Dlaczego do BOXa nie wejdziesz na kartę multisport (tudzież innego benefita)

Ile razy CrossFitowa dyskusja nie zahaczy o fitness karty, tyle razy rozpętuje się shitstorm. Ta z pozoru banalna i oczywista kwestia generuje emocje nie mniejsze niż spekulacje, który z czołowych polskich CrossFiterów wącha sterydy i wstrzykuje marihuanę. Tymczasem, jeśli spojrzeć na temat chłodno i obiektywnie, sprawa jest tyleż banalna, co oczywista.

Zdecydowana większość BOXów nie akceptuje fitness-kart z jednego zasadniczego powodu: Nie opłaca im się to. Wszystkie te benefity/multisporty bazują na tym, że klient wpada do lokalu raz-dwa razy w tygodniu a zysk generuje się efektem skali (to tak w DUŻYM uproszczeniu). Gdyby nagle posiadaczy fitness kart coś tknęło i zaczęli przychodzić na treningi 4-5 razy w tygodniu, cały ten system poleciałby na łeb na szyję, bo księgowym przestałyby się dodawać słupki w Excelu a ludzie pozabijaliby się w kolejce do szafki.

Fit-karciany biznes działa dlatego, że większość posiadaczy tych kart to „okazjonalni sportowcy”. Nie oceniam, czy to dobrze czy źle, rzecz w tym, że tak po prostu jest. Pracuję po korporacjach od dziesięciu lat i widzę, jak ludzie z tych kart „korzystają”. Owszem, zawsze znajdzie się kilku zapaleńców, którzy niemal śpią na sali treningowej, ale zdecydowana większość ludzi z tych kart nie korzysta albo korzysta incydentalnie. Płacą ¼ wartości (resztę sponsoruje firma) na wszelki wypadek, bo może się przyda i wpadają na fitness jak ich sumienie po świętach ruszy.

Jak wspomniałem, „karciany biznes” opiera się na masie, efekcie skali – i jest to dokładne przeciwieństwo tego, na czym opiera się CrossFit – czyli zajęciach dla małych grup. CF to sport dla tych, którzy nie traktują aktywności rekreacyjnie. Owszem, znajdą się i tacy, ale po ponad dwóch latach spędzonych w BOXie kojarzę raptem kilka takich osób. Dosłownie kilka.

CF to w zdecydowanej większości sport zapaleńców, którzy nie traktują treningu jako sposobu na plażową sylwetkę last minute. To także skomplikowane technicznie ćwiczenia, których nie nauczysz się po dwóch, trzech, czy pięciu zajęciach. Oczywiście, wszystko można przeskalować do poziomu emeryta, jednak  nie o to w tym sporcie chodzi. Aby móc w miarę swobodnie brać udział w treningu, trzeba spędzić sporo czasu na szlifowaniu techniki a tego nie da się osiągnąć wpadając do boxa dwa razy w tygodniu podpompować bica przed dyskoteką. To trwa miesiącami i wymaga uporu oraz konsekwencji – czyli cech, które z punktu widzenia karcianego fit-biznesu są jak najbardziej niepożądane, bo psują efekt skali.

Stygmaty i wyrzuty sumienia

Ilekroć się wspomni o tym, że większość posiadaczy fit-kart to „niedzielni sportowcy” zaraz podnosi się larum ze strony tych, którzy posiadane karty wyciskają aż się nadruk łuszczy – że się ich stygmatyzuje, stawia po gorszej stronie, wrzuca do jednego worka z niedzielnymi sportowcami, etc. Trudno o większą bzdurę! Nikt nikogo nie stygmatyzuje! Liczy się tylko to, co se sobą robisz, ile z siebie dajesz – nie da się jednak zaprzeczyć, że gros posiadaczy fit-kart to SĄ niedzielni sportowcy, bo w fitness klubie widać ich od święta. Ci okazjonalni sportowcy też nie są gorsi – bo ważne że w ogóle coś robią – rzecz w tym, że w klasycznym CF modelu nie ma dla nich miejsca. CrossFit nie jest dla nich – bo dwubój, bo zaawansowana gimnastyka, bo małe zżyte ze sobą grupy.
To nie stygmatyzowanie – to czysta, żelazna logika.

Rozpieszczeni dopłatami

Grosze, które płacimy za karty sprawiły, że zapomnieliśmy, ile faktycznie kosztuje członkostwo w fitness klubie. Trzy lata temu, gdy zimowałem na siłowni, płacąc z własnej kieszeni 100% wartości karnetu  na 8 wejść w miesiącu płaciłem 120 złotych. Tymczasem za sponsorowaną przez firmę fit-kartę pracownik płaci (zazwyczaj) ¼  jej rynkowej wartości i myśli, że to norma. Oswaja się z faktem, że za 50 złotych może wejść zawsze i wszędzie a potem jest wielkie zdziwienie gdy dowiaduje się, ile rzeczy kosztują naprawdę.  CrossFitowy BOX to nie jest sieciowa placówka z jej mocą przetargową – to mały, można powiedzieć „rzemieślniczy” wyrób. Różnicę w cenach pomiędzy produktem masowym i rzemieślniczym świetne widać na przykładzie piwa – tyskie w promocji można kupić za 2,5 złotego, zaś browar rzemieślniczy kosztuje 3 razy tyle – i jakoś nikt przeciw temu nie protestuje.

Zachcianki i fanaberie

Ludzie mówią „nie stać mnie na CrossFit”, co ma być argumentem za tym, że jest za drogi  – i to jest normalne – bo normalnym jest, że różnych ludzi nie stać na różne rzeczy. Nie mówię tu o skrajnej biedzie, czy niemożności kupna artykułów pierwszej potrzeby – tylko niemożności kupna tego, co nie jest do życia niezbędne a co bardzo by się chciało. Niemożność zaspokojenia zachcianki.

CrossFit nie jest towarem pierwszej potrzeby – tak jak nie jest nim ajfon, ajpad, wycieczka w egzotyczne kraje, czy lepszy samochód. Nie jest to też produkt luksusowy – moim zdaniem jest to solidny „produkt rzemieślniczy”  i kosztuje tyle, ile realnie kosztuje „praca rąk” a nie plastik przywieziony z chińskiego obozu pracy.  Nie jest to jednak coś co  każdy musi mieć, bo inaczej umrze.
Tak, jak zamiast ajfona można mieć Samsunga, HTC czy inną Nokię – tak zamiast CrossFitu można mieć  karnet na korpo-siłownię i też będzie dobrze a jedynym, co ewentualnie ucierpi, będzie nadwrażliwe ego posiadacza.

Moją małą zachcianką jest mieć Maca Pro, ale w wersji full wypas kosztuje on ponad 30 tysięcy i zwyczajnie mnie na niego nie stać – dlatego też zadowalam się dużo tańszym sprzętem made in Taiwan i nie marudzę, jaki to sprzęt od Apple jest drogi (choć faktycznie, drogi jest w chuj). Tymczasem raz po raz, głównie ze strony posiadaczy fit-kart słychać utyskiwanie na ceny karnetu do BOXa. Owszem, tani nie jest – ale jak cię na niego nie stać to korzystaj ze sportowej karty którą masz, tak jak ja korzystam z tańszego sprzętu komputerowego.

Prywaciarz gra po swojemu

Argument, jakoby cena CrossFitu była tyleż skutkiem mody, co chciwości właścicieli BOXów jest dla mnie typowym przykładem myślenia na zasadzie „kto ma więcej ode mnie –  ten złodziej”. Jest to myślenie głupie i nawet nie zamierzam z nim polemizować. Warto natomiast wykonać mentalnego HERO WODa i postawić się na miejscu owego właściciela BOXa, który postanowił związać się z takim a ni innym typem sportu, przyjąć związany z nim model biznesowy, wpakował w to swoje oszczędności i wziął kredyt na wiele lat –  dlaczego więc miałby na tym nie zarabiać w sposób taki, jaki mu odpowiada? Przyjmijmy do świadomości że to jego, prywatny biznes i jego prywatne zasady. Przyjmij je, albo idź tam gdzie Ci lepiej –  a nie jojczysz, że „przyszedłbyś tu ale nie odpowiadają ci zasady”.
Nie podoba Ci się –  to idź gdzie indziej.

CrossFit to prywatny biznes, którzy rządzi się brutalną rynkową arytmetyką. Jeśli chcesz go i cię na to stać – płać i trenuj; jeśli nie stać– ćwicz to co możesz tam gdzie możesz. Jeśli czujesz się przez to gorszy –  zastanów się, czy zamiast CrossFitu nie potrzebujesz pomocy psychologa, bo bazowanie swojej samooceny na podstawie miejsca, w którym ćwiczysz to nie jest zdrowy objaw.

Jeśli ktoś powie ci, że jesteś gorszy, bo nie ćwiczysz w afiliowanym BOXie – zignoruj go albo nazwij zjebem i rób dalej swoje.
Bo koniec końców liczysz się tylko Ty i Twoja satysfakcja z treningu.

foto pochodzi ze strony zenplanner.com

Reklamy

Trzynaście najczęstszych pytań odnośnie CrossFitu

Czy honorujecie karty benefit/multisport/jakiekolwiek inne?

Nie.
CrossFitowy box to nie fitness-hurtownia i nie działa wg fitnesowego modelu biznesowego, w myśl którego sprzedaje się multum karnetów, których właściciele wpadają na zajęcia 2 razy w tygodniu. Metodologia krosfitu opiera się na zajęciach dla małych grup, toteż niemożliwe jest tu wykorzystanie „efektu skali” i honorowanie karnetów dodawanych do pakietów pracowniczych.

Dlaczego to takie drogie?

Koszt uruchomienia średniej wielkości boxa jest porównywalny z kosztem zakupu nowego mieszkania. Nie otwierają ich wielkie fitnesowe sieci, tylko zwykli ludzie, którzy nie mają preferencyjnych stawek najmu, nie mają mocy przetargowej wielkich firm – zaciągają więc kredyty, które muszą spłacać – a żeby móc je spłacać muszą zarabiać.

Jestem kobietą, czy od CrossFitu zacznę wyglądać jak facet?
Spokojnie, od krosfitu włosy na klacie nie rosną. Zwały mięśni też nie. Te wszystkie zrobione i napakowane zawodniczki nie trenują od wczoraj, ani od przedwczoraj ani od zeszłego roku. Prawdę mówiąc nie znam nikogo, ale to NIKOGO, kto by na krosficie zrobił muskulaturę. Rzeźbę –  owszem – zrobisz jak cacy, ale o zwałach mięśni możesz spokojnie zapomnieć.
No, chyba że chcesz bawić się w małego chemika…

Czy to jest bezpieczne?
Żaden sport nie jest bezpieczny, jeśli uprawiasz go na pałę. CrossFit da ci wiele, ale wiele też od ciebie oczekuje – min tego, że będziesz uważać i przykładać się do tego, co robisz – dlatego też zapomnij o obiegowych opiniach głoszących, że ” w krosficie nie liczy się technika, tylko szybkość”.
Trenuj z głową, zostaw ego za drzwiami a nikomu nie stanie się krzywda.

Czy dam sobie radę?
Nie dasz – ale to nic nadzwyczajnego, bo NIKT za pierwszym razem nie daje – wszyscy zdychają, płaczą, sapią, czasem ktoś się porzyga. To normalne  na pierwszym treningu. Na drugim czasem też. I na trzecim… A potem się przyzwyczaisz 😉

Czy będzie bolało?
BĘDZIE. Poczujesz palenie w płucach, śniadanie w gardle, usłyszysz chóry anielskie i zrobi ci się ciepło w gaciach a na koniec tego wszystkiego endorfiny urwą ci głowę.
Polubisz ból i zaczniesz nim smarować chleb.
A nie, jaki chleb, przecież zaraz przejdziesz na paleo…

Za słaby jestem na to…
I zawsze będziesz dopóki nie zaczniesz. Nikt od ciebie nie oczekuje, że będziesz mistrzem pierwszego treningu. Nikt nie oczekuje, że wygniesz sztangę w pałąk. Jedyne, czego od ciebie oczekujemy to abyś dał z siebie wszystko co masz. Ile byś tego nie miał/a – jeśli dasz z siebie wszystko, dla nas będziesz kimś.

Dlaczego mówicie po angielsku, nie można po polsku?
CrossFit powstał w USA toteż całe związane z nim nazewnictwo jest w języku angielskim. O ile ćwiczenia z dwuboju olimpijskiego mają jeszcze jako tako zgrabne rodzime odpowiedniki, o tyle „wspieranie ciągiem na kółkach” brzmi po prostu chujowo.
Dlatego mówimy „Muscle up”.

Kiedy robicie nogi?
Zawsze. Trening bez przysiadów nazywa się „rest day”.

Kiedy robicie klatkę i biceps?
Nigdy. Nie trenujemy „na coś”, tylko po to, by być sprawniejsi a ponieważ łańcuch jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo, trenujemy wszystko równomiernie. CrossFit nie jest sportem sylwetkowym, tylko funkcjonalnym – nie liczy się to, jak wyglądasz tylko to, co potrafisz.
Z drugiej strony nie da się ukryć, że CrossFiterzy wyglądają zajebiście – ale to produkt uboczny a nie cel sam w sobie.

Czy muszę mieć ciuchy od Reeboka?

Nie, nie musisz. Możesz przyjść w starych dresach i trampkach i nikt nie zwróci na to uwagi. Wyglądaj jak chcesz, bylebyś przykładał się do tego, co robisz –  bo nikt nie skomentuje Twojego wyglądu, za to każdy zauważy, gdy oszukujesz.
I będzie wstyd.

Po co wam te piłkarskie skarpety?
Ponieważ rany na piszczelach, szczególnie te od wchodzenia po linie, paskudnie się goją.

Dlaczego tu nie ma maszyn?
Bo to nie fabryka 😉

Skąd się biorą kontuzje w CrossFicie

Ciągnąca się za CrossFitem opinia sportu kontuzjogennego (tudzież zwyczajnie niebezpiecznego) bierze się głównie z widowiskowości CrossFitowych treningów. Nie mam zamiaru udawać, że tak nie jest – bo w CrossFicie, jak w każdym sporcie, kontuzje występują i występować będą tak długo, jak długo ludzie będą go uprawiać. Chciałbym jednak sprostować kwestię przyczyn tych kontuzji, ponieważ moim zdaniem są one zupełnie inne, niż obiegowo powtarzane „trenowanie byle jak i na wariata”

Najpierw technika, potem więcej techniki

Zacznijmy od tego, że CrossFit nie jest sportem łatwym. Dwubój olimpijski, ćwiczenia na kółkach gimnastycznych, chodzenie na rękach, praca z kettlami to nie są proste rzeczy – aby je wykonywać poprawnie potrzeba setek  godzin poświęconych szlifowaniu techniki. Rzeczą oczywistą jest, że jeśli nie ma się opanowanej techniki, nie należy zakładać na sztangę dużych ciężarów a czasem nawet nie brać do ręki gryfu, tylko trenować na rurce PVC.
Niestety, nie jest to oczywiste nie dla wszystkich –  szczególnie dla panów, którym ego nie pozwala założyć na gryf mniej, niż kolega obok. Każdy z nas widział takiego zucha, jak go sztanga po sali wozi, jak mu się ręce i nogi rozjeżdżają niczym nowonarodzonej żyrafie –  więc wiadomo o czym mowa. Są to idealni kandydaci do „kontuzji typu pierwszego” czyli kontuzji z głupoty. Z głupoty – bo głupotą jest pracować z ciężarem, który uniemożliwia choćby tylko przyzwoite wykonywanie ruchów. Niestety, przerost ego nad rozumem to dość powszechna przypadłość i nic się na to poradzić nie da. Niektórzy po prostu tak mają, że dopóki się nie rozpieprzą to nie zrozumieją.

Gdzie drwa rąbią tam wióry lecą

Drugi typ kontuzji to kontuzja przez nieuwagę – gdy w ferworze WOD’a ktoś zrzuci sobie sztangę na nogę, przydzwoni w RIGa, czy źle skalkuluje skok na skrzynię i rozwali piszczel. Są to typowe wypadki przy pracy, które można minimalizować poprzez zwracanie większej uwagi na to, co się robi – ale umówmy się –  samokontrola jest równie trudna jak rwanie do siadu.
Kontuzje losowe zdarzają się w każdym sporcie – korzeń na trasie biegacza, dziura w asfalcie dla kolarza –  to są rzeczy nie do uniknięcia i trzeba je po prostu wrzucić w koszta uprawiania sportu.
No, chyba że się robi spięcia bicepsa na ławeczce rzymskiej 😉

CrossFit, jak wspomniałem na początku, jest sportem wymagającym tak od strony kondycyjnej, jak i technicznej. Aby móc poprawnie wykonywać skomplikowane ćwiczenia, trzeba mieć pełny zakres ruchu w stawach, być gibkim, porozciąganym. Owszem, można ćwiczyć CrossFit i bez tego – znany jest przykład rodzimego CrossFittera  z wyższej półki,  który ma problemy z zarzutem do siadu – ale nie po to CF trenujemy, by mieć ograniczenia, tylko po to by się ich pozbyć.
I tu dochodzimy do trzeciej, moim zdaniem najczęstszej przyczyny kontuzji, tj. braków w mobilności.

Trabantem do Monako

99% CrossFitterów (czyli z grubsza wszyscy, poza trenerami) ma pracę siedzącą – toteż przykurcze mięśni i wady postawy są na porządku dziennym. Po pracy też nie za specjalnie o siebie dbamy –  bo nie ma siły, nie ma czasu – i w efekcie nasza sprawność ruchowa jest, mówiąc delikatnie, taka se. Tymczasem przychodząc na trening wystawiamy nasze kiepsko naoliwione zawiasy na przeciążenia, które nie zostały zaprojektowane z myślą „umiarkowanym zakresie ruchu”. Nie bez powodu w podtytule CrossFitu stoi napisane „forging elite fitness” – to jest bardzo wymagający system. Rzecz jasna, dobry trener zrobi porządną rozgrzewkę a rzeczy ponad siły zawsze można przeskalować do wersji będącej w zasięgu choćby i emeryta – ale to będą półśrodki. Nie o to w tym sporcie chodzi. Chodzi o sprawność. Nie milion w siadzie i pakę w rwaniu, tylko ogólną, możliwie maksymalną sprawność całego organizmu.

Bez pełnej mobilności nie ma co myśleć o „długim i szczęśliwym” trenowaniu CrossFitu. Ograniczenia w stawach prędzej czy później odbiją się kwaśną czkawką, ponieważ NIE JEST normalne, by człowiek, który 90% życia spędza na siedząco, bezkarnie robił siady z dwukrotnością masy ciała na plecach.
Tak się nie da na dłuższą metę.

kto drogi skraca – ten do domu nie wraca

Aby podawać swój organizm ekstremalnemu wysiłkowi, trzeba o niego ekstremalnie dbać. Dbać zawczasu, być mądrym przed szkodą. Niestety, zbyt wielu z nas daje się ponieść kilogramom i zapomina, że mikrourazy w stawach, czy ścięgnach kumulują się niczym „darmowe minuty” na komórce, by po osiągnięciu stanu krytycznego pierdolnąć  z wielkim hukiem.
Praca nad mobilnością jest długa, niewdzięczna i daleko jej do spektakularności  nowego PRu w zarzucie do siadu. Mało kto ma ochotę popłakać na piłce lacrosse i czas na rolowanie się milimetr po milimetrze. Chcemy wszystko i jak najszybciej  a w efekcie dostajemy odsiadkę na kilka miesięcy.

Większość kontuzji bierze się moim zdaniem z braków w mobilności. Mały zakres ruchu, pospinanie, niedogrzanie – dodajmy do tego odrobinę (czasem niezdrowej) ambicji i kłopot gotowy.
Używając analogii samochodowej, wsiadamy w te swoje dziesięcioletnie Lanosy nie wymieniwszy uprzednio nawet oleju, wciskamy gaz do dechy, zapierniczamy aż się lakier łuszczy – a potem wielki płacz, że się śrubki z silnika posypały.
A jak miały się nie posypać, skoro gruchotem  próbujesz wejść w hiperprzestrzeń?

Tylko dla dorosłych

Mądrze trenowany CrossFit nie jest bardziej kontuzjogenny, niż inne dyscypliny sportowe – trzeba tylko do niego dojrzeć. Aby trenować go intensywnie, długo i szczęśliwie nie wystarczy dawać z siebie wszystko na treningach – trzeba o siebie zadbać zarówno przed, jak i po treningu.
De facto trzeba zmienić  styl życia.

Ale to nic nadzwyczajnego – każda sekta tego wymaga 😉

CrossFit dla bywalców siłowni i chłopaków z fitness klubów

No dobrze, więc znudziło ci się słuchanie o tym, jaki ten CrossFit jest zajebisty i postanowiłeś pokazać lamusom w fikuśnych gatkach kto tu jest szeryfem? Planujesz wbić na ten krosfitnes i pokazać jak wygląda prawdziwa siła?
Wyśmienicie! Zatem żebyś nie zrobił z siebie pośmiewiska, mam dla ciebie kilka dobrych rad…

Nikt na Ciebie nie patrzy.
Powszechne w fitness klubach obcinanie wzrokiem, taksowanie kto czym ćwiczy, ile na bica bierze i w jakich ciuchach przyszedł jest na CrossFicie rzeczą niespotykaną. O ile nie trafisz na frustrata, albo idiotę z przerostem ego, nikogo poza trenerem nie zainteresuje to, ile na sztangę zakładasz i w co jesteś ubrany. Do boxa przychodzi się po to, by być lepszym od siebie samego z wczoraj – nie lepszym od kogoś, nie po to by pokazywać, jakim to zajebistym kozakiem nie jesteś – dlatego też

Zostaw ego za drzwiami
Jeżeli sport to dla ciebie ciągła napinka i pokazywanie całemu światu, jak wielkie masz cojones, szybko staniesz się obiektem kpin. Jeśli zawsze i wszędzie musisz zakładać największy ciężar, szybko popadniesz we frustrację, ponieważ już na pierwszych zajęciach instruktor każe ci zdjąć te wszystkie dropsy i wręczy rurkę PCV. Nie dlatego, że Cię nie lubi, czy chce cię upokorzyć przed grupą, tylko dlatego, że

Nie liczy się rozmiar a technika
Co z tego, że założysz bóg wie ile na gryf, skoro nie będziesz umiał poprawnie z tym ćwiczyć? Zapewne słyszałeś obiegową opinię o CrossFicie, że nie liczy się technika, tylko zapierdol – ale to bzdura. Absolutna i skończona bzdura wymyślona przez tych, którzy szczyt osiągnięć sportowych widzą w ugięciach ramion na modlitewniku. Zapomnij, że kiedykolwiek ją słyszałeś, weź tą rurkę PCV i słuchaj, co trener mówi.

Zrozum, że nie jesteś tak zajebisty, jak ci się wydaje
Nie miotaj się, bo każdy przez to przechodził, każdy nie umiał (a wielu nadal nie umie) –  jest to naturalny etap i nikt od ciebie nie oczekuje, że z marszu będziesz rwał pakę do siadu. Rzecz jasna możesz próbować,  pamiętaj jednak, że jeśli nie zrobisz tego z idealną techniką, na nikim to wrażenia nie zrobi. Zresztą, nawet jeśli zrobi –  to nic tym nie osiągniesz, twoja „pozycja w stadzie” się nie zmieni, nie będziesz „tym kozakiem”, nie będzie szacunku na dzielnicy – a to dlatego, że

Nie przyszliśmy tu po to, by być lepsi od siebie nawzajem
Tutaj nie ma stada, nie ma hierarchii, nie ma największego kozaka na dzielnicy. Przyszliśmy tu po to, by być sprawniejsi niż wczoraj. Nic sobie nie udowadniamy, nie pokazujemy, nie walczymy o to, kto ma być „szefem bandy”. Ćwiczymy by umieć więcej, wyglądać lepiej, czuć się lepiej – powodów jest tyle, ilu ludzie w boxie, ale żaden z nich nie nazywa się „dominacja”.

Nie robimy klaty i barków
CrossFit to złożone ruchy wielostawowe wykonywane w pełnym zakresie ruchu – w praktyce oznacza to np. tyle, że gdy robimy podciągnięcia, to robimy je z pełnego wyprostu ramion. Zapomnij o ugięciach w zakresie 45 stopni – ruch w ograniczonym zakresie to ruch oszukany i na nikim nie zrobi wrażenia. Nikt cię nie wyśmieje gdy zrobisz coś źle, za to wielu ci pomoże i pokaże jak ćwiczyć poprawnie. Jeśli jednak będziesz napinał się, że robisz trzydzieści marnych powtórzeń pod rząd – przygotuj swoje ego na bolesny sprawdzian.

Nie mierzymy, kto ma większego
CrossFit nie jest sportem sylwetkowym, toteż zapomnij o robieniu bica, klaty, czy kapturów. CrossFit to sport nastawiony na ogólną sprawność, rozumianą jako połączenie siły, wytrzymałości i wygimnastykowania. W CF nie liczy się czy jesteś najsilniejszy, czy jak duże masz kaptury – tylko to, jak sprawny jesteś. Jak szybko możesz pobiec, ile razy się podciągniesz, ile poprawnie zarzucisz do siadu – a wszystko to w możliwie najkrótszym czasie.

Ćwiczymy szybko, ale nie na odpierdol
Jeśli na treningu widzisz kogoś, kto robi szybko i byle jak –  z pewnością jest początkujący i niech ci do głowy nie przyjdzie się na nim wzorować. Założeniem CrossFitu jest pracować tyleż szybko (intensywnie) co bezpiecznie. Intensywność bez techniki to najkrótsza droga do szpitala a żaden CrossFitter nie ma ochoty lądować na oddziale chirurgicznym. Dlatego też każdy zakłada taki ciężar, z jakim czuje się komfortowo i nikt z tego powodu głupich komentarzy nie robi.

Każdy z nas czegoś nie umiał/nie umie
a obecni w boxie trenerzy są właśnie po to, by nauczyć, wyjaśnić, pomóc i skorygować. Zapomnij o leniach z klubów fitness, których głównym zajęciem jest podrywanie pań na orbitrekach i nerwowe sprawdzanie, czy im koszulka dobrze bica opina. Trener w boxie jest od pomocy i nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by jej komukolwiek odmówił – toteż pytaj śmiało nie tylko trenera, ale też kolegów z boxa.

Nikt ci nie chce dosrać
CrossFitowym standardem jest zwracanie uwagi na źle wykonywane ćwiczenie, czy sprzedawanie pomocnych wskazówek. Nie traktuj tego jednak ambicjonalnie! Jeśli ktoś zwraca ci uwagę, robi to nie po to, by cię przy świadkach upokorzyć i pokazać jakim leszczem  jesteś, tylko dlatego że wie jak to zrobić poprawnie i chce ci zwyczajnie pomóc (bo z tobą nie konkuruje, pamiętasz?).
Wolne ciężary, w odróżnieniu od maszyn z fitness klubów, wymagają techniki –  tu nie ma asekuracji, toteż technika musi być tak poprawna, jak to możliwe. W przeciwnym wypadku możesz skończyć na wózku inwalidzkim a twoim największym osiągnięciem będzie samodzielne wypróżnienie.

Rozgrzewka NIE jest stratą czasu
Rozgrzane stawy i mięśnie są lepiej przygotowane do olbrzymiego wysiłku, toteż przyłóż się solidnie i nie kręć nosem, gdy trening składa się z czterdziestu minut rozgrzewki, 10 minut zapieprzu i 10 minut rozciągania –  bo dokładnie tak ma być. Nie przyszliśmy tu po to, by się porzygać ze zmęczenia, tylko by wyjść sprawniejsi.
A jeśli naprawdę uważasz, że w dziesięć minut to nawet spocić się nie zdążysz, chętnie obejrzę twój pierwszy AMRAP 😀

Idąc na CrossFit przede wszystkim jednak wyluzuj.
Zrzuć napinkę i nastaw się na dobrą zabawę. Nie idziesz stać się lepszy od innych, tylko od siebie z wczoraj, toteż pozwól sobie na niewiedzę i  błędy bo wszyscy je popełniamy. Zostaw ego w szatni i nie bój się pytać, bo im częściej będziesz pytał, tym więcej się dowiesz. Nie oszukuj  i chciej się uczyć a będzie to najlepsza godzina twojego dnia.

I pamiętaj że lustro nie jest po to, by napinać przed nim bica, tylko po to, by korygować technikę.
W przeciwnym wypadku naprawdę zaczną się żarty i złośliwe komentarze 😉