Jak nie udało mi się zajechać Inov8 flite 235

Gdy odezwał się do mnie człowiek z propozycją podesłania do testów następcy 195-tek, chwilę się wahałem. Zbyt dobrze znam te blogowe „testy” sprzętu – wiem jak to wygląda i czym to pachnie. Świadom, że całą mozolnie budowaną renomę blogera, co się gratisom nie kłania można utopić jednym nieuważnym ruchem, postawiłem sprawę jasno  – „test” (czyli de facto papcie gratis)  będzie bez pardonu i taryfy ulgowej.  Szczęśliwie po drugiej stronie spotkało się to z całkowitym zrozumieniem, toteż nie pozostało nic innego, jak wypatrywać kuriera.

Fajne masz kolorki, mały…

„Jakie to brzydkie” – pomyślałem rozbebeszywszy przywiezioną dwa dni przed sylwestrem, paczkę.
„I za małe” – dodałem po sekundzie – bo buty wyglądają… no filigranowo. Nauczony przygodą z nanosami, spodziewając się porażki już na starcie wkładam pierwszy but –  i malina. Wkładam drugi – też leży jak ulał. Jest więc elegancko –  może nie wyglądają zbyt imponująco, ale zamawiając swój rozmiar mogę być spokojny, że  będą leżały jak trzeba i niczego nie trzeba będzie rozchodzić (pozdro nano).
Tylko ten kolor, kurna chata…

unpack

Estetyczna strefa komfortu

Z kolorem mam ten problem, że jestem dość zachowawczy. Żona zresztą narzeka na to regularnie, że z ciuchami poruszam się w strefie komfortu i nosa z niej nie wyściubiam. A tu klops – niebiesko czerwone buty, które kompletnie nie są w moim stylu i nie pasują do niczego.
Początkowo czułem się w nich dziko, jednak już po kilku treningach było big love a na teraz są to moje ulubione buty treningowe
No ale nie kolorze tu być miało.

Rzuć się na linę.

Wiedząc, co było najsłabszą stroną 195-tek postanowiłem testy 235 zacząć od tej właśnie strony –  czyli od liny. Okazją była wizyta w nowym boxie CrossFit Białystok, gdzie poza atrakcjami takimi jak tor do sanek, czy ski erg, znajduje się również pięć stanowisk do liny. „Łatwo przyszło łatwo poszło” – pomyślałem –  i nie piernicząc się w tańcu zrobiłem 15 wejść na linę; na szuraka, na chama, dokładnie tak jak chodziłem w 195-tkach.  Jak się mają podrzeć –  niech się drą.

top_view

Drugi test zrobiłem w rodzimym boxie, mordując się z treningiem od Papy Glassmana. 25 wejść na linę wyżęło mnie jak szmatę do podłogi. Jeśli gdzieś coś miało się butom stać –  to właśnie tam –  na zmęczeniu, na chujowej technice, na brnięciu, byleby tylko ten trening się skończył. Okazało się jednak, że buty wytrzymały wszystko bez śladu, czego nie mogę powiedzieć o swoich nogach 😉

z prania wyszło…

W 235tkach wykonałem siedemnaście treningów, w trakcie których robiłem wszystko, co się robić dało –  była lina, pchanie sanek, był dwubój, były siady, wiosła, box jumpy, skakanka. Nie było tylko pompowania bica i klaty na ławeczce –  ale tego nie robię, bo mi religia zabrania 😉

post_rope_side

Po czterdziestu wejściach na linę na butach nie ma najmniejszego przetarcia –  mogę więc spokojnie powiedzieć, że testowany pod kątem największej słabości, mój egzemplarz spisał się wyśmienicie; zaś wiedząc, jak często w boxowych treningach pojawia się lina można spokojnie założyć, że przy standardowym krosfitowym użytkowaniu przeżyją dwa lata.

post_rope_side_2

W trakcie liftów buty zachowywały się tak samo, jak 195 –  w zasadzie nie czułem, że mam je na nogach. Co prawda są odrobinę masywniejsze od 195-tek, ale w porównaniu do nanosów to wciąż baletki. Miękka podeszwa, która nie  przeszkadza w rozciąganiu stopy o RIGa, do tego zerowa różnica między piętą a palcami – inov8 flite 235 to klasyczne minimale, których zadaniem jest chronić stopy i nie przeszkadzać w ćwiczeniu. Rzecz jasna – nie są AŻ TAK minimalne jak 195, ale to wciąż ten etap, na którym czujesz każdą nierówność pod stopą.

comp_2

Trzymanie się podłoża –  czy to przy biegach, czy skokach, czy wchodzeniu pod sztangę –  jest bez zarzutu. Ani razu nie doświadczyłem ślizgania się, ani przez moment nie poczułem, że tracę stabilność, czy grunt pod nogami

szemrana reputacja

Jak pisałem kilka miesięcy temu, moim głównym ( i jedynym) „ale” w stosunku do butów inov8 była ich słaba oporność na linę. Kolega z boxa (również posiadacz 195-tek) nie doświadczył żadnych związanych z liną niespodzianek i jego dwuletnie inov8 wyglądają na nieużywane – można więc powiedzieć, że po prostu trafił mi się taki niefartowny model – ale przy zakupie butów za 5 paczek (ściągając zza granicy wychodzi stówę mniej) wolałbym jednak nie liczyć na fart, bądź niefart, tylko być pewnym tego, zakupione obuwie posłuży mi co najmniej przez rok. Wspomnieć należy też, że nie byłem jedynym „niefartownym” posiadaczem 195-tek, ponieważ  kilku czytelników fanpejcza podesłało mi zdjęcia swoich inov8, które rozleciały się szybciej, niż powinny.
Śmiało można więc powiedzieć, że reputację  wśród krosfiterów buty inov8 mają taką se.

3_top
od lewej: inov8 195, 235, Reebok Nano 4

W otrzymanych 235-tkach trenowałem tak, jak do tej pory a nawet nieco ostrzej – bo jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło zrobić półgodzinnego maratonu z liną – a na butach nie widać ani śladu po tych breweriach. Myślałem, że to kwesta większych obszarów ochronnych przed liną –  ale w obu modelach, są one niemal identyczne. Materiał też wydaje się być ten sam –  więc prawdę mówiąc nie wiem dlaczego 195tki padły na polu chwały a 235tki wyszły bez draśnięcia.

3_side
ten sam rozmiar buta, różne gabaryty

Mając na uwadze, że lina była moim jedynym „ale” w stosunku do butów inov8 (pod każdym innym względem 195-tki są dla mnie idealne), oceniając 235-tki nie mam innego wyjścia, jak wystawić im najwyższą notę. Rozmiarówka jest idealna, leżą jak ulał,  elegancko trzymają się podłoża, są wytrzymałe a podeszwa jest na tyle miękka, że rozciąganie stopy można robić bez zdejmowania obuwia.
No zwyczajnie nie mam się do czego przyczepić.

side

A ponieważ muszę się do czegoś przyczepić to ponarzekam, że dostałem-niebiesko czerwone zamiast czarno-zielonych, które, jak widać na załączonym obrazku, są po prostu o-błęd-ne.

235_yellow_black

No ale tu jest krosfit a nie strefa komfortu  😉

Jak zabłysnąć w sportowej blogosferze

Co prawda za oknem jeszcze zima i na siłowniach tułają się jedynie hardkorowcy oraz niedobitki noworocznych postanowień, niemniej każdy bloger wie, że do sukcesu w social mediach trzeba się zawczasu przygotować. Dlatego aby pomóc Wam w walce o czytelnika (oraz idącego w trop za nim reklamodawcę) mam dla Was kilka porad od doświadczonego „starszego blogera”
Mam nadzieję, że dzięki nim przybędzie wam tego wszystkiego, o czym skrycie marzycie, z naciskiem na lajki, gratisy i fejm wśród gimnazjalistek

Po pierwsze i najważniejsze: Czytelnik nie ma siły czytać, ponieważ siada do lektury zmęczony treningiem. Dlatego każdy temat, choćby miał potencjał na słuchowisko radiowe w odcinkach, traktuj pobieżnie i bez drążenia czarnoziemu. Nie ma sensu wysilać się na pisanie, skoro czytelnik sie nie wysili na czytanie ze zrozumieniem.
Pisząc o najlepszych sportowcach w kraju wystarczy, jak podasz ich imię, nazwisko i czas we Fran. W przypadku pań nie zaszkodzi podać wieku, co by koleżanki mogły pohejtować, że niby taka wysportowana a  i tak ma cellulit. Do tego Jakieś ładne zdjęcie, data ostatniego startu i styknie nawet z górką.

Pisz artykuły-wyliczanki, ponieważ wg badań najlepiej się klikają.
Wyliczać możesz o wszystkim: pięć sposobów na schudnięcie, dziesięć na motywację, piętnaście na łatwy trening cardio.
Pisząc o cardio zaznacz, że aby było skuteczne (czyt. spalało sadło) musi być wykonywane przez minimum pół godziny . Następnie wśród tych sposobów wymień skakanie na skakance i wchodzenie po schodach. Co prawda sam nie próbowałeś nigdy przez pół godziny skakać na skakance, po schodach na Pajac Kultury i Nauki też nie wszedłeś, ale to bez znaczenia.
Na wszelki wypadek dodaj jeszcze pół godziny Burpees –  żeby nie było, że traktujesz temat powierzchownie.

Pamiętaj, że czytelnik to debil i nie zawraca uwagi na to co czyta. Możesz więc zignorować gramatykę, logikę i pisać równoważnikami zdań. Ważne żeby było w punktach, wyboldowane i ozdobione dużą ilością stockowych zdjęć.
No i koniecznie widoczne widgety social media – niech się wieść niesie, zasięg rośnie i lajków na fejsie przybywa.

Pisz banały w stylu „śpij, dobrze się odżywiaj i dbaj o siebie”.
Może i są to banały, ale najprostsze metody są często najskuteczniejsze –  więc nie zaszkodzi powtórzyć.
Z drugiej jednak strony każdy student wie, że najlepsze wyniki osiąga się pijąc cięgiem, odpalając jednego peta od drugiego i zarywając noce kimając gdzie popadnie. No i amfa, nie zapominaj o amfie. Dobra krecha działa cuda…
Więc nie; może jednak nie pisz.

Pamiętaj za to o poradach. Sportowcy szukają w sieci hintów, jak ćwiczyć szybciej i dźwigać więcej –  więc musowo przeszkol ich, jak poprawnie wykonać dwubój olimpijski. Pisz krótko i technicznie – żeby wiedzieli, że znasz się na rzeczy – tylko się nie rozpędzaj, bo po trzecim akapicie zgubią focus nie zauważając przy tym, że pisząc o snatchu opisujesz OHS.
Ale to nieważne – ważne że zalajkowali i wyszerowali.

Ponieważ sport to nie tylko treningi, ale też zdrowy tryb życia, koniecznie pisz porady kulinarne i dietetyczne. Najlepiej takie oczywiste, w stylu „nie jedz śmiecia, ogranicz/odstaw cukry, jedz więcej warzyw, pij więcej wody” –  wiesz, takie nie za skomplikowane, żeby czytelników nie zniechęcić. Każdej wiosny przybywa nowych zagubionych na trudnej drodze do lepszego siebie i nie ma sensu straszyć ich na samym początku sportowej przygody.
Grunt to motywacja i pozytywna afirmacja.
Smutnej prawdy dowiedzą się później – ale to już nie od Ciebie.

Pozostając w temacie afirmacji, nie zapomnij dodać że jesteś tym, co jesz, twoje ciało to świątynia a każdy dzień jest nowym początkiem. Co prawda na treningu nie ma litości, ale brak delikatności wydłuża proces regeneracji i przerwy w workoutach –  więc generalnie chodzi o to, żeby był balans. No wiesz, jin jang i te sprawy. Na pewno kumasz o co chodzi.

Oprócz porad sportowych przyda się kilka wpisów o życiu – o szczęściu, odnalezieniu swojej ścieżki, ściganiu marzeń. Nie zapomnij też przypomnieć czytelnikom, by zakładali czapkę w zimie i nie wydawali wszystkiego na sterydy –  wszak każdy wie, że najlepiej być zdrowym i bogatym, oraz młodym i pięknym – ale mało kto o tym pamięta.
Dlatego przypominaj regularnie.

Aby nie dostać łatki jebaka- teoretyka koniecznie wrzucaj selfie z treningów. Im bardziej roześmiane –  tym lepiej –  w końcu sport to nie tylko wysiłek, ale też wspaniała zabawa. Pisz o tym, jak wiele endorfinek uwolniłeś i jak cudowny dzień to będzie –  bo przecież każdy dzień treningowy jest dniem cudownym.
Nie zaszkodzi,  gdy wrzucone fotki będą lekko rozerotyzowane – tu brzuszek, tam dekolcik, gdzie indziej dupeczka. Bez chamówy – rzecz jasna – ale nic tak nie podnosi społecznościowego ciśnienia, jak odrobina sportowego soft porno.
Będą lajki, będą szery, będą statystyki, którymi zapropsujesz u reklamodawców.

Wrzuć galerię z najgorętszymi zawodnikami/zawodniczkami. Wrażliwe księgowe, czy ordynarni informatycy – wszyscy lubią gołe dupy, nawet jeśli są ubrane – więc tak czy siusiak, zasięg wystrzeli niczym bloger po gratisy.

Koniecznie podaj dziesięć powodów, dla których sport, który promujesz, uczyni czytelnika najlepszym kochankiem. Wszyscy wiemy, że maratończycy mogą najdłużej, nurkowie najgłębiej a krosfiterzy na stojaka i w kamizelce z obciążeniem, ale komplementów nigdy za wiele.
W końcu złotych rockowych szlagierów można słuchać na okrągło a żarciki o ruchaniu to taki evergreen…

Co jakiś czas przedstaw kilka sportowych stylizacji, dzięki którym czytelnicy będą wyglądać jak profesjonaliści i dadzą szyku na treningu. Jak nie masz czasu na podejście kreatywne, skontaktuj się z działem marketingu któregoś z producentów odzieży sportowej, czy nie podesłałby ci kilku zdjęć ostatniej kolekcji, lub zwyczajnie ściągnij coś z sieci.
Przecież nikt nie będzie miał ci za złe, że robisz reklamę.

Jeśli masz już sponsora/endorsera – dziękuj mu w każdym wpisie i taguj przy każdej okazji, wszak jest on twoim dobroczyńcą i bez niego nie istniałbyś jako bloger. Pamiętaj też, że hasztagi to nie tylko wyraz wdzięczności, ale też metoda na zwiększenie zasięgu – dlatego hasztaguj tak, by do odczytania wpisu potrzebne były didaskalia.
Nikt nie zrozumie co napisałeś  (nieistotne, połowa  i tak czyta same nagłówki) ale na pewno dotrzesz do większej liczby odbiorców.

Nie zapominaj o memach i motywacyjnych hasłach. Wszyscy je lubią, a jak ktoś nie lubi – to pewnie hejter, albo inny mięczak pozostający w mentalnej strefie komfortu. Zignoruj go, lub odpowiedz, że powinien się rozerwać a mówiąc „rozrywka” masz na myśli przysiady ze sztangą.
W ten sposób wyjdziesz na twardziela i ośmieszysz przeciwnika.

Obowiązkowo ułóż playlistę najlepszych kawałków do treningu. To bardziej niż pewne, że skoro jesteś fanem muzyki poważnej i uwielbiasz trenować pod etiudy Chopina, zarazisz tą miłością wyznawcę Slayera. W efekcie będziecie mogli się wymienić PR-ami strzelonymi pod fantazję impromptu, tudzież Etiudę rewolucyjną.
Wszak nic tak nie łączy ludzi, jak muzyka!

Czegokolwiek jednak nie napiszesz pamiętaj, aby Nie być kontrowersyjnym.
Ludzie lubią się z kimś zgadzać, ponieważ daje im to poczucie, że mają rację i są w większości. Im więcej osób  sie z Tobą zgadza, tym więcej masz fanów, lajków i szerów a im więcej masz tego „zasięgu” tym bardziej jesteś atrakcyjny dla gratisodawców.
No bo przecież nie piszesz tego bloga za dobre słowo, prawda?

Social mediowych trików na totalny wypas jest zdecydowanie więcej, niemniej mając na uwadze, że pewnie jesteś zmęczony po treningu, pozwolę sobie zachować je na kolejny wpis.

A teraz lajkuj, szeruj i propsuj –  bo za frajer się tu nie produkowałem.

 

zdjęcie pochodzi ze strony: http://www.crossfitfury.com/2012/07/gym-games-schedule/

Nie będziesz zajebisty w to lato

Jest połowa stycznia. Ofiary postanowień noworocznych tracą resztki motywacji, w siłowniach powoli da się dopchać do hantli. Gdzieś tak do połowy lutego jeszcze będzie jako tako a potem zacznie się wysyp zapaleńców sylwetki last minute i znów trzeba będzie robić łokciami w szatni.

CrossFit, jak każdy fit biznes nie jest wolny od obiecywania gruszek na wierzbie – nie dalej jak w listopadzie zeszłego roku widziałem reklamę jednego z boksów, który zapraszał do zrobienia sylwestrowej sylwetki. Rzecz jednak w tym, że tak jak klasyczne fitness kluby, tak i krosfitowy box nie da Ci boskiego ciała na lato.

Półbogi…

Kiedy patrzymy na czołówkę krosfitu –  tak rodzimego jak i zagranicznego –  widzimy półbogów niemalże. Panowie jak spod dłuta, panie takie że oczopląsu dostać idzie – normalnie żywa reklama krosfitnesu – nic, tylko iść, ćwiczyć i czekać aż zajebistość żyłami popłynie. Wystarczy jednak trochę zainteresować się tematem, poczytać o przeszłości tych półbogów –  i nagle okazuje się że KAŻDY z nich ma solidne (nierzadko dwudziestoletnie) zaplecze w innych sportach i to, że dźwiga w chuj i wygląda jak z obrazka to nie jest zasługa CrossFitu, tylko skomasowany efekt kilkunastu lat ciągłej styczności ze sportem a często gęsto poświęcania mu całego swojego życia.

… i chudopachołki

Robię ten krosfit od 2,5 roku. Lepiej, lub gorzej, z przerwami na drobne kontuzje,  ale chodzę do tego boksa, znam ludzi z którymi trenuję (bo przecież ze sobą rozmawiamy i coś tam o sobie wiemy), widzę jakie progresy robią, jak się zmieniają i prawda jest taka, że żaden z nich nie stał się dzięki krosfitowi nawet ćwierć boski, żaden nie zrobił plażowej sylwetki. Owszem, jest wielu którzy wyglądają zajebiście, ale wszyscy oni, wszyscy co do sztuki, zanim trafili na CrossFit uprawiali inne sporty i trafili do boxa z dobrą „bazą”, którą trzeba było tylko doszlifować.

Zwykły Kowalski, którego jedynym życiowym sportem było wyczynowe garbienie się nad książką/laptopem nie stanie się po roku klonem Ryśka Froninga. Nie stanie się nim też po dwóch ani po pięciu. Sam jestem takim Ziutkiem, który większość życia spędził nad książkami i komputerem; nagle po trzydziestce odkrył sport i mimo, że żrę jakbym miał tasiemca a na treningach się nie opierdzielam, to nie ma takiego mistrza fotoszopa, który posłałby mnie na okładkę Men’s Health. Widzę też znajomych „mojego pokroju” – ludzi z banków, korporacji, mających rodziny i biurową pracę na etacie – im też nikt by nie zaproponował sesji do „Playgirl”, bo choć są sprawni i silni, wciąż im daleko do tych, którzy robią za żywą reklamę CrossFitu.

Mniej ładni, ale nie brzydsi

To nie jest tak, że trenujemy gorzej, częściej jemy niekoszernie i ogólnie słabiej się przykładamy do treningów . Wyglądamy tak, jak wyglądamy, bo zaczynamy od zera, bo naszym sportem był Excel bez trzymanki i sprint przed deadline’m. Nie mamy w zanadrzu dwudziestu lat judo, dziesięciu lat gimnastyki, czy jakiegokolwiek innego, uprawianego od dziecka sportu. Patrząc z perspektywy dowodu osobistego, sport nie stanowi nawet 1/10 naszych życiorysów. Jesteśmy wciąż świeży i nieopierzeni. Dopiero zaczynamy.

Nie poświęcamy też krosfitowi całego życia. Nie jesteśmy trenerami personalnymi ani aktorami, którzy przygotowując się do roli wywracają życie do góry nogami. Jesteśmy typowymi Kowalskimi i nie możemy sobie pozwolić na totalną rewolucję w życiu. Choćby dlatego, jeszcze przez kilka najbliższych lat nie będziemy wyglądać jak młodzi bogowie.

To nie tylko kwestia wyglądu.
Oczekiwanie od siebie, że zrobi się Fran w pięć minut jest absurdem,  jeśli nie ma się sportowej przeszłości. Łapanie się za ciężary na RX jest równie głupie – bo nie zostały dobrane z myślą o nawróconym księgowym. Owszem, każdy z nas ma w boxie znajomego, który robi rozgrzewkę Twoim PRem – ale  spójrz na niego, albo lepiej zapytaj, ile lat chodził na siłownię, co wcześniej trenował –  i dopiero wówczas się do niego porównuj.

Nie zostaniesz milionerem

Znane porzekadło mówi, że kobieta może milionerem uczynić tylko tego mężczyznę, który już jest miliarderem. Podobnie jest z Krosfitem – da ci zajebistą sylwetkę, ale tylko wtedy, gdy wcześniej już coś ćwiczyłeś, najlepiej przez kilka ładnych lat. Jeśli masz już na sobie trochę mięsa, CrossFit wyrzeźbi ci je tak, że sam siebie nie poznasz. Jeśli jednak jesteś posiadaczem sylwetki biurowej to nie oczekuj, że w kilka miesięcy zmienisz  się w Adonisa, bo to się nie stanie.

Jeśli nie masz solidnej „bazy mięśniowej” i „zaplecza sportowego”, CrossFit (ani żaden inny fit-wynalazek) nie da Ci boskiego ciała w miesiąc, w dwa ani nawet w pół roku. Nie zrobisz też Fran w pięć minut – nie ma co się oszukiwać.

CrossFit zrobi z ciebie mistrza, jeśli już jesteś zajebisty.
Cała reszta będzie po prostu lepsza, niż wczoraj.

 

Szklanka w połowie pełna

Jednym z głównych „atutów reklamowych” CrossFitu jest społeczność ćwiczących. Owa „CrossFit community” ma być tym, czego brak jest w klasycznych fitness klubach – zżytą paczką znajomych, sportową grupą wsparcia, która zamiast zawistnie patrzeć na twoje bicepsy, czy pośladki, będzie cię dopingować i wspierać w sportowej walce.
Jednak sam sport i zdrowy styl życia to nie wszystko. CrossFit to także pamięć o poległych,  workouty połączone ze zbiórkami pieniędzy. To wsparcie lokalnej społeczności w chwilach, gdy pomimo dwóch stów w deadlifcie czujesz, że sam nie dasz rady.  Ta bardzo amerykańska „samoorganizacja” ludzi, którzy zamiast jojczyć i czekać aż „ktoś coś zrobi” sami zakasują rękawy i robią to, czego  sytuacja wymaga.
To coś, co bardzo chciałbym zobaczyć na swoim podwórku.

Rodzima CF community, szczególnie w jej facebookowej postaci, nie ma najlepszej opinii. Najprościej było by powiedzieć, że tacy po prostu jesteśmy – mali, zawistni, egocentryczni i skupieni na byciu lepszym od innych – ale nie byłaby to prawda. W internecie, jak w każdym innym medium, najbardziej widoczne jest to, co najbardziej kontrowersyjne i najmniej wartościowe. Tymczasem poza garstką frustratów, jest cała masa życzliwych osób, które nie są tak „medialne” jak sieciowi debile – ale są i wystarczy tylko im powiedzieć „hej, zróbmy coś razem”, by zamiast kolejnej internetowej kupy powstało coś pięknego, co będzie miało realne przełożenie na ludzkie życie.
Świetnym przykładem takiej akcji jest zbiórka pieniędzy na leczenie i rehabilitację Hani Mielec, w którą włączyła się spora część znanego mi sportowego Internetu. Nie wiem, jak to wyglądało na innych profilach, ale na dajeszojcu wystarczyło rzucić hasło, że potrzebna jest pomoc i nagle kilkadziesiąt osób bez zastanowienia sięgnęło do kieszeni. Ot tak, po prostu, bo gdzieś tam komuś potrzebna jest pomoc – a to przecież normalne, że się pomaga.

Gdy myślę o polskiej krosfitowej społeczności, to chciałbym ją widzieć taką, jaką była tego dnia – bezinteresowną, nastawioną na innego człowieka, chętną do pomocy. Tak, wiem, zaraz ktoś powie że to naiwne i sprzeczne z naszym „polskim charakterem” – ale kurna chata – skądś się te kilkadziesiąt przelewów wzięło!  Ktoś powie, że to tylko kilkadziesiąt osób na 2,5 tysiąca „fanów” – ale dzięki temu „tylko” będą pieniądze na leki, benzynę by dojechać do lekarza, będzie kilka zmartwień mniej –  więc to żadne „tylko”, lecz bardzo dużo. Każde trochę to więcej, niż nic!
Pamiętajmy też, że ludzkie zachowania są zaraźliwe – zarówno te złe, jak i te dobre –  więc dzisiejsze kilkadziesiąt za tydzień będzie setką, za miesiąc dwoma a za rok się okaże, że co drugi krosfiter komuś pomaga – i to będzie zajebiście wielkie „tylko pół”.
Pół, dzięki któremu połowie potrzebujących będzie w życiu lżej.

Wykręty, wymóweczki, usprawiedliwienia…

No dobra, ale dlaczego mam komuś pomagać, skoro mi nikt nie pomaga?
Przede wszystkim dlatego, że jesteś człowiekiem a ludzie przetrwali tylko dlatego, że jeden pomagał drugiemu. Pomimo różnych skurwysyństw, które zgotowaliśmy sobie nawzajem, jesteśmy tu gdzie jesteśmy tylko dlatego, że ludzie wspierali jeden drugiego. To  że ktoś wobec ciebie zachował się jak menda nie jest powodem, byś ty również był mendą wobec innych – bo zachowując się w ten sposób zniżasz się do jego poziomu i powielasz mendowate wzorce.
Oczywiście, możesz argumentować tekstami o przetrwaniu najsilniejszych, ale pamiętaj, że nawet najsilniejszy wojownik kiedyś bywał ranny i on też potrzebował pomocy a ciężko jest o pomoc w atmosferze „wyścigu szczurów”.
Ja wiem, że fajnie jest myśleć o sobie jako  twardzielu, który niczego od nikogo nie potrzebuje, ale jeśli tak myślisz to…. Nie, nie będę złośliwy. Prędzej czy później życie zweryfikuje twoje poglądy w sposób dużo bardziej dosadny, niż moje słowa…

Każdemu w życiu powija się noga. KAŻDEMU. Możesz być okazem zdrowia a jutro odkryją u ciebie nowotwór, możesz w wypadku stracić nogi i zostać przykuty do wózka. Ktoś z twoich bliskich może zachorować na nieuleczalną chorobę a możesz też zwyczajnie przepajacować z ciężarem i rozpieprzyć sobie kręgosłup na treningu.
Pół biedy, jeśli masz bogatych rodziców, którzy gotowi są poświęcić ci resztę życia, ale jeśli to ty  jesteś rodzicem i oprócz małego dziecka masz na głowie kredyt hipoteczny, to masz zwyczajnie przejebane.
PRZE-JE-BA-NE.

W społeczeństwie, gdzie nikt nikomu nie pomaga, będziesz skazany na samotność i wegetację w biedzie, zaś wśród ludzi, dla których pomoc jest naturalna, zawsze znajdzie się ktoś, kto przyniesie ci bułki i koc na zimę. Dziś pomagasz ty, jutro pomagają tobie – prościej się nie da. Jeśli nie nauczono cię empatii, potraktuj to jako polisę ubezpieczeniową. Polisa ta, jak każda inna, może się nie zwrócić – bo a nuż ci się pofarci i będziesz miał „bezwypadkowe życie” – ale praktyka pokazuje, że lepiej ją mieć, niż  resztę swoich dni przewegetować w ciemnej dupie.
I nie oszukuj się, że jesteś niezniszczalny.
Nikt nie jest.

Sam/a nie mam kasy i nie stać mnie na pomaganie.
Ale na karnet na CF i modne ciuszki to masz?
No jasne, ja rozumiem, że to jest Twoja ciężko zarobiona kasa i masz prawo wydawać ją na co tylko chcesz – ale proszę nie mów wtedy że „nie masz”, tylko że  „nie chcesz”. Bądźmy wobec siebie uczciwi i nazywajmy sprawy po imieniu.

Jakbym tak każdemu pomagał to bym zbankrutował.
Masz rację –  czegoś takiego nie zniósłby nawet portfel arabskiego szejka. Rzecz w tym, że nie trzeba pomagać każdemu –  wystarczy, że pomożesz  jednej, dwóm osobom ze swojego otoczenia. Mając na uwadze, że każdy  zna kogoś, komu trzeba pomóc, rychło się okaże że pomagając tylko „znajomym” ogarniamy wszystkich dookoła.
Nie potrzeba też tu wielkich pieniędzy –  wystarczy dwa złote tygodniowo, by efektem skali osiągnąć olbrzymi efekt. Jeśli uważasz, że to demagogia, policz sam: mam na fanpejczu 2,5 tysiąca fanów, jeśli każdy z nich, tygodniowo przeleje 2 złote na pomoc potrzebującym, to tygodniowo zbiera się tego 5K a po miesiącu jest tego 20 tysięcy.
Wiesz ilu osobom można pomóc taka kwotą?
A wiesz ilu jest blogerów z dużo większą ode mnie liczbą fanów?

Maszyna do życia

O tym, jaka jest siła takich pieniędzy, niech świadczy historia, którą w tym roku usłyszałem od wolontariusza Szlachetnej Paczki: Była sobie samotna matka, która nie mogła się podjąć pracy, bo sama wychowywała chore dziecko – nie miała więc pieniędzy na życie, bo nie mogła podjąć pracy – sytuacja totalnie patowa. Potrafiła co prawda szyć, ale nie było jej stać na maszynę (ani na leki dla dziecka). Poprosiła więc, by w paczce ktoś podarował jej maszynę, dzięki której mogłaby dorabiać poprawkami krawieckimi.
I wiesz co się stało, gdy dostała tą maszynę?
Mogąc pracować z domu (i jednocześnie opiekować się dzieckiem) kobita powoli stanęła  na nogi i po roku sama pomagała innym potrzebującym!
Więc teraz pomyśl proszę, że ten twój batonik, te dwa zeta, których nawet nie zauważysz gdy ci z portfela wypadnie, może komuś pomóc wyjść z biedy. Możesz komuś podarować normalne życie (a sobie zaoszczędzić burpeesów na najbliższym treningu).
A to wszystko za dwa złote tygodniowo!

Nie dam na Cwaniaka!

Nie pomagam, bo nie mam pewności, czy moja darowizna nie pójdzie na lewe konta.
Jeśli faktycznie każdą pomoc i zbiórkę postrzegasz jako potencjalne pole do przekrętów to jest mi Cię zwyczajnie szkoda, bo strasznie smutno musi być żyć w przeświadczeniu, że każdy chce Cię wyrolować. Wiem, że świat nie jest różowy, że są cwaniaki i kanciarze, ale nie pomagając nikomu, żeby przypadkiem nie trafić na oszusta sprawiasz, że świat jest jeszcze gorszy, bo cwaniak i tak znajdzie sposób by przycwaniakować a biedni pozostaną biedni. Oczywiście, poczujesz się przy tym lepiej –  bo przecież nie dałeś się nabrać (choć nawet nie wiesz, czy ktoś miał taki zamiar) – ale gdzieś tam po drugiej stronie zostawiasz tą matkę z dzieckiem, która bez maszyny do szycia nie ma szans na powrót do normalności.

Zastanów się też proszę, czy to, że postrzegasz świat jako wrogi i czatujący na to by cię wydymać ,aby na pewno świadczy o tym, że jesteś takim atrakcyjnym celem do wydymania, czy też po prostu traktujesz to jako wymówkę, by nie robić nic.

To się nie śni

Moje marzenie o rodzimym CF community to de facto marzenie o społeczeństwie obywatelskim – zaufaniu, wzajemnej życzliwości, podawaniu sobie ręki, gdy ktoś zaliczy życiowego NoRepa. Dlatego z przyjemnością patrzę na to, co się dzieje przy okazji zbiórki dla Hani Mielec, bo to pokazuje, że nie zatraciliśmy normalnych odruchów, że jest w nas potencjał na coś więcej, niż konsumentów osiemnastej edycji tańca z gwiazdami. Że w czasach atomizacji i mody na egocentryzm są jeszcze ludzie, którzy patrzą dalej, niż poza ekran smartfona.

Ktoś powie, że to naiwne –  że wokół zawiść, afery, umowy śmieciowe i parawany nad Bałtykiem. Zgadza się –  tak jest – ale z drugiej strony zaglądam na konto pomocowe dla Hani i wiesz, co widzę?
Że w czasie pisania tego tekstu wpadło kolejne 500zł.

Jak dla mnie, szklanka jest do połowy pełna 🙂

 

P.S.
A jakbyś chciał dorzucić swoje dwa zeta – to tu masz skarbonkę.

Bilans roczny 2015

Rozpisawszy rok temu luźne plany na rok 2015ty byłem niemal pewien, że zrealizuję je wszystkie z górką. Rzeczywistość, jak to zwykle bywa, pokazała że ma na ten temat inne zdanie – ale i tak nie da się ukryć, że był to dla mnie, jako sportowca amatora, rok wyśmienity.

Głównym zadaniem na rok 2015ty było ogarnięcie dwuboju w stopniu takim, by samodzielne treningi nie były igraniem z kalectwem i plan ten został zrealizowany. Widać to nie tylko procentowym wzroście elementów ciężarowych w moich treningach (12% w górę), ale też po tym, jak one wyglądają (mam bogate archiwum video, toteż jest się z czego pośmiać). Co prawda nadal nie jest to taki poziom, z którego byłbym zadowolony, ale też nie ma co oczekiwać cudów po roku nieregularnych treningów. Grunt że nastąpiło wyjście z mroków dupy i można spokojnie szlifować formę.

Kwestia formy łączy się nierozerwalnie z drugim dużym zadaniem na rok 2015ty, czyli mobilnością. Startując z poziomu „dno i metr mułu”  nie spodziewałem się szalonych osiągnięć, niemniej już widzę, że po trzech miesiącach konsekwentnej pracy nad rozciąganiem i rolowaniem siadam głębiej i sięgam dalej. Jest to bardzo fajny sygnał, który pokazuje że przy odrobinie uporu i konsekwencji (no dobra, nie takiej znowu odrobinie) nawet taki mobilny antytalent jak ja może zrobić OHSa bez podkładek, czy butów do podnoszenia ciężarów.

A skoro jesteśmy już przy OHS.
Rok temu nie byłem w stanie zrobić OHSa nawet z rurką PCV – tak biedna była moja mobilność. Rok 2015 zamykam trzema przysiadami z 85% masy ciała nad głową oraz setkami lżejszych OHSów w zwykłych treningowych minimalach. Rzecz jasna, nadal nie jest to techniczna żyleta, ale progres jest zdecydowany i pozostaje tylko pracować nad formą

Podobnie rzecz ma się z pistolsami. Na początku roku nie byłem w stanie zrobić ani jednego bez asekuracji, jednak wskutek konsekwentnej pracy nad mobilnością ( bo ona była tu problemem) już w marcu robiłem po kilka sztuk bez podkładek, zaś w sierpniu zrobiłem 20 prawilnych sztuk unbroken.
To tylko pokazuje, jak istotną kwestią jest porządna mobilność – bez niej nie ma co myśleć o poprawnym wykonywaniu ćwiczeń a są takie, których nie uda się zrobić wcale – vide pistol.

Spektakularnym sukcesem był Muscle Up, który początkowo toporny i gramolony na siłę, w listopadzie wszedł jak należy w ilości pięciu sztuk pod rząd. Pracowałem nad nim długo i mozolnie, jednak podobnie jak w przypadku pozostałych ćwiczeń, padł ofiarą konsekwencji i uporu 😉

#lubiszjakboli

Nieco mniej spektakularnym, ale również sukcesem było oswojenie wioseł. Nigdy ich nie lubiłem, bo moja wydolność i odporność na mózgojeba była żadna (że o technice wiosłowania nie wspomnę). Przy odrobinie pomocy ze strony Anki  z Rowing for Amateurs  i dużej dawce samozaparcia  udało mi się oswoić ergometr i choć nadal wyżyma mnie jak szmatę do podłogi, nie unikam go tylko traktuję jak wyzwanie, z którym trzeba się zmierzyć.
Z rzeczy bardziej wymiernych – wg statystyk na BTWB ergometr był u mnie najpopularniejszym ćwiczeniem minionego roku, zaś  w porównaniu z wynikami sprzed dwunastu miesięcy, z kilometra urwałem 30 sekund a z połówki 20.

Pozostając w temacie mózgojeba, zakochałem się w Assault Bike, który stał się moim ulubionym sprzętem treningowym. Mieszam go ze wszystkim co się da, w każdej możliwej konfiguracji, płaczę jak trenuję i jestem zajebiście z tym szczęśliwy 😀

Ostatnim sukcesem jest lina, po której zacząłem wchodzić w ramach ćwiczeń pomocniczych do Muscle Upa, a która skończyła jako samodzielny element treningowy (oraz powód zakupu nanosów).

Uszy po sobie

Jedną z porażek jest na pewno chodzenie na rękach, które przypomina pierwsze, ledwo-ledwo gramolone Muscle upy. Planowo miałem je ogarnąć do marca 2015, ale wszystko wskazuje na to, że będzie rok poślizgu. Ewidentnie nie da się nauczyć wszystkiego na raz 😉

Drugą porażką były kontuzje, których nie udało się uniknąć. Pocieszający jest tylko fakt, że jedna z nich to był stary, niezaleczony uraz z poprzedniego roku zaś druga nie była wynikiem jakiegoś spektakularnego przegięcia, tylko zwykłego zmęczenia materiału. Innymi słowy: niby porażka, bo kontuzje jednak były, z drugiej strony jednak sukces, bo żadna z nich nie była efektem „jazdy na wariata”. Udało mi się ćwiczyć z rozsądkiem i umiarem –  a to w moim przypadku sukces nie lada.

Rolnik robi PR

Miniony rok mogę śmiało nazwać „rokiem rolnika”, ponieważ jak ten rolnik, najpierw ogarnąłem swój ugór, potem na nim zasiałem, następnie doglądałem tego co posiane by na koniec  zebrać plony.
Uczciwie włożyłem w siebie dużo pracy, wysiłku i teraz bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że przyniosło to wymierne efekty. Rzecz jasna nie ogarnąłem tego ugoru na cacy –  wciąż jeszcze wiele pracy przede mną – ale jest już bliżej niż dalej.

Cieszy też mentalne odejście od pogoni za PRami i przestawienie w tryb „powoli do celu”. Mniej mnie interesuje ILE jest na sztandze a bardziej W JAKIEJ FOFRMIE ta sztanga ląduje na barkach, czy nad głową. Cieszy o tyle, że im mniej szarpaniny i poddawania się ambicji, tym większe szanse na rok bez kontuzji.

lans bauns i gratisy

Ostatnim sukcesem jest dajeszojciec.pl (tak blog jak i fanpage), który wg informacji, jakie otrzymuję od ludzi, jest najlepszym krosfitowym blogiem w Polsce. Z poziomu bardzo niszowego i w zasadzie nieznanego bloga udało mi  się przekształcić go w miejsce, na którym muszę uważać co piszę, ponieważ odbija się to echem po krosfitowym światku. Z tym uważaniem bywało różnie – w końcu dajeszojciec to tylko człowiek ze wszystkimi ludzkimi słabostkami i ułomnościami  –  ale patrząc na to, co się przez rok w internecie wydarzyło, mogę spokojnie powiedzieć, że robiłem co chciałem, nikomu sie nie kłaniałem i krzywdy nikomu nie wyrządziłem -a to już sukces nie lada 😉

A w przyszłym roku widzimy się w Carson

Pisanie o planach jest zawsze trochę ryzykowne, bo nigdy nie wiadomo co nas w życiu spotka. Z drugiej strony robienie planów i nadziei jest czymś naturalnym, bo każdy ma jakieś ambicje i marzenia, których nie da się zrealizować od ręki. Moje sportowe plany są na tyle długofalowe, że o konkretach będę pisał pewnie za rok, może dwa. Na razie w menu jest mozolna praca nad brakami, których szczęśliwie jest coraz mniej i konsekwentne parcie do przodu bez oglądania się na innych.

No i hejtowanie w internetach, bo od hejtu zarost twardnieje 😉