Tańczacy z BOXami: CrossFit GCW

Cały tydzień chodziłem jakiś niedorobiony. Niby dawałem z siebie na treningach tyle, ile mogłem, ale wciąż czułem, że to nie to, że brakuje mi  solidnego dojechania. Normalnie dobiłbym się na niedzielnym treningu, ale w związku z odbywającym się w moim BOXie Szkoleniem CF Level1, CrossFit Mokotów był zamknięty da klubowiczów. Postanowiłem więc skorzystać z okazji i odwiedzić BOX po drugiej stronie warszawy –  gocławski CrossFit GCW.

Lokalizacja jest prawilna, jak Greg Glassman przykazał – BOX mieści się w pomieszczeniu magazynowym nieopodal Wału Miedzeszyńskiego. Duży, przestronny, może nie hangar, ale na brak miejsca nie ma co narzekać. Wystrój oszczędny, jak na BOX przystało, za to prysznice i toalety  jak w wypasionej sieciowej siłowni w centrum miasta. Aż się nie chciało spod prysznica wychodzić 😉

Jednym z najciekawszych aspektów trenowania w innych BOXach jest  styczność z różnymi filozofiami treningowymi. Przyzwyczajony do Mokotowskiego standardu z przyjemnością spróbowałem innego podejścia do rozgrzewki – mniej lekkich ćwiczeń i cardio, w zamian sporo przedtreningowego rolowania na wałku. Czy jest to sposób lepszy, czy gorszy –  trudno powiedzieć – ponieważ  przyszedłem pół godziny przed treningiem, miałem czas na zrobienie samodzielnej rozgrzewki i nie zauważyłem  wielkiej różnicy.
Na pewno było inaczej, niż zwykle.

GCCW_int2

Sam trening to była klasyczna drabinka w dół: 100DU, 10 trusterów, 10 dipów – 90DU, 9thrusterów, 9 dipów itd aż do zera. O ile nogi, choć zmordowane wczorajszymi podbiegami, pracowały jak należy, to DU spaliły mi ramiona jak cacy i w efekcie zaliczyłem piękny wyjazdowy DNF.
Nie pierwszy i na pewno nie ostatni w karierze-  więc luz. Najważniejsze, że dałem z siebie tyle ile mogłem i skończyłem z poczuciem dojechania i satysfakcji 🙂

Wyjeżdżając „w obce strony” siłą rzeczy porównuje się je do tego, co znane –  więc porównania  między RCFM i CGW nasuwały się automatycznie. Najbardziej w oczy (a raczej w uszy) rzucała się cisza między trenującymi. Na Mokotowie normą są żarty  w trakcie rozgrzewki i po WODzie. Jedynym w miarę „cichym” elementem treningu jest METCON, w trakcie którego nikomu nie jest do śmiechu; ale gdy tylko skończy sie przewidziany TimeCap, zaraz zaczynają się śmichy chichy i głupie komentarze. Cisza w  GCW w niczym mi nie przeszkadzała –  była po prostu inna od tego, do czego przywykłem.
Nie bez znaczenia na pewno było też że przyszedłem tam jako obcy i do tego w niedzielę –  a  wszyscy wiemy  jak to jest w  BOXie w niedzielę. Tak, czy owak, było OK –  a to najważniejsze.

GCW_interior

Świetną odmianą, której mi w rodzimym BOXie brakuje były godzinne zajęcia z mobilności. Przyznam, że tak sobie ustawiłem wizytę w CF GCW, aby w ramach pierwszych zajęć za free załapać się na trening i zajęcia z mobility –  i był to super pomysł. Godzina rolowania i rozciągania zrobiła mi baaardzo dobrze. Nauczyłem się kilku nowych ćwiczeń, które na bank wejdą do żelaznego zestawu rozgrzewkowego a przy okazji tak zmordowałem czwórki,  że chwilami miałem mroczki przed oczami.
Znaczy się  100% satysfakcji 😉

Z CrossFit GCW wyjeżdżałem tyleż skotłowany, co zadowolony. BOX jest duży, przestronny –  jest gdzie i czym ćwiczyć. Gdyby ktoś z prawej strony Warszawy się zastanawiał, czy warto tam zajrzeć – to nie ma co się zastanawiać, tylko do BOXa szorować.
I koniecznie na zajęcia z mobilności –  bo kto nie płakał na wałku ten przegrał życie 😉

Najsłabszy mięsień

„Odpoczynek to element planu treningowego” – głosi jedno ze sportowych haseł. W tym samym czasie inne mówi, że „nie ma czegoś takiego, jak przetrenowanie – jest tylko lenistwo” (Nie ma takiego miasta jak Londyn; jest Lądek, Lądek zdrój…). Słuchając ich czuję się jak w trakcie debaty politycznej – dwóch dyskutantów, siedem opinii i jeden wielki mętlik w głowie. Komu tu wierzyć, kogo słuchać? Iść za własnym rozsądkiem, czy słuchać się mądrzejszych?
A może po prostu mieć wszystko w dupie i robić swoje – na przykład dzień restowy?

poleż, bo się zmęczysz

Odpoczynek nie ma dobrej opinii. Ciężko się podlansować na taki dzień –  bo co to za osiągnięcie, że nic nie robisz? Ludzi interesują wyniki, rekordy, kilometry i kilogramy. Nie ma rekordów –  to nie ma o czym gadać. Kogo to interesuje, że czujesz się jak szmata do podłogi i musisz odsapnąć, bo się w szwach prujesz? Prawdę mówiąc, na odpoczynek po ostrym treningu jeszcze można się podlansować –  bo to znaczy, że było ostro, że wydarzyło się COŚ, co usprawiedliwia chwilę  słabości – ale na taki zwykły, planowy rest? Toć to nie wypada…

Ciężko jest odpoczywać, gdy co drugi (nie)znajomy trzaska PRy i siódme poty leją się wiadrami. Jeszcze ciężej, gdy masz nie tyle ciśnienie, co wewnętrzną chęć na trening. Najciężej zaś, gdy bardzo chcesz,  nie czujesz się zmęczony, nic nie boli i jedynym co trzyma cię w ryzach jest świadomość, że rozsądnie byłoby odpocząć. To świadome odmawianie sobie przyjemności jest jak tortura. Niby coś tam próbujesz sobie racjonalizować, że wypoczęty będziesz mieć jutro lepsze wyniki, że samochód tankujesz ZANIM zapali się lampka rezerwy, ale tak naprawdę wściekasz się jak dzieciak, któremu odmawiają cukierków „bo cię brzuch rozboli”. Na poziomie rozumowo-rozsądkowym wszystko wiesz i rozumiesz, ale na poziomie emocjonalnym dociera do ciebie tylko jedno: ktoś mi tu odmawia przyjemności i tym kimś jestem ja sam..

langsam,langsam, aber sicher

Wiele się mówi o rozsądku, planowym podejściu do ćwiczeń, umiejętnym równoważeniu treningu i odpoczynku – ale są to, mam wrażenie, porady dla ćwierć, pół i więcej zawodowców. Amator robi swoje dla frajdy a we frajdzie (jak we wszystkim co przyjemne) strasznie łatwo się zatracić. Ile to razy wychodziłem na trening z myślą „ok, dziś zrobię to na chłodno, plan jest taki a taki, powoli i metodycznie do celu” po czym nie zdążyłem nawet skończyć rozgrzewki, gdy w głowie zapalał się wielki neon z napisem „w trupa, kurwa!”

Wszystkiemu winna jest adrenalina (najlepiej od razu znaleźć kozła ofiarnego –  potem już z górki) która wyłącza rozum i włącza instynkty. Łatwo jest robić plany na chłodno, ze spokojnym tętnem, w codziennym ubraniu, z kawką w dłoni. Dużo trudniej jest się opanować, gdy serce wali 170-180 razy na minutę, organizm wchodzi w tryb alarmowy i wyrzuca do krwiobiegu substancje odpowiadające za przetrwanie. Ciężko jest się kontrolować, gdy ciało czuje się zagrożone a w mózgu gotuje się wywar z euforii i ambicji.
Dodaj szczyptę ego i otrzymasz miksturę wybuchową…

Niemal zawsze planuję zrobić trening „na chłodno” – spokojnie, metodycznie, niczym księgowy odhaczający kolejne pozycje z faktury –  i niemal zawsze mi się to nie udaje. Zegar rusza, rozum staje –  dziękuję, pozamiatane.
Od czasu pierwszej poważnej kontuzji powoli się to zmienia, coraz częściej udaje mi się iść z planem, niemniej regularnie wracają „akcje na przypał”, gdy nagle coś mi odbije, ego rzuci się na mózg i zajadę się w trupa „bo co, ja nie dam rady?”. I klnę potem na siebie, że taki stary a taki głupi, że to nie pierwszy raz kiedy tak sobie „dogodziłem”, że oczywiste było że za wcześnie/za mało techniki/za mało siły. Że wystarczyło użyć mózgu i dokonać chłodnej analizy sytuacji –  tylko weź i myśl na chłodno, gdy już jesteś po rozgrzewce…

Co prawda niewiele to zmienia, ale nie jestem w tym osamotniony – jazda w trupa i na wariata jest powszechna wśród wszystkich sportowców amatorów. Świetnie to widać na startach zorganizowanych, gdzie ludzie biegną maraton do końca, choć od połowy trasy odwiedzają każdy punkt medyczny, czy też człapią ostatkiem sił przystając co kilkaset metrów.
Porywanie się na maratony mimo braku doświadczenia na długich dystansach, bieganie mimo kontuzji, bieg w trupa –  to są rzeczy tak normalne i codzienne, jak rozwodnione piwo w knajpie. Wszyscy je popełniają, bo wszyscy upijają się adrenaliną – nic, tylko przyklejać akcyzę i odprowadzać podatek do Skarbu Państwa.

W CrossFicie jest nie inaczej – ile to razy widziałem asa, który na sztangę założył dużo więcej, niż powinien i tańczył z tym dopóki trener go nie opieprzył. Do dziś pamiętam (i mam zdjęcia) zucha z Amarok East Side Challenge, który rwanie robił z tak KOSZMARNĄ FORMĄ, że aż dziw bierze, że dla własnego dobra nie został zdyskwalifikowany.
A to wszystko przez emocje, przez adrenalinę; przez zajebiście silne ego i mikry rozsądek. Słabe jest to i głupie – sam jestem winien tych „błędów” – ale wiem też, że rozum i opanowanie są proste tylko w teorii.
W praktyce są to dwa najtrudniejsze ćwiczenia.

zimno, zimniej, z premedytacją

Podziwiam ludzi, którzy są w stanie trenować na chłodno – wychodzą na trening z jasną wizją tego co mają zrobić, jak mają zrobić – i jedyne, co im pozostaje to dać z siebie wszystko, by ten plan zrealizować. Autentycznie ich podziwiam, bo sam tak nie potrafię. W teorii wszystko wiem i rozumiem – że duże, dalekosiężne cele (powiedzmy sobie start w zawodach, wyrwanie stówy nad głowę itp.) nie realizują się na wariata, że kluczem do nich jest systematyczność, konsekwencja i opanowanie; że  na wariata to krzywdę można sobie zrobić a nie progres – to wszystko niby wiem, ale potem słyszę ten cholerny pik zegara i żegnaj rozumie, widzimy się za dwadzieścia minut.

Gdy uprawiałem „sport dla sportu” biegałem sobie jak mnie poniesie. Miała być dycha, ale nogi jakoś dobrze niosły –  więc poleciałem połówkę; nic tam, że wczoraj były solidne podbiegi – dobrze się biegło, więc biegłem ile wlazło a w mięśniach kumulowały się mikrourazy.
Nie inaczej wyglądały początki CrossFitu – mam jeszcze trochę siły, jeszcze adrenalina nie wywietrzała z głowy –  to hopsa, jeszcze sześćdziesiąt Burpees, pod korek, do oporu, w trupa – bo w trupa najlepiej.
Dopiero z czasem zaczęło do mnie docierać, że nie tędy droga, że rzeczy duże i trudne wymagają czasu i cierpliwości, że trzeba być wypoczętym i przygotowanym na porażki, że ego to najgorszy doradca – to wszystko przyszło z czasem i prawdę mówiąc cały czas przychodzi, bo wciąż jeszcze zdarzają mi się ataki zaćmy na mózgu. Wciąż jeszcze kusi, by poddać się emocjom i polecieć w trupa.

Bo jazda w trupa jest fajna. Jest niebezpieczna, na dłuższy dystans niewydajna, więcej z niej szkody, niż pożytku –  a mimo to jest w niej jakiś urok. Redukcja do półzwierzęcego stanu,  wyłączenie hamulców, bluzgi na ustach i piana na pysku mają w sobie jakąś magię –  są jak dobry alkoholowy rausz, na którym już nic się nie liczy. Masz klapki na oczach i fokus na jeden konkretny cel – złapać, pokonać, bez względu na koszta pokazać kto tu rządzi –  pierwotny instynkt łowcy/wojownika nie zna litości tak dla ofiary jak i samego siebie. Kiedy walczysz nie ma sentymentów –  czas lizania ran przyjdzie później.

Jazda na wariata to luksus amatorów. Gdy  zaczynasz do sportu podchodzić nieco poważniej takie podejście przestaje się opłacać –  ryzyko zrobienia sobie kuku i wyłączenia z treningów na dłuższy czas robi się zbyt duże, by sobie pozwalać na chwilę zapomnienia.
Jazda na wariata jest też nieopłacalna dla amatorów, bo choć ci mają dużo mniej do stracenia niż zawodowcy, przegrzanie się tuż na starcie nie jest niczym przyjemnym. Przegrzałem się i w biegu i podczas WODa –  i w obydwu przypadkach było bardzo niefajnie – kolka, koszmarny spadek wydajności i złość na własną głupotę, że w zasadzie już pozamiatane. Bo nie jest fajne, gdy spalasz się zanim na dobre się rozkręcisz – to trochę jak przedwczesny wytrysk – jeszcze się impreza na dobre nie zaczęła a już wyświetlają napisy końcowe…

Najlepsze treningi to te metodyczne, kiedy uda się okiełznać emocje i pojechać zgodnie z planem. Poszatkować zadanie na kawałki i odhaczać po kolei małe kawałeczki –  to w moim przypadku najlepszy przepis na efektywny trening. Nie daje może aż takiego adrenalinowego kopa, jak jazda w trupa, ale wyniki które przynosi mówią same za siebie –  większość życiówek i PRów zrobiłem „na chłodno” a zdecydowaną większość kontuzji (jeśli nie wszystkie) złapałem wtedy, gdy dawałem ponieść się emocjom.
Wnioski są oczywiste.

Jedno z moich najbardziej nie-ulubionych powiedzonek brzmi „łańcuch jest tak mocny, jak jego najsłabsze ogniwo”. Nie lubię go, bo jest cholernie prawdziwe. Gdy najsłabszym ogniwem jest opanowanie i zimna krew, treningi są chaotyczne i niebezpieczne. Szarpie się człowiek, wykonuje nerwowe ruchy a czasem zwyczajnie leci w trupa, co jest tyleż widowiskowe, co nieodpowiedzialne.

Fajnie jest dać się ponieść, ale bardzo niefajnie jest ponosić tego konsekwencje – dlatego dla własnego dobra, poza bickiem, klatą i kapturem, warto na każdym treningu ćwiczyć ten najsłabszy mięsień samokontroli.

Bo to właśnie zimna krew i opanowanie jest tym, co odróżnia zwykłego psychopatę od profesjonalnego zabójcy 😉

Problem pierwszego świata

Zazwyczaj nie rozwodzę się nad mięsnymi zakupami  – wiem co mam kupić, wiem gdzie jest dobry towar, sprawa jest więc prosta –  idę, kupuje i temat zamknięty; pozostaje tylko sobotnie czuwanie przy garach. Kupując królika miałem jednak zgryz – jak go przemycić do domu tak, by córka  nie widziała. Jak go rozpracować, by uniknąć płaczu i niewygodnych pytań?

Od dzieciaka lubiłem wszystkie programy przyrodnicze więc naturalnym jest, że sympatię tą staram się zaszczepić swojemu dziecku. Zamiast durnych bajek My Little Pony oglądam z nią programy o małpach, rybach, lwach – niech się uczy świata, niech zobaczy ile ciekawych rzeczy dzieje się dookoła.
Wszystko fajnie jest i milo do czasu, gdy w trakcie takiego programu np. o fokach pokazywana jest normalna z przyrodniczego punktu widzenia sytuacja, gdy stary mors w nerwach zabija małe foczątko, albo gdy z braku pożywienia pisklę umiera z głodu, albo gdy fajne puchate lwiątko dopada swoją pierwszą gazelę, przegryza jej krtań i wybebeszywszy flaki wpiernicza cieplutką jeszcze wątrobę. Wtedy zaczyna się płacz i histeria. Na nic zdają się moje tłumaczenia, że jedno zwierzątko poluje (a więc zabija) drugie, że inaczej zginęłoby z głodu, że tak jest niestety zbudowany ten świat, że duży pożera małego, że życie jest zwyczajnie brutalne i bezlitosne.
Wtedy na ratunek przybywa My little Pony.

Mam to szczęście, że dziecko moje jest wszystkożerne – na palcach jednej ręki policzę rzeczy, których nie lubi. Mięso wcina bez problemu, a gdy czasem zapyta skąd się bierze mięsko, odpowiadam zgodnie z prawdą, że z zabitych zwierząt – że tak jak na Animal Planet, aby mięsko zjeść trzeba najpierw cos zabić.  Zawiesza się wtedy na chwilę, mina jej rzednie, ale rąbie z talerza równo bo jej smakuje.

Niosąc do domu królika wiedziałem, że nie będzie łatwo –  bo królik to nie bezosobowa wędlina, czy amorficzna pierś z kurczaka – to normalne wypatroszone zwierzę, co prawda bez głowy, ale z nogami, łapkami. Wystarczy rzut oka by zwizualizować sobie mięciutkiego sympatycznego futrzaczka, który jeszcze kilka dni temu kicał sobie po kojcu i uroczo marszczył nosek.

Koniec końców za potrawkę z królika zabrałem się późnym wieczorem, gdy córka już zasnęła. Szykując marynatę do mięsa myślałem sobie, jak bardzo nas to miejsko-sklepowe życie rozmiękczyło. Nie trzeba cofać się do czasów Freda Flintstone, gdzie każde wyjście „po obiad” mogło skończyć się w roli czyjegoś dania głównego, czy nawet średniowiecza, gdzie życie było ciężkie, brutalne i kończyło się śmiercią w młodym wieku. Jeszcze w czasach współczesnych życie na wsi pokazuje, że nie ma mientkiej gry, że zasada „duży zjada mniejszego” jest cały czas obowiązująca.

Życie z pracy na roli (czyli tak, jak przez tysiące lat żyło 99% ludzi) nie zostawia miejsca na sentymenty –  bo to walka o przetrwanie. Hodujesz zwierzęta, by mieć z nich mięso na posiłek i skóry na ubranie, zabijasz szkodniki, które niszczą ci plony. Życie i śmierć są naturalnym elementem codzienności – starzy umierają a młodzi się rodzą. Chcąc mieć rosół ukręcasz kurze łeb, chcąc zjeść mięso zabijasz świniaka, który co prawda drze się w niebogłosy –  ale każdy by się darł gdyby go zabijali, a kiełbasy zjeść się chce.
W końcu ile można jechać na chlebie, rzepie i ziemniakach?

Przez tysiące lat człowiek nie miał czasu na sentymenty – życie było walką i trzeba było być twardym, by dotrwać do ostatniej rundy. Dzięki rewolucji przemysłowej codzienna walka o przetrwanie przeszła do historii – dziś w uprzemysłowionej części świata problemem jest co zrobić z nadmiarem jedzenia a nie skąd wziąć (na) jedzenie. Co prawda nadal miliony ludzi głodują i żyją w ubóstwie, ale w krajach rozwiniętych głód jest tylko koszmarnym wspomnieniem nękającym tych, którzy pamiętają wojnę i lata po niej.

Wygodne życie w dostatnim kraju sprawia, że człowiek odrywa się od rzeczywistości i zaczyna żyć w przekonaniu, że mięso bierze się ze sklepu a skórzane buty robi się w fabryce. Nie stoi za tym refleksja, że aby to mięso można było zapakować a ze skóry skroić modne buty, gdzieś trzeba zabić jakieś zwierzę. Po prostu zabić –  strzelić w łeb, pozwolić by się wykrwawiło i z jego truchła przygotować to, co tak apetycznie pachnie na talerzu albo zgrabnie wygląda na nogach.

Współczesny mieszczuch żyje w oderwaniu od rzeczywistości. Wszystko ma podane, ładnie opakowane, spreparowane tak, by niczym nie przypominało o swoim prawdziwym pochodzeniu. W telewizji lansuje się kult młodości i piękności a w sklepach stwarza się wrażenie, że mięsko bierze się…W zasadzie nie wiadomo skąd – po prostu jest. W efekcie dzieciaki nie mają pojęcia skąd bierze się jajko czy mleko a zabrane na podmiejską farmę robią wielkie oczy.

Popularny wśród biegaczy wegetarianizm i weganizm to moim zdaniem luksus „bogatych ludzi z miast”. Na wsi nikt nie ma na to czasu, bo na wsi (oczywiście w dużym uproszczeniu) aby żyć trzeba zabić. Owce hoduje się na wełnę, krowy na mleko, konia do pracy a świnię na mięso. Rzecz jasna, wiele wsi, szczególnie tych ulokowanych w pobliżu miast, żyje już po miastowemu i niewiele ma wspólnego z klasycznym wiejskim życiem – korzystają z bliskości miejskich dobrodziejstw, przejmują miejski styl życia, mają miejskie aspiracje – ale wystarczy odjechać kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy by przy odrobinie (nie)fartu wziąć udział w świniobiciu, czy zobaczyć jak kotka porzuca najsłabsze z miotu, by móc wykarmić pozostałe, silne kocięta.
Oczywiście, zaraz mi ktoś wyjedzie z przykładem wiejskiego jarosza i suczki, która wychowała porzucone kociaki – ale na każdy z tych przykładów mogę podać pięć kontrprzykładów – więc darujmy sobie akademickie dywagacje.

Odmówienie sobie pewnego typu pokarmu to luksus tych, którzy mogą w pokarmie przebierać, mają go w bród.  Tam, gdzie jedzenia jest mało, jest ono drogie albo trudno dostępne, człowiek nie zastanawia się czy zostało pozyskane w sposób etyczny, czy nikt na tym nie ucierpiał. Tam, gdzie priorytetem jest własne przetrwanie nie ma miejsca na sentymenty –  doskonale o tym wiedzą ludzie z biednych rejonów świata, którzy często są jaroszami z przymusu i cieszą się, gdy mają cokolwiek do garnka włożyć.

Szanuję wybór osób nie jedzących mięsa, nie zmienia to jednak mojej opinii, że ich decyzja, poglądy, wrażliwość prowadząca do takiej a nie innej diety, jest luksusem pierwszego świata. Jestem przekonany, że ludzie, których głównym zmartwieniem jest związanie końca z końcem nie zastanawiają się na tym, czy mięso, które właśnie wkładają do garnka cierpiało przed śmiercią, czy też padło ze starości na zielonym pastwisku, tylko cieszą się, że dziś jedzą coś innego niż chleb albo ziemniaki.
Nie życzę nikomu źle i nie chciałbym, aby kogokolwiek z nas życie postawiło przed takim sprawdzianem, ale podejrzewam, że nie zobaczylibyśmy zbyt wielu wegan, czy wegetarian w krajach dotkniętych wojną, kataklizmem, czy „zwykłą” klęską urodzaju (a jeśli już – byliby to jarosze z przymusu). Jestem absolutnie pewien, że gdyby życie nas przycisnęło, ze smakiem wcinalibyśmy choćby bezpańskiego psa, czy kota. Póki co, szczęśliwie możemy twierdzić że to jest nieetyczne, tamto niemoralne –  i do ust tego nie weźmiemy.
Póki co…

Dlatego oswajam swoje dziecko z tym jak wygląda świat, skąd się bierze mięsko na talerzu i pokazuję, że milusie włochate zwierzątka czasem zabijają swoje młode. To jest brutalne –  ale taki jest świat w którym żyjemy i nie widzę wartości w udawaniu, że jest inaczej. Brutalne jest to, że umiera chory wujek, że duży zjada mniejszego a mniejszy umiera z głodu. Nie przypominam o tym na każdym kroku, ale też nie kłamię, gdy stojąc w kolejce do mięsnego dziecko pyta mnie „czy te kostki są z zabitego zwierzątka”. Tak, są –  bo aby zjeść mięsko trzeba zwierzątko zabić. Tak już jest ten świat.

Nie gloryfikuję życia na wsi, czy w biedzie. Nie widzę „wartości dodanej” w walce o każdy dzień, bo sam jestem beneficjentem współczesnych wielkomiejskich udogodnień. Nie szukam też usprawiedliwienia dla zabijania, uważam jednak, że przydałoby się kultywować tą świadomość, że życie nie jest bajką, że duży zjada małego, że aby mieć mięsko trzeba zabić świnkę – bo takie są brutalne zasady królestwa zwierząt, którymi, czy nam się to podoba czy nie, jesteśmy.
Żyjąc w wielkim mieście można od tego uciekać, można chować głowę z piasek, ale kiedy życie w końcu przyjdzie i powie „hallo, to ja” może się to skończyć bardzo zimnym prysznicem.

Cieszmy się póki możemy tym naszym „etycznym luksusem”, możliwością bycia na tyle wrażliwym (i majętnym) by świadomie odrzucać pewne produkty. Nie róbmy jednak z tego normy –  bo w lwiej części świata to nie jest norma, tylko fanaberia.
Problem pierwszego świata.

Jak CrossFit trenować i nie zbankrutować

Jednym z pierwszych pytań, jakie zadaje sobie człowiek zaczynający przygodę ze sportem jest „dlaczego te ciuchy są tak cholernie drogie”? Pytanie to pada bez względu na dyscyplinę – czy to bieganie,  CrossFit, triatlon, czy cokolwiek innego – zadaje je sobie każdy początkujący, a i do weteranów wraca ono raz po raz.
Najtańszy jest chyba basen –  bo ciężko jest zbankrutować na kąpielówkach i okularkach – ale co do tego nie mam wątpliwości, więc napiszę „chyba” 😉

Odpowiedź na pytanie „dlaczego CrossFitowe ciuchy są takie drogie” jest banalna –  są drogie, ponieważ robi je duża sportowa korporacja. Nie dlatego, że CF jest modny (abstrahując od tego, czy jest, czy nie) tylko dlatego, że robi je Wielka Sportowa Marka. Nie jest to tylko „przypadłość” Reeboka – dla porównania proponuję przejść się po salonach Najka, Adidasa, czy Pumy – ceny będą porównywalne – a to dlatego, że ciuchy markowe są po prostu i zwyczajnie  W CHUJ drogie.

Czy za ceną idzie jakość? Powiem szczerze –  ja jej nie zauważyłem. Na rozstawionym przy okazji Amarok East Side Challenge Stoisku Reeboka obmacałem te ciuszki jak rasowy tekstylny fetyszysta i zwyczajnie szkoda było mi kasy, bo na mój dotyk niczym się to nie różniło od sieciowej masówki made in Kambodża, czy inny Bangladesz (ale może ja dotykać nie umiem…)
Reebokowo-CrossFitowe koszulki mam dwie –  obydwie z logo mojego BOXa i nie nakładam ich na treningi, ponieważ boję się, że mogą ich nie przeżyć. Zamiast na WODy zakładam je na co dzień do korpo, albo od święta – na dziecięce kinderbale, posiać lans wśród rodziców dziatwy z przedszkola.

Wysoka cena jako efekt wysokiej jakości produktu to jeden z moich ulubionych (bo najbardziej bzdurnych) argumentów. Jak wysoka jest to jakość przekonuję się za każdym razem, gdy ostrożnie, by nie porozciągać materiału, nakładam wyprodukowaną w Indiach koszulkę Reeboka.
Świetnym przykładem na to, jak pusty jest to argument są moje legginsy biegowe. Traf chciał, że mam ich trzy pary – jedne super markowe od Asicsa, drugie „półmarkowe” od Tchibo i trzecie marki „Crivit” nabyte w Lidlu –  czyli ciuch  jakości stricte dyskontowej. Smutny dowcip polega na tym, że komfort użytkowania tych legginsów jest odwrotnie proporcjonalny do stopnia ich „markowości”. Asicsów nie noszę wcale, bo choć to mój rozmiar i w przymierzalni leżały jak ulał, w trakcie treningów albo się podwijają, albo zsuwają, wiszą w kroku i ogólnie rzecz biorąc cholery można w nich dostać. Tchibo są niezłe, aczkolwiek dupy nie urywają; natomiast te Lidlowe leżą jak bajka i choć biegam w nich przy każdej okazji (są ze mną już drugi sezon) nie zauważyłem, by straciły na jakości, czy funkcjonalności.

Podobnie sytuacja wygląda ze spodenkami z Decathlonu. Mam ich 6, czy 7 par i jakościowo w niczym, ale to w NICZYM nie ustępują nabytym za stówę (czyli okazyjnie) gatkom od Reeboka –  a kosztują 1/4 ich standardowej ceny. Tanie Decathlonowe gatki, poza fizycznym, dają mi też komfort psychiczny, ponieważ bez strachu czy żalu mogę w nich tarzać się po podłodze, ciągnąć po nich sztangę i robić co mi tam do głowy przyjdzie bo wiem, że w razie draki za cenę burgera z frytkami i colą nabędę sobie kolejny egzemplarz.

Nikt mi nie powie, że markowe ciuchy produkowane na Dalekim Wschodzie za miskę ryżu są warte ceny, którą muszę zapłacić w Polsce. Owszem, wszyscy tam produkują – bo jest taniej – ale skoro tam jest taniej, to dlaczego u nas jest W CHUJ DROGO?
Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem jest dla mnie zwykła pazerność i nabijanie kabzy na modzie oraz ludzkiej naiwności. Nie widzę powodu, dla którego produkowana w Chinach bluza, czy buty  po przetransportowaniu do Polski musi kosztować ponad 4 stówy. Nie leci to przecież czarterowanym odrzutowcem „S” klasą, tylko płynie kontenerowcem razem z setkami ton innych dóbr wszelakich –  więc cena transportu, choć z pewnością niemała, rozkłada się na miliony sztuk towaru. Skąd więc ta absurdalna więc różnica między kosztem produkcji a ceną za sztukę w sklepie?

Świetnym przykładem na to, jak firmy odzieżowe walą  nas w dupala jest sukienka, którą żona niedawno kupiła córce –  cena pierwotna wynosiła 120zł, następnie przeceniono ją na 55 a ostatecznie przy kasie do zapłacenia było złotych piętnaście. Powtarzam: piętnaście złotych polskich.
Niemal dziesięciokrotne zejście z ceny jasno pokazuje, jakie marże naliczają sobie dostawcy markowych ubrań (przy czym jakościowo wcale nie jest to żaden szał).
Jeśli ktoś chce i może płacić taką kasę za ubrania – jego wybór. Dla mnie jest to nie do przyjęcia –  więc ich nie kupuję.

Wracając jednak do tematu: czy można trenować CrossFit i nie zbankrutować? Można!
Nie trzeba mieć nanosów, markowych spodenek, koszulek i skakanki Rouge, CrossFit można spokojnie uprawiać bez całego tego markowego nalotu. Praktykuję to od półtorej roku i nie zauważam, by w jakikolwiek sposób upośledzało to moje treningi a wręcz przeciwnie – robię nieustanny progres.

Moje treningowe ciuchy to opcja minimum. Spodenki z Decathlonu – krótkie szorty za 29 zeta i wersja nieco dłuższa (do prowadzenia sztangi po udzie) za złotych 39. Koszulki noszę zazwyczaj biegowe, dodawane do pakietów startowych – ktoś może powiedzieć, że sztuczne i nie oddychające, ale skoro przez 1,5 roku się w nich nie udusiłem to chyba nie są takie groźne. Zresztą, gdy tylko zrobi się cieplej, albo jest ostrzejszy trening, koszulka leci w kąt i ćwiczę „na zwierzaka” 😉

Buty do ciężarów kupiłem za 3 stówy od pana ze Śląska, który te buty robi od kilku dekad (więc raczej zna się na robocie) tym samym zaoszczędzając… drugie trzy stówy.  Skarpety do ciężarów kupiłem Berknera za 3 dychy –  co prawda nie mają modnego napisu, ale piszczele chronią jak należy.  Buty do CF (najdroższy element całego ubioru, kupiony mniej więcej po roku treningów w zwykłych biegówkach z outletu Asicsa) ściągnąłem z Wielkiej Brytanii za stówę taniej niż w Polsce (przesyłka gratis). Skakankę kupiłem za połowę tego, ile kosztuje sprzęt z logo Rouge i tłukę nią już od ponad pół roku.
Najtaniej wyszły mnie frotki na nadgarstki – po 9 zł za parę w outlecie Asicsa na Warszawskim Ursusie.

Mówi się, że na butach nie powinno się oszczędzać, że są specjalnie robione pod CF, że wzmocnienia do liny itp. bajery – ale moim zdaniem to marketingowe nawijanie makaronu na uszy. Niemal rok ćwiczyłem w zwykłych biegowych asicsach i nic mi się nie stało. Na linę wchodziłem 2, może 3 razy i bardziej, niż buty, ucierpiały od niej moje piszczele. Prawdę mówiąc, buty nie ucierpiały wcale a na piszczelach mam śliczne ślady dające +10 do lansu.
Jedynym wydatkiem, którego słuszność odczuwam na każdym treningu są liftery – buty do ciężarów – praca w nich to zupełnie inny poziom komfortu (a przy okazji zwiększone bezpieczeństwo,  bo mobilność mam, jaką mam). Fakt faktem – szału nie robią, bo ich producent dizajnersko zatrzymał się w latach siedemdziesiątych, ale z praktycznego punktu widzenia dizajn nie gra żadnej roli.  Może nie zawsze pasują do ubioru danego dnia (prawdę mówiąc nie pasują do niczego) – ale to jest trening do cholery, a nie jakaś rewia mody.

To, co napiszę będzie pewnie odebrane jako bluźnierstwo, ale wiedząc to, co wiem, trenując w butach biegowych i CrossFitowych, nie dam się już  namówić na kupno „specjalistycznych butów pod CF” za cztery stówy (no chyba, że inov8 wypuści kolejny zajebiście wyglądający model i mój wewnętrzny gadżeciarz krzyknie „chcę to!”). Moim zdaniem każde buty z minimalną amortyzacją będą tu dobre i nie ma potrzeby wypruwać podszewki z portfela tylko po to, by mieć „buty do CrossFitu”.

Czy do ćwiczenia CrossFitu potrzebne są markowe ciuchy? Oczywiście, że nie!
Tym, co uważam za gadżet absolutnie zbędny są koszulki i spodenki. To, czy idę na trening w ciuchu markowym, czy decathlonowym nie ma żadnego przełożenia na wyniki ani na komfort samego treningu – więc nie widzę sensu w płaceniu grubej kasy za obrandowane ciuszki.
Co się tyczy butów – na pierwsze pół roku spokojnie wystarczą zwykłe sportowe buty. Jak ktoś chce koniecznie markowe – outlety na warszawskim Ursusie oferują zeszłoroczne modele za pół ceny „sklepowej”. Później też można dać radę bez „butów do CrossFitu”, a jak ktoś czuje imperatyw, na pewno da się znaleźć „minimale” poniżej 450zł za parę.
Jeśli chodzi o liftery –  uważam, że to super inwestycja, szczególnie gdy nie jesteś asem mobilności; przy czym nie musisz wywalać na nie 5, czy 6 stów – buty ze Śląska, choć niewyględne, doskonale dają radę.

Rekwizytem, który uważam za bardzo przydatny są skarpety do ciężarów – to dzięki nim zacząłem prowadzić sztangę tak, jak należy –  czyli po nodze. Jeśli ktoś potrafi sie przełamać i prowadzić żelazo po gołym piszczelu –  gratuluję i podziwiam – w moim przypadku była to bariera nie do przekroczenia. Skarpety do ciężarów polecam z całego serca, przy czym nie muszą to być „CrossFitowe” skary z modnym napisem. Za połowę „modnej” ceny można nabyć świetne skarpety od berknera, które spisują się wyśmienicie.

Do trenowania CrossFitu nie potrzeba ciuszków z deltą za grube setki złotych. Można ćwiczyć we wszystkim, byleby to robić z głową i bezpiecznie (to akurat jest priorytetem bez względu na przyodziewek). Jeszcze nie zetknąłem się  sytuacją, by ktoś kogoś komentował, że ćwiczy w „niemodnych” ciuchach, ma gorsze buty, skakankę, czy wieśniackie rękawiczki na drążek. W  „moim” BOXie liczy się to, co człowiek potrafi a nie to jak wygląda i,  z tego co wiem, w każdym BOXie jest podobnie.
Jeśli w Twoim BOXie jest inaczej –  wiej z niego w te pędy.

Dlaczego więc ludzie kupują te ciuchy? Powodów jest pewnie tyle, ilu kupujących. Jednym z nich jest brak alternatywy dla Reeboka – coś tam nieśmiało invo8 z Nike próbują z CrossFitowego tortu wykrajać, ale to bardziej podjadanie okruchów z pańskiego stołu, niż faktyczne wyjadanie z cudzego talerza.
Kolejnym argumentem jest chęć identyfikacji z uprawianą dyscypliną. Kibole noszą ciuchy Lonsdale, metalowcy koszulki z ulubionymi zespołami a CrossFiterzy ciuchy z deltą i jest to absolutnie normalny mechanizm identyfikacji z grupą.  Sam sprowadzałem z Wielkiej Brytanii podkoszulek ANAAL NATHRAKH –  więc zupełnie mnie to nie dziwi 😉

Na koniec chciałbym Wam polecić spodenki, które za dobre sprawowanie dostałem od Mikołaja. Kosztuje toto 140 zł, czyli niemało jak na sportowe gatki, ale (celowo napiszę to dużymi literami) W ŻYCIU NIE MIAŁEM NA SOBIE CIUCHÓW SPORTOWYCH O TAK FENOMENALNEJ JAKOŚCI WYKONANIA. Materiał jest mocny, wytrzymały a jednocześnie na tyle lekki, by nie sprawiał wrażenia pancernej kolczugi. Głębokie wcięcia po bokach idealnie spisują się w trakcie przysiadów. Dzięki szerokiemu pasowi wszystko idealnie trzyma się na dupie. No wyjść z zachwytów nad tymi gaciami nie mogę i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że jest to ten przypadek, w którym drogi ciuch jest absolutnie wart swojej ceny.

Ćwiczcie zatem w czym chcecie i pamiętajcie, że nikt nie zwróci uwagi na to, w jakich gaciach porzygaliście się na koniec treningu.
Każdy natomiast zapamięta, czy po sobie sprzątnęliście, czy pozostał chlew 😉

Jak nie zarabiać na blogu: krótki poradnik

Znajomy zadał mi wczoraj pytanie, po którym z lekka zbaraniałem.
„I jak, masz już jakiś hajs z tego bloga”
Spojrzałem na niego, jakby zapytał czy pójdę z nim na zumbę i zgodnie z prawdą odpowiedziałem „nie, nic z tego nie mam. W zasadzie to trochę dokładam do interesu, choć to nie interes, tylko zabawa”.
Nic nie skomentował, ale jego spojrzenie mówiło wszystko. Jesteś frajerem, ojciec. Take sytuacje trzeba spieniężać a nie bawić się w hobby. Hajs, tatku, hajs i fejm przede wszystkim.

Jestem z rocznika, w którym blogowanie było przede wszystkim hobby – pisało się dla siebie i znajomych. Blogował chyba każdy, a jak nie blogował to przynajmniej bloga  pisał. Gdyby ktoś nam wtedy powiedział, że z blogowania można mieć pieniądze, grubą kasę i zaproszenia do telewizji śniadaniowej, zostałby rozstrzelany śmiechem. Nie po to się blogowało, by liczyć reposty, lajki i udostępnienia. Nie było Facebooka ani instagrama a samojebkę można było sobie zrobić aparatem o rozdzielczości 320x240px.
Dziś to wszystko brzmi jak bajka braci Grimm –  ale tak było jeszcze nie tak dawno. Jeszcze 5-7 lat temu internet wyglądał zupełnie inaczej.

Spotkanie ze znajomym dało mi do myślenia: Czy na CrossFitowym blogu można w Polsce zarobić?
Liczę na szybko i z głowy –  więc uproszczenia będą tu oczywiste.

Boxów w Polsce mamy ok 60. W każdym niech ćwiczy po 200 osób – daje to 12tyś osób. Doliczmy do tego z dychę ćwiczącą po sieciowych fitnesklubach i mamy razem 22tysiące CrossFitterów. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to dużo, ale jako człowiek, który sporo lat przepracował w reklamie wiem, że 22 tysiące POTENCJALNYCH klientów to wcale nie jest tak dużo.
Już tłumaczę dlaczego.

Najpierw te 22tysiące obcinamy o 25% –  odpadają Ci, którzy nie żyją w internecie, nie koczują na facebooku. Wbrew temu, co twierdzą ludzie z marketingu (którzy chcieli by aby każdy żył na facebooku bo to podnosi wartość oferowanych przez nich usług) takich ludzi jest naprawdę dużo –  więc na spokojnie możemy obciąć 1/4.
Zostaje circa 16tysięcy.

Następnie odcinamy koleje 25% – tych, którzy nie są freakami śledzącymi każdy nowy wpis od SheSquats Bro. Trenują, bo trenują, ale nie robią z tego sensu życia.
Zostaje 11 kawałków

Następnie odcinamy tych, którzy nie czytają długich form pisanych (a takie na dajeszojcu przeważają) –  i tu możemy spokojnie obciąć PONAD 25% ponieważ współczesny użytkownik Internetu NIE CZYTA (wiem, bo z tej wiedzy żyję i spłacam kredyt hipoteczny). Połowa ludzi czyta tylko nagłówki. Połowa drugiej połowy czyta pierwszy akapit. Połowa z pozostałej 1/4 przewinie stronę w dół  i jak do końca wpisu dotrwa ok 10% to już jest duży sukces.
Zostaje 8 tysięcy potencjalnych klientów –  użytkowników.

Załóżmy, że te osiem tysięcy dotrze na bloga, czy facebookowy profil. Styl pisania oraz poglądy mam, jakie mam – więc 1/4 może się to nie spodobać (zostaje 6K). Ponieważ ludzie komentują bez zrozumienia przeczytanego tekstu (albo, co niestety jest prawdą, bez zapoznania się z komentowanym tekstem) a ja nie toleruję głupich komentarzy – odpada kolejny tysiączek.
Zostaje piątka.

2-3 tysiące z tej piątki odpadną dlatego, że nie jestem fajną dupą/ciachem codziennie wrzucającym półnagie focie z treningu. Niestety, też nad tym ubolewam 😉
Nie wklejam infantylnych motywatorów, zdjęć owsianki – są za to niewybredne żarty i szydera ze wszystkiego jak leci.  Nie piszę porad „jak żyć”, quasi intelektualnych wywodów jak być szczęśliwym singlem po trzydziestce, jak asertywnie mówić „spierdalaj palancie” i jak odnajdywać radość tam, gdzie jej nie ma. Takie mądrości to nie u mnie.
Wierzę w inteligencję, dystans i autoironię moich czytelników. Kto tego nie ma – może poczuć się urażony (i całkiem słusznie).

Na szybko licząc wychodzi, że „stan nasycenia” dla mojego bloga to OK 2,5-3k facebookowych fanów. To też trzeba podzielić –  i to już nie przez 25, czy 50%, ale co najmniej przez 75%. Większość tych lajków, którymi jara się internet to są puste dane, martwe dusze – ludzie, którzy kiedyś przez przypadek (albo bezmyślnie) kliknęli „lubię to” a potem ani razu nie zajrzeli.
Jeśli myślicie że ludzie klikają „z sensem” – to poszukajcie w sieci informacji o akcji „nie biegam, bo nie muszę”, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi zalajkowało profil, który (wydawało im się) staje okoniem wobec mody na bieganie a okazało się, że był to profil… środka hamującego sraczkę 😀
To tyle w temacie REALNEJ wartości lajków na facebooku.

Powiedzmy zatem, że mogę mieć 3 tysiące fanów. Co to są trzy tysiące? Z całym szacunkiem dla Ciebie, drogi czytelniku, z marketingowego punktu widzenia, to jest nic. NIC. Po trzy tysiące to sie schylić nie warto. Marketing opiera się na skali, zasięgu, dotarciu do maksymalnej liczby osób ponieważ im więcej osób się „zasięgnie” –  tym większa szansa, że któraś z nich coś kupi.

Nie muszę zarabiać na blogu, bo zarabiam gdzie indziej. Jestem na tym fajnym etapie życia, że mam na wszystko, czego potrzebuję i mogę sobie pozwolić na niezależność – pisać co chcę, jak chcę, do nikogo się nie łasić i punktować durne  komentarze. Pamiętam czasy sprzed facebooka, pracowałem w reklamie i wiem, że to wszystko to jest jedna wielka fasada, zasłona dymna. Coś warta jest tylko interakcja z użytkownikami – polubienia, komentarze, rozmowy – a tego jest realnie 5-7%.
Maksimum setka osób, które myślą, w co klikają.

Z takim nastawieniem nie mam szans na robienie kasy z bloga –  i bardzo dobrze – bo nie po to go założyłem.

Parafrazując (skądinąd doskonałą) reklamę ING:
– Ojciec, a ty czemu nie zarabiasz na blogu?
– Bo nie muszę 🙂

Przynęta na sportowca

Wszyscy je znamy – obrazki z napakowanymi bestiami przypominającymi potwory z gier komputerowych, albo odwodnionymi modelkami prężącymi się w najróżniejszych pozach. Do tego jakiś infantylny tekst w stylu Paulo Coehlo albo buńczuczne hasło nakazujące zignorować ból – i to ma nas zmotywować do tego, by od wziąć się za siebie, zrobić coś ze sobą – a najlepiej to zmienić swoje życie.

Nigdy nie rozumiałem fenomenu tych „motywatorów”- być może dlatego, że od co najmniej dekady uczulony jestem na pierdolenie farmazonów i psychologię dla pensjonarek. Mało co mnie irytuje tak, jak okrągłe prawdy o życiu; proste recepty na szczęście powtarzane bezmyślnie przez ludzi, którzy bardzo by chcieli wierzyć w to, co mówią, tylko za cholerę nie znajduje to przełożenia na rzeczywistość.
Prawdę mówiąc wkurwiają mnie te obrazki, bo są zwyczajnie szkodliwe. Stwarzają atmosferę nieustannej gonitwy, ciągłego zapieprzania po większego bica, czy jędrniejszy zadek. Głosząc „gdy odpuszczasz, ktoś trenuje by skopać ci dupę” albo „jesteś tak dobry, jak twój ostatni trening” nakręcają spiralę sportowego pierdolca. Tworzą jakiś chory klimat, w którym nie liczy się nic poza kilogramami i centymetrami w obwodzie.

Kiedyś bardzo mocno działały mi na wyobraźnię historie ludzi, którzy pokonując ból dokonywali rzeczy niesamowitych – biegli maraton z połamaną stopą, czy robili Iron Mana na protezach. Chciałem tak jak oni stać się nieczułym na ból – skończyło się to kontuzją, szczęśliwie tylko jedną i niegroźną. Zrozumiałem, że nie tędy droga, że osiągnięcia ekstremalne nie są dla ludzi „normalnych”. Że ci wszyscy ludzie ze sportowego świecznika mają swojego, czasem solidnych rozmiarów sportowego zajoba, który popycha ich do rzeczy niemożliwych.
Ja takiego zajoba nie mam, dla sportu nie poświęcę życia ani zdrowia –  więc nie mam co iść ich śladem.

Nigdy nie interesowałem się sportem.  Jak każdy dzieciak z mojego pokolenia, dzięki telewizji satelitarnej  przeszedłem etap kompletnego świra na punkcie NBA i zagrałem na śmierć chyba ze trzy tureckie koszulki z logo Chicago Bulls – ale z tego wyrosłem zanim skończyła się podstawówka. Po studiach, jak każdy chyba facet przeżyłem kilka zrywów siłownianych, które skończyły się, zanim się na dobre zaczęły. Na mecze nie chodziłem, piły w TV nie oglądałem, Gołocie nie kibicowałem – śmiało mogę powiedzieć, że sport mi koło wentyla latał.

Zacząłem biegać bo sprowokował mnie kumpel – grubszy ode mnie o dobre 10 kilo, biegał po 10 km a mnie cholera brała, bo spodni dopiąć nie mogłem. Pozazdrościłem a potem jakoś samo poszło – ale o tym już pierdylion razy pisałem…

Nie motywują mnie sportowcy z czołówki. CrossFitowy światek jara się Froningiem, Klokovem, Fraserem, czy piękną i silną Camille Leblanc-Bazinet, a dla mnie mogłoby ich nie być. Nie patrzę na nich, nie inspiruję się nimi bo wiem, że ich wyczyny są kompletnie poza moim zasięgiem. Są ode mnie dziesięć lat młodsi, trenują dziesięć lat dłużej, poświęcają temu całe swoje życie – gdzie mi, normalnemu facetowi z etatem i rodzinnymi obowiązkami równać do nich. Przecież to absurd! Owszem, podziwiam ich osiągnięcia, bo robią rzeczy nieprawdopodobne, ale nie ciągnie mnie do ich ciężarów, czy wyników, bo wiem, że równie dobrze mógłbym marzyć o dzikim seksie z Monicą Bellucci.

Nie motywuje mnie też czołówka polskiego CrossFitu – bo większość z niej to ludzie, którzy pracują w fitnesie, są trenerami, instruktorami, pokończyli AWFy, czy choćby licea sportowe. Sport w ich życiu obecny jest od 10-20 lat; w tej, czy innej formie uprawiają go od zawsze. Gdzie mi tam do nich z moimi czterema – pięcioma treningami w tygodniu po półtorej godziny. Aby móc choćby pomyśleć o dorównaniu do ich poziomu musiałbym rzucić pracę, rodzinę i skupić się na nadrabianiu straty –  w tym samym czasie oni szli by do przodu; młodsi, z większym doświadczeniem… Byłoby to mniej więcej tak samo sensowne, jak fantazjowanie o wspomnianej już Monice Bellucci.

Nie motywują mnie zamieszczane na facebooku zdjęcia sześciopaków, czy kilogramów na sztandze. Dziwnym trafem, gdy sprawdzam profil autora, czy autorki takiej fotki, zazwyczaj okazuje się, że jest trenerem personalnym, instruktorką fitness, czy też w inny sposób ze sportem ma do czynienia od bardzo dawna, a już na pewno kilkukrotnie dłużej ode mnie. Patrzę na te foty i wiem, że to efekt długich lat codziennej pracy; że to nie jest zwykły Kowalski, który pewnego dnia pomyślał „pierdolę”, wstał od korpobiurka i postanowił zmienić swoje życie.
Nie jest to nikt, z kim mógłbym się identyfikować.

Motywują mnie wyniki ludzi takich, jak ja – zwykłych Kowalskich, czy Malinowskich, dla których sport jest odskocznią od codzienności, którzy mają dzieci, rodziny, obowiązki. Którzy nie mają czasu na dwa treningi dziennie i ścisłe przestrzeganie diety. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który sprowokował mnie do biegania.  Gdyby mój kolega był wysportowanym, szczupłym Adonisem, jego kilometry nie zrobiłyby na mnie żadnego wrażenia,  ponieważ podświadomie bym to sobie zracjonalizował, skwitował tekstem w stylu „tak, pewnie, z jego formą to se można…” i odkapslował kolejne piwko. Ponieważ jednak byliśmy w podobnej (ekhem!) „formie” jego wynik był czymś, co racjonalnie było w moim zasięgu. Nie miałem żadnej wymówki, żadnego wykrętu.
Nie miałem innego wyjścia jak ruszyć dupę z domu.

Dziś motywuje mnie frajda, jaką daje pokonywanie swoich ograniczeń. Jeszcze trzy lata temu ledwo dopinałem spodnie, dziś bez problemu robię dziesięć pompek w staniu na rękach, wchodzę na kółka, drążki, lada moment zacznę chodzić na rękach. Kiedy myślę o tym, jak wielką drogę przeszedłem, jestem zwyczajnie dumny z siebie. Mogłem jak większość moich znajomych ugrząźć  w schemacie praca-dom-wieczorne piwko- spodnie o numer większe. Byłem w nim, siedziałem w  tej koleinie i chuj mnie jasny strzelał, po czym z niej wyszedłem (raczej wytruchtałem) i robię rzeczy, od których znajomi robią duże oczy.
Największe oczy  robię jednak ja sam. Jak dzieciak cieszę się z każdego małego sukcesu – powtórzenia więcej, urwanych kilku sekund. Daje mi to niesamowitą przyjemność i nakręca do kolejnych treningów. Gdy przebieram się w sportowe ciuchy i wychodzę na salę przestaję być ojcem, mężem, architektem informacji. Staję się sportowcem i jestem na swojej małej olimpiadzie.

Dużą radość daje mi też obserwowanie znajomych w boxie. Dawno nie widziany kolega, który ostatnim razem skakał double po 5-7 sztuk a dziś napiernicza je w ilościach przemysłowych; koleżanka, która robi pierwsze siłowe podciągnięcie – ich małe sukcesy cieszą może nie tak, jak własne, ale dają pozytywnego kopa, nakręcają do dalszej pracy.  Szczególnie gdy wiem, że są to ludzie bez sportowej przeszłości, tacy jak ja – bo z całym szacunkiem dla każdego wysiłku, dużo większe wrażenie robi na mnie (przykładowo) rwanie z 3/4 masy ciała u kogoś, kto przygodę ze sportem zaczął rok, dwa lata temu, niż u harpagana, który  aktywność fizyczną uprawia od dekady i ma mięśnie jak anakonda.

Jeśli coś mnie rozpieprza –  są to historie zwykłych ludzi. Staruszka ciągnąca 7 dych w martwym ciągu, matka trojga wyglądająca jak supermodelka, otyła kobitka robiąca pierwszego box jumpa. Rodzina, otyłość, starość –  to są rzeczy codzienne, życiowe, które prędzej czy później dotkną większość z  nas. Mało kto skończy z osiągami Ryśka Froninga, czy figurą Camille – mogę śmiało założyć, że takich będzie niewielu – ułamek, promil. Rysiek jest dla mnie tak abstrakcyjny jak randka z Salmą Hayek, jest nierzeczywisty, totalnie poza zasięgiem – zaś staruszka, czy matka trojga to są historie prawdopodobne, z którymi mogę się identyfikować  –  i pewnie dlatego tak mocno na mnie oddziałują.

Przy całym sceptycyzmie wobec „zewnętrznych” motywatorów uważam, że jeśli są „zapalnikiem”,  komuś pomagają wyjść z domu –  to świetnie  – tylko na litość kogokolwiek, niech nie będą tak naiwne.
Motywacja która nie skończy się słomianym zapałem musi być w środku. Nie musisz budzić się codziennie pełen zapału i energii – bo wszyscy mamy gorsze dni – ale musisz mieć w sobie tę potrzebę zrobienia czegoś. Musisz chcieć. Jeśli nie chcesz – żaden obrazek cię nie zmotywuje. Żaden sześciopak, zgrabna dupka, czy dwie stówy na sztandze nie popchną cię do wyjścia w mrok i ziąb o szóstej rano.

Najważniejsze to mieć z tego przyjemność –  bo to ona jest największą gratyfikacją. Trzeba to lubić, czerpać radość z mozolnego parcia do przodu i cieszyć się małymi  kroczkami – bo wymarzonego siebie nie zobaczysz jeszcze baaardzo długo, albo wcale (pamiętajmy, że apetyt rośnie w miarę jedzenia).

No i trzeba być troszeczkę pierdolniętym –  bo przecież nikt normalny nie robi TAKICH rzeczy 😉

 P.S. Długo szukałem możliwie głupiego motywatora na „cover” wpisu i najgłupszy, jaki znalazłem, mieścił się na facebookowym profilu bieganie.pl.
To nie jest atak na biegaczy. Sorry – takie mamy memy 😉