dżinsów – tylko dlatego, że mają umięśnione uda albo szerokie łydki. Tymczasem wszystko w sklepach ma etykietę „skinny”, albo inny „fit” i generalnie produkowane jest z myślą o wyrośniętych chińczykach, albo wychudzonych nastolatkach.

ile_ty_masz_w_przysiadzie
Ciekawe, ile zarzuca do siadu…

 

Jeśli trafisz spodnie o odpowiedniej długości i rozmiarze w pasie (co samo w sobie bywa już nie lada wyzwaniem) może się okazać, że nogawka daje się naciągnąć do połowy uda a znam i takie przypadki, gdy nie dała się nawet naciągnąć na łydkę.
Albo, gdy dresy opinały jak legginsy…

Popularnym problem u pań (które również borykają się z kupnem dżinsów, ale, w odróżnieniu od panów, mogą wyjść do pracy w czymś elastycznym) jest próba zakupu koszuli. Opięty bicek, nie dopinająca się klatka piersiowa – jeśli twoja praca wymaga od ciebie w miarę reprezentacyjnego ubioru, poznasz to wszystko na własnej skórze i po trzykroć przeklniesz wszystkie marki odzieżowe – zarówno te ekskluzywne, jak i popularne sieciówki dla młodzieży.

Rzecz jasna, pozostaje jeszcze chodzenie w bojówkach oraz odzież szyta na miarę – ale umówmy się, że nie do  każdej pracy można pójść w bojówkach a odzież  na miarę jest, delikatnie mówiąc, droga.
Krótko mówiąc jesteś w odzieżowej dupie.

10672274_1628338890717245_9129811455988818290_n
My, na krosficie, lubimy mieć przesrane

I tak wygląda codzienność krosfitera: z torby wali starym menelem, jesteś poobijany, głodny i nie masz co na siebie włożyć.

Trochę inaczej, niż na reklamie. Prawda?

Gotowi na trening, nieprzygotowani do życia

„Unknown and unknowable” –  to hasło zna chyba każdy krosfiter –  i niekoniecznie mam tu na myśli nadruki z treningowych ciuszków, ale ogólną ideę sportu, który uprawiamy.
Chcemy być sprawni i gotowi na wszystko, cokolwiek życie nam przyniesie – po to dźwigamy sztangi, wchodzimy na kółka, czy upadlamy się na kurwibajku. No i jesteśmy sprawni, wyglądamy nieźle, możemy przyszpanować kolegom i zrobić wrażenie na koleżankach.
Kłopot w tym, że wciąż poruszamy się w życiowej strefie komfortu.

 

Weźmy pierwszą z brzegu, życiową jesienną sytuację –  8 kilo śliwek na zimowe konfitury – ciężar dla krosfitera komiczny, czymś takim nawet rozgrzewki się nie robi –  a tymczasem wrzucony do foliowej, wrzynającej się w dłoń torebki, po minucie staje się bardziej nieznośny od dwóch 32kilogramowych kettli.
I weź z czymś takim zrób dziesięciominutowy spacer do domu.

Nie inaczej jest też w trakcie wakacyjnych powrotów. Lądujesz na lotnisku, odbierasz z pasa torbę, zarzucasz ją na  ramię i  – w zależności od tego, ile trofiejek wieziesz – zaczyna cię rzucać jak Wiplera po klubach. A przecież ta torba waży max 20 kilo z hakiem – dużo mniej od kettla, którym na co dzień trenujesz!

Problem z w tym, że w odróżnieniu od kettla, torba jest duża i niestabilna, co kompletnie zmienia odczuwanie jej ciężaru. Czajnik, który jest mały i ciężki, nie lata na boki w trakcie noszenia ponieważ grawitacja robi swoje i ciągnąc go do ziemi sprawia, że zachowuje się stabilnie. Torba podróżna, z racji rozmiaru oraz zawieszenia na pasku, buja się na boki nie dając możliwości aby nieść ją blisko ciała –  i nagle się okazuje, że choć masz srylion w rwaniu,  tych dwadzieścia parę kilo na pasku  jest wszystkim, na co cię stać.

– A pan co robi w ramach cardio? – Ja? Z taczką sobie popierdalam… #dajeszojciec #cardio #functionalfitness

A post shared by Krzysztof Zapolski (@krzysztofzapolski) on

„Dziwne obiekty treningowe” dostarczają nowych bodźców i nierzadko każą zweryfikować swoje poczucie zajebistości. Świetnym przykładem takie weryfikacji był w moim przypadku pięćdziesięciokilogramowy worek z piaskiem. Zarzucić 50 kg na wysoko (Power Clean) to dla mnie żaden problem, natomiast 50kg worek, z racji nieporęcznego kształtu i zmiennego środka ciężkości, był dla mnie ciężarem nie do zarzucenia. Nagle się okazało, że worka nie da się chwycić w garść i poprowadzić blisko ciała; że nie jest to tak stabilne jak sztanga; że dźwignie działające na stawy są ponad moje siły –  a to raptem 50 kg było!

Rzecz jasna, doświadczenie wyniesione z pracy ze sztangą w jakimś tam stopniu przekłada się na pracę z dziwnymi, ciężkimi obiektami –  bo jednak w podświadomości zostaje, by nie dźwigać na kocie, spiąć brzuch, najpierw dźwigać z nogi, potem z dupy a dopiero na koniec z pleców – niemniej ich nieporęczne kształty sprawiają, że ponownie czujemy się jak amatorzy i musimy redukować obciążenie.

 

Wiele razy słyszałem argumentację w stylu „Siady i martwe ciągi ze sztangą wyrabiają siłę, którą możesz wykorzystać w stosunku do nieporęcznych przedmiotów. Uczysz się poprawnych wzorców ruchowych a ogólna sprawność przyda się w każdej sytuacji”. Ciężko się z tym nie zgodzić, problem jednak w  tym, że podniesienie z ziemi 150kg sztangi i 50kg worka ziemniaków to są dwa kompletnie inne ruchy. Owszem, w grę wchodzi siła, stabilność etc, ale ten nieszczęsny worek ziemniaków z racji swojej nieporęczności i niestabilności stanowi zupełnie inne wyzwanie –  bo nie chwycisz go na zamek i nie poprowadzisz blisko ciała.

Worek (czy to ziemniaków, czy cementu, czy czegokolwiek innego) wyślizguje się z rąk, jego zawartość zmienia swoje położenie, musisz go chwycić dłońmi od spodu i spróbować z tym wstać, albo zarzucić sobie na ramię – a tego nie uczą w boxie ani nigdzie indziej.
Najbliższym krosfitowym ćwiczeniem, które można porównać do pracy z workiem ziemniaków jest goblet squat, który krosfiterzy wykonują raz na kwartał, albo i rzadziej – bo przecież liczą się głównie rwania i siady.

Fajnie jest wywijać sztangą, czy kettlem, ale prawdziwe życie ma niestabilny środek ciężkości i non stop wypada z rąk. Dlatego trzeba trenować z dziwnymi obiektami – bo w ten sposób będziemy przygotowani na unknown and unknowable – to prawdziwe, a nie z marketingowych obrazków 😉

Mój podstawowy „problem” ze sztangą, czy kettlem polega na tym, że są to przedmioty „idealne” stworzone do pracy siłowej, zaprojektowane tak, by trening był maksymalnie efektywny i bezpieczny –  a tymczasem życie, na które wszyscy krosfiterzy tak bardzo chcą być przygotowani, jest totalnie niewydajne, nieefektywne i źle zaprojektowane. Przedmioty, którymi posługujemy się w pracy siłowej (np. na budowie) nie dają się poprowadzić wzdłuż ciała, nie mają stabilnego środka ciężkości, czy ergonomicznych kształtów –  wskutek czego praca z nimi jest dalece odmienna od tej, którą wykonujemy w boxach, czy innych fitness klubach.

Większość ciężkich  przedmiotów, które dźwigamy w życiu jest jak ów worek – nieporęczna, upierdliwa, nie dająca się porządne złapać. Torba z wakacji, worek cementu, paczka glazury –  to nie są rzeczy, które złapiesz na zamek i poprowadzisz blisko ciała. Tu jest prawdziwe nieznane i niepoznawalne.

Nie chcę tu hejtować krosfitu, czy treningu siłowego w ogóle. Nie chcę też punktować jego „funkcjonalności” (czemu poświęciłem osobny podcast). Chodzi mi o to, że jeśli mówimy o ruchach funkcjonalnych – czyli takich, które przekładają się na nasze codzienne życie – to warto w treningi wpleść pracę z obiektami, które są takie, jak owo życie właśnie – nieidealne, nieporęczne i ze zmiennym środkiem ciężkości.

Praca ze sztangą czy kettlem, choćby na dużej intensywności, to praca w strefie komfortu. Jeśli w miarę opanujemy technikę, ryzyko, że stanie się coś nieprzewidywalnego jest nieduże – bo sprzęt jest stabilny, nic nie lata na boki i jedynym zagrożeniem jest ego  osoby ćwiczącej.

Dlatego uważam, że warto przeprosić się (albo zapoznać) z takimi rekwizytami jak worek z piaskiem, czy taczka. Warto powiesić kettla na łańcuchu i poczuć, jak metal wrzyna się w dłoń – albo odkurzyć sleda i popchać go po dającej duży opór powierzchni tak, by każdy krok był walką.

 

Warto wyjść poza strefę komfortu nie na zasadzie „dziś podkręcę tempo” albo „dziś wrzucę 10 kilo więcej”, tylko wziąć się za coś nowego, trudnego do kontrolowania, nieprzewidywalnego.
Dokładnie takiego jak życie, na które chcemy być przygotowani.