Wrażliwcy i ordynusy czyli rzecz o bezdusznych blogerach

CrossFit to sport dla twardzieli. Mordercze treningi, reżim żywieniowy, konsekwentnie realizowane treningowe plany. Opony, młoty i walące o ziemię sztangi.
Wystarczy jednak poczytać krosfitowe profile, wdać się w pierwszą lepsza dyskusję by przekonać się, że pod tymi maskami twardzieli jesteśmy wrażliwi jak rozbujane hormonami gimnazjalistki.

Na co dzień pozujemy na twardzieli i pokazujemy, jak bardzo mamy na wszystko wyjebane, ale wystarczy jedno słowo krytyki, byśmy zareagowali z pełną furią. Wytatuowani i groźnymi minami jesteśmy tak niepewni siebie, że byle krytyka wybija nas z równowagi –  i nie ważne, czy jest to krytyka uzasadniona, czy zwykła chamska złośliwość – reagujemy histerycznie niczym hipster, któremu zbiegła się ulubiona apaszka od zary.

Brałem udział w kilku takich „dyskusjach”, które jako żywo przypominały małżeńską kłótnię. Z Jednej strony padały racjonalne argumenty, z drugiej zaś leciały ciosy ad personam. Nie chodziło o zrozumienie; o to czy krytyka jest uzasadniona czy nie – tylko żeby odgryźć się, oddać, pierdolnąć na odlew.
Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego tak jest –  dlaczego druga strona nie rozumie tego, co się do niej mówi. Czy to tylko kwestia przewrażliwienia i delikatnego ego, czy jest w tym może coś więcej.
Może to nie tak, że „oni są stuknięci”, tylko ja też jestem nie do końca w porządku?

Pie*dol blogera

Przyznać trzeba, że my blogerzy również mamy za uszami.
Pisząc w tonie histeryczno – teatralnym, przerysowując i wulgaryzując język nie dajemy  drugiej stronie pola manewru. Na starcie wchodząc  z wysokiego „c”, pisząc o szambach, kryminałach i podając to wszystko ze stekiem wulgaryzmów  sami prowokujemy agresywne reakcje. Jest to nasz błąd ewidentny i nie ma co szukać usprawiedliwień.

Dajemy dupy na polu rzeczowej dyskusji, ponieważ rzeczowych dyskusji nie prowokujemy. Język, którym się posługujemy – złośliwostki, uszczypliwości a czasem zwykłe chamstwo – nie pozwala na nic innego poza pyskówkami i pseudointeligentnymi  heheszkami.
Sami prowokujemy te bójki, z których nie wynika nic poza nowymi siniakami i wzajemną niechęcią.

Język Internetu jest prostacki i zwulgaryzowany. Zamiast analizy mamy powierzchowne opinie, zamiast próby zrozumienia – udowadnianie swoich racji; zamiast tłumaczyć -wklejamy memy. Wszystko na szybko, byle dosrać, byle pokazać jakim się nie jest zajebiście dowcipnym i uderzyć, zanim się przeciwnik zorientuje.

Posługując się takim językiem nie mamy szans, by się dogadać w kwestiach tak drażliwych, jak dyskusyjna technika, standardy ćwiczeń, czy faktyczne, bądź domniemane no-repy. To jakby dłubać patykiem w  otwartej ranie licząc, że pacjent wykaże zrozumienie.
Tak się nie da!

Nie da się dyskutować o rzeczach trudnych, dotykających ludzi osobiście, używając oceniająco-konfrontacyjnego słownictwa.
To nie ma prawa się udać!

Balony i blogerzy wyklęci

Nie możemy oczekiwać, że ludzie nabiorą dystansu do siebie – więc musimy przestać prowokować. Musimy, ponieważ człowiek sprowokowany nie myśli, tylko na wali na oślep. Uszczypnięty nie słucha, tylko leje czym popadnie.

Internet jest jak wielkie rozdęte ego – gdy wbijemy  w nie szpilę, zamiast lekkiego syku spuszczanego powietrza usłyszymy głośne pierdolnięcie i obudzimy się w leju.
Leżąc w nim z nikim się nie dogadamy.

Ponieważ większość  gównoburz przetacza się przez blogi i facebookowe profile, trzeba powiedzieć jasno, że to my, blogerzy, odpowiadamy za poziom internetowej dyskusji. Rzecz jasna, nie gadamy sami do siebie tylko rozmawiamy z ludźmi,  ale to my używając dosadnych porównań na dzień dobry ustawiamy ton wypowiedzi. To my tolerujemy chamskie wpisy i odpowiadamy na pyskówki. Dyskusje na naszych profilach mają taki poziom, jaki inicjujemy i na jaki pozwalamy. Jeśli więc chcemy cokolwiek w tej kwestii zmienić –  zacznijmy od siebie. Postawmy się po drugiej stronie monitora i pomyślmy, czy chcemy aby o nas pisano takim językiem?
Czy bylibyśmy wyważeni w swoich osądach, gdyby dosrywano nam z grubej rury?

Fajnie jest kąsać i mieć stylówkę „blogera wyklętego” co się netykiecie nie kłania –  super to robi na ego i lajków od tego przybywa. Rzecz w tym, że złośliwość prowokuje złośliwość a chamstwo odbija się chamstwem. Idąc tym tropem nigdy nie dojdziemy do porozumienia, jest za to duże prawdopodobieństwo, że dojdziemy do kresu wytrzymałości.
Cudzej i własnej.

Reklamy

Hiszpańska mucha, czyli butterfly’em przez Madryd

Jak każda wizyta w innym mieście, tak i ta madrycka przewidywała wizytę duszpasterską w lokalnym boxie; a najlepiej kilku. W planach były codzienne odwiedki w innym, ale szybko okazało się to niemożliwe ze względów… głównie takich, że Hiszpanie w niedzielę odpoczywają a prowadzone przez nich boxy są pozamykane. Brzmi to sensownie, ale dla kogoś, kto przywykł do długich weekendowych sesji treningowych oraz tego, że w niedziele wszystko jest pootwierane, było to spore zaskoczenie.

Druga przeszkodą były nietypowe godziny otwarcia.
Boxy w Polsce otwarte są cięgiem – od rana do wieczora – tymczasem w Madrycie normą jest kilka klas z rana, następnie kilkugodzinna przerwa, w trakcie której box jest zamknięty i ponowne otwarcie na kilka klas wieczornych. Żeby było weselej, w trakcie trwania klas nie ma mowy o zrobieniu gdzieś na boczku własnego treningu – albo trenujesz z grupą albo wcale.

Trzecią „przeszkodą” była moja wybredność, która z kilkunastu boxów wybrała cztery najlepsze (czyt.: największe), z których to czterech dwóm coś wypadło i koniec końców zostały tylko dwa.
Na pierwszy ogień poszedł KOM CrossFit.

KOM_entry2
szyld szykowny, jak w modnym butiku 😉

Jak to zwykle z boxami bywa –  już samo trafienie do nich jest swego rodzaju rozgrzewką – i nie inaczej jest z KOM CF. Jak już się go znajdzie, skręciwszy z ulicy wchodzi się w (na oko) piętnastometrowy korytarz, wzdłuż którego wiszą na ścianach stylowe „zasady domu”. Z jednej strony stwarza to wrażenie wchodzenia do nory (choć technicznie rzecz biorąc idzie się do góry), z drugiej zaś, gdy już się z korytarza wyjdzie, znajdujące się w suficie duże połacie szkła wpuszczają sporo światła, co w efekcie daje bardzo fajny klimat jakiejś takiej industrialnej szklarni.

KOM_Korytarz

Box jest „jednosalowy”, przy czym jest to sala całkiem pokaźnych rozmiarów. Bogato jest nie tylko w kwestii przestrzennej, ale też i sprzętowej. Dwie pary sanek, cztery kurwibajki, solidnych rozmiarów RIG, podesty ciężarowe na 8-10 osób, sztangi, hantle, piłki, worki – jest czym i gdzie poćwiczyć.

KOM_interior_1
W takiej szklarni bice same rosną

Do KOM udało mi się umówić na Open Box, który był oficjalnie zaznaczony w grafiku jako godzina open. Od 9 do 10 była klasa, następnie godzina open boxa i ponownie klasa od jedenastej. Gdy przyszedłem o godzinie 9.30 i zobaczyłem jakieś sześć osób na sali pomyślałem, że zaczęcie treningu pół godziny wcześniej nie będzie problemem –  w końcu miejsca jest spokojnie na dwudziestu chłopa – i jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem od trenera, że muszę poczekać, ponieważ aktualnie trwa trening. Co prawda więcej było w tym treningu gadania, niż roboty, ale słowo trenera to słowo trenera – poszedłem więc się przebrać i zrobić jakieś mobilki w kącie.

KOM_House_rules
Nie wiem, co tam napisano, ale wygląda to stylowo

Jak już towarzystwo skończyło ploty i rozeszło się do szatni, wziąłem się za sztangę i planowane Power cleany. I tu nastąpił zonk, ponieważ po kilku zrzutach sztangi podszedł do mnie trener ze słowami, że… tu się nie rzuca na ziemię. Troszku zgłupiałem –  bo podłoga betonowa, na tym  gruba guma, na sztandze sześć dych – więc bumperów ani podłogi raczej nie  połamię –  a ten mi podkłada pod ciężary jakieś puzzle zrobione z watoliny, czy innego pieruństwa. Podrywać z tego ciężar jeszcze jakoś idzie –  ale weź bądź mądry i celuj w to przy zrzucaniu ciężaru!
Kilka razy próbowałem, ale dziko się z tym czułem toteż rozebrałem sztangę i tyle było z mojej wyprawy po nowy PR.
Szczęśliwie do kurwibajka nikt nie wymagał karty rowerowej a z sankami nie trzeba było czekać do pierwszych opadów śniegu 😉

KOM_podkladki

Pomijając dziwne obyczaje z podkładkami pod sztangę, sam box zrobił na mnie bardzo fajne wrażenie. Jest stylowo, przestronnie a sprzętu w bród i dobrej jakości.
Spokojnie mogę polecić tego allegrowicza.

Jedynym, co zrobiło na mnie takie sobie wrażenie było zerowe poczucie CF Community.
Nie oczekiwałem półnagich tancerek i szampana na powitanie, ale tak sobie myślę, że skoro dwóch krosfiterów umawia się z tygodniowym wyprzedzeniem i wiadomo, że człowiek który właśnie wszedł jest z boxa z drugiego końca Europy to fajnie byłoby mu coś o swoim boxie opowiedzieć, pokazać co gdzie leży,  zapytać o jego boxa, choćby nawet plotami i regionalsach się wymienić – no cokolwiek poza zainkasowaniem wejściówki i przyniesieniem podkładek pod sztangę.
A tu dupa.

Na otarcie łez poszedłem na browarka i kanapkę z kalmarami.
Pomogło 🙂

kalmary.jpg
Klasyka kuchni Hiszpańskiej – kanapka z czym się da

Ostatni dzień w Madrycie zacząłem dość wcześnie –  bo o 5.30 rano –  wszystko po to, by na siódmą dotrzeć do drugiego z umówionych boxów –  CrossFit Singular. Już po zdjęciach spodziewałem się dużego, przestronnego boxa, ale to co zastałem na miejscu przerosło moje oczekiwania.
CF Singular jest duży. Naprawdę duży. Na tyle duży, że o tej samej godzinie prowadzone były w nim dwie klasy i jedna drugiej nie przeszkadzała.

singu_interior

Podobnie jak w KOM CF, sprzętu było na bogato. Dość powiedzieć, że kamiennych kul (atlas stones) było kilkadziesiąt sztuk. Bogato było też w szatni, w której bez problemu mieści się kilkanaście osób na raz i jeszcze są luzy.
Śmiało mogę powiedzieć, że pod względem przestrzeni i wyposażenia był to najlepszy box, jaki do tej pory odwiedziłem

stone_walls
śmiało można grać w bilard

Zajęcia zaczęły się tak, jak należy – kwadransem na dogrzanie głównych stawów. Już na samym początku zdziwiłem się wielce, albowiem zajęcia prowadziło dwoje trenerów. Choć poranna grupa liczyła raptem kilkanaście osób, opiekowały się nią dwie osoby, z których jedna pokazywała co należy robić a druga pilnowała, czy klasa robi to, co powinna. Pamiętając rodzime standardy, wedle których jeden trener potrafi oblatywać trzydziesto (i więcej) osobowe grupy, było to  bardzo pozytywne zaskoczenie.

singu_equipment_1
sprzętu jest srylion…

Po rozgrzewce była część techniczna – progresja do HSPU. Tu znowu byłem mile zaskoczony, bo trenerka chodziła, oglądała, pomagała – no widać było ewidentnie, że angażuje się w to, co robi.
Co prawda, podobnie jak w KOM CrossFit mało kto ablał po angielsku, ale jakoś się dogadaliśmy, choć liczbę rund i powtórzeń trzeba było pokazywać na palcach 😉

Po części technicznej przyszedł czas na metcon – czyli wariację na temat Fran. 4 rundy po 12 thrusterów i 15 chest to barów. Niestety, nie dane mi było go skończyć, ponieważ w połowie ostatniej rundy zerwałem sobie skórę z dłoni i krzycząc „ratunku, umieram” pognałem do apteczki 😉

singu_ghd
…srylion i jeszcze trochę

Ogólne wrażenia z wizyty w  CF Singular mam bardzo dobre i śmiało mogę ten box polecić każdemu, kto przyjedzie do Madrytu. Jedynym „ale”, jakie mógłbym mieć wobec tego boxa jest zakaz rzucania sztangą na ziemię. Z jednej strony jest to dla mnie zrozumiałe, bo podłoga, zamiast gumy, wyłożona jest metalowymi płytami –  z drugiej jednak mam wrażenie, że to chyba taka hiszpańska specyfika, bo w gumowanym KOM  CF też trzeba było przyjmować sztangę „na miękko”.
No, ale co kraj to obyczaj.

sigular_szatnia
Foto jest rozmyte, bo mi ręce po thrusterach latały 😉

Wizyty w obydwu boxach uważam za udane.
Wyrwy w treningach nie było, nowe doświadczenia się zebrało –  a i wieczorne piwka jakoś tak bardziej bezkarnie wchodziły 😉
Salud!

Tęsknota za osiedlową pakernią

Historia powtarza się za każdym razem, gdy na zawodach ktoś popisze się niestandardowym podejściem do wykonywanego ćwiczenia a wzięty z zaskoczenia sędzia nie wlepi noRepa. Ktoś wrzuci filmik do sieci, któryś z blogerów to skomentuje i ani człowiek się obejrzy a pozostaje tylko ubrać gumiaki, otworzyć parasol i obserwować rozkręcającą się gównoburzę.

Konserwa kontra anarchiści

Linia podziału, choć mocno rozmyta ciskanym z obu stron szlamem, przebiega mniej więcej w tym miejscu, w którym  zaczynają się odstępstwa od powszechnie przyjętych standardów. Można więc z grubsza powiedzieć, że jest to konflikt pomiędzy konserwatystami a reformatorami – i jak każdy tego typu konflikt jest zażarty do tego stopnia, że w pewnym momencie człowiek zapomina o co poszło.

Z punktu widzenia purystów (w tym i mnie) sprawa jest jasna: Wszystko, co jest odstępstwem od standardu kwalifikuje się jako no-rep. Standardów nauczają trenerzy w boxie a na zawodach określają je sędziowie. Rzecz w tym, że z sędziowaniem bywa u nas różnie.
Zdarza się, że  podczas zawodów sędzia przepuści coś, co nawet dla świeżo upieczonego absolwenta zajęć dla beginnersów wydaje się podejrzane –  i pojawia problem, ponieważ z jednej strony należy uznać autorytet sędziego – ale jak tu uznać autorytet kogoś, kto zalicza rzeczy skandaliczne i groźne dla zdrowia?

Je*ać  sędziego
I całego boxa jego!

Sytuacja, w której zaskoczony/niepewny siebie sędzia zaliczy „kontrowersyjnego” repa jest zarzewiem najgorszej kłótni ponieważ jednej stronie daje bardzo silny argument „sędzia zaliczył i koniec tematu”, druga zaś wścieka się bo widzi, jak przez niewiedzę/niedopatrzenie sędziego zatwierdzane są rzeczy niedopuszczalne, brzydkie i złe.
Mając na uwadze „poziom” internetowych dyskusji jest to sytuacja bez wyjścia, ponieważ jedni będą obstawać przy swoim („wiemy, że było na granicy, ale sędzia zaliczył, więc morda w kubeł”) a drudzy będą się wściekać na kiepskiego sędziego i przeciwników wykorzystujących „luki prawne”.

Problem z autorytetem sędziego mamy w Polsce taki, że nie ma u nas wystarczająco wielu wykwalifikowanych sędziów, aby obstawić wszystkie organizowane zawody, skutkiem czego do sędziowania brani są ludzie z boxa, który daną imprezę organizuje –  co znajduje swoje odbicie w jakości sędziowania.

Owszem, można postulować aby sędziowaniem zajmowali się tylko ludzie  z papierem  „CF Judges course”, ale ludzi z rzeczonym kwitem mamy w Polsce tak niewielu, że wystarczyłoby na dwie największe imprezy w ciągu roku – więc jest to zwyczajnie niemożliwe.
Zresztą i tak by podważano ich decyzje, ponieważ wszyscy „wiemy lepiej”…

Standardy dla frajerów

Ponieważ odwoływanie się do zdrowego rozsądku to mocno ryzykowne podejście (u jednych jest on zdrowy, u innych nieco mniej) najlepiej jest się trzymać standardów określonych przez CF HQ. Są filmiki na CF.com, są standardy z CF Games – można je traktować jako punkt odniesienia przy zaliczaniu powtórzeń.

Niestety, dla „reformatorów” standardy z CF.com nie są wyznacznikami z kilku powodów. Po pierwsze jest to sprzeczne z ideą CrossFitu, który w ich rozumieniu określa się jako prymat wydajności nad techniką, czyli mówiąc po ludzku „nie ważne jak, ważne żeby zrobić, bo w sytuacji zagrożenia nikt nie będzie zwracał uwagi, czy rannego z ziemi podnosisz na kocie, czy na prostych plecach”. Z takim argumentem ciężko jest dyskutować, bo to nie jest kwestia tego, co Glassman wymyślił tylko tego, jak oni słowa Glassmana rozumieją.
Ktokolwiek kłócił się z żoną ten doskonale wie o jakim mechanizmie mowa.
Kto nie wie – ten się dowie 😉

Drugim argumentem jest „skoro CrossFit sam jest nieprawilny to wytykanie niepoprawnej techniki jest niedorzeczne” (tu następuje obowiązkowe wspomnienie kippingu, czy butterfly pullups). Przecież ten sport jest „niepoprawny” z założenia –  a skoro jest niepoprawny z założenia to nie ma w nim czegoś takiego jak „zła technika”, jest co najwyżej innowacja, nowe podejście do tematu.
Tu ponownie daje znać o sobie „logika kłótni z żoną” –  czyli nie ważne, co Glassman powiedział, ważne co jego uczniowie z tego zrozumieli.
Z taką logiką się nie dyskutuje, bo nie ma jak i o czym.

CrossFit Kids dla dorosłych

Nie wiem jak to wygląda w szkołach obecnie, ale mnie na studiach uczono, że aby łamać zasady trzeba je najpierw bardzo dobrze opanować – w przeciwnym wypadku zamiast przemyślanej dekonstrukcji będzie to zwykły barbarzyński rozpierdol. Przekładając to na język sportu można powiedzieć, że aby wymyślać nowe techniki dwuboju, czy ćwiczeń gimnastycznych, trzeba najpierw zostać wymiataczem w wersjach klasycznych. Tymczasem autorami krosfitowych nowalijek są z reguły osoby o umiarkowanym stażu w CrossFicie – a już na pewno nie takie, o których można powiedzieć, że zęby na nim zjadły.

Jakoś nie widać, by za wymyślanie dwuboju na nowo brała się nasza ekipa z regionalsów. Bronek Olenkowicz – mistrz polski Kettlebell – nie próbuje być mądrzejszy od Pavla Tsatsouline.

Cały czub polskiego krosfitu „leci klasykiem” i mam wrażenie, że nie robi tego z przyzwyczajenia, czy innego strachu przed nowalijkami, tylko dlatego, że tak się robić powinno.
Takie są standardy.

Argumenty w stylu „CF to nie olimpiada, w CF standard zmieniają się co roku, Glassman sam się nie trzyma zasad dwuboju” dowodzą dwóch rzeczy. Pierwsza jest taka, że (jak to zwykle u nas) w „poważaniu” mamy zasady, wszystko wiemy najlepiej i żeby udowodnić swoją rację podważymy wszystkie autorytety. Druga jest zaś taka, że ciężko jest nam zrozumieć, że wchodząc do jakiejś gry godzimy się na jej zasady i wg nich gramy a nie kombinujemy na boki, gdzie tu jest kawałek „szarej strefy”, w której można by pograć po swojemu.

Klasyczne nasze „nie będziesz mi mówił, jak mam robić”.

Noga z gazu

Zasadą, która wyznaję i stosuję wobec siebie jest „jeśli nie umiesz czegoś zrobić poprawnie na danym ciężarze – znaczy się jest dla ciebie za duży. Zdejmij dropsy”. To jest tak proste, że aż banalne: jeśli nie wchodzi mi 5 repów na X kg – redukuję ciężar do X minus pięć. Jeśli dalej nie wchodzi – dalej redukuję – aż wejdzie, choćby miał to być pusty gryf.
Do głowy by mi nie przyszło trzymać się uparcie ciężaru i kombinować z techniką, bo ze sztangą jak z samochodem –  gdy czuję, że zaczyna autem nosić na boki, zamiast mocniej ściskać kierownicę zdejmuje nogę z gazu i hamuję. W końcu tę technikę wymyślił ktoś dużo mądrzejszy i silniejszy ode mnie. Setki sportowców swoimi sukcesami potwierdziły, że taki a nie inny sposób wykonywania jest najlepszy.
Kim ja wiec jestem, by mówić „wuja się znacie, jak wam pokażę jak to się powinno robić”?

Wąskie gardło

Ktoś słusznie zauważy, że zawody rządzą się swoim prawem i że krosfit zawodniczy oraz krosfit „rekreacyjny” różnią sie jak lanos i hummer – toteż moje podejście do CF  nijak nie przekłada się na osobę z ambicjami zawodniczymi. Że zawody to poświęcenie techniki i zdrowia na rzecz wyników.
Moim zdaniem to są argumenty tych, którzy ambicjonalnie są już w Carson, tylko ciało za ich ambicjami nie nadąża.
Jakoś nie widziałem, by wspomniany Bronek stosował jakieś udziwnienia ze sztangą, widziałem za to jak na ŁGG  pięknie rwie do siadu 130 kg. On nie potrzebował „sztuczek” ani ułatwień, bo był po prostu świetnie przygotowany. Podobnie robi lwia część polskiej czołówki – oni nie cudują, nie wymyślają krosfitu na nowo – oni się po prostu zajebiście przygotowują i nie muszą kombinować, bo są w stanie wszystko zrobić zgodnie ze sztuką i jeszcze na podium stanąć.
A to oznacza jedno: jeśli musisz się uciekać do sztuczek aby coś wykonać, to oznacza, że nie jesteś jeszcze gotowy i próbujesz ugryźć więcej, niż jesteś w stanie połknąć.

Muscle Up z kapelusza

CrossFit to sport oparty na sztuczkach – bez dwóch zdań – ale są to sztuczki „ustandaryzowane”  i wielokrotnie sprawdzone. Sprawdzali je ludzie dużo mądrzejsi ode mnie – więc przyjmuję, że warto ich słuchać. Mogę nie lubić ich standardów, ale trzymać się ich trzeba, ponieważ jeśli na każdych zawodach będą obowiązywały „lokalne standardy” wyznaczane przez niekoniecznie wykwalifikowanych sędziów, nastąpi szybkie równanie w dół a zawodnicy będą wyczyniać herezje, byleby tylko zrobić lepszy wynik.

Wychodząc z założenia „nie ważne jak, ważne ile” popsujemy dyscyplinę, którą rzekomo tak bardzo szanujemy a boxy zamienimy w siłki dla tępych karków – czyli wrócimy dokładnie tam, skąd papa Glassman nas wyprowadził.

Ale być może tego właśnie chcemy.
Może po prostu tęsknimy za osiedlową pakernią?

 

——————

obrazek pochodzi ze strony johnstonefitness.com

 

 

Bądź bardziej zmęczony

Piątek po robocie, wyluzowany idę na pętlę tramwajową. Nie śpieszy mi się, ale gdy widzę odjeżdżający tramwaj postanawiam do niego podbiec. Dzieli na zaledwie 20, może 30 metrów – a  co to jest dla Krosfitera? Zrywam się więc do biegu i… O KURWA, MOJE NOGI!!!
Co prawda dobiegłem, ale poranny MisFit triatlon przypomniał o sobie w najbrutalniejszy z możliwych sposobów.
Jutro będzie jeszcze gorzej….

Wszyscy znamy te poranki, gdy najlepiej byłoby się nie obudzić –  i nie mówię tu o poimprezowym kacu, tylko o zakwasach, które sprawiają, że samo leżenie staje się torturą. Mięśnie brzucha po GHD, czwórki po siadach, lędźwie po martwych, czy ręce po  drążku.
Czasem zwykłe umycie zębów urasta do rangi PRu…

Mówi się że poranny trening daje energię na resztę dnia. Jest to prawda, ale tylko połowiczna – ponieważ owa energia w moim przypadku zaczyna ulatywać koło południa i gdzieś w okolicach godziny czternastej zaliczam klasyczną zwałę, z której ratuje mnie jedynie konkretna dawka cukrów prostych albo gruby sznaps przedtreningówki.

Odkąd trenuję CrossFit obolałość jest moim stanem codziennym. Niby dźwigam coraz więcej i coraz szybciej, ale w zasadzie non stop coś mnie boli. Nie mówię tu o okazjonalnych kontuzjach, ale o ogólnym zmęczeniu –  bo jak tu nie być zmęczonym, gdy rano robi się trening (minimum godzinę, zazwyczaj więcej) potem idzie do roboty, wieczorem ogarnia rodzinę –  i tak przez 4-5 dni w tygodniu?

Powtarzamy sobie, że robimy ten krosfit by być bardziej sprawni, bardziej ludzcy – jak to sobie zgrabnie Reebok wymyślił – ale powiedzmy sobie szczerze: co to za sprawność, gdy krzywisz się wchodząc po schodach; ledwie do ust podnosisz firmowy kubek z kawą a gdy córka prosi „tata, na barana” szukasz jakiejś wymówki, bo najchętniej byś po prostu położył się pod drzewem i umarł?

Ktoś powie „Better sore than sorry”. Pewnie –  też wolę być „sore” zamiast „sorry” – ale prawda jest taka, że bycie „sore”, czyli obolałym jest kompletnym zaprzeczeniem bycia sprawnym. Człowiek obolały to pół-kaleka a nie krosfitowy półbóg, któremu żadne wyzwanie niestraszne. Człowiek po dobrych siadach ma nazajutrz problemy z podniesieniem dupy ze sraczyka, co technicznie rzecz biorąc stawia go na równi z dwustukilowym grubasem. Człowiek, który najchętniej piłby kawę przez słomkę to ćwierć warzywo. Może i zajebiście wyglądające warzywo, ale cały czas warzywo.
Pieprzona kalarepa!

Nie narzekam na tę obolałość, bo taka jest konsekwencja uprawiania takiego a nie innego sportu w takiej a nie innej objętości. Objętość ta, powiedzmy sobie szczerze, nie jest zresztą jakaś szalona – bo gdy porównuję się ze znajomymi i patrzę, na jakiej intensywności oraz objętości ćwiczą, to mogę śmiało powiedzieć, że uprawiam „krosfitową średnią”. Chodzi mi o to, że dorabianie ideologii sprawności do sportu, który przez większość czasu odbija się  zakwasami i problemami z normalnym funkcjonowaniem, jest zwyczajnym oszukiwaniem samego siebie.

Co z tego że dźwigasz zajebiście ciężką sztangę, skoro potem nie możesz dźwignąć dupy z kibelka?

Co ci po stówie podciągnięć w treningu, skoro nazajutrz nie jesteś w stanie się uczesać?
To nie jest sprawność, tylko zwykłe kalectwo. Co prawda nie permanentne –  bo jutro, góra pojutrze już da się żyć, ale nie oszukujmy się – jutro, góra pojutrze pójdziesz na nowy trening, po nowe zakwasy.
A dzień później znowu będziesz ruszał się jak kaleka.