Suple od amaroka czyli pysk w paragraf i cheat kody na nieśmiertelność

Mój pierwszy kontakt z suplami amaroka miał miejsce na Amarok East Side Challenge. Przydeptany jesienno-zimowym przesileniem potrzebowałem czegoś, co z rana postawi mnie na nogi a ponieważ na okoliczność zawodów suple sponsora były w cenach promocyjnych, postanowiłem się skusić na zakup przedtreningówki.

Pierwszy  kontakt z przetreningówką amaroka był dla mnie pierwszym kontaktem z przedtreningówką w ogóle –  wcześniej nie brałem takich specyfików, więc nie za bardzo wiedziałem czego oczekiwać. Coś tam czytałem w  internecie –  ale wszyscy wiemy, jak to jest z Internetem – tysiąc mądrych  i dziesięć tysięcy sprzecznych ze sobą opinii, najlepiej więc przekonać się samemu.
Zatem się przekonałem.

Podstawową zaletą przedtreningówki jest to, że wali w dekiel –  oj jak wali. Początkowo piłem ją tuż przed wyjściem na poranny trening, ale gdy raz i drugi zorientowałem się, że jadę jak wariat (a na co dzień jestem kierowcą mocno wyluzowanym) zacząłem brać ją w szejker i wypijać po dojechaniu do BOXa – nie ma co ryzykować, że zamiast na trening przyjadę na izbę przyjęć.
Powiedzmy sobie jasno: proszek ryje banię. Dziesięć minut po spożyciu chodziłem nakręcony jakbym kreskę amfy wciągnął i stan ten utrzymywał się do końca treningu. Nie było, że niewyspany, czy zmęczony – pełna nieśmiertelność i wszystkie cheat-kody odblokowane.
Pod tym kątem było zdecydowanie na plus.
Dużym minusem była natomiast słaba rozpuszczalność specyfiku. Pomimo kwadransa w szejkerze i solidnego wytrząsania, na wierzchu unosiła piana z resztkami proszku. Owszem, dawało się to pić, ale  nie było to przyjemne a za taką cenę, jaką amarok sobie winszuje, powinno raczej być.

Słaba rozpuszczalność przedtreningówki irytowała o tyle, że dokupiona z czasem kreatyna rozpuszcza sie idealnie. I-DE-AL-NIE. Ma świetny pomarańczowy smak, świetnie się rozpuszcza – jest to zdecydowanie najlepsza kreatyna jaką kiedykolwiek brałem i z czystym sumieniem polecam.
Można żłopać jak oranżadę.

Razem z kreatyną kupiłem też białko o smaku belgijskiej czekolady. Ponieważ tak się składa, że byłem w Belgii i obżerałem się tamtejszymi łakociami, stwierdzić muszę że towarzystwo od marketingu popłynęło z tą belgijską czekoladą, oj popłynęło. Smakuje to jak legendarny w PRLU wyrób czekolado podobny. Nie jest złe, fajnie się miesza, da się wypić, ale koło czekolady to nie leżało.

O ile białko w opcji „belgijska czekolada” smakuje poprawnie, o tyle smak waniliowy to porażka na całej linii. Któregoś razu  wymieszałem z serkiem wiejskim dołączoną do przesyłki saszetkę promocyjną (co jest u mnie powszechną praktyką, bardzo często miksuję białko z jogurtami naturalnymi, twarogami etc) i po kilku kęsach musiałem to wyrzucić do kosza, bo waliło taką chemią, tak pysk wykręcało, że zwyczajnie nie dało się tego przełknąć. Aż wyciągnąłem z kosza wieczko i drugi raz sprawdziłem, czy serek aby na pewno był świeży – bo wierzyć mi się nie chciało, że coś może być aż tak niesmaczne.
Niestety –  serek miał jeszcze długi okres przydatności do spożycia.

Waniliowego białka do Amaroka nie tknę nawet za darmo –  w przeciwieństwie do Ostrovitu, które mógłbym łyżką prosto z opakowania zajadać. Nie przekonają mnie żadne listy składników ani wykazy elementów – mój jaśniepański żołądek i arystokratyczne podniebienie mówią mu zdecydowane NIE.

Ostatnim zamówionym „koksem” (jak pieszczotliwie nazywam wszystkie suple) od amaroka była potreningówka. Dobrze smakuje, świetnie się rozpuszcza – czyli jest tak, jak być powinno. Jak działa i czy działa –  trudno mi powiedzieć ponieważ gdy skończyła się zawartość puszki nie zauważyłem żadnych zmian „in minus” w samopoczuciu czy tempie powrotu do formy. Z drugiej strony, nie wszystko musi być widoczne gołym okiem – niemniej na razie pozostanę przy 7h snu i solidnej misce żarcia po treningu.

Reasumując moją przygodę z suplami od amaroka, stwierdzam, co następuje:
Przedtreningówka – kiepsko się miesza, ale włącza wszystkie kody na nieśmiertelność.
Kreatyna –  super smak, super się miesza, wchodzi jak oranżada
Białko – czekoladowe jest ok, ale wanilia to porażka
Potreningówka –   super smak, super się miesza, ale jak jej nie biorę to organizm nie płacze.

Nie przekonał mnie Amarok na tyle, bym pozostał przy ich suplach. Mają rzeczy świetne (kreatyna) oraz biedne (te nieszczęsne waniliowe białko) – czyli wychodzi średnio na jeża.
Nie są też przesadnie atrakcyjni cenowo – więc najbliższą paczkę słodyczy kupie sobie z innej „cukierenki”. Producentów jak mrówków – więc prędzej czy później trafię na takiego, który robi to samo lepiej albo taniej.

Na koniec zaznaczam, że wszystko co powyżej to jest moja, w pełni subiektywna ocena supli, które kupiłem za własne pieniądze – twoja może być biegunowo odmienna. Nie piszę tu o „faktach obiektywnych”, składnikach, makroelementach itp., tylko o swoich odczuciach w stosunku do w/w cukiereczków. Jeśli poczułeś się urażony –  zawsze możesz mi napisać, że się nie znam, albo zwyczajnie nie liczyć się z opinią blogera, który nie rwie stówy do siadu.

Jak zacznę rwać to zaczną się powody do zmartwień – ale do tego czasu to jeszcze wiele supli w szejkerach się rozpuści 😉

Ja ci k**wa dam słabą płeć!

Jakiś czas temu w internecie pojawił się filmik, na którym Stacie Tovar, jedna z lepszych CrossFiterek, co na sztangę kładzie ciężary od których zwykły facet dostaje wylewu krwi do mózgu, pokazuje się od  (dla jej fanów) niecodziennej strony – umalowana, wystrojona –  w wieczorowej kiecce siedzi i gra na forteklapie. Rzewna melodia przeplata się z przebitkami z treningu a wszystko to sprowadza się do podsumowania, że poza siłą jest też w niej i piękno. Że nie jest tylko terminatorem, który wywija kilogramami nad głową, ale też wrażliwą, delikatną kobietą.

Oglądałem ten film i miałem wrażenie, że ktoś tu bardzo mocno usiłuje mnie przekonać, że nie jest wielbłądem.

Masa, pompa i plażowa sylwetka

Uprawianie sportów siłowych sprawia, że nabiera się „siłowej sylwetki” – to głównie dla niej panowie wiosną wykupują karnety na siłownię. Mało który mówi, że chce być silny – bo to oznaczało by że nie jest a do tego żaden się nie przyzna – tylko że chce dobrze wyglądać. Chce wyglądać na zdrowego i silnego.
W przypadku kobiet większość chce tylko wyglądać dobrze –  siła nie jest im do niczego potrzebna. Są jednak kobiety, które poza fajną sylwetką interesuje także siła i sprawność. Mało tego –  są również i takie, które interesuje głównie siła i sprawność a fajna sylwetka jest dla nich czymś, co pojawia się niejako przy okazji rozwijania siły.
Zdecydowana większość zawodniczek CrossFit Games rekrutuje się z tej ostatniej grupy.

sam

Widziały gały, w co się pakowały

Decydując się na rozwijanie siły człowiek godzi się (a często oczekuje wręcz) że będzie wyglądał na silnego –  czyli mówiąc wprost, że będzie miał duże, silne, wyraźnie widoczne mięśnie, dzięki którym będzie w stanie dźwigać ciężary. W przypadku kobiet oznacza to, że będą podobne do facetów. Tak tak – już słyszę ten syk oburzenia – ale spójrzmy na to na chłodno (albo przynajmniej spróbujmy).

Zacznę od banału, ale ten banał to podstawa więc zacząć od niego trzeba. Od tysięcy lat stosunki damsko męskie wyglądają (w dużym uproszczeniu) tak, że facet ma być silny a kobieta ponętna. Wiem że feministki i studentki gender-fikołków już ostrzą na mnie osinowe kołki, że patriarchat i społeczeństwo opresyjne, ale tak to wyglądało.  Facet miał zapewnić byt i bezpieczeństwo a kobieta być na tyle atrakcyjną, by ten największy i najsilniejszy wybrał właśnie ją. Owszem, musiała mieć sporo siły by ogarnąć czeredę dzieciarni i chałupę z obejściem,  ale jak przyszło się do siłowej roboty to było to zadanie dla chłopa.
Dopiero ostatnie kilkadziesiąt lat przyniosło zmiany w tym temacie. Współczesnym kobietom wyzwolonym może się to wydawać obrazoburcze, ale niech zapytają swoich babek, jak jeszcze 50 lat temu wyglądały relacje damsko-męskie.

ty lubisz tak, a ja znów to wolę na wspak

Wiadomo, że zawsze znajdą się wyjątki, że każdy ma swoje potrzeby i upodobania, ale z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że facetom podobają się babki, które nie przypominają ich samych, zaś kobietom faceci, którzy nie wyglądają i zachowują się jak ich koleżanki. Nie znam kobiety, którą kręciłby pizdowaty hipster w liliowych rurkach ani faceta, który na ulicy obejrzałby się za zapaśniczką 80kg żywej wagi – a ponieważ i ja i moi znajomi jesteśmy „zwykłymi Kowalskimi” chyba mogę przyjąć, że ogólnie rzecz biorąc kręcą nas  (kobiety i mężczyzn) przeciwieństwa. Szukamy tego, czego sami nie mamy.
Rzecz jasna, istnieje dość wąska grupa pasjonatów sportu i fitnesu, dla których umięśniona kobieta będzie spełnieniem fantazji. Znajdą się też zapewne kobiety dominujące, dla których rozmemłany hipsterzyna będzie idealnym partnerem,  ale są to grupy na tyle małe, że w skali ogólnospołecznej można je zwyczajnie pominąć.

hipster-subkultur

Skoro kręci nas to, że jesteśmy różni, uprawianie aktywności do niedawna zarezerwowanych dla drugiej płci automatycznie stawia nas w „obyczajowej szarej strefie” –  bo nagle przestajemy się różnić. Szczęśliwie zmiany kulturowe galopują co sił w nogach i to, co 15 lat temu było dziwactwem dziś jest już zwyczajne. Już nikt nie patrzy podejrzliwie na babkę na motorze, choć facet na zajęciach z baletu to wciąż jeszcze widok niecodzienny.
Rzecz w tym, że nasze zajęcia –  ów motór, czy balet –  to są nasze „role drugoplanowe” i łatwiej jest nam zaakceptować „ekstrawagancje” na tym polu.  Zachowania nietypowe zahaczające o „role pierwszoplanowe” –  czyli naszą fizyczność, seksualność, są dużo trudniejsze do zaakceptowania ponieważ nie dotyczą kultury i obyczajów, tylko rzeczy absolutnie podstawowych i pozarozumowych, najbardziej pierwotnych z pierwotnych.

baba z brodą i mientka faja

Najprościej byłoby napisać „kobieta dźwigająca ciężary jest nieatrakcyjna dla facetów bo wygląda jak facet” – ale byłaby to zwyczajna bzdura, bo wystarczy obejrzeć fotki Christmass Abott i całą tą teorię o nieatrakcyjności i wyglądaniu jak facet można o kant dupy potłuc.

9805cff203f77d80a94cd8494bf6257f

Christmas-Snatch

Nie zmienia to jednak faktu, że na pewnym etapie umięśnienia sportsmenki przestają być postrzegane przez większość zwyczajnych facetów jako atrakcyjne. Tu znowu można złośliwie powiedzieć, że „pewnie myślą tak chudeby, które wnosząc zgrzewkę wody odpoczywają na każdym półpiętrze” – ale to też będzie pudło. Wśród moich boxowych znajomych powszechny jest podziw dla CrossFiterek z czołówki, ale zazwyczaj wraz ze słowami podziwu pada stwierdzenie, że z wyglądem to już nie ich gust. Owszem, są wyjątki typu Camille, czy Christmas –  ale zachwyty nad nimi biorą się z tego, że to po prostu piękne babki są a ich uroda sprawia, że chłopaki przymykają oko na muskulaturę.  Sam Briggs to też sportowiec pierwsza klasa, ale jest mniej urodziwa od Camille, czy Julie Foucher i nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by powiedział o niej, że to fajna, atrakcyjna kobitka.

briggs_smile

farmazony z internetu

Rekordy popularności wśród kobiet bije internetowy mem „strong is the new sexy”. Kiedyś sexy było szczupłe ciało, dziś sexy jest siła – starają się nas przekonać pozujące na memach umięśnione babeczki. Nie da się ukryć – co jedna to bardziej atrakcyjna od poprzedniczki, więc pewnie rację mają. Rzecz w tym, że nie są atrakcyjne dlatego że są silne, tylko dlatego że mają ładne buzie, zgrabne ciała i są dobrze w photoshopie wyretuszowane. Ich siła nie ma tu nic do rzeczy. Na żadnym z tych memów nie widziałem nikogo o urodzie Sam Briggs (czy posturze sztangistki wagi ciężkiej, która niewątpliwie silna jest jak tur) –  a to dlatego, że w jej przypadku tekst „strong is sexy” byłby zupełnie niewiarygodny.

255367_398534070210514_602556423_n

„Sexy” oznacza budzące pożądanie. Seksowna kobieta to ta, która swym wyglądem/zachowaniem  jest atrakcyjna dla mężczyzn. Rzecz jasna, możemy sobie wmawiać że jest inaczej, że liczy się wnętrze i tak dalej, ale seks to kwestia instynktu a tego nie da się ogłupić teoriami i założeniami. Instynkt wie swoje i w przypadku facetów wie tyle, że siła u kobiety to nie jest to, co ich kręci. Faceta kręci wygląd. To, czy babeczka  podrzuca trzydzieści, czy sto trzydzieści nie ma żadnego przełożenia na to, czy jest dla niego atrakcyjna, czy nie. Liczy się to, jak wygląda. Gdyby faktycznie kobieca siła była sexy, boginiami męskich fantazji byłyby enerdowskie pływaczki i rosyjskie sztangistki.

strong_is_sexy

Mezaliansów niet

Facetom podobają się wysportowane babki. Nie przeszkadza im, że mają mięśnie – niektórzy nawet to lubią – ale gdy kobieta zaczyna przypominać atlas anatomiczny to jest to już atrakcja dla konesera. Terminatory pokroju Briggs, czy Webb się podziwia i szanuje za wyniki, ale jeśli chodzi o zachwyty nad atrakcyjnością –  z tymi jest bardzo oszczędnie.
Nie znam ani jednego faceta, któremu podobałyby się kobiety uprawiające bodybuilding –  ale to pewnie dlatego że sam się tym sportem nie zajmuję i nie mam zbyt wielu znajomych wśród zawodowych bodybuilderów. Mam „typowych” znajomych z typowej pracy i dla nich kobieta – siłaczka to niemal to samo co baba z brodą.  Nie oznacza to, że zawodniczki BB są niekobiece, czy nieatrakcyjne – obecność panów na pokazach mówi sama za siebie a większość z zawodniczek ma swoich mężów/facetów – tak się tylko dziwnie składa, że większość z nich wywodzi się ze środowiska sportowo-kulturystycznego.
Napakowane babki podobają się napakowanym facetom – tak to po prostu wygląda.

women_bb

Podobnie sytuacja ma się w innych dyscyplinach – wystarczy zrobić szybki rekonesans po Facebooku, by jasnym się stało, że ludzie uprawiający sport na poziomie zawodowym wiążą się z osobami z tej samej, albo pokrewnej dziedziny. Mezalianse w stylu ona ciężarowiec i on główny księgowy raczej nie występują, za to normą są zestawy on-sportowiec/kulturysta, ona – instruktorka fitness, tudzież sportsmenka w innej dziedzinie.
Swoi trzymają ze swoimi.

Jasne zasady

Decydując się na sport na poziomie zawodowym, człowiek godzi się z tym, że będzie wyglądał adekwatnie do danego sportu – a w przypadku sportów siłowych oznacza to tyle, że nie będzie wyglądał „standardowo” ( i nie mam tu na myśli 20kg nadwagi, czy piwnej ciąży). Owszem, Kalendarz Dominiki Cudy pokazuje, że sportsmenki mogą wyglądać MEGA SEKSOWNIE, ale żadna z nich nie ma postury typowej zawodniczki CrossFit Games, ponieważ nie rwą masy ciała nad głowę i (zakładam) nie wciągają koksu na hałdy. Na dwanaście dziewcząt z kalendarza, tylko dwie uprawiają sporty związane z większymi ciężarami  (CF i siłownia, przy czym nie wyglądają na weteranki w tych dyscyplinach) cała reszta zaś uprawia sporty związane z gracją, zwinnością, bądź wytrzymałością i efekt jest taki, że oczu od monitora oderwać nie można

Mam to  w dupie

Idę o zakład, że gdyby zapytać kobiety dźwigające ciężary, czy bycie atrakcyjną dla zwykłych (albo jakichkolwiek innych) facetów jest dla nich istotne, zdecydowana większość odpowiedziałby, że ma na to wyjebane, albo przynajmniej jest im to obojętne. Kobiety dźwigają dla siebie. Kobiety chcą być silne. Kobiety mają w dupie co faceci o tym myślą, bo nie trenują dla facetów tylko dla siebie. Co prawda życie uczy, że im bardziej człowiek podkreśla, że mu na czymś nie zależy tym bardziej jest na odwrót – ale załóżmy że w tym przypadku faktycznie mają na facetów wywalone, że liczą się tylko kilogramy i przyrost masy mięśniowej.
Skoro zatem liczy się siła i bycie niezależną, to co ten film z forteklapem? Po co to ten przekaz, że nie jestem tylko terminatorem, jestem też kobietą, jestem piękna, zmysłowa, seksowna i wrażliwa?

tovarDumbbell

Żeby dojść do wyników i postury Stacie Tovar trzeba poświęcić wiele lat i wypić cysternę suplementów. Przez te wiele lat było wiele okazji do refleksji, że uprawiając męski sport, nabierając męskiej sylwetki siłą rzeczy przechodzi się na „męską stronę”. Ja wiem, że nie ma czegoś takiego jak „męski sport” czy  „męska strona”, że w tych czasach wszyscy mogą wszystko, ale ewolucja jest nieubłagana i ma w dupie to, co się w ciągu ostatniego półwiecza w obyczajowości wydarzyło. Z ewolucyjnego, instynktownego i pozarozumowego punktu widzenia wydatne mięśnie są atrybutem mężczyzny i kobieta z takimi mięśniami będzie przez większość facetów postrzegana przynajmniej jako ktoś „pośrodku”.
Rzecz jasna, cały czas mówimy o kimś z „bicepsami jak Briggs” a nie wysportowanej babce i o standardowym facecie a nie zawodowcu z meldunkiem na siłowni – bo jak już wspomniałem, panowie dźwigający ciężary miewają mocno nietypowe gusta, czego przykładem może być frekwencja na pokazach damskiego bodybuildingu 😉

Nie jestem wielbłądem, naprawdę

Mamy więc babkę, która od lat szarpie żelazem, robi to świadomie i z premedytacją. Doskonale wie, jaką drogę wybrała i jakie są tego społeczne konsekwencje. Skąd więc nagle ta potrzeba manifestacji swojej „drugiej strony”? Może jestem cyniczny, ale dla mnie jest to tak samo wiarygodne, jak gdyby jakiś telewizyjny celebryta robiący z siebie regularnie pajaca – taki Jacyków na ten przykład – nagle pokazał się od dojrzałej, wyważonej strony i usiłował mnie przekonać, że poza zachowywaniem się jak rozhisteryzowany gimnazjalista potrafi też być męski i zdecydowany.
Chyba zastrzeliłbym go śmiechem.

Nic Ci do tego.

Uprawianie męskiego sportu implikuje męskie zachowania. Robiąc coś latami przez kilka godzin dziennie siłą rzeczy przesiąka się zachowaniami charakterystycznymi dla danej aktywności  i tak jak faceci uprawiający balet robią się coraz delikatniejsi i gładcy w ruchach, tak kobiety dźwigające ciężary robią się coraz bardziej szorstkie w obejściu – zmienia się ich postura, słownictwo, sposób zachowania. Nie dzieje się to z dnia na dzień i niekoniecznie musi oznaczać zmianę w enerdowską sztangistkę, ale po kilku latach i dziesięciu kilogramach masy mięśniowej, czy nam się to podoba czy nie, odejście od „standardów” jest jak najbardziej widoczne ponieważ jesteśmy nie tylko tym, co jemy, ale też tym, co robimy.

CFwomen300

Daleki jestem od oceniania takich wyborów, bo każdy człowiek robi tak, by czuć się ze sobą jak najlepiej i dopóki nie krzywdzi tym innych – nie mój to interes, co robi. Chcą kobity rwać sztangę – niech rwą. Chcą mieć bicepsy jak Briggs – niech mają. Chcą być silne i niezależne –  niech będą. Świat jest pełen różnorodności i na pewno każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nie kupuję tylko filmiku, w którym napakowana mięśniami sportsmenka przebiera się w wieczorową kieckę (spod której i tak widać, że jest fest nabita) i próbuje mnie przekonać, że jest wrażliwą istotą. Nie kupuję tego, bo jest to dla mnie odpowiednik sytuacji, w której pizdowaty hipster nagle zapuszcza brodę, wciska się w stare dżinsy, flanelową koszulę i próbuje udawać twardego faceta.
Nie wierzę w takie przebieranki.

Nie da się ciastka zjeść i ciastka mieć. Tak, jak nie można być męskim mieszkającym z rodzicami 30to latkiem tak nie można być wrażliwą i romantyczną „ciężarówką”. Wybory, których dokonujemy w życiu zmieniają nas i im dłużej w nich trwamy tym bardziej są nieodwracalne.
Rzecz w tym, by przyjąć konsekwencje tych wyborów i nie grać kogoś, kim się nie jest.
No, chyba że po pijaku –  ale to tzw. „okoliczności łagodzące” 😉

Być jak Gracjan Roztocki

Jakiś czas temu na swoim blogu Kamil Timoszuk poruszył kwestię „zawodników” którzy na zawody przyjeżdżają… No, powiedzmy że „średnio przygotowani”. Dyskusja pod postem na Fejsbukowej grupie rozrosła się do takiego rozmiaru, że w pewnym momencie zgubiłem wątek i stwierdziłem, że nie ma sensu się udzielać, bo i tak utknie to gdzieś pomiędzy jedną szyderą a druga kpiną.
Rozpiszę się więc tu.

Często słyszy się głosy, że nigdzie się człowiek tak szybko nie uczy jak wtedy, gdy musi – np. na zawodach. Pomijając już kwestię, czy jest to prawda, czy nie, zawody NIE SĄ miejscem na naukę z jednego prostego powodu: z szacunku do ludzi –  zarówno tych, którzy zawody przygotowali, jak i tych, którzy na nie z odległych miast przyjechali.

Organizacja zawodów to nie jest spontaniczne wyjście na browar –  hop siup i idziemy się nawalić na plantach. Ktoś musi wyłożyć kasę, ktoś inny czas –  i to nie jest jedna osoba, czy dwie. Kilkanaście/dziesiąt osób musi zaiwaniać jak pan samochodzik żeby stworzyć jak najlepsze warunki do rywalizacji – wynająć halę, ściągnąć sprzęt, wymyślić WODy, dogadać sponsorów i partnerów, załatwić ochronę i pierdylion innych małych detali, o których przeciętny CrossFitter nigdy nie pomyśli, bo jest za bardzo zajarany obcisłymi gatkami Camille i nowym snatchem Frasera. Cała ta zgraja ludzi zasuwa jak dzika żeby poskładać imprezę do kupy, ludzie zjeżdżają z innych miast by obejrzeć sportowe widowisko – a jeden as z drugim wychodzi i zachowuje się jak na nauczaniu początkowym.

Rozumiem zajarkę i adrenalinę, rozumiem chęć sprawdzenia się, rozumiem że ktoś może nie umieć chodzić na rękach – bo to już wyższa szkoła jazdy jest –  ale u licha, miejmy do siebie trochę dystansu a do innych trochę szacunku. Zanim zapiszemy się na zawody zapytajmy siebie w duchu: ile mam na Fran, jak technicznie rwę do siadu, czy zrobię tego muscle upa na luzie, czy ledwie wystękam –  i dopiero wtedy myślmy o zapisach.

W mojej prywatnej skali wartości zawody to jest DUŻE coś. To nie jest trening, czy klasa techniczna, gdzie może pójść lepiej albo gorzej –  to jest występ przed pełną salą, przed ludźmi którzy przyszli Cię zobaczyć, może Ci kibicują –  a skoro przyszli min. dla Ciebie to musisz dać z siebie to, co najlepsze. Może to kwestia wychowania w „tych” czasach, w których  jak na koncercie coś się nie podobało to publika krzyczała „wy-pier-dalać” i robiła rozpierduchę pod sceną. Może to kwestia przekonania, że nie pokazuje się ludziom tego, czego sam bym nie chciał oglądać. Może to poczucie przyzwoitości – jak zwał tak  zwał – uważam że zawody to popisówa i rywalizacja a popisywać się należy tylko tym, co sie naprawdę dobrze opanowało. Inaczej robi się z siebie pośmiewisko

Rzecz jasna – czym innym są zawody wyjazdowe a czym innym wewnątrzboxowe. O ile na pierwsze jedzie się zawalczyć i pokazać, o tyle te drugie są świetną okazją do sprawdzenia się w gronie znajomych – tam faktycznie można czegoś nie umieć, zrobić nie do końca technicznie bo to de facto większa impreza w gronie znajomych. Tam jest miejsce na błędy i naukę.

Argument „zapłaciłem za wpisowe więc ćwiczę jak potrafię” jest moim zdaniem słaby. Jest to ewidentny znak czasów, w których ludziom brak poczucia żenady. „Mogę zrobić –  więc zrobię to, na co mam ochotę” – niby jest to logiczne i jest w tym jakiś sens, ale tylko pozornie. To nie maraton, gdzie wszyscy mają w dupie jak dotrzesz do mety (umówmy się, zdecydowana większość kibicuje swoim a resztę ma gdzieś) bylebyś zmieścił się w limicie czasu. Na zawodach są pewne standardy, wymagania techniczne, obciążenia minimalne – i albo się ich trzymasz albo zapraszam na drugą stronę barierek.

Na pewno pomogłaby tu udostępniona przez organizatorów rozpiska „wymagań” minimalnych dla kategorii „open” i „elite” – prosty dokument z listą wszystkich ruchów i obciążeń docelowych. Za cholerę nie ma szans aby ktoś z tego wydedukował WODa a przynajmniej będzie jasne, jakie są wymagania. No chyba, że organizatorzy tak boją się o frekwencję, że nieważne dla nich jest jak ludzie ćwiczą, byleby się zapisali i przyjechali –  wtedy nie mam pytań i kładę uszy po sobie.

Mój dziadek zawsze powtarzał „jeśli nie potrafisz –  nie pchaj się na afisz” – i moim zdaniem jest to bardzo dobra filozofia. Wiadomo, że wszyscy popełniamy błędy w trakcie nauki – w końcu na tym nauka polega – rzecz w tym, by umieć rozróżnić czas na naukę od czasu  na popisy.

Jeśli chcemy coś ludziom pokazać to upewnijmy się, że jest to warte obejrzenia – bo oczywiście można pajacować i rżnąć głupa – ale na tym polu poprzeczka ustawiona jest jeszcze wyżej, niż na CrossFit Games.
Lepsi od Gracjana już nie będziecie 😉

Nie taki CrossFiter nawiedzony jak go malują

Obiegowa opinia o CrossFiterach opisuje ich jako sekciarzy, którzy o niczym innym poza CrossFitem rozmawiać nie potrafią a ich największym powodem do dumy jest puszczony w trakcie treningu do wiaderka magnezją bełt. Aby sprawdzić czy tak jest naprawdę pozwoliłem sobie jakiś czas temu przeprowadzić ankietę, która choć  żartobliwa i luźna w formie miała dać choć szczątkową odpowiedź na to, ile jest w obiegowych opiniach prawdy a ile zwykłych bzdur.

Ankieta składała się z czterech pytań, na które można było udzielić odpowiedzi w skali od 1(„cały ja”) do 5 („chyba ty”). Ankietę wypełniło 199osób.
Pytania były stopniowane „od hardkora do lansera” – odpowiedź „zdecydowanie tak” na pierwsze z nich stawiała osobę w grupie fanatycznych pasjonatów, zaś „zdecydowanie tak” na ostatnie z pytań stawiało człowieka w grupie tych, dla których CF jest jeszcze jedną modą, pod która fajnie się podpiąć.
Same pytania, jak i forma ankiety powstały w formie żartu – toteż nie należy się w nich doszukiwać profesjonalizmu, czy punktować metodologicznych  niedociągnięć.
To miał być żart, z którego przy okazji wyszły całkiem ciekawe wnioski.

CrossFit jest sensem mojego życia. W BOXie spędzam każdą wolną chwilę. Nieudany Benchmark potrafi zrujnować mi dzień. Ćwiczę na RX albo wcale. Płaczę i przeklinam gdy coś mi nie wychodzi. Ważę, mierzę i pilnuję wszystkich składników diety. Dzień cheatowy nadrabiam podwójnym benchmarkiem. Dzień restowy uważam za dobry dla mięczaków.

Pierwsze pytanie miało dać odpowiedź na pytanie „jak wielkim hardkorem jesteś”. Czy faktycznie osoba odpowiadająca świata poza CrossFitem nie widzi i podporządkowuje mu całe swoje życie, czy też podchodzi  do niego z dystansem.

Odpowiedzi na „zdecydowanie tak” udzieliło 5% ankietowanych, zaś na „tak” odpowiedziało kolejne 10%. „Mniej więcej” zgodziło się 30%, „nie” odpowiedziało 15, zaś „zdecydowanie nie zgodziło się” z tym twierdzeniem aż 40% ankietowanych.

CrossFit jest dla mnie ważny, ale są rzeczy ważniejsze. Ustawiam sobie cele, do których konsekwentnie dążę, ale jeśli coś się nie uda nie robię z tego tragedii. Nie dziś – to jutro – w końcu CF to przygoda na całe życie.
Trenuję 3-5 razy w tygodniu z przerwą na regenerację. Staram się jeść zdrowo, ale nie jestem kuchennym faszystą. Burger i browarek raz w tygodniu jeszcze nikomu nie zaszkodził.

Na to pytanie „zdecydowanie tak” odpowiedziało aż 65% ankietowanych, kolejne 20% odpowiedziało „tak”, zaś „tak sobie”, „nie” i „zdecydowanie nie” odpowiedziało razem 15%.

O ile pierwsze dwa pytania miały sprawdzić „jak bardzo Ci zależy”, koleje dwa pytały przewrotnie „jak bardzo ci NIE zależy”.

Fajna sprawa ten CrossFit, ale nie przesadzajmy – 3 razy w tygodniu w zupełności wystarczy. Nie ustawiam sobie celów, trzymam się tego, co w danym dniu jest na tablicy. Z tym RX to też przesada – na zawody przecież i tak nie pojadę – chcę po prostu fajnie wyglądać. Poza CF jest tyle fajnych spraw w życiu, że szkoda ograniczać się tylko do jednej.
Jem raczej zdrowo, ale jak mnie najdzie chcica na słodkie to sobie nie odmawiam. W końcu na treningu wszystko wypalę, nie?

Na tak postawione pytanie „zdecydowanie tak” odpowiedziało 10%, „tak” następne 10% „tak sobie” odpowiedziało 20% zaś aż 60% odpowiedziało „nie” oraz „zdecydowanie nie”.

Wpadam od czasu do czasu pogadać ze znajomymi, coś porobić, żeby człowiek kompletnie nie zdziadział – ale bez napinki – na to szkoda zdrowia. Chodzi o to, żeby było miło, a nie żeby się złachać w trupa. Z tym paleo to też przesada – może mam jeszcze pokutną włosienicę założyć? Nie dajmy się zwariować – to tylko sport.

Z tak postawionym pytaniem zgodziło się tylko 5% ankietowanych, 2% nie miało zdania, 13% nie zgodziło się, zaś pozostałe 80% odpowiedziało „chyba ty”.

I co z tego?

Wyniki tej ankiety nie były dla mnie żadnym zaskoczeniem – potwierdziły tylko to, co o CrossFicie i CrossFiterach myślałem. Rzecz jasna, trzeba mieć na uwadze że, jak to w ankietach bywa, ludzie co innego deklarują a co innego robią (innymi słowy opisują siebie takimi, jacy chcieli by być a nie takimi, jacy są w rzeczywistości) ale odłóżmy na bok paranoje, teorie spiskowe i popatrzmy, co z otrzymanych odpowiedzi wynika.

Wynika min. tyle, że prawdziwych oraz ciut mniej prawdziwszych hardkorów w CrossFicie jest  raptem 15% – mniej niż jedna szósta – więc obiegową opinię fanatyków i sekciarzy można od razu o kant dupy potłuc. Owe 15%  to moim zdaniem „crossfitowa czołówka oraz grupa pościgowa”  –  ci którzy startują, bądź  przymierzają się do startu w zawodach – innymi słowy ci, dla których CF przestał być formą rozrywki a stał się czymś więcej.
15% –  czyli niecała 1/6 wszystkich respondentów (załóżmy, że te 200 osób to była grupa reprezentatywna dla wszystkich CrossFitterów w Polsce). Wydaje mi się, że jest to wynik porównywalny z innymi dyscyplinami, w których 10-15% stanowią półzawodowcy oraz inni ultrasi. Nawet, jeśli się mylę i w pozostałych dyscyplinach tych hardkorów jest o połowę mniej, to rzutowanie zachowania tych 15% na pozostałe 85% jest (mówiąc delikatnie) intelektualnym nadużyciem 😉

Na drugim biegunie ankiety mamy pozerów-lanserów, których jest mniej niż 10% –  i jest to moim zdaniem wynik jak najbardziej przyzwoity – bo ludzie podążający za modą znajdą się wszędzie. W ogóle, wynik ankiety pokazuje że CrossFiterzy w Polsce to „zdrowa” społeczność, ponieważ postawy skrajne przejawia ok 20%, zaś cała reszta zachowuje się  „normalnie”.
I nie ma się co dziwić –  zdrowy sport –  to i zachowania zdrowe 😉

Choć tylko co szósty CrossFitter otwarcie deklaruje, że „jestę hardkorę”,  zdecydowana większość pozostałych podchodzi do tematu na poważnie – trenuje 3 do 5 razy w tygodniu, pilnuje tego, co na talerz kładzie. Co prawda zdarzają im się okazjonalne balety czy inne cheat-meale (w końcu jesteśmy ludźmi a nie maszynami) ale generalnie trzymają się zdrowego kursu.
To również uważam za zdrowy objaw, gdyż pokazuje to że en masse osoby trenujące CF nie podchodzą do tego jak do sezonowej mody, ale też trzymają zdrowy (z mojego punktu widzenia) balans pomiędzy sportem a życiem. CF jest dla nich ważny, ale nie dają się zwariować.

Próba stworzenia „opisu polskiego CrossFittera” na podstawie tak niezobowiązującej ankiety byłaby mocno naciągana, niemniej można pokusić się o małe, siłą rzeczy dość uogólniające, podsumowanie.

Obraz CrossFitera-sekciarza jest mocno naciągany, by nie powiedzieć nieprawdziwy. Owszem, jak w każdej grupie znajdą się i tacy zapaleńcy, ale zdecydowana większość osób trenujących CF zachowuje umiar i zdrowy rozsądek. Z drugiej strony, ilość osób przypadkowych jest na tyle mała, że ciężko o naturalną przeciwwagę dla hardkorowców. Zamiast owej przeciwwagi jest grubo ponad połowa, która poważnie podchodzi do treningów, dba o dietę, cele treningowe itp. – i dla postronnego obserwatora może być ona nieodróżnialna od „CrossFitowych Pretorian”. Stąd pewnie powszechny odbiór CrossFitterów jako bandy nawiedzonych hardkorów – bo (z grubsza licząc) wszyscy pilnują tego co jedzą, wszyscy robią 4-5 treningów tygodniowo, wszyscy poważnie traktują uprawiany sport – a mało kto ma czas i ochotę zgłębiać niuanse „stopnia uhardkorowienia” danego delikwenta.
Dużo prościej jest przykleić łatkę sekciarza.

Nie taki więc ten CrossFitter nawiedzony, jak go malują. Są wśród nas hardkory, jest kilku leserów, a oprócz nich cała masa „CrossFitowej Klasy średniej” – co wg różnych mądrych myślicieli przekłada  się na obraz niemal  idealnego społeczeństwa.
Jesteśmy więc zdrowi nie tylko na ciele, ale też i na umyśle.

W zdrowym ciele zdrowy duch 🙂

Dlaczego nie zostaniesz mistrzem świata (ale wciąż możesz być zajebisty)

Bez względu na uprawiany sport pasjonujemy się gwiazdami z czołówki. Czy to CrossFit, czy triatlon, czy też bierki po ciemku, kibicujemy tym najlepszym i bardziej lub mniej świadomie inspirujemy się nimi. Nawet jeśli tego głośno nie wypowiadamy –  bo to przecież tak nieosiągalne, że aż absurdalne – chcemy być tacy jak oni chociaż w połowie, albo w jednej czwartej nawet. Porównujemy wyniki, czasy, kilogramy. Chcemy czy nie –  są dla nas punktem odniesienia. Północą na sportowym kompasie.

Nie raz i nie dwa zastanawiałem się, co takiego dzieli nas od tych najlepszych. Przecież nie są półbogami, cyborgami, nadludźmi – są tacy sami jak my ze swoimi wadami i słabościami.
A właśnie, czy aby na pewno ze słabościami? Czy mistrzowie mają słabości? Czy na pewno są tacy jak my? Co trzeba robić by (teoretycznie) mając na starcie równe szanse wysforować daleeeko przed czoło peletonu? Co sprawia, że jeden jest mistrzem a drugi tylko mu kibicuje?
Odpowiedź przyniósł dokument z CrossFit Games 2014.

Aby być mistrzem, trzeba zapierdalać.

To  banalne i oczywiste, ale aby być mistrzem trzeba nie harować, nie  ciężko trenować, ale zapierdalać jak wół. Wystarczy posłuchać/poczytać wypowiedzi sportowców z czołówki by jasnym się stało, że dwa treningi dziennie to w zasadzie „średnia sportowa” a są zuchy, które trenują w każdej wolnej chwili. To nie jest zestaw dla człowieka po trzydziestce, który w szkole z kolegami w nogę pogrywał a potem nagle się obudził –  to jest zestaw dla byka, młodego byka, który ze sportem ma do czynienia co najmniej od ogólniaka. Nie bez powodu większość gwiazd CrossFitu to ludzie przed trzydziestką (średnia wieku dla pierwszej dziesiątki panów to 27,9, zaś dla pań 27,4) – po prostu mają na to siłę. Jeśli ktoś aktywnie przez całe życie uprawiał sport (jak ma to miejsce w przypadku niemal całej czołówki CF) i jego organizm jest przyzwyczajony do wysiłku – może jeszcze poszaleć po trzydziestce, ale skoro sam Chris Spealler w wywiadach mówi, że jego 35 lat to już nie jest wiek na mierzenie się z młodziakami –  to coś w tym musi być.
Kto jak kto, ale Chris na  pewno wie, o czym mówi.

Aby wypruwać sobie flaki na poziomie olimpijskim trzeba być silnym i młodym. Owszem, sportowcy z kategorii „masters” też robią niesamowite rzeczy, ale kto z  nas porównuje się do tych, którzy mogliby być naszymi rodzicami? Wciąż jeszcze jesteśmy młodzi, albo relatywnie młodzi i porównujemy się do swoich rówieśników. Porównywanie do ludzi dwukrotnie starszych byłoby oszukiwaniem samego siebie.

Być silnym i młodym to jedno a wypoczętym to drugie. Nie bez powodu większość CrossFitowej czołówki to ludzie bezdzietni –  człowiek z dziećmi na głowie nie miałby na dwa/trzy treningi w ciągu dnia ani czasu, ani siły –  bo byłby zwyczajnie niewyspany i zaganiany. Co prawda  Jason Khalipa, ojciec dwójki  jakoś znajduje czas i na dzieci i na trening, ale jestem absolutnie przekonany, że nie dzieli z żoną obowiązków w sposób partnerski. Aby jedno mogło trenować, drugie musi zając się dzieckiem i domem (co nie jest lekką pracą). Nie wierzę, absolutnie nie wierzę, że przy partnerskim podziale obowiązków (na oko 50/50) można mieć siłę i czas na dwa treningi dziennie. Przerabiałem to i wiem, że ogarniając dom i dziecko można być tak zjebanym, by nie mieć siły nie tylko na trening, ale nawet na otwarcie browara, czy wieczorny seks.
Jeśli ktoś tak potrafi – dla mnie jest cyborgiem.

Rodzina i sport zawodowy nie idą w parze. Sam Rysiu Froning przyznaje, że gdyby chciał dalej trenować do Gamesów ucierpiałaby na tym jego rodzina a na chwilę obecną to ona jest dla niego priorytetem. Wtóruje mu Chris Spealler, który otwarcie mówi, że ceną za udział w gamesach jest czas, którego nie spędza z najbliższymi.
Sport zawodowy to zajęcie dla bezdzietnych albo tych, których rodzina przyjmuje na siebie rolę tła, bezpiecznej przystani do której wraca się po bitwie. Fajne to, wygodne i romantyczne, ale z doświadczenia wiem, żeby aby było gdzie po bitwie wrócić, trzeba de facto prowadzić dom samotnego ojca/matki –  bo gdy jedno leci po wyniki, drugie zapierdala, by rachunki były opłacone, posiłek ugotowany  a dzieci nie biegały w zasranych pieluchach. Świetnie to pokazuje (bodajże) piąty odcinek „behind the scenes” z CF games 2014, w którym Valerie Voboril (piąta na świecie) przyznaje, że w trakcie zawodów znajdowała czas na zajęcie się dzieckiem, ale mogła to robić tylko dlatego, że jej mąż ogarnia całe pozasportowe „zaplecze”.

Aby uprawiać CF na poziomie Gamesów trzeba być młodym, mieć czas i zdrowie na mordercze treningi – ale takich młodych są na świecie miliony – więc dlaczego tak niewielu z nich bierze udział w gamesach? Ponieważ za bycie championem odpowiada jeszcze jeden czynnik – cecha charakteru, którą nazwałbym „patologiczną nieustępliwością”.

Jest w dokumencie o CF Games 2014 piękna scena, w której Camille Leblanc-Bazinet pcha pod górę sanki. Metalowe sanki po piasku. Jest to robota tak ciężka i ogłupiająca, że od samego patrzenia można się wściec – tymczasem Camille, rzucając kurwami na lewo i prawo pcha te sanki po 5, 10 centymetrów. Wścieka się, frustruje –  człowiek ma wrażenie że lada moment pizgnie nimi w krzaki i zawinie wściekła do domu, ale nie – mozolnie, raz po raz popycha to żelastwo przed siebie, bo wie, że od tego może zależeć jej zwycięstwo.

Przewiń do 53 minuty

Nie bez powodu nazwałem tę cechę „patologiczną”. Człowiek który chce mierzyć się z najlepszymi, musi zapomnieć co to komfort, musi oswoić  ból a chóry anielskie muszą być dla niego tym, czym dla innych dźwięk powiadomienia na Facebooku. Aby być najlepszym, musi być gotów się zarżnąć, zajechać w trupa w (pozornie) najbardziej ogłupiający sposób. Idealnie opisała to Camille, która zapytana o to, co trzeba mieć by zostać „the fittest on earth” odpowiedziała: ” If you want to be me or Michelle you just don’t have to be good, manage all the skill, weight and all that. You need to be like… willing to die… Because we’re gonna do it.”

zapraszamy na kozetkę

Przepis na championa wydaje się dość prosty: Musisz być młody, bez zobowiązań i gotów na poświęcenie daleko poza granicą zdrowego rozsądku. Do tych trzech składników dodałbym jeszcze konsekwencję i sprecyzowanie: musisz wiedzieć czego chcesz i uparcie, konsekwentnie do tego dążyć. To też doskonale widać na dokumencie z CF Games – sportowcy z czołówki nie odpuszczają, ani na chwilę nie gubią z oczu celu, na który tak zasuwają – dzień po dniu, trening za treningiem, bez taryfy ulgowej. Są jak metodyczny księgowy robiący noworoczną inwentaryzację –  tylko ich praca jest nieco bardziej mecząca.

Oprócz czterech podstawowych składników dodałbym jeszcze jedną przyprawę –  dość kontrowersyjną i być może dla kogoś obraźliwą, ale na pewno istotną –  a mianowicie psychikę. Doskonale pamiętam dziewczynę, która nie mogąc zrobić pompki w staniu na rękach klęła i miotała się na wszystkie strony. Nie była to sportowa złość – babka była solidnie wkurwiona i sfrustrowana; widać było, że zrobi tego headstanda choćby miała sobie wszystkie stawy rozpieprzyć. Patrzyłem na nią z deka przerażony, bo dla mnie sport to przede wszystkim przyjemność – a tam widziałem jeden wielki wkurw i frustrację.

Każdy z nas nosi w głowie swojego małego zajoba, który popycha go do zachowań niezrozumiałych dla otoczenia; każdy jest na swój sposób stuknięty, każdy coś tam sobie, czy innym udowadnia a sport jest świetnym sposobem na to, by coś odreagować, coś udowodnić, skanalizować frustracje i zrobić z nich jakiś pożytek.
Żeby było jasne: nie twierdzę, że sport to forma psychoanalizy dla tych, którzy mają problemy z akceptacją samego siebie – nic z tych rzeczy. Absolutna większość znanych mi sportowców to ludzie zwyczajni i normalni, ale znam też takich, którzy do sportu pochodzą tak fundamentalnie, jak ortodoksyjni muzułmanie do wiary. Są tacy, dla których sportowe osiągnięcia stoją ponad wszystkim i są w stanie podporządkować im całe życie. Ludzie tego typu będą mieli zdecydowaną przewagę nad tymi, dla których jest to „tylko” hobby, lub pasja – i będzie to doskonale widać w trakcie zawodów.

wsypać, zmieszać –  i gotowe do spożycia

Zebranie do kupy tych czterech składowych (pewnie jest ich więcej –  ale to nie doktorat, więc pozostańmy przy uogólnieniu)  jest cholernie trudnie –  i dlatego więcej jest tych, którzy kibicują, niż tych którym można kibicować.
Jest wielu silnych, młodych – ale bez tej „patologicznej nieustępliwości”. Są setki tysięcy ludzi, dla których sport nie jest sensem życia i tak jak (deklaruje) Froning wolą spędzić ten czas z rodziną (choć Rysiek ma o tyle łatwiej, że swoje już osiągnął). Są też tacy, co nie mają z kim dziecka zostawić albo zapierdzielają w korpo po 12h by spłacić SUVa w leasingu – i dla nich to już w ogóle szans nie ma aby  nawet w boxowych zawodach błysnąć – bo są chronicznie zjebani jak konie po westernie i cieszą się, gdy uda im się trzy razy w tygodniu dotrzeć na trening.

Jest pierdylion powodów, da których większość z  nas nie będzie, jak Rysiek, czy Camille –  ale to nie powód by nie robić nic. Każdy z nas może być, jak to ładnie ujął Kamil Timoszuk, „najlepszą wersją samego siebie” –  i dokładnie o to chodzi.
By dać z siebie maxa i poczuć się mistrzem swojego życia.