BOXów jak psów (a psów jak mrówków)

Przy okazji CrossFitowego Spisu Powszechnego,  jaki na swoim blogu przeprowadził Kamil Timoszuk, przyszedł mi do głowy pomysł, aby sprawdzić w którym mieście BOXów jest najwięcej. Pierwsza, od razu przychodząca do głowy odpowiedź brzmi ” w Warszawie” –  w końcu mamy w stolnicy aż 12 BOXów na 1,7mln mieszkańców – ale czy jest to odpowiedź prawdziwa?
1,7 mln podzielone na dwanaście BOXów daje jeden BOX na 140 tyś mieszkańców. Czy to dużo, czy to mało –  trudno powiedzieć – dlatego też porównajmy to z innymi miastami.

Zaczynając  od Południa kraju:
Wrocław, miasto z 650K mieszkańców ma tylko 2 BOXy, co daje jeden na 325K osób.
Kraków ma 2 BOXy na 750K mieszkańców, co daje nam jeden BOX na 375K osób.
Konurbacja śląska (różne źródła podają od 2,5 do 3,5mln mieszkańców, uśredniam więc do 3mln) ma 5 BOXów –  czyli jeden na 600K osób.
W porównaniu z nimi Warszawa jawi się jako siedlisko CrossFitowej mody i sekciarskiego lansu, ale popatrzmy dalej na mapę.

W trójmieście mamy 4 BOXy na 750K mieszkańców co daje  1 BOX na ok 190K osób.
Podobnie jest w łodzi, gdzie 4 BOXy obsługują 740K mieszkańców. W Szczecinie mamy 2 BOXy na 400K mieszkańców, co daje nam równe 200K ludzi na BOX, zaś w Bielsko-Białej mamy 1 BOX na 175K mieszkańców.
Wychodzi niewiele więcej, niż w Warszawie.

Są jednak miasta, które stolicę mogłyby wpędzić w kompleks zaściankowości. Prym  wśród nich wiedzie Zielona góra, która liczy niecałe 120K mieszkańców a posiada aż 3 BOXy, czyli po jednym na 40K osób. Tuż za nią jest Opole, w którym mamy 3 BOXy na 125K mieszkańców – czyli niewiele ponad 40K ludzi na BOX. Parę kroków za nimi jest Łomża i Mielec,  miasta 60-cio tysięczne, w  których znajduje się po jednym BOXie, za nimi zaś Siedlce, w których 1 BOX obsługuje 76 tyś potencjalnych CrossFitterów.
Stawkę zamyka Białystok z trzema BOXami na 300tyś mieszkańców, czyli po stówie na BOX

Co z tych liczb wynika?
Wynika przede wszystkim to, że CrossFit JEST modny.  Czy nam się podoba, czy nie – jest i kropka – cyferki mówią same za siebie. Obecność BOXów na ścianie wschodniej,  gdzie zarobki należą do najniższych w kraju pokazuje, że pomimo trudnej sytuacji ludzie ćwiczą nawet w miastach poniżej 100K mieszkańców –  a pamiętajmy, że CF tanim sportem nie jest.

Drugi wniosek jest taki, że warszawskie zagęszczenie BOXów jest pozorne, ponieważ jest wiele miast, dziesięciokrotnie mniejszych, w których ilość BOXów przypadających na CrossFittera jest 1,5 a czasem dwukrotnie większa, niż w stolicy. Pamiętajmy przy tym, że Warszawa to miasto, w którym najłatwiej o pracę i (relatywnie) najwięcej się zarabia. Biorąc więc pod uwagę możliwości nabywcze mieszkańców Warszawy (mniejsza o to, czy zameldowanych, czy przyjezdnych) można śmiało powiedzieć, że nasycenie CrossFitowego rynku jest tu stosunkowo małe i zmieści się tu jeszcze drugie tyle.

Trzeci wniosek jest taki, że jest jeszcze duużo wolnego miejsca na CrossFitowej mapie Polski. Casus konurbacji śląskiej, gdzie jeden BOX przypada na ponad pół miliona mieszkańców jest ewenementem – z drugiej strony mamy jednak Zieloną górę, która (relatywnie licząc) ma  piętnaście razy więcej BOXów na jednego mieszkańca. Nawet, jeśli wyliczyć z tego średnią (2 BOXy na 640K mieszkańców, czyli 1 BOX na 320 000 osób) jasnym jest, że CrossFitowy rynek ma jeszcze duuużo wolnego miejsca i niejeden nowy BOX znajdzie swoich klubowiczów.

Czy jeden BOX na 140K mieszkańców (jak ma to miejsce w Warszawie) to dużo czy mało –  trudno powiedzieć. Pewną formą odpowiedzi byłoby policzenie Warszawskich siłowni, sprawdzenie ilu ludzi przypada na jeden obiekt –  ale byłoby to niemiarodajne, choćby dlatego, że spora część siłownianej klienteli chodzi na sponsorowane przez pracodawców karty multisport, zaś za CF trzeba jednak sporo zapłacić –  a to dość istotnie wpływa na ilość osób trenujących w obydwu przybytkach.

Nie pozostaje więc nic innego jak odpowiedzenie sobie samemu, czy moim zdaniem BOXów jest za dużo, za mało, czy może w sam raz. Rzecz w tym, że odpowiedź ta niczego nie zmieni – CrossFitterzy będą trenować, hejterzy hejtować a kluby fitness wciskać produkt krosfitnesowy.

Czyli wszystko w normie: psy szczekają a karawana idzie dalej 😉

P.S.
Aby nie rozmieniać się na drobne i nie ugrząźć w szczegółach postanowiłem nie dzielić BOXów na afiliowane i niekoszerne. Gdybym poszedł tym tropem musiałbym pominąć takie miejsca, jak Fitmania Olsztyn, gdzie trenuje jeden z lepszych polskich CrossFiterów –  Bronisław Olenkowicz.
Wpis ten nie jest wyciągiem z rocznika statystycznego – więc pewne uproszczenia i uogólnienia (np postawienie na równi Łomży i Warszawy, które funkcjonują w zupełnie innych realiach ekonomicznych) są tu oczywiste.  To jest wpis na blogu a nie doktorat 😉
W końcu po trzecie (i chyba najważniejsze) – nie opowiadam się tu po żadnej ze stron. Nie twierdzę, że BOXów jest za dużo, czy za mało. Moim celem było pokazanie „CrossFitu w liczbach”, spojrzenie mniej emocjonalne a bardziej „na sucho” (o ile w przypadku tak subiektywnej formy, jak wpis na blogu, jest to w ogóle możliwe)

Reklamy

Zrób sobie jakąś krzywdę

Najczęstszym zarzutem wobec CrossFitu jest jego kontuzyjność. Zazwyczaj zarzuty te stawiają ci, którzy z CrossFitem niewiele mają do czynienia. Co ciekawe – nie spotkałem jeszcze ani jednego CrosFitera, który twierdziłby, że uprawiany przezeń sport jest niebezpieczny, czy szkodliwy dla zdrowia –  ale to akurat nie dziwota, bo żaden aktywny alkoholik nie wspomni o szkodliwości wódy 😉
Żarty jednak na bok –  dziś spróbuję odnieść się do zarzutów o CrossFitową kontuzyjność –  zarówno tych uzasadnionych, jak i tych kompletnie z dupy.

Pies szybko robi –  to się ślepe rodzą

Podnoszenie ciężarów to obok gimnastyki i ćwiczeń kondycyjnych jeden z trzech filarów Crossfitu. Wbrew temu, co laikom może się wydawać jest to dyscyplina szalenie techniczna i wykonywanie jej  na szybko, szczególnie przy dużym obciążeniu, jest najkrótszą drogą do zrobienia sobie krzywdy. Jak to więc z tym Crossfitem jest –  ktoś zapyta – z jednej strony stawia na szybkość  i intensywność a z drugiej opiera się na ćwiczeniu, którego nie należy wykonywać na czas. Przecież to jest jedna wielka sprzeczność!
Owszem, jest to sprzeczność, ale tylko pozorna i wynikająca z niezrozumienia obowiązujących w CF zasad. W CrossFicie nie chodzi o to, by wykonać coś na czas i byle jak – tylko szybko i dokładnie. Powtarzam: szybko i w możliwie najlepszej formie. Jeśli forma zaczyna kuleć jest to wyraźny sygnał, że powinno się zmniejszyć obciążenie.

Kto uważnie przyjrzy się CrossFitowym benchmarkom ten zobaczy, że ciężary w nich zalecane (nawet w tych najbardziej hardkorowych) są ledwie ułamkiem tego, co dźwigają  ciężarowcy na olimpiadach.
Sławne, wykonywane na czas zarzynacze typu  „Isabel” (30 rwań na czas) czy Grace (30 podrzutów i zarzutów na czas) zalecają ciężar 60kg, co dla wprawionego dwuboisty jest co najwyżej „drugim etapem rozgrzewki”. Ciężary stosowane w treningach są tak dobrane aby stanowiły wyzwanie i przy odpowiedniej intensywności wycisnęły z zawodnika ostatnie soki, ale NIGDY nie są to wielkości oglądane na olimpiadach.

W dobrym BOXie, zanim człowiek zostanie dopuszczony do czegoś więcej, niż pusty gryf, musi zaliczyć klasy dla początkujących, gdzie uczony jest podstawowych technik i ruchów. Oprócz tego prowadzone są klasy techniczne ze sztangi, zaś przed każdym treningiem z gryfem 10-15 minut poświęcane jest na  przypomnienie i podszlifowanie elementów technicznych (chyba, że grupa składa sie z osób starszych stażem –  wówczas nieco krócej). Nikt nie dopuści świeżaka do ciężarów, a jeśli jakimś cudem uda mu się prześliznąć, trener zauważywszy rażące braki w technice, każde mu zredukować ciężar albo wyprosi z zajęć.

Co, ja nie dam rady?

Dla człowieka myślącego oczywistym jest, że jeśli masz do wykonania benchmark składający się z 30 rwań na czas to zakładasz na sztangę taki ciężar, z którym będziesz w stanie te 30 rwań wykonać poprawnie technicznie (z uwzględnieniem  postępującego zmęczenia). Każdy zna max swoich możliwości, realnie ocenia, ile jest w stanie wykonać i do tej wiedzy dostosowuje zakładany na sztangę ciężar. Problemem jest zazwyczaj ego, które nie pozwala założyć ciężaru mniejszego od kolegi, czy (o zgrozo) koleżanki obok. Stoi takie wielkie chłopisko, techniki mu co prawda brakuje, ale siłę ma –  więc porywa się na RX (czyli ciężar „wzorcowy” dla danego ćwiczenia) i przy piątym, czy dziesiątym powtórzeniu wygina się w chiński paragraf. Tu znowu pojawia się trener, który zna swoich podopiecznych (jedna z wielu zalet małych grup treningowych) i wie, jakimi ciężarami na co dzień machają. Jeśli ktoś chce porwać się na rekord – zapyta, czy na pewno wie co robi, a jeśli delikwent idzie w zaparte może go zwyczajnie wyrzucić z zajęć.

Zapisując się do BOXa wszyscy podpisujemy oświadczenie, że jesteśmy dorośli, znamy swoje  granice i używamy zdrowego rozsądku. Jeśli zrobimy sobie krzywdę – nie mamy o to do nikogo pretensji – bo trener trenerem, ale to my sami znamy siebie najlepiej i na bieżąco analizujemy  swoje samopoczucie.

W trakcie treningu nikt nikogo nie zmusza do założenia ciężaru ponad jego siły –  ja przez wiele miesięcy ćwiczyłem pustym gryfem, albo trzydziestoma kilogramami i nikt mi w związku z tym złego słowa nie powiedział. Wiedziałem, że moja technika jest biedna i zakładając ciężar zalecany (RX) skończyłbym na wózku inwalidzkim (o ile wcześniej nie wypatrzyłby mnie któryś z trenerów i z wielkim hukiem nie wypieprzył z sali). Dopiero gdy poczułem się nieco pewniej (i znalazło to potwierdzenie ze strony trenera) zacząłem dokładać po kilka kilo. Nadal ćwiczę chyba najmniejszym ciężarem ze wszystkich chłopaków i nie mam z tym (nomen omen) najmniejszego problemu.

Żadna z moich CrossFitowych kontuzji nie zdarzyła się wskutek udziału w treningu pod okiem trenera. Wszystkie zrobiłem sobie w trakcie „zajęć własnych” – głównie wskutek braku odpowiedniej rozgrzewki, bądź umiaru, tudzież tendencji do szukania i przekraczania granic. Doskonale wiedziałem z czym igram, znałem konsekwencje i nie mam pretensji do nikogo.
Nie pierwsza kontuzja i nie ostatnia.

Głupi, głupszy i trener

Tu dochodzimy do kolejnego argumentu, który w skrócie brzmi „crossFit jest zły, bo widziałem, jak trener KAZAŁ ludziom ćwiczyć XXX ciężarem i zajeżdżał ich w trupa”. Idąc tym tropem myślowym można powiedzieć, że „nóż  jest zły, bo widziałem, jak zamiast pokroić chleb ktoś zaciukał nim teściową”. CrossFit to system treningowy i sam z siebie nie jest zły, czy dobry – jest jak ten nóż, którym można albo wystrugać dziecku łódkę z kory, albo wpakować go komuś w bebechy. To jest narzędzie – a że wpadnie czasem w  ręce debila… Na to nic nie poradzimy.

Debile są wszędzie –  wśród lekarzy, którzy mogą spieprzyć operację, kierowców, którzy mogą potrącić pieszych na przystanku (albo rowerzystę, który im przeszkadzał) i wśród trenerów też się zdarzają.  Wśród blogowych komentarzy padła propozycja, że ktoś to powinien kontrolować/weryfikować – rzecz w tym, że jest to niewykonalne –  bo niby jak ktoś miałby kontrolować, czy dany trener dobrze trenuje swoją grupę? Jedynym kryterium jest tu zdrowy rozsądek ćwiczących. Gdyby jakiś trener KAZAŁ mi rwać 60 KG, czy machać 32KG kettlem pierwszy powiedziałbym mu „daswidania” – bo to są to ciężary ponad moje obecne możliwości. Podobnie z ćwiczeniami cardio – gdybym czuł, że mam mroczki przed oczami i zaczyna brakować mi tlenu –  zwolniłbym tempo, albo usiadł – a gdyby trener tego nie zrozumiał byłaby to nasza ostatnia wspólna sesja.
Tu nie trzeba żadnych specjalnych kwalifikacji. Wystarczy zdrowy rozsądek.

Problem leży w tym, że w powszechnym rozumieniu „w krosficie chodzi o to żeby się porzygać”, wskutek czego ludzie dają sobie wcisnąć różne bzdury, po których zwracają korpo lancze i sałatki z rukolą. Owszem, mają prawo nie wiedzieć, ale mają też dostęp do internetu, w którym mogą zasięgnąć informacji na temat danego BOXa. Skoro sprawdzamy lekarza, majstra, czy opiekunkę do dziecka, dlaczego nie sprawdzamy trenera? Przecież  – tak jak lekarzowi – oddajemy mu pieczę nad swoim zdrowiem. Przecież wystarczy napisać na facebooku: „chcę pójść do klubu X na zajęcia Y – jakie są wasze opinie o tym miejscu” – i na pewno ktoś się podzieli opinią.

Metoda w szaleństwie

Dla laików znakiem rozpoznawczym CrossFitu jest szalone tempo ćwiczeń. Obejrzawszy kilka filmików na YouTube wyobrażają sobie, że trening składa się z jednej wielkiej gonitwy, której głównym celem jest spektakularny paw do wiaderka z magnezją. Nic bardziej mylnego. Typowy trening składa się z ok 15min rozgrzewki (gimnastyka na wysokiej intensywności). Drugi kwadrans to elementy techniczne występujące w danym treningu –  czyli wyjaśnienie i szlifowanie techniki. Kolejne 15-20 min to trening właściwy –  i tu faktycznie lata się na wysokości lamperii, zaś ostatnie 10 min zajmuje rozciąganie i wyciszenie.

Dla tych, co nie zrozumieli, powtórzę jeszcze raz: prawdziwej jazdy w trupa jest na CrossFicie 15-20 minut. Raz na jakiś czas trafi sie jakiś dłuższy Benchmark, ale rzadko trwa on dłużej, niż 30 minut. Przed każdym zarzynkiem jest solidna rozgrzewka, zaś po niej –  rozciąganie. Wszystko pod okiem trenera, który pilnuje, by nikt sobie krzywdy nie zrobił.

20 minut jazdy w trupa to nie jest jakieś wynaturzenie, sportowa patologia. Znajomi biegacze regularnie tłuką interwały w progu beztlenowym, czy tzw. „kilometrówki”, które – niespodzianka –  leci się w trupa. Po pięciu takich kilometrówkach w tempie 4:00 na kilometr człowiek musi zajrzeć w dowód osobisty, żeby przypomnieć sobie  jak ma na imię – i czym to się różni od CrossFitowego WODa?

Słusznie ktoś zauważy, że interwałów nie biega się co dzień a na CrossFicie każdy trening zawiera „kwadrans z mroczkami” – przecież to najszybsza droga do przemęczenia i zarżnięcia! Co ciekawe, nikt nie mówi tego triatlonistom mającym po 8-12 treningów tygodniowo (często po 2 dziennie przez kilka dni  z rzędu).
Aby myśleć o poważniejszych wynikach w tej dyscyplinie trzeba zrobić minimum po 3 treningi tygodniowo –  3 na bieganie, 3 na rower, 3 na basen. Ciekawe dlaczego w przypadku tej dyscypliny nie słychać głosów, że to niezdrowe, niebezpieczne, że do droga na skróty do wózka inwalidzkiego?

Komando CrossFit

Krytycznych głosów nie słychać, bo triatlon to sport wyczynowy. To już nie niedzielne bieganie, tylko Iron Man, jazda po bandzie –  a gdzie  się jedzie po bandzie tam nie ma miejsca na sentymenty. Nikt nie narzeka, bo każdy wie w co się bawi.
Podobnie jest z CrossFitem – jego celem jest „elite fitness”, maksymalna wszechstronność w każdej dziedzinie ruchowej – a tej nie da się osiągnąć konwencjonalnymi metodami, czy okazjonalnym treningiem. Chcesz być super wysportowany i wszechstronny – musisz w to włożyć super wysiłek i być gotowym na codzienne wizyty poza strefą komfortu – bo tam następuje najszybszy progres.

Nikt nie protestuje, gdy w  selekcji do oddziałów specjalnych mają miejsce takie „testy”, że włos się na głowie jeży i gdy w trakcie nich ktoś umrze uznaje się to za „wliczone w ryzyko”. Każdy wie, po co takie oddziały istnieją i rozumie, że aby wejść na pewien poziom trzeba być gotowym na pewne poświęcenia. Podobnie jest z CrossFitem – jego założeniem jest stworzenie osoby, dla której nie będzie rzeczy sportowo niemożliwych,  która gdy trzeba to podniesie dwu-trzyktorność masy swojego ciała, wejdzie po linie, pójdzie na rękach czy pobiegnie w trupa przez 5km. Nie bez powodu CrossFit jest tak popularny wśród strażaków, policji, czy w amerykańskiej armii – jest po prostu zajebiście skuteczny –  a zajebistej skuteczności nie da się wypracować konwencjonalnymi metodami.

Żeby była jasność – w CrossFicie nikt na nikim nie wymusza osiągnięcia poziomu elitarnego, nie zmusza do ciężarów, tempa, intensywności – każdy ćwiczy tak, jak da radę, lata na wysokości swojej własnej lamperii. Kto chce – może przyjść i po prostu ćwiczyć bez ciśnienia na PR-y, przesuwanie granic wytrzymałości i nikt mu z tego tytułu złego słowa nie powie. Każdy ma swoje cele, swoje motywacje i nikt nikomu nie wytyka, że jest słabszy, gorszy, czy jest „niedzielnym sportowcem”. Inna kwestia, że większość z tych, którzy łapią CF bakcyla prędzej czy później sama zaczyna  je przesuwać, sama podnosi poprzeczkę i, co najważniejsze robi to z własnej woli.

CrossFit przyciąga pewien specyficzny typ ludzi, których ciekawi, co jest poza strefą komfortu.
CrossFitterzy zarzynają się bo chcą. Bo to lubią.

Nie liczy się rozmiar, ale technika

Bardzo niemedialnym  (a więc nieobecnym w dyskusji) aspektem CrossFitu jest nacisk, jaki kładzie na sprawność rozumianą jako umiejętność wykonania podstawowych ruchów. Weźmy taki przysiad – absolutną podstawę wszystkiego, co robimy. Współczesny człowiek, który spędza większość życia na dupie przed komputerem jest tak poprzykurczany, że często nie jest w stanie zrobić jednego poprawnego przysiadu – sam byłem tego świetnym przykładem. Na co dzień mu to nie przeszkadza, bo jedyny  przysiad, jaki musi zrobić – to półprzysiad na sraczyku. Tymczasem na CrossFicie przysiad jest jak oddychanie – obecny jest zawsze i wszędzie – i albo się go nauczysz albo nie masz co o CF myśleć na poważnie.

Bardzo częstym błędem (którego i ja jestem winien) jest branie się za ciężary zanim człowiek wróci do pełnej sprawności. Założy taki spryciarz sto kilo na sztangę, spróbuje z tym zrobić swój ćwierćprzysiad, zrobi sobie krzywdę (bo MUSI ją zrobić) i potem miauczy, jaki to CrossFit jest kontuzyjny. Nie rozumie, że silne mięśnie nie działają w próżni, że tworzą jedność ze stawami, ścięgnami, że sprawność to nie znane z siłowni ruchy izolowane, tylko płynne działanie całego aparatu ruchowego – i wini CrossFit zamiast własnej głupoty.

CrossFitowy nacisk na ruchy wielostawowe bezlitośnie obnaża wszystkie braki w mobilności. Aby móc bezpiecznie ćwiczyć, trzeba braki te zniwelować, nauczyć się poprawnej techniki a dopiero potem zakładać ciężary na gryf.
Kto myśli inaczej –  ten kończy u fizjoterapeuty.

Belka we własnym oku

Ludziom się wydaje, że sport można uprawiać bez znajomości techniki –  świetnym tego przykładem jest bieganie, gdzie 99% biegaczy biega jak chce (czyli często źle). Znajomych, którzy pod okiem trenera szlifują technikę biegu mogę policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze będzie czym burgera chwycić. Większość z nich stawia na czas i dystans – byle szybciej i dalej (ultra, góry!) – czyli robią dokładnie to, co niejeden CrossFitter – ładuje coraz większe obciążenie bez pilnowania techniki. Efekt tego jest taki, że po każdym większym maratonie następuje wysp kontuzji a umówienie się do ortopedy graniczy z cudem.
I jakoś nie słuchać bicia na alarm, że bieganie (szczególnie po asfalcie) jest groźne, że rozwala stawy, że produkuje kaleki –  bo przecież Pan Kazio od 40 lat biega maratony i jest zdrów jak byk –  więc skoro Panu Kazimierzowi krzywda się nie  stała to i nam nic nie będzie.

Osobny temat to plany na maraton. „Złam 4 godziny na maratonie w ciągu czterech miesięcy” – takie i inne hasła obiecują nam, że w 120 dni będziemy w pełni przygotowani do morderczego wysiłku jakim jest przebiegnięcie 42km. I w staje taki Kowalski od biurka, kupuje buty i zapiernicza, by udowodnić sobie to, czy tamto. I czasem nawet mu się udaje, nawet dobiega – tylko jakim kosztem?

Moim zdaniem dymanie 42km po asfalcie nie ma NIC wspólnego ze zdrowiem. W ogóle bieganie długodystansowe nie ma nic wspólnego ze zdrowiem –  to jest sport wyczynowy. Owszem, bardzo przyjemny (szczególnie w lesie, czy górach) ale wyczynowy –  a więc nie mający na celu poprawy zdrowia, tylko „wyczyn”, zrobienie czegoś ekstra, ponad siły.

Nie mogę zrozumieć, dlaczego nikt nie krzyczy o szkodliwości maratonów i triatlonu,  które serwują wielogodzinne sesje w tempie 90% HRMAX a z każdej strony obrywa się CrossFitowi, w którym realny wysiłek trwa zazwyczaj kwadrans z lekkim hakiem. Czyżby dlatego, że bieganie/pływanie/rower to w powszechnym rozumieniu „niewinne” aktywności dla każdego a CrossFit to nowalijka, która jak każdy „nowy na podwórku” traktowana jest z podejrzliwością i rezerwą?

W czym niebezpieczniejsze jest rwanie sztangi od przepłynięcia 4km w dzikim tłumie.
W czym niebezpieczniejsze jest chodzenie na rękach od przejechania 180km na rowerze, czy przebiegnięcia 42km?
To nie są prowokacyjne pytania. Chętnie usłyszę rzeczowe argumenty, dlaczego są albo nie są.

Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą

Celowo nie wspominam tu o sportach walki –  bo kontuzyjność jest wpisana jest w ich naturę i podpieranie się nimi byłoby tanim chwytem. Chcę za to zwrócić uwagę na jedną, moim zdaniem zasadniczą kwestię: to jest sport a każdy sport uprawiany na poziomie innym, niż rekreacyjny, prędzej czy później owocuje kontuzją. Czy będzie to łokieć golfisty, rozbity nos boksera, ITBS biegacza, bolące stawy koksa z siłowni, czy przeciążenie u CrossFitera – kontuzja jest normą, czymś, co prędzej czy później MUSI się przytrafić. Jak by człowiek na siebie nie uważał, jak się nie starał – prędzej czy później skończy na ławce rezerwowych, bo tak już po prostu jest. Jak się ostro gra to się ponosi tego konsekwencje i jeśli dla kogoś jest za ostro, zawsze może poszukać sobie czegoś, z czym będzie czuł się komfortowo.
Z pewnością nie znajdzie  tego w CrossFicie, ponieważ CrossFit zaczyna się tam, gdzie kończy się strefa komfortu.

Nie takie rzeczy ze szwagrem robilim…

Na koniec zostawiam argument, z którym najtrudniej dyskutować – czyli uproszczenia w technice. Sportowi puryści i techniczni onaniści spać po nocach nie mogą widząc podciągnięcia kippingiem, czy niekoszerne technicznie rwania sztangi. „Tak się nie liczy, tak to ja pińcet razy zrobię” – krzyczy jeden z drugim argumentując, że takie oszukane  osiągnięcia to żadne osiągnięcia. Najprościej byłoby odpowiedzieć „to przyjdź do boxa i pokaż te pińcet” –  ale wiadomo, że żaden nie przyjdzie, bo to internet –  tu każdy jest mistrzem olimpijskim.

Jak już pisałem, w CrossFicie technika jest równie ważna, co intensywność – ale nie jest w tej kwestii tak restrykcyjny, jak klasyczne dyscypliny olimpijskie, gdzie za techniczne niedociągnięcie można zostać zdyskwalifikowanym. CrossFit stawia na funkcjonalność a nie sztukę w formie czystej – priorytetem jest tu wydajność i skuteczność – nie oznacza to jednak, że każdy może robić co chce, jak chce i najgorsza technicznie kaszanka ujdzie płazem.

Tanią zagrywką ze strony hejterów jest wyciąganie rażących przykładów  braku techniki (popularne fail compilations) i rzutowanie ich na wszystkich trenujących CF. Tak jest najprościej – znaleźć w internecie wideo kogoś początkującego, kto potyka się o własne nogi i potraktowanie tego jako wizytówki całej społeczności. Najłatwiej jest udawać, że się nie zna (albo faktycznie nie znać) nazwisk z czołówki CF – bo nie dość że wyglądają jak półbogowie to jeszcze trenują z taką techniką, że mucha nie siada – i nagle cała teoria o biedniej technice w CrossFicie zaczyna brać w łeb.
Najprościej być ignorantem przekonanym o swojej racji – ale na takich szkoda czasu –  więc pozwolę sobie temat zakończyć.

Uszy po sobie

CrossFit nie jest niebezpieczny – niebezpieczne jest Ego i brak rozsądku. Cwaniakowanie i brak wyobraźni. To jak z nożem, czy autem – poprawnie użytkowane czynią życie lepszym i łatwiejszym; ale jeśli ktoś zdecyduje się pruć 200 na godzinę, czy dłubać ostrzem w oku, rychło zrobi sobie poważne kuku.

CrossFit to sport dla pokornych, ponieważ bardzo szybko pokaże Ci, jak wiele masz ograniczeń, jak wielu rzeczy nie umiesz i jak biedną masz kondycję. Jeśli przyjmiesz tą wiedzę i postanowisz nad sobą pracować – twoje możliwości wystrzelą w kosmos. Jeśli jednak pozwolisz by ego przyćmiło zdrowy rozsądek – no cóż – fizjoterapeuci też mają kredyty hipoteczne…

CrossFit to sport dla dorosłych i odpowiedzialnych. Albo zrozumiesz o co w nim chodzi i przyjmiesz obowiązujące zasady, albo skończysz na ławce dla kontuzjowanych.

Możesz też nie próbować zrozumieć nic i z poczuciem wyższości głosić swoje prawdy w internecie – ale wtedy jesteś dla mnie ignorantem i nie mamy o czym rozmawiać.

obrazek pochodzi ze strony: http://www.cynergycrossfit.com

Lans, Bauns i Burpees

Jednym z najbardziej niedorzecznych argumentów przeciwko CrossFitowi jaki kiedykolwiek słyszałem jest „CrossFit jest zbyt modny. Osoby, które go ćwiczą zachowują się jak sekta i uważają się za nadludzi. W kółko gadają tylko tym CrossFicie –  aż rzygać się chce… Poza tym jest zbyt nachalnie promowany. Gdyby Reebok go nie reklamował nikt by go nie ćwiczył”.
Dla każdego, kto ma choć trochę szarych komórek jest to „argument” tak niedorzeczny, że aż nie wiadomo, z której strony na niego odpowiedzieć –  ale tu jest CrossFit, tu się robi rzeczy niemożliwe –  więc spróbuję.

Kto nie skacze –  ten z siłowni

Zacznijmy od argumentu o nachalnej promocji. Wg przeciwników CF jest wręcz wpychany ludziom do gardeł, biedactwa są niemalże zmuszane do Burpees a na stacjach metra, zamiast bramek stoją RIGi i kto nie chlapnie dziesięciu podciągnięć batterflajem –  ten nie pojedzie (bez taryfy ulgowej dla staruszek i matek z dziećmi). Nie wiem, na jakim świecie żyją ci, którzy czują się promocyjnie molestowani. Ja reklamę CrossFitu widziałem jedną –  słownie JEDNĄ –  i nie była to reklama CrossFitu tylko serwowanego przez pewną sieć klubów fitness produktu CrossFito podobnego. Nie ma CF w radio, nie ma w telewizji, bannery z CrossFitem nie hulają po Internecie – nawet w cholernym outlecie Reeboka na warszawskim Ursusie nie ma oddzielnego stojaka na ciuchy z kolekcji CrossFitowej. Nigdzie nie widziałem reklam CrossFitu  – ale to jeszcze o niczym nie świadczy –  to tylko pokazuje, w jak perwersyjnie ukryty sposób Reebok molestuje ludzi tym CrossFitem, jak podprogowo ich indoktrynuje, jak jad do ucha sączy. „Idź na CrossFit, idź na CrossFit…”

Marketing dla CrossFitu robią tylko jego miłośnicy za pomocą blogów i facebooka. Rzecz w tym, że blogi te są taki niszowe, że trzeba by się położyć by je przeczytać, zaś fejsbunio pozwala ukryć niechciany post albo zwyczajnie wywalić uciążliwego delikwenta ze znajomych.
Odcięcie się od tego marketingu jest tak proste, że kto tego nie potrafi jest zwyczajnym matołem albo masochistą.

A melanż trwa…

Nie ma w Polsce CrossFitowych imprez masowych, których np. biegacze mają na kilogramy. Wiosną pół miasta zablokowane – bo Orlen sypnął z kiesy; jesienią drugie pół – bo tym razem PZU się szarpnęło.  Półmaraton w każdej większej wsi  i kempingu. Do tego PKO z własnym biegowym programem w telewizji i blokadą miasta z okazji „Biegnij Warszawo” oraz biegu powstania warszawskiego, wyborcza (wciąż największy dziennik w Polsce) z własnym portalem biegowym. Dziesiątki tysięcy biegaczy na ulicach. A CrossFit? Kilka kompletnie kameralnych imprez, na których jak się zbierze kilkaset osób to już jest wielki sukces (a i tak  są to w większości „krewni i znajomi królika”) jedna duża firma, która nawet nie jest głównym sponsorem, kilka pomniejszych firemek, które trzymają się środowiska CF – i już –  cały CrossFitowy marketing i sponsoring. Bardziej przypomina to punkowe koncerty spod flagi DIY, niż wielkie masowe imprezy sponsorowane przez międzynarodowego giganta od ciuchów sportowych

Za hajs korpo baluj

Argument „Gdyby nie Reebok nikt by nie zainteresował się CrossFitem”  ma zdezawuować CrossFit; niczym Antek Macierewicz pokazać prawdziwą twarz tego korpo-produktu, który podszywa się pod prawdziwy sport. Cały dowcip polega jednak nie na tym, że CF powstał zanim Reebok się nim zainteresował –  to do hejterów nie dociera i nigdy nie dotrze – ale na tym, że kulturystyka (wiadomo – męski, tradycyjny, siłowy sport) została spopularyzowana przez min. producentów odżywek i właścicieli klubów fitness.
Dociekliwych odsyłam do biografii Arnolda Schwarzeneggera – tam jest pięknie opisane, jak w latach 60/70 siłownia była „sportem dla dziwadeł”, jak Arnie chodził w slipach po ulicy by zachęcić ludzi do wykupienia karnetu na siłownię (Nie ma to jak marketing „na cycki” –  choć w tym przypadku bardziej „na bica”) i jak Joe Weider, właściciel pism o kulturystyce, uparcie lansował ten sport, żeby mieć jeszcze więcej czytelników.

Krótko mówiąc, jeśli ktoś chwali siłownię jako sport tradycyjny i niesponsorowany  a CrossFit określa mianem produktu marketingowego –  możecie z czystym sumieniem nazwać go ignorantem, albo po prostu durniem.

sekta EMOM

Jednym z głównych zarzutów wobec CF jest ten, że osoby go uprawiające zachowują się jak sekta i o niczym innym nie gadają.
Tak się składa, że wywodzę się ze środowiska biegowego –  i wiecie, o czym najczęściej gadają biegacze? A wiecie o czym gadają młode matki? A zagorzali kibice Legii Warszawa? A samochodziarze? A survivalowcy? Tak, cholera jasna, tak –  oni wszyscy niemal non stop gadają o tym swoim hobby. A wiecie dlaczego? Bo to dla nich ważne, cholernie ważne –  a jak coś jest dla człowieka ważne o tym w kółko gada. I tak, człowiek taki jest w tym nudny i męczący – ale taka specyfika pasji – to nie hobby, nie piątkowy lans przed lustrem, nie odstresowywacz, nie pierdołka, którą robi się dla zabicia czasu. To jest pasja która zmienia styl życia, plan dnia, nawyki żywieniowe.
Jak człowiek ma nie gadać o czymś, co stawia mu świat do góry nogami, czym żyje, jara się na co dzień? Tak jesteśmy skonstruowani jako ludzie, tak działamy – ale tego nie zrozumie nikt, kto nie ma czegoś więcej ponad zwykłą rozrywkę –  więc szkoda z takim gadać, bo to zwykła strata czasu.

Nieśmiertelni na trzeźwo

Nie dość, że sekta –  to jeszcze zachowują się jak nadludzie – non stop akcentując, jacy to nie są sprawni, silni i w ogóle cudowni. Może i jest w tym trochę zadzierania nosa, ale pokaż mi inny system treningowy, który po roku sprawi, że dźwigniesz w martwym ciągu 150% masy swego ciała, wejdziesz po linie, zrobisz 20 podciągnięć, 30 pompek, pistolety na jednej nodze, pompki w staniu na rękach i masę innych „cudów”.  Pokaz mi system, który przygotuje cię tak wszechstronnie, poprawi mobilność, podniesie wytrzymałość na długotrwały wysiłek. Nie ma takiego systemu sportowego. Po prostu NIE MA. Wiadomo, że specjaliści w danej dziedzinie będą lepsi od CrossFitterów – dźwigną więcej, popłyną szybciej – ale z drugiej strony, znam wielu świetnych biegaczy, którzy spuchną na dziesięciu podciągnięciach, co w przypadku faceta jest (moim zdaniem) wynikiem z gatunku „siadaj, dwója”.

„Your workout is my warm-up” – głosi popularne CrossFitowe hasło. Brzmi buńczucznie – ale tak jest. Gdy trafiłem na CrossFit miałem za sobą dwa lata biegania, maraton w nogach, robiłem po 200km miesięcznie i wydawało mi się, że jestem gość – a tymczasem sama rozgrzewka na pierwszym treningu pokazała mi, że żaden ze mnie gość, tylko mientka rura, która ledwie oddech łapie. Okazało się, że dobry to ja jestem, ale tylko w bieganiu –  a gdzie siła, zwinność, gibkość, mobilność?
Skoro po 20 minutach rozgrzewki byłem skotłowany bardziej, niż po godzinnym biegu, czy 1,5h na siłowni – to chyba nie jest to do końca marketingowe prężenie bicepsów, bezpodstawne akcentowanie „kto jest lepszy”. Chyba faktycznie moje dotychczasowe treningi były słabsze od CrossFitowej rozgrzewki.
Ale Ciebie to nie dotyczy –  Ty jesteś harpaganem co się zowie…

Bling, bling, błyskotkami

Ciuchy CrossFitowe SĄ drogie –  to nie ulega wątpliwości – szczególnie te od Reeboka, czy inov8. Rzecz w tym, że KAŻDE markowe ciuchy (nie tylko sportowe) są drogie jak szatan. Znajoma biegaczka zrobiła ostatnio test legginsów do biegania, wśród których znalazły się legginsy od NIKE za 399zł. CZTERY STÓWY za gatki  –  dla mnie to jakiś absurd,  ale skoro są ludzie, którzy tyle płacą to dla mnie luz –  ich kasa, ich gacie.

O kosztach zegarków z GPS, pulsometrów, czy pianek do triatlonu nie będę tu pisał – bo to jeszcze wyższy poziom absurdu. KAŻDY markowy sprzęt jest drogi, ale NIKT nie musi go kupować. Nie stać cię, uważasz że to za drogo – nie kupuj i poszukaj tańszej alternatywy. Pewnie, że chciałbym mieć śliczne liftery od inov8 – ale sześć paczek za kapcie do ciężarów to za dużo jak na mój rozum –  więc kupiłem sobie polską alternatywę za połowę tej ceny. To, że nie ćwiczę w koszulce, czy spodenkach Reeboka w niczym nie upośledza moich treningów.

W ogóle pisanie o tym, jest dla mnie trochę żenujące – bo to są sprawy tak oczywiste, że tłumaczyć je to jak tłumaczyć dorosłemu, że się nie sra przy jedzeniu – ale skoro co rusz jakiś as wysuwa taki argument to trzeba, widać, powtarzać do skutku: Nikt nikogo nie zmusza do kupowania ciuchów tej, czy innej firmy. Nikt się z nikogo nie śmieje za brak gatek z deltą, czy skakanki Rouge. Owszem, ludzie je kupują, bo chcą wyglądać jak topowi zawodnicy, bo się z CF identyfikują –  ale na tej samej zasadzie nosi się koszulki z zespołami. Jesteś fanem –  to się z tym afiszujesz. Nie afiszujesz się –  też dobrze.
Nie musisz wywracać portfela na nice – ważne abyś na treningach dawał z siebie wszystko, co masz.

Czort swoje, pop swoje

Nie oszukujmy się – powyższe wywody nikogo nie przekonają. Jakby człowiek nie tłumaczył i argumentował, „fachowcy” wiedzą lepiej i na każdy zbity argument wyciągną (z dupy, bo skądże by indziej?) dwa kolejne. Dlatego najlepszym sposobem na takiego fachowca (od dymania pokrowca) jest zignorować go. Nie wdawać się w dyskusję, olać – skoro wie lepiej to niech w tym przekonaniu zostanie. Najlepiej sam ze sobą.

Gdy ktoś wyciąga głupie argumenty trzeba potraktować go jak głupca –  obejść, ominąć i pójść w swoją stronę.
Najlepiej do BOXa na trening.

*obrazek pochodzi z witryny http://www.girlsworkhard.com/

Ofiara własnego sukcesu

CrossFit w oczach przeciętnego Kowalskiego ma dwa oblicza – albo wysportowanej babki napieprzającej młotem w gigantyczną oponę, albo spoconych kolesi wskakujących na drewniane skrzynie. W grę wchodzi jeszcze mix obydwu płci zwijających się w konwulsjach na podłodze – ktoś się porzygał, ktoś przytomność stracił – ot, zalegalizowana forma samobójstwa…

Ktokolwiek uprawiał CrossFit (nie mylić z produktem CrossFito podobnym) ten wie, że jest to olbrzymie uproszczenie. To tak jakby oceniać kobietę po rozmiarze cyca a faceta po samochodzie (SUV-y w leasingu i Cayenne w gazie dyskwalifikują przed startem – sorka chłopaki).
Niestety (albo stety) tak już człowiek działa, że ocenia po tym, co jest najbardziej widoczne, charakterystyczne. Uproszczenie to mechanizm ewolucyjny pozwalający mózgowi na szybsze przetwarzanie informacji i szybsze na nie reagowanie – to dzięki niemu jesteśmy na szczycie drabiny ewolucyjnej. To dzięki uproszczeniom i uogólnieniom masz małpi pradziad nie zastanawiał się, czy ten tygrys na pewno ma złe zamiary, tylko spierniczał gdzie pieprz rośnie. Dzięki niemu żyjemy i nie przegrzewają się nam zwoje mózgowe.
Ale dość o mózgu, wracamy do CrossFitu.

Przeciętny Kowalski włącza YouTube, odpala film z CrossFitu i co widzi? Widzi chmarę ludzi ganiającą z kąta w kąt, na wariata robiącą przypadkowe ćwiczenia –  tu ktoś skacze, tam zarzuca, tu kettlem macha, tam na linę wchodzi. „No pojebało ich do imentu” – myśli sobie ten Kowalski – przecież nikt normalny tak nie ćwiczy. Normalna to jest siłownia, na spokojnie a nie tak na wariata… I idzie nazajutrz do pracy i przy kawie kolegom opowiada, jakich to durni oglądał, linka podsyła i robią sobie chłopaki śmichy-chichy przy lanczu…

” Zalegalizowana forma samobójstwa” – określenie to nie wzięło się przypadkowo -sam je wymyśliłem 2 lata temu na jednym z pierwszych treningów. Byłem w szoku, że można ćwiczyć na takiej intensywności, z takim zróżnicowaniem. Że dzień w dzień można dygocząc na podłodze słyszeć chóry anielskie i nie umierać. Do tej pory znałem siłownię, basen, rower, bieganie – ale żadna z tych aktywności nawet nie stała obok CrossFitu. Przez pierwsze miesiące byłem jak ten Kowalski – widziałem przede wszystkim zapierdol do urzygu, wyprucie w trupa – co prawda trochę bez sensu –  ale kto szukałby sensu, skoro forma rosła szybciej niż dług publiczny. Byłem zachwycony –  więc sens mnie nie interesował.

Z czasem zacząłem widzieć w tym wariactwie jakiś zamysł, metodę w szaleństwie. Zacząłem rozumieć powiązania między ćwiczeniami – że ruch generowany w ćwiczeniu A (dajmy na to swing kettlem) przydaje się w ćwiczeniu b (kipping przy podciągnięciach) oraz XYZ (praca ze sztangą), że wall balle są „grą wstępną” do thrustera, że box jumpy służą generowaniu dynamiki – że to wszystko ma nieco większy sens, niż tylko zarżnięcie się w trupa i okazjonalne puszczenie bełta.

Problem w tym, że Kowalski nie ma czasu ani chęci, żeby to zrozumieć. Kowalski nie poświęci kilku miesięcy by przejść od etapu  bezgranicznego zachwytu kontrolowanym samobójstwem do zastanowienia i zrozumienia. Kowalski ogląda filmik, widzi masę wariatów – i taką też sobie opinie o CrossFicie wyrabia. Sport dla samobójców, wariatów. Dla debili.
I czy można mieć do Kowalskiego o to pretensje? Ja nie mam. Nie mam –  bo działam dokładnie tak samo. Za cholerę na ten przykład nie rozumiem krykieta – dla mnie to jakiś absurd. Czy próbowałem go kiedyś zrozumieć? Tak – coś tam na jutubie oglądałem, znajomy mi coś tłumaczył – ale nic z tego nie pojąłem i w efekcie o krykiecie opinie mam taką, jaką większość ludzi o CrossFicie: pobieżną, błędną i kompletnie nieuzasadnioną.
Czy podjąłem kolejne kroki by krykieta zrozumieć? Nie. Nie staram się go zrozumieć, bo jest dla mnie kompletnie niepotrzebny – jest mi obojętny. Żyję bez niego i w odróżnieniu od Kowalskiego, gdy mnie ktoś o krykieta zapyta, zamiast powiedzieć że jest durny i niebezpieczny mówię po prostu, że go nie rozumiem.

CrossFit postrzegany jest jako sport dla wariatów, ponieważ swoim znakiem rozpoznawczym uczynił wariacką intensywność. Marketing CrossFitowy (głównie ten internetowy, uprawiany przez jego fanów) nie mówi ci „stary, w wieku 35 lat nauczysz się rwać sztangę i chodzić na rękach” tylko krzyczy  „ziomuś, przeżuję cię i wypluję, zajadę w trupa, zwinę w rulon i wytrę tobą podłogę” – i potem człowiek sie dziwi, że CrossFit ma opinię sportu dla samobójców.

Mógłbym tutaj zacząć mnożyć „ale” – że wszystko zależy od tego, czy trafisz do prawilnego boxa w którym będą cię uczyć wszystkiego po kolei i z czasem zrozumiesz, że to żaden obłęd tylko logicznie pomyślany system treningowy, czy też dasz się złapać na produkt CrossFito podobny gdzie skakanką, pompkami i różowym kettlem z decathlonu doprowadzą cię do dygotów – ale to bezcelowe. Opinia o CrossFicie jest jaka jest i nie wzięła się znikąd. Nie jest dzieckiem internetowych frustratów, którzy z powodu podciągnięć kippingiem mają zgryzoty i zaburzenia erekcji. Sam przez pierwsze miesiące miałem taką opinię (szczęśliwie bez zgryzot i zaburzeń 😉 ) ponieważ na pierwszy rzut oka CrossFit JEST wariacki. Po prostu.

CrossFit jest wariacki ponieważ klasycznie rozumiany trening jest, pardon my french, pizdowaty.
Siłownia – automatyczny wybór dla 99% facetów –  jak to pięknie określił trener z NoLimitUrsus, to obiekt do trenowania sportu zwanego kulturystyką. Kulturystyka – to taki sport sylwetkowy, do prezentowania się na scenie” zaś CrossFit nie stawia na sylwetkę, tylko na funkcjonalność, albo mówiąc po ludzku to, co możesz ze swoim ciałem na co dzień zrobić. Zarzuca się mu, że przebiega w wariackim tempie, że człowiek serce i płuca wypluwa, że forma na tym cierpi, ale –  tu znowu zacytuję Dominka – ” Od zawsze by przetrwać człowiek przed czymś uciekał, bądź coś gonił. Nie robił tego w tempie świńskiego truchciku czy długich wolnych wybiegań – tylko na tempie HRMax”.
CrossFit nie jest po to, byś wyglądał dobrze, tylko po to, byś sprostał życiu. Byś dogonił to, co masz dogonić albo spieprzył przed tym, co jest większe od ciebie.

Podobnie jest z paniami. Do tej pory trening do nich skierowany mówił „bądź piękna, bądź szczupła”, CrossFit zaś mówi „bądź sprawna (piękno przyjdzie w międzyczasie), silna bądź”. I zaczyna się miauczenie, że niebezpieczne, że niekobiece, że takie, srakie, owakie. Rzecz w tym, że siła to samodzielność. Sprawność to samodzielność. Nagle przestajesz być lalkowatym pustakiem, który ledwie da radę makijaż sobie nałożyć, tylko mówisz „dam radę”.
I dajesz.

CrossFit jest wariacki, bo staje  w poprzek utartych wzorców. Nie mówi „wyglądaj na silnego”  tylko „bądź sprawny”. Nie popularyzuje sztuki dla sztuki – bo koniec końców gówno kogo obchodzi, jak pięknie zdefiniowane masz kaptury, czy inne czworogłowe – tylko stawia na to, co potrafisz z nim zrobić w sytuacji stresu, zmęczenia i w pośpiechu. W życiu.

„haters gonna hate” – mówi popularne internetowe hasło – i dokładnie tak będzie z CrossFitem. Kto będzie szukał argumentów „przeciw” –  ten nawet nie spróbuje zrozumieć, tylko po obejrzeniu dwóch filmików na jutubie zawyrokuje, że głupie i niebezpieczne. Na takich to nawet szkoda czasu –  bo to tak, jakby o seksie gadać z kimś, kto obejrzał dwa pornolki w Internecie.

Kto zaś będzie chciał zrozumieć –  ten zrozumie.
Przyjdzie na trening, usłyszy chóry anielskie –  i wszystko mu się wyjaśni 😉

Laski z CrossFitu – czyli jak mieć zajebistą dupę i czuć się jak bogini

99% znanych mi kobiet jest na permanentnej diecie. Wieczne odchudzanie w pogoni za wyśrubowanymi przez kolorowe magazyny „standardami”, bądź zwykła zawiść wobec koleżanki, na widok której faceci odwracają głowy. Nieważne, co je napędza, ważne, że non-stop gonią za tą wymarzoną figurą, choć w zasadzie nie powinienem pisać „gonią” – bo większość z nich zamiast wyjść i faktycznie gonić, woli siedzieć na dupie i się głodzić.

Niechęć kobiet wobec ruchu podyktowana jest obawą o to, jak będą wyglądały. Większość boi się, że makijaż im spłynie, zaś te, które sie nie boją hamuje strach przed tym, że (tu pozwolę sobie na cytat) „zjaram buraka, spocę się i zasapię świnia”. Innymi słowy nie wyjdą poprawić swój wygląd w obawie, że… będą źle wyglądały.
Cudowne błędne koło 🙂

W czasach, gdy chodziłem na siłownię, było to mocno zmaskulinizowane miejsce. Podział był jasny, acz nieformalny – w jednej sali panie cykają step aerobik, w drugiej panowie pompują bica. Jeśli któraś z pań odważyła się pójść „na ciężary” musiała liczyć się ze spojrzeniami facetów, którzy albo taksowali jej tyłek, albo z uśmiechem kwitowali używane przez nią ciężary. Te, które się odważały, przychodziły albo na podryw, dać się poadorować i skupić uwagę reszty sali, albo były to przypakowane zawodniczki, do których nikt się nie odzywał bo można było w pysk zarobić.

cardio

Przypakowanie to główny „straszak na kobiety”. Nie wiedzieć czemu wydaje się im, że jak w styczniu pójdą na siłownię to w czerwcu będą przypominać enerdowskie pływaczki. Ktokolwiek próbował złapać masy ten wie, że to nie dzieje się w ciągu miesiąca, czy dwóch. Jeśli ktoś nie wali sterydów i nie wciąga gainera na hałdy, złapanie masy jest procesem rozłożonym na lata. LATA. Tym, co się zmieni od ćwiczeń będzie definicja ciała, jego wyrzeźbienie, skondensowanie i ujędrnienie. Plecy enerdowskiej pływaczki, czy bicepsy internetowych potworów  można spokojnie między bajki włożyć.

Kobieta, która nie boi się sportu  i tak podchodzi do niego jak pies do jeża. Joga, bieganie, zumba czy inne TBC – wszystko to są aktywności „bezpieczne”. Joga –  bo spokojna i człowiek za bardzo się nie zmacha, bieganie – bo spali tłuszczyk, da zgrabniejsze nogi i (co ważne) można je uprawiać po ciemku, gdy nikt nie widzi (prawie jak seks „po bożemu”) zumba, czy inne fiku-miku –  bo w damskiej grupie i żaden facet nie widzi, jak sapie, dyszy i dmucha. Borze uchowaj od siłowni, kettli, czy innych ciężarów – przecież ona nie chce być silna, tylko piękna. Silne to niech będą matki-Polki albo inne enerdowskie pływaczki. Ona chce być kobieca –  więc żelastwo kysz, a sio!

pin-up_lift

Babki uprawiające CrossFit to jakby inna rasa, inny gatunek kobiety. Rzucające sztangami, machające kettlami, spocone, złachane, zwinięte w kłębek na podłodze, ledwie łapiące oddech… Czy może być coś bardziej „na przekór” lansowanym wzorcom kobiecości? Czy można być bardziej niekobiecą – ktoś zapyta.
Nie odpowiem, bo nie rozumiem tego pytania.

Dla mnie babki z CrossFitu są dużo fajniejsze od wysztafirowanych lalek z modnych klubów. Pomijając oczywisty fakt, że ćwiczenia czynią je zgrabniejszymi, milszymi dla oka, widzę w nich coś, co imponuje mi bez względu na płeć – fajtera. Nie babochłopa, który za krzywe spojrzenie wypali z liścia w mazak, ale kogoś, kto ma pasję i oddaje się jej bez reszty. Kto wie, że stosowanie eyelinera z rana nie ma wielkiego sensu –  bo po trzeciej rundzie i tak niewiele z niego zostanie. Kto ma w dupie, czy mokre włosy oblepiają policzki i czy twarz ma kolor ćwikły, bo liczy się kolejne powtórzenie i ukończenie z jak najlepszym wynikiem.

Jeśli na CF pojawi sie babka, zazwyczaj jest mocno zdeterminowana – i to widać, widać jak jasna cholera. Nie trenuje „by się poruszać”, tylko zapierdziela jak nakręcony samochodzik. Daje z siebie w opór, bo nie znalazła się tu przypadkiem. Przyszła po konkrety i pracuje na nie.
Jest to jedna z tych cech, które szanuję i podziwiam.

KB

Co by jednak nie gadać i nie intelektualizować, CrossFitterki wyglądają zajebiście.  Zarzeźbione, jędrne, nic im nie lata, nic się nie trzęsie – sama przyjemność dla oka.
Ktoś może stwierdzić, że nie tylko CrossFitterki wyglądają dobrze – atrakcyjny wygląd można też uzyskać bieganiem, basenem, czy zwyczajną dietą. O ile w przypadku basenu jestem jak najbardziej na tak, w przypadku biegania –  tylko połowicznie (gdyż biegaczki, szczególnie te na diecie roślinnej, są przeważnie chude jak pensja) to w przypadku babek na diecie mogę zgodzić się tylko w 1/4 a może i tego nie. Odchudzanie to rozwiązanie doraźne, którego nieskuteczność świetnie widać latem, nad wodą. Dwudziestolatki jeszcze nie musza się niczym przejmować – bo w tym wieku każda wygląda jak młoda bogini – ale już od trzeciej dychy widać, że tu coś wisi, tam coś lata – skóra wiotczeje i efekt jest, jaki jest.

Uprawianie sportu to inwestycja, która zaczyna się zwracać od trzeciego krzyżyka ( bo mając dwadzieścia-kilka lat to trzeba starać się, aby dobrze NIE wyglądać)  aż do emerytury. Doskonale pamiętam, jak pierwszy półmaraton w Białymstoku biegłem za taką dobrze zakonserwowaną czterdziestką. Owszem, widać było, że swoje latka ma, ale figura taka, że… Była motywacja do biegu, oj była 😉
Pamiętam też, jak nad basenem w Grecji widziałem odchudzone trzydziestki, które, choć jeszcze młode, zaczynały tu i ówdzie „falować”.  Odpowiednio ubrane wciąż mogły robić ze seksbomby, ale w kostiumach kąpielowych było widać, że są na „długiej prostej”.

Ktoś zapyta – ale co w tym dziwnego, że  z wiekiem człowiek wygląda coraz gorzej – przecież taka kolej rzeczy. Otóż nie. Ludzie uprawiający sport są świetnym dowodem na to, że można atrakcyjnie wyglądać po trzydziestce, urodzeniu trójki dzieci,  czterdziestce, czy nawet pięćdziesiątce. Nieraz w trakcie wakacji widziałem babkę, która pomimo pięciu krzyżyków na karku wyglądała, obiektywnie rzecz biorąc, niczego sobie a już na pewno o dwie klasy lepiej od swoich rówieśnic. Różnica między nią a jej koleżankami była taka, że koleżanki nakładały podwójną porcję na talerz a z nią mijałem się w trakcie porannych biegów przed śniadaniem.
No więc jak nie da się, jak się da?

yoga pants

CrossFitterki wyglądają zajebiście. Wiadomo – nie wszystkie, tak jak nie każdy CrossFitter ma posturę Ryśka Froninga – ale postawione obok swoich koleżanek z pracy nie dają im żadnych szans. Koleżanki mogą być od nich chudsze –  ale nie o to chodzi by wyglądać jak pociągnięty skórą wieszak -ciało ma być zgrabne, silne i zdrowe. Co więcej – czas działa tylko na ich korzyść –  ponieważ wraz z wiekiem one będą wyglądały coraz lepiej, zaś ich koleżanki aby im dorównać będą musiały się wiecznie głodzić. Będzie to jednak walka nierówna, ponieważ po (załóżmy) dwóch latach przysiadów, CrossFitterka będzie miała dupkę jak marzenie, zaś jej wiecznie głodząca się koleżanka będzie wydawać majątek na różne cuda-kremy.

Nie ma też co się obawiać, że po kilku latach zaczną przypominać niejednokrotnie już wspomniane enerdowskie pływaczki. Przy CrossFitowej intensywności treningów złapanie kilku kilogramów mięśnia wymaga rozsądnie przemyślanej diety i suplementacji. Aby wyglądać jak zawodniczka z CrossFit Games trzeba żyć jak zawodniczka – bez reszty poświęcić się karierze sportowej, trenować po dwa razy dziennie (nie w tygodniu) i świata poza sportem nie widzieć –  a na to większość pozwolić sobie nie może (i pewnie też nie chce).

Są świetnie zarzeźbione – ale jeśli jakiś facet ma problem z tym, że kobieta ma kawałek bicepsa, silne uda, czy lepiej od niego zarysowane mięśnie brzucha, jeśli czuje się nieswojo gdy kobieta podciągnie się więcej razy od niego, czy więcej założy na sztangę, jeśli uważa to za niekobiece – no cóż, to już jego problem.
Może powinien przestać chlać tyle browca i kupić hantle w decathlonie…

CrossFitterki wyglądają najlepiej. Po prostu. Są najlepiej zbudowane, sprawniejsze a zaproszone do restauracji, zamiast siedzieć przy wodzie z cytryną, opierdzielą ćwierćkilowego steka.
Nie będą jęczeć o odchudzaniu, liczyć kalorii i pytać co chwila „czy nie uważasz, że jestem za gruba”.

Mogą co najwyżej zrobić awanturę o nie odłożony na miejsce wałek do masażu 😉