Co dable to po diable

Od pytania o „najlepszą skakankę do nauki DU” częściej słyszy się chyba tylko pytanie o to, czy można na krosficie zrobić masę, albo jak najszybciej zrobić sześciopaka.
Ponieważ zarówno w kwestii masy, jak i sześciopaka moje osiągnięcia są (mówiąc oględnie) znikome, zaś o skakaniu dabli kapkę z praktyki już wiem – postaram się nieco rozplątać to skakankowe kłębowisko i podpowiedzieć, na co warto wydać swoje ciężko zarobione pieniądze.

Oczywiście na alkohol 🙂

jarmuzowka
na sucho to i trawa nie urośnie 😉

Na chwilę obecną posiadam cztery skakanki
– „chłam” za 35 złotych
– model średniej klasy za złotych (bodajże) siedemdziesiąt
– rogue za stówę
– RMP custom za 60 baksów

Każdą z nich mam porządnie oskakaną (co najmniej po kilka tysięcy DU na sztukę), każdą kupioną za swoje –  więc o blogerskim faworyzowaniu i puszczaniu oczka za gratisy  mowy nie ma.

Chłam nie do zajechania

chlam

Skakanka, którą kupiłem na zasadzie „a, zobaczę, ile ten badziew jest wart”. Okazało się, że wart jest bardo dużo, ponieważ oddałem na niej grubo ponad 20 000 skoków i nadal jest na chodzie. Nie jest to może demon prędkości, ale swoje pierwsze 100 DU unbroken poniżej minuty skoczyłem właśnie na niej.
„Full profeska” to nie jest i tripla skoczyć na tym jest dość trudno (niestety, łożysko nie nadąża), ale jeśli jesteś „zwykłym” krosfiterem bez ambicji zawodniczych, albo po prostu szkoda ci stówy na skakankę z modnym logo – bierz śmiało i skacz ile fabryka dała.

NIE ZNAJDZIESZ NA RYNKU NICZEGO O LEPSZEJ RELACJI CENA-JAKOŚĆ

Przekonanie, że lepiej się uczyć na profesjonalnym sprzęcie (czytaj: drogiej skakance) jest moim zdaniem zwykłym wyciąganiem kasy od początkujących, którzy chcą być jak ich idole (albo przynajmniej nie odstawać od grupy). Z mojej praktyki wynika, że skakanka „za drobne” świetnie nadaje się do skakania DU –  Jest wytrzymała, jest tania i można na niej skoczyć 100 DU poniżej minuty.
Czego chcieć więcej za cenę niecałego litra wódki?

aluminiowy lanos w skórze i z klimą

alu

Jeśli koniecznie chcesz czegoś więcej – możesz kupić coś, co ja nazywam „modelem ze średniej półki”.
Kosztuje toto ok 70 złotych, łożyska ma już nieco szybsze, kabelek nieco chudszy –  więc i boli nieco bardziej, gdy po piszczelach przydzwonisz. W swojej karierze miałem dwie takie skakanki –  jedną zajeździłem ucząc się DU, druga wisi nieużywana na regale.

Ma dość ciężkie, aluminiowe rączki – więc część osób może narzekać na zmęczenie nadgarstków. Kręci się  szybciej od modelu ekonomicznego – na oko tak z 10-15% szybciej – i choć nie jest to jakaś szalona różnica to swoje pierwsze sześć triple unders unbroken skoczyłem właśnie na tym modelu.

urwane_lozysko
łożysko się udydoliło temu misiu…

Jest to taki trochę ni pies ni wydra – niby już nie model ekonomiczny, ale jeszcze nie profeska. Z jednej strony łożysko potrafi się  zwyczajnie urwać – z drugiej jednak zanim się urwie to wytrzyma ok 30 000 skoków (jak to było w przypadku mojego egzemplarza).
Dużą zaletą jest wytrzymała i elastyczna linka, którą można wpieprzyć na chama do torby i nic jej się nie stanie (podobną, tylko nieco grubszą linkę, ma też model za 30zł z hakiem).

Polecam ten sprzęt osobom, które już skaczą double i chcą „czegoś więcej” ale niekoniecznie chcą więcej wydać. Cienka linka co prawda piecze na piszczelach, ale prędkość jest już konkretna i można brać się za pierwsze triple.

Certyfikat prawilności z modnym logo

rogue

Rogue –  reklamowana po boxach jako „samoskacząca” i w ogóle niezbędnik każdego krosfitera. Kosztuje ponad stówę i jest wyznacznikiem wyższego poziomu krosfitowego wtajemniczenia. A już tak poważniej to jest to bardzo dobry sprzęt, na którym skoczenie stówy DU na minutę nie jest żadnym problemem. Czuć tu wysoką jakość komponentów, czuć prędkość, czuć komfort – ale to wszystko ma swoją cenę –  zazwyczaj od stówy wzwyż.

Jakkolwiek jest to sprzęt wysokiej klasy, nie jest pozbawiony wad.
Linka jest dość cienka i wymaga ostrożnego traktowania. Jest to ciekawe –  bo z jednej strony wytrzymuje dziesiątki tysięcy uderzeń o twarde nawierzchnie, z drugiej zaś, jeśli masz tendencję do wrzucania splątanej skakanki byle jak do torby spodziewaj się, że pewnego dnia ci ta linka  po prostu pęknie.
Moją co prawda jeszcze nie pękła – bo dbam o nią, chucham i dmucham –  ale znam takich, którzy mieli mniej szczęścia i musieli wymieniać linkę na nową.

Zanim zdecydujesz się wydać tę stówę z hakiem warto zadać sobie pytanie,  „czy ja tej skakanki naprawdę potrzebuję”?

Załóżmy, że na stówie DU skakanka Rogue pozwoli ci urwać 10 sekund  w stosunku do modelu ekonomicznego. Niech to będzie nawet i 20 (bo raz się zatniesz) – czy to jest argument za tym, by wydać grubą kasę? Jasne, jeśli masz ambicje zawodnicze, albo chcesz skakać triple – Rogue jest świetnym rozwiązaniem – ale jeśli potrzebujesz tylko skakanki do treningów 3-4 razy w tygodniu, polecam raz jeszcze zastanowić się nad zakupem.
No chyba że masz za dużo kasy i koniecznie chcesz ją wydać na markowy sprzęt.

Lans, szpan i kryzys wieku średniego

rpm

Jeśli skakankę od Rogue można porównać do Opla Insignia w full opcji, to RPM jest lśniącym czerwonym Ferrari.
NIE MA LEPSZEJ SKAKANKI NA ŚWIECIE. Koniec kropka.
Problem w tym, że nie ma też droższej – bo 2,5 stówy to już kwota, przy której zaczynasz kwestionować swój zdrowy rozsądek…

RPM to produkt najwyższej klasy. Reklamowany jest hasłem „speed kills” –  i nie jest to czcza marketingowa gadka.

Łożyska kręcą się z taką prędkością, że choćbyś nie wiem jakim był skakankowym  kozakiem, po piszczelach przydzwonisz nie raz i nie dwa. Do prędkości RPM trzeba się przyzwyczaić – pierwsze skoki przywołują bolesne wspomnienia z nauki double unders a piszczele kwitną na różowo –  ale jak już się przyzwyczaisz, każdy inny model będzie ci się wydawał „nie taki”.
Ale tak to już jest z Ferrari –  raz wsiądziesz i potem każde inne auto będzie tylko polakierowaną taczką…

Jedyną wadą RPM jest jej szalona cena, która w polskich realiach jest zwyczajnie zaporowa. Owszem, skakanka kręci się zawrotnie szybko i ciachnięcie 100DU poniżej 50 sekund to na niej „dzień jak co dzień”, niemniej trzeba sobie zadać jedno zasadnicze pytanie: czy ty naprawdę potrzebujesz tej zawrotnej prędkości?

Moim zdaniem, dla zwykłego krosfitera skakanka RPM jest zupełnie niepotrzebna ponieważ to, co dostanie w zamian, niczym nie usprawiedliwia jej ceny. Podobnie też dla zawodnika kategorii open ( z całym szacunkiem dla zawodników i ich wysiłku).
RPM to ultra profesjonalny i cholernie drogi sprzęt dla tych z czuba tabeli, gdzie trzeba skakać triple a różnica kilku sekund może zadecydować o pudle. Oraz dla gadżeciarzy –  ale to jakby osobna, nie podlegająca zdroworozsądkowej argumentacji, kategoria 😉

RPM Wannabee

Należy też wspomnieć o invictus elite speed rope –  produkcie tak podobnym do RPM, że trudno się nie uśmiechnąć z przekąsem. Niestety, na tym powody do śmiechu się kończą, ponieważ mój egzemplarz zakończył swój żywot w trakcie trzeciego treningu. Mówiąc wprost padło w niej łożysko (co widać na załączonym filmiku) wskutek czego nic dobrego, poza tym że fajnie w ręku leży, powiedzieć o niej nie mogę –  bo czego jak czego, ale od skakanki za stówę oczekuję nieco  większej żywotności.

Oj przestań już pieprzyć i mów, co kupić

Na koniec warto postawić pytanie, które nurtuje chyba wszystkich początkujących krosfiterów: „Na której skakance najszybciej nauczę się skakać dable”.
Otóż na żadnej.

To, czy nauczysz się skakać DU nie zależy od sprzętu, tylko od Twojej zawziętości

Nauka Double Unders zajęła mi 9 (słownie: dziewięć) miesięcy. Nie będę się tu o tym rozpisywał, bo to historia momentami tragikomiczna jest, ale od momentu „nie skoczę ani jednego” do momentu „skoczę pięćdziesiąt choćby i na sznurku do snopowiązałki” minął u mnie niemal rok.

Gdy nie umiałem skakać DU, to nie umiałem na wszystkim. Bez względu na to, jaką skakankę pożyczyłem, skakałem tak samo beznadziejnie; zaś gdy się nauczyłem (a nauczyłem się dopiero wtedy, gdy na KAŻDYM treningu poświęcałem co najmniej 10 minut na naukę) nie miało znaczenia, jaką skakankę wziąłem – na każdej skakałem tak samo dobrze.

Skakałem głównie na modelu za 70zł, choć to na chłamie za 35 doszedłem do etapu, gdy DU skoczę zawsze i wszędzie.
Dlatego też uważam że to, jakiego modelu skakanki używasz (o ile nie skaczesz na kablu od prodiża) nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia.
Liczy się tylko to, ile pracy i zawzięcia włożysz w naukę.

T-sting: gadżet dla koneserów

Do t-stinga podchodziłem z, delikatnie mówiąc, lekką rezerwą – no bo co jeszcze może zaskoczyć człowieka, który nie pamięta, kiedy ostatnio miał dzień bez wałka, z torby nie wyjmuje floss-bandów a jego znajomi z pracy przestali już zwracać uwagę, gdy czochra się o ścianę przy pomocy piłki lacrosse?
Dobra – pomyślałem sobie – poturlam sie na tym, poroluję, dam szansę i zobaczymy co z tego wyjdzie.

No i wyszło, że jeszcze może mnie coś zaskoczyć –  a w dodatku pozytywnie.

Co to za zagadka: dwie kulki i armatka?

Gadżet wygląda dość banalnie –  bo jest to  30-40 cm długości metalowa rura z dwoma piłkami lacrosse na końcach. Kule można od rury odkręcić i skręcić ze sobą, w efekcie otrzymując albo pojedynczą piłkę np. do masowania mięśni pośladkowych, albo podwójnego „peanuta” do rolowania nadgarstka.
Rozmiar jest na tyle kompaktowy, że spokojnie mieści się  nawet korpotorbie do pracy, zaś skręcone kule nie rozkręcają się samoczynnie nawet przy dłuższym rolowaniu.
Od strony „organizacyjnej” jest więc OK.

w_torbie
Nie pomylcie z kanapkami do pracy 😉

No ale czym się taka rurka różni od typowego rollera, który można kupić za połowę ceny – ktoś zapyta.
Otóż różnica jest bolesna 😉 Wałki, kolczaste czy gładkie, zazwyczaj są duże i w miarę miękkie – nacisk więc rozkłada się na większej powierzchni mięśnia i ból jest do zniesienia. W przypadku t-stinga mamy do czynienia z małym (ok 2 cm) i cholernie twardym „punktem ucisku”, skutkiem czego doznania są tak skondensowane, jak to tylko możliwe.

rozkrecone
Będziecie wyć do tego mikrofonu

Z mojej praktyki wynika, że wałek sprawdza się do rolowania  dużych i płaskich powierzchni ciała, natomiast do „koronkowej roboty” muszę brać piłkę lacrosse, która też nie jest idealna, bo lubi się przemieszczać i wyślizgiwać –  jak to piłka. T-sting jest o tyle fajny, że jest mały (w sensie punktowego nacisku) i stabilny (dwie piłki na obu końcach) – można więc na nim wiercić się i kombinować tak, by rozmasować wszystko, co trzeba.

#płakałjakrolował

Do niedawna wydawało mi się, że jestem twardy – ale już pierwsza sesja zrewidowała moją samoocenę.

Choć z wyglądu niepozorny, zaprzęgnięty do roboty t-sting okazuje się być największym złodupcem na dzielnicy.

To, co się dzieje w trakcie rolowania czwórek to jest pieprzona kaźń, skowyt i dzwonienie w plombach. NIGDY NIC mnie tak nie sponiewierało, jak ta cholerna metalowa rurka.
Trzeba jednak t-stingowi oddać sprawiedliwość i przyznać, że poza bólem przynosi też ulgę. DUŻĄ ulgę –  i właśnie dlatego, do rolowania nóg używam tylko jego.
No chyba że akurat mam sztangę pod ręką.

sztanga w wersji mini

Gdybym miał do czegoś porównać wrażenia, których dostarcza zabawa na t-stingu, najbliżej byłoby temu do rolowania sztangą – tylko tak ze 2-3 razy intensywniej. O ile sztangą można jako tako regulować siłę nacisku, o tyle na t stingu siła nacisku jest jedna –  i jest nią ciężar twojego ciała. Oczywiście – można próbować się podpierać, zmniejszać nacisk – ale będzie to bardziej kosmetyka, niż znacząca zmiana na skali odczuwanego bólu.

backroll
Przepisy BHP mówią, by regularnie robić przerwy od komputera…

Oczywiście, sztanga ma też swoje zalety –  bo jednak rolowanie na niej mięśni smukłych, przywodzicieli wielkich, czy ogólnie rzecz biorąc całego „tyłu” uda jest najlepsze, najefektywniejsze i moim zdaniem żaden wałek na tym polu startu do sztangi nie ma – ale też powiedzmy sobie szczerze: ilu z nas ma czas, by po treningu zrobić porządne rolowanie sztangą w klubie?
Ilu z nas ma sztangę w domu, by to zrobić w wolnej chwili?

rolowanie_lydki
Korpo-relaks w wersji dla normalnych inaczej 😉

T-sting to moim zdaniem namiastka sztangi w domu. Co prawda nie zrobi wszystkiego i tak dobrze, jak sztanga – ale też dużo mniej od sztangi kosztuje, dużo mniej miejsca zajmuje a gdy przypadkiem upadnie na podłogę nie trzeba się martwić o wymianę klepek.

Ile to kosztuje i czemu tak drogo?

Cena produktu może budzić mieszane uczucia, ponieważ 50 euro za gadżet do mobilek to niemały pieniądz. Z drugiej strony jednak warto się zastanowić, czy zamiast wydawać 5,5 stówy za nowy model butów, nie lepiej kupić w przecenie model sprzed roku a zaoszczędzone pieniądze zainwestować w gadżet, który dużo bardziej, niż kolorowe ciuszki, przyczyni się do sprawności w trakcie (oraz po) treningu?

rpzkrecone

Żeby nie było –  uważam, że (z grubsza licząc) dwie paki za t-stinga to nie jest kwota, którą wydałbym na zasadzie „super okazja – biorę od razu dwie sztuki”. Po dłuższym zastanowieniu jednak, skoro nie mamy problemów z wydawaniem grubej kasy na ciuchy, dlaczego mielibyśmy oszczędzać na czymś, co faktycznie uczyni nas sprawniejszymi a nie tylko da kilka punktów do lansu?

Jeśli miałbym podać tylko jedną zaletę, taki „game-changer” i powód do zakupu – byłyby to mięśnie czworogłowe, które co prawda w trakcie rolowania zamieniają się w kłębek bólu, ale nazajutrz, nawet po grubej dawce sprintów, są prawie jak nowe

Rzecz jasna, można je też rolować piłką lacrosse i efekty będą równie dobre, niemniej (jak już wspomniałem) piłka z racji swego kształtu jest dość niestabilna i poza „szukaniem gdzie boli” trzeba też pilnować, by spod nogi nie uciekła. W przypadku t-stinga problem ten odpada, ponieważ gadżet jest bardzo stabilny – można więc spokojnie położyć się, znaleźć „the sweet spot” i odpłynąć w siódmy krąg krosfitowego piekła.

polaczone

Tylko dla konseserów

Moim zdaniem t-sting to nie jest sprzęt dla każdego, ponieważ nie każdy zniesie taką dawkę przyjemności. Powiedzmy to głośno i wyraźnie: na t-stingu nie ma taryfy ulgowej. Jest ból, ale są też i efekty –  dlatego uważam, że jest to sprzęt dla tych, którzy w imię poprawionego zakresu ruchu są w stanie znieść wszystko i jeszcze trochę.

Hasłem reklamowym t-stinga mogłoby być „Tylko dla koneserów mocnych wrażeń” –  ale to w sumie to samo, co „dla każdego krosfitera”.

No bo umówmy się – nikt normalny nie przeplata thrusterów burpeesami 😉