Emocje jak na rybach

Najbardziej traumatycznym przeżyciem związanym z CrossFitem była dla mnie nauka Double Unders. To jedno z najbanalniejszych (jak na CrossFit) ćwiczeń, raz po raz doprowadzało mnie a to na skraj załamania nerwowego a to na granicę szału, a najczęściej dostawałem pospolitej kurwicy i miałem ochotę rzucić trening w cholerę i powiesić się na skakance.

W teorii wiedziałem  wszystko. Wiedziałem co, wiedziałem jak , wiedziałem co robić a czego unikać. W teorii mogłem się doktoryzować z tych cholernych doubli a w praktyce byłem szczęśliwy, gdy udało mi się skoczyć dwie – trzy sztuki.
Byłem świetnym tancerzem, jak na beznogiego…

Gdy już pociąłem nogi i ręce do krwi, postanowiłem na każdym, ale to dosłownie każdym treningu poświęcać kwadrans na naukę doubli. Początkowo szło mi jak po grudzie, ale z czasem zacząłem ciułać po 5, czasem 10 sztuk. Przed samozachwytem ratowały mnie regularne ataki „zaćmy na mózgu”, które objawiały się tym, że (zazwyczaj na treningu z dużą ilością DU) nagle ni z tego ni z owego zapominałem wszystko co wiedziałem o skakaniu DU i nie byłem w stanie wyskakać choćby trzech sztuk pod rząd, skutkiem czego ustanawiałem nowe rekordy we frustracji.

Prawdziwy przełom nastąpił, gdy podczas jednego z takich ataków powiedziałem „Dość. Choćbym miał tego treningu nie zrobić, wyskaczę te jebane double”. Dowcip polegał na tym, że jednym z elementów treningu było „wkupne” w postaci 100DU –  więc jak nietrudno się domyśleć, Time Cap zastał mnie ze skakanką w dłoni. Umordowałem się psychicznie jak co złego, ale od tamtego treningu już nigdy nie skoczyłem singli. Nie dlatego, żebym nagle doznał technicznego olśnienia –  o co to to nie – jeszcze dłuuuugo miałem ciułać double po 5 10 sztuk.  W trakcie tamtego treningu pękła jakaś psychiczna granica i zdecydowałem, że choćbym miał całe WODy spędzać na skakance – od dziś nie skaczę singli. Po prostu.

Jak już wspomniałem, Double są jednym z najprostszych ćwiczeń w CrossFicie i pomijając posiekane ręce i nogi, raczej trudno jest w trakcie ich nauki zrobić sobie krzywdę. „Palenie” w ramionach odetnie paliwo zanim zdążymy przeciążyć staw skokowy a pocięte łydki skutecznie wymuszą regularne chwile odpoczynku.
Zupełnie inaczej sytuacja ma się w trakcie nauki ciężarów, czy zaawansowanych ćwiczeń gimnastycznych – tu wystarczy jedna chwila nieuwagi, parę kilo za dużo i można sobie zrobić naprawdę groźne kuku. Przeciążenia jakim poddawany jest organizm są na tyle duże, że bardzo szybko dochodzi do zmęczenia mięśni i stawów a jak wszyscy wiemy zmęczone ciało jest dużo bardziej podatne na kontuzje, niż ciało wypoczęte.

Ponieważ ćwiczenia zaawansowane „na zmęczeniu” są idealnym podłożem dla kontuzji, nauka ich na zasadzie „zesram się a nie dam się” jest jedną z najkrótszych do fizjoterapeuty. Moje pierwsze podejścia do muscle upa były klasycznym tego przykładem. Podchodziłem do kółek, wskakiwałem i co prawda techniki mi brakowało, ale nadrobiwszy siłą gramoliłem się na górę. Podjarany sukcesem wskakiwałem po raz kolejny – siła jeszcze była więc jako tako wchodziłem –  toteż wskakiwałem po raz trzeci i, jak nietrudno się domyśleć, kończyła się dobra passa. Nie dając za wygraną wskakiwałem po raz kolejny tylko po to, by zaliczyć kolejną porażkę. Wskakiwałem więc jeszcze raz i jeszcze, żyłując ręce do granic możliwości. Organizm dawał znać, że to już jazda po bandzie jest, że boli i czas najwyższy odpuścić, ale nakręcony adrenaliną i chęcią „przegnania porażki” raz po raz próbowałem tego muscle upa wycisnąć –  aż w końcu gdzieś coś pieprznęło, zakuło i krzywiąc się z bólu zeskoczyłem z kółek.
Taki był finał mojej nauki muscle upów jesienią 2014

Lekcja ta, choć bolesna, uzmysłowiła mi  bardzo ważną zasadę: Nauka w trupa to głupota.
Aby się czegoś nauczyć, trzeba do tego podchodzić na chłodno, z głową i opanowaniem. Trzeba skupiać się na tym, co się robi i wiedzieć kiedy przestać. Trzeba zachować jasny umysł by umieć sobie powiedzieć „dobra, na dzisiaj dość. Dziś jeszcze nie wejdzie bo X,Y,Z. Trzeba przemyśleć, poprawić i wrócić do tematu za kilka dni”.
Bo inaczej można skończyć na ławce rezerwowych.

Mam świadomość, że to wszystko pięknie wygląda w teorii, że zmęczenie, frustracja i ambicja potrafią skutecznie rzucić się na rozum, ale październikowa przygoda z muscle upami dobitnie mi pokazała, że innej drogi nie ma. Owszem, wszyscy jesteśmy ambitni, wszyscy mamy „duszę wojownika”, wszyscy lubimy wygrywać a nic tak nie cieszy jak zwycięstwo mimo przeciwności – ale taka romantyczna mitologia poobijanego wojownika, który dostawszy wpierdol ostatkiem sił podnosi się i dopina swego jest dobra tylko na filmach. W praktyce taki wojownik kończy u fizjoterapeuty i zalicza długą odsiadkę w szatni.

Praktyka pokazuje, że nic tak dobrze nie działa jak powolna metodyczna praca. Największy progres odnotowuję wtedy, gdy zgodnie z planem odhaczam co mam do odhaczenia oraz odpuszczam wtedy, gdy ewidentnie nie idzie. Owo odpuszczanie, choć czasem jeszcze szwankuje, okazuje się być najważniejszym skillem, który przekłada się na wszystkie inne. Zamiast dać się ponieść ambicji (kto jej nie ma?) i dojechać się na wiór, mówię sobie „Zostaw; nie dziś to jutro. Nigdzie się śpieszysz, nic cię nie goni. Nic tym nikomu nie udowodnisz. Po prostu odpuść”. I wiesz co? Nic się nie dzieje! Niebiosa się nie rozstępują, Greg Glassman mnie nie wyklina, forma nie spada, konar nadal płonie –  życie toczy się tak, jak toczyło do tej pory, bo odpuszczone powtórzenie, czy nawet cała seria, nie zmienia absolutnie nic.

To, że odpuścisz gdy trzeba nie oznacza, że jesteś mientką fają a twoją szafkę zajmie koleżanka z zumby. Ze sportem jest podobnie, jak z rybami –  ciągnąc wielkiego szczupaka nie napierdalasz kołowrotkiem jak wściekły bo urwiesz żyłkę i ryba pójdzie w szuwary, tylko powoli podciągasz i popuszczasz, małymi kroczkami przyciągając go w zasięg podbieraka.

Ciężary, czy zaawansowana gimnastyka to są właśnie takie szczupaki, z którymi nie można na pałę, bo coś sobie urwiesz. Co prawda CrossFit jest bardziej emocjonujący od łowienia ryb a i łaszki ma nieco bardziej fantazyjne, ale zasada pozostaje ta sama.

Ćwicząc na spokojnie i metodycznie, prędzej czy później wyciągniesz swoją „taaaką rybę”, zaś rwąc na wariata zerwiesz sobie żyłkę, mięsień, czy inne ścięgno.
I kartę wędkarską Ci zabiorą…

Zdjęcie pochodzi ze strony india.com

Reklamy

Człowieku, czego ty chcesz?

Gdy byliśmy w siódmej, czy ósmej klasie podstawówki (ktoś pamięta te zamierzchłe czasy sprzed reformy szkolnictwa?) mój kolega postanowił rzucić szkołę i zająć się grą na gitarze. W tamtych czasach bylismy młodymi narwanymi metalowcami marzącymi o zamiataniu scen czupryną i bezkarnym piciu piwa (szczawie jeszcze bylismy i o bzykaniu fanek na backstage’u jeszcze  żaden z nas nie myślał) więc naturalnym było, że na skali priorytetów gitara znajdowała się na samym szczycie a szkoła poza dolną granica tejże skali.

Kolega zniknął ze szkoły gdzieś w okolicach ferii zimowych i zapadł się pod ziemię jak publiczne pieniądze w ZUSie. Gdy spotkałem go trakcie wakacji, był już członkiem zespołu metalowego (14 latek w zespole metalowym ze starszymi kolesiami – papierosy, wspólne wino – kumacie szacunek, jaki budził?) zaś rzeczy, które wywijał na gryfie sprawiły, że miałem ochotę pożreć swojego ruskiego akustyka, na którym uczyłem się pierwszych riffów „dead skin mask”.

Nie wiem, jak ta historia się skończyła, ponieważ po zakończeniu ósmej klasy nasze drogi rozeszły się całkowicie, ale nauka z niej została mi na całe życie. Jeśli chcesz być w czymś dobry –  to musisz zapierniczać jak wściekły, dzień w dzień, w każdej wolnej chwili, do znudzenia i wyrzygania. Tylko wtedy będziesz naprawdę zajebisty w tym, co robisz.

Obiegowe powiedzenie mówi, że aby być w czymś naprawdę dobrym (tak na poziomie PRO), trzeba temu poświęcić minimum 10 000godzin. 10 tysiecy godzin to ok 10 lat, dzień w dzień po 2,5 godziny. Dla dorosłego, obciążonego pracą i rodziną człowieka takie wyrzeczenie jest praktycznie nieosiągalne, dlatego oczywiste jest, że im wcześniej zacznie się coś ćwiczyć, tym większe prawdopodobieństwo uciułania dziesięciu tysięcy i osiągniecie upragnionego poziomu „PRO”.
Najłatwiej jest zacząć jeszcze w dzieciństwie –  czasu wówczas jest mnóstwo, obowiązków tyle, co kot napłakał a młodziutki organizm regeneruje się niczym Jason Patrick w Terminatorze2. Im później –  tym czasu mniej, obowiazków więcej; a jak się człowiek chwilę zagapi to moze być zwyczajnie za późno, bo czas i biologia są nieubłagane.

W rozmowach z ludźmi po trzydziestce bardzo często przewija się ten motyw – że za późno zaczęli, że wszystko idzie im trudniej niż młodym, że nie mają czasu by nadgonić ze wszystkim na co mają ochotę (a wszyscy wokół już to robią) i że coraz częściej zastanawiają się, czym im się po prostu za dużo nie wydaje, bo już lata nie te i musztarda po obiedzie. Znam te rozmowy bardzo dobrze, bo czasem sam se sobą tak gadam –  zazwyczaj wtedy, gdy mam gorszy dzień, nic nie idzie i zapominam, że to, co dziś wydaje mi się poziomem minimum, dwa lata temu leżalo na półce z etykietą  „chyba na mózg upadłeś”.

CrossFit to zdradliwe bydle. Bardzo szybko przynosi pierwsze efekty, po których pijany sukcesem człowiek zaczyna myśleć o kolejnych, coraz większych i większych. Sprawy nie ułatwia fakt, że wszyscy wokół przerzucają się filmikami z coraz bardziej niesamowitymi osiągnięciami, realizują dzikie plany treningowe, fascynują nadludzkimi wyczynami sportowców z CrossFitowej czołówki, jeżdżą na zawody, które choć lokalne, mnożą się jak grzyby po deszczu.

Poziom samonakręcenia w CrossFicie jest tak wysoki, że ciężko jest zachować  trzeźwy osąd sytuacji, przyjść i zwyczajnie pracować nad słabościami; krok po kroczku dążyć do jakiegoś większego celu.
Z jednej strony jest to dobre, ponieważ pozwala zachować mocne tempo rozwoju, utrzymać się na wysokości lamperii; z drugiej zaś stwarza złudne wrażenie, że stoi się w miejscu, tak wielu rzeczy nie umie, tak małe ciężary dźwiga …

Choć niemal każdy trening przynosi jakiś mały sukces, CrossFit może też być szalenie frustrujący  – szczególnie wtedy, gdy zaczynasz się porównywać do lepszych i oczekujesz od siebie podobnych wyników. Ileż razy się na tym złapałem! Nie dalej jak kilka dni temu składając sztangę do martwego ciągu spojrzałem na załadowane 90 kilo i pomyślałem „stary, przecież tyle to IKS w rwaniu bierze”. Szczęśliwie zaraz przyszło otrzeźwienie, ponieważ przypomniałem sobie o ile IKS jest ode mnie  młodszy i jaką ma historię sportową, ale w przeszłości  nie raz i nie dwa dałem się złapać w pułapkę porównań, co w połączeniu z ambicją i adrenaliną przynosiło opłakane efekty.

Rzecz jasna – nie chodzi o to, by z nikim się nie porównywać i żyć w sportowej próżni, bo takie porównywanie i nakręcanie się jest bardzo motywujące; warto tylko uważać, do kogo się porównuje. Trzeba pamiętać skąd się przyszło, z jakiego pułapu zaczęło.
CrossFitowy wół musi cały czas pamiętać, że jeszcze niedawno cielęciem był i że zmiana w półtonowego buhaja to proces rozłożony na lata.

Mój pierwszy rok z CrossFitem był mocno na wariata – zachwycony postępem i treningami szukałem coraz wymyślniejszego sposobu, żeby się zeszmacić. Były kontuzje, był ból mlecznych zębów –  było wszystko to, co jest nieuniknioną konsekwencją podejścia „ na hurraa”. Dopiero gdy zadałem sobie pytanie „stary, ale czego ty tak naprawdę od tego CrossFitu oczekujesz” rzeczy stały sie prostsze i bardziej poukładane. Zdefiniowałem czego chcę, rozpisałem co muszę zrobić, oceniłem ile czasu może to zająć, podzieliłem to przez obowiązki  i dotarło do mnie, że to nie będzie wariacki sprint do celu, tylko długa i szalenie ciekawa podróż, w której najfajniejsze jest przyklejenie nosa do szyby i obserwowanie, jak zmieniają się twoje możliwości.
Więc przyklejam, obserwuję i cieszę się jak dzieciak.

Od kiedy określiłem gdzie jestem i co jest moim celem CrossFit stał się jeszcze przyjemniejszy. Mniej się wściekam, mniej napinam, coraz mniejsze ciśnienie sobie robię. Rezygnacja z konkretnego celu w stylu „do jesieni 2015 chciałbym wystartowac w zawodach” na rzecz bardziej ogólnego „chciałbym być w stanie poprawnie wykonać wszystkie ruchy, jakie występują na treningach” pozwala podchodzić do treningów na psychicznym luzie. Nie muszę zrobić X, Y, Z do końca sierpnia – mam na to tyle czasu, ile potrzebuję. Całe życie. Dosłownie.

Życie  to ciagła napinka. Zewsząd kładą nam do głów: bądź najlepszy, miej lepsze auto, najnowsze gadżety, najmodniejsze ciuchy, oczekuj wszystkiego i najlepiej z dokładką.
Ta sama napinka przekłada się na sport –  dalej, szybciej, ciężej, więcej. Doskonale widzę to u swoich biegowych znajomych, którzy jeden po drugim idą w kierunku biegów ultra, ale też i w CrossFicie jest tego sporo –  każdy chce być jak Rysiek Froning, albo przynajmniej jak wąsacz Bridges.
Ja mówię „Jebać to”. Nie muszę się napinać i rywalizować –  a już w szczególności wtedy, gdy wychodzę robić coś dla przyjemnośći. To jest najlepsza godzina mojego dnia i ostatnie, co chciałbym robić to usmarować ją ambicją.

Od CrossFitu oczekuję jednego – że będzie długą i fascynującą podróżą. Dokąd –  to już kwestia drugorzędna. Dla mnie liczy się, by widoki za oknem zapierały dech w piersiach i bym od czasu do czasu mógł poskakać z radości nad nowym rekordem.

Nie muszę być „The fittest on Earth” – wystarczy, że będę the fittest I’ve ever been.

Flashbacki z Kopenhagi czyli Meridian Regionals 2015

Kompletnie nie czułem, że zbliża się największe CrossFitowe święto w tej części świata. W pracy dowoziliśmy duży, półroczny projekt; w domu pozbiegały się awarie oraz związane z nimi naprawy i w efekcie regionalsy były ostatnim, o czym myślałem.
Prawdę mówiąc trochę mi przeszkadzały, bo wprowadzały ciśnienie, którego bardzo nie lubię.

Na porannym treningu w czwartek usłyszałem, że nasi mają problemy z wylotem do Kopenhagi ponieważ operator sprzedał więcej biletów, niż miał miejsc w maszynie. Żeby było weselej, na kwadrans przed wyjazdem na lotnisko dowiedziałem się, że mój lot ma godzinne opóźnienie które „może ulec zmianie”. Ponieważ leciałem bez zajarki i napinki, przyjąłem to wszystko na zasadzie „co ma być –  to będzie” i ostatecznie chwilę po północy zameldowałem się w hotelu.

W piątek, zaraz po śniadaniu ruszyliśmy do Ballerup Super Arena, która przez najbliższe trzy dni miała być (nomen omen) areną zmagań najlepszych CrossFitterów z Europy Azji i Afryki. O ile gdzieniegdzie na mieście można było znaleźć reklamy z akcji „be more human” o tyle nigdzie, ale to NIGDZIE nie było informacji o tym, że w stolicy Danii odbywają się CrossFitowe mistrzostwa trzech kontynentów. Mało tego, nawet pod samą halą brakowało oznak tego, że właśnie tu odbywa się największe CrossFitowe  święto po tej stronie kuli ziemskiej. Dwie smutne flagi –  i to wszystko, co w ramach reklamy imprezy zorganizował CrossFit  HQ (czy tam ktokolwiek był za to odpowiedzialny). Z jednej strony jest to skandal, żenada i lipa na resorach, z drugiej zaś – przecież i tak każdy CrossFitter wie co i kiedy się odbywa –  więc po co wydawać pieniądze na reklamę?

BallerupSuperArena

Pierwsze wejście na salę przyniosło szok – jak tu pusto! Nawet połowa obiektu nie była zapełniona. Ktoś tam ćwiczy, ktoś siedzi, masa ludzi kręci się po stanowiskach Rogue, czy innego Reeboka – i cześć – tak wyglądają mistrzostwa trzech kontynentów. Co prawda z czasem hala się zapełniła, a trzeciego dnia to już była wypełniona gdzieś w ¾, ale nie sposób opędzić się od wrażenia, że CrossFit JEST sportem niszowym. Większość obecnych na hali to byli ludzie, którzy przyjechali dopingować swoich zawodników + masa ludzi z lokalnych, kopenhaskich boxów. Przypadkowych ludzi można było zobaczyć dopiero trzeciego dnia – a i tych dało się policzyć na palcach obu rąk. Ewidentnie widać więc, że CrossFit nie jest popularny tak, jak chcieliby różnej maści internetowi spece od krosfitnesu. Wciąż jest to zajawka dla wąskiej grupy pasjonatów i na moje oko, pozostanie takim jeszcze kilka ładnych lat.

arena_day_1

Vendor Village rozczarowała dość mocno. Rogue miało świetne wzory koszulek, ale jakość materiału była skandaliczna – jak z taniej chińskiej szmaty za 7 złotych na bazarku. Zupełnym przeciwieństwem były znowuż skarpety, które kosztując 50 złotych – tyle samo co u Reeboka – jakością wykonania przebijają je kilkukrotnie. Można było kupić też skakanki „Spealler speed rope”, owijki na  nadgarstki oraz, trzeciego dnia, piłki lekarskie używane w trakcie regionalsów.

Stoisko Reeboka oferowało kilka wzorów męskich koszulek oraz trochę gaci i butów. Wzory koszulek były słabe. MEGA SŁABE. Regionalsowa jeszcze się broniła (nawet jakby się nie broniła, to na pamiątkę kupić trzeba) ale cała reszta była kompletnie nie w moim stylu.
Brzydsze wzory miał chyba tylko Progenex.

reebook_stand

Podwórkowo-namiotowa (czyli mniej premium) „Vendor Village” oferowała dużo ciekawsze rzeczy. Buty Inov8 można było nabyć za 350zł, czyli 150 zł taniej, niż w Polsce. Skakanki RPM były tak samo drogie jak zwykle –  po dwie stówy za sztukę. Dłuuuugo biłem się z myślami, czy sobie nie kupić, ale wygrał nie tyle rozsądek, co próżność –  bo jak mam już dać dwie stówy za skakankę, to wolę zamówić razem z grawerunkiem na uchwytach.

Ogólne wrażenia ze „strefy sklepowej” są takie sobie. Sztampa, lansik i drożyzna (jak na polską kieszeń). Żeby jeszcze wzory jakieś fajne były –  to pal licho, kupiłbym, w końcu po to zabrałem specjalny „budżet zakupowy” – ale zwyczajnie nie było niczego, co krzyknęłoby „kup mnie”.  Dizajnersko najlepsze były fatałaszki od Rogue, ale jakościowo plasowały się gdzieś na obrzeżach Stadionu Dziesięciolecia.
Nisza do zagospodarowania jest więc wciąż bardzo duża i jeśli ktoś ma dobry pomysł na fajne krosfitowe ciuchy, może ugryźć całkiem pokaźny kawałek ciasta.
Także krosfit-kucharze, do garów!

O ile jakość koszulek z logo R pozostawiała sporo do życzenia, o tyle ekipa techniczna obsługująca RIGa raz po raz popisywała się wirtuozerią, której pozazdrościliby nawet Doozersi od Jima Hensona. Natychmiast po skończonym heacie na płytę wbiegała ekipa w białych kaskach (nie mylić z ZOMO), która w ekspresowym, naprawdę EKSPRESOWYM tempie zmieniała tabliczki z imionami zawodników. Byli jak pensja – ledwie wpadli a już śladu po nich nie było. Dość powiedzieć, że demontaż pleksiglasowych płyt, na których robione były headstandy, zajął im dziesięć minut.
Gdyby ktoś wpadł na pomysł zatrudnienia ich do budowy polskich autostrad ,w ciągu dwóch lat nasi niemieccy sąsiedzi pozielenieliby z zazdrości a po pięciu większość z nich umarłaby na zgryzoty.
Kto wie, może jest to jakiś sposób na rozwiązanie naszych odwiecznych geopolitycznych animozji?

RIG_Crew

Ponieważ regionalsy są w pewnym sensie mistrzostwami Europy, Afryki i Azji, występujący na nich zawodnicy to ścisła czołówka tych kontynentów – creme de la creme CrossFitu – i miało to zwoje odzwierciedlenie nie tylko w umiejętnościach zawodników, ale też ich wyglądzie. Niektóre zawodniczki były tak nabite, tak zarzeźbione, że czułem jak od samego patrzenia spada mi poziom testosteronu i rzedną włosy na klacie.
Wielokrotnie pisałem, że osoby uprawiające CrossFit wyglądają jak młodzi bogowie, ale czym innym jest oglądać tych „bogów” w internecie a czym innym mieć ich na wyciągniecie dłoni. Raz po raz wyrywało mi się z ust pełne podziwu „o kurwa, jak ona wygląda”, ponieważ wrażenie, jakie robiły na żywo było po prostu miażdżące.

nabite_babki

Choć każdy ze sportowców prezentował poziom co najmniej wyśmienity ze wskazaniem na zajebistość, nie dało się nie zauważyć totalnej dominacji zawodniczek z Islandii. Momentami było to aż śmieszne, gdy w trakcie finalnego heatu pięć kolejnych miejsc na RIGu zajmowały zawodniczki o nazwisku kończącym się na – Dottir. Nie wiem, czym je w tej Islandii karmią, ale wśród kobiet to już nawet ciężko nazwać panowaniem. To zwyczajna hegemonia.

dottir

Mistrzowski poziom utrzymywał się po obu stronach barierek. Co prawda niekwestionowanymi mistrzami dopingu byli Islandczycy, którzy zdzierali gardła wspierając swoich zawodników oraz zawodniczki, ale przedstawicielom innych krajów również niczego nie brakowało. Non stop słychać było krzyki, klaskanie, skandowanie – każdy ze sportowców miał swoją grupę wsparcia, która zagrzewała go do walki a co najfajniejsze, nikt nikogo nie zagłuszał, nie zakrzykiwał, nie było żadnych animozji pomiędzy kibicami. Wręcz przeciwnie – normą było dopingowanie „nie swojego” zawodnika, który utknął na jakimś ćwiczeniu, że o amoku w trakcie finalnych zmagań Bartka Lipki nie wspomnę, bo to zjawisko poza klasyfikacją

Kiddo

O ile do tej pory kibicowanie kojarzyło mi się głównie ze znanym z rodzimych stadionów zbydlęceniem, o tyle doping na regionalsach był najfajniejszym sportowym przeżyciem, jakiego do tej pory doświadczyłem. Nie raz i nie dwa ze wzruszenia ścisnęło mnie w gardle i byłem dumny z tego, z jakimi ludźmi sport uprawiam.

Ubawiłem się też setnie widząc kolejkę ludzi czekających na możliwość zrobienia fotki z Davem Castro. Nie wiem, może za stary grzyb na takie akcje jestem, ale obserwując to poczułem się trochę… zażenowany?
Nie wiem, jak to nazwać…W każdym razie dziwnie się czułem widząc dorosłych ludzi stojących w wężyku aby zrobić sobie zdjęcie nawet nie ze sportowcem, czy inną gwiazdą rocka, ale facetem, który tworzy CF games, jest nie tyle bohaterem, co managerem tego całego zamieszania.
Żeby on choć bloga prowadził…

castro

Pozostając przy spostrzeżeniach ogólnoludzkich, chciałbym serdecznie pozdrowić pewnego kibica z Polski, który paradował po Vendor Village z e-papierosem w dłoni. Pomijając już fakt, że papierosy, a już w szczególności te e-fikołki, to żenada deluxe (albo się chłopie trujesz jak facet, albo rzuć to w cholerę i przestań udawać, że nie palisz) to afiszowanie się z tym w środowisku, które kładzie nacisk tyleż na intensywny trening, co na zdrowy tryb życia, jest zwyczajnie słabe.
Nie powiem, koszulkę jakiego boxa nosił, ale co się ubawiłem to moje 😉

Dania, jak większość bogatych krajów zachodu, posiada całkiem sporą grupę obywateli wyznania muzułmańskiego. Jaka jest pozycja kobiety w tych społecznościach –  wszyscy wiemy –  dlatego tym bardziej zdziwiły mnie spotkane na regionalsach dwie muzułmanki, co prawda nie w burkach, ale z zakrytymi włosami, jak allah przykazał. Patrzyłem na nie,  umalowane jak na wieczorny balet w najlepszej dyskotece i tak się zastanawiałem, co to za paranoiczna i zakłamana religia, która nie pozwala kobietom pokazywać włosów (ponieważ budzą męskie pożądanie) nakazuje im skromność i posłuszeństwo,  ale nie robi problemu z wyjścia na zawody, na których półnadzy, spoceni, wyglądający jak półbogowie mężczyźni  dają popisy swojej siły i witalności. Gdzie kobiety w sportowej bieliźnie pocą się i sapią ku uciesze tysięcy facetów.
W jaką cholerną paranoję wpędza swoich wyznawców…

men

Pozostając na chwilę przy kobietach –  dawno nie widziałem takiego stężenia atrakcyjnych babek w jednym miejscu. Może nie zawsze najpiękniejsze, ale tak wysportowane, z takimi figurami, że aż dziw bierze, że żaden facet nie skończył w kołnierzu ortopedycznym.
Również i panie nie miały powodów do narzekania, ponieważ (pomijając zawodników, bo to klasa sama w sobie) specyfiką fana CrossFitu jest to, że w odróżnieniu od np. kibica futbolu, uprawia sport, którym się pasjonuje, czyli mówiąc wprost wygląda zajebiście (albo za chwilę będzie). Panowie na widowni byli prima sort i jeśli któraś z pań chciała oko zawiesić, to okazji do zeza rozbieżnego było pod kokardę.

Bardzo miłą odmianą w stosunku do Polski był fakt, że niemal wszyscy spotkani ludzie byli sympatyczni i uśmiechali się. Największy szok zafundowała mi babeczka z ochrony, która z rozbrajającym uśmiechem wytłumaczyła, że zejścia na dół nie ma (wiem, że nie ma, ale próbować trzeba). Od razu przypomnieli mi się rodzimi ochroniarze z ich tępymi , kwadratowymi ryjami i dotarło do mnie, jak wielka przepaść cywilizacyjna nas dzieli. Możemy mieć ajfony, ajpady i skarpety od Reeboka, ale kulturowo i mentalnie jesteśmy  w dupie tak ciemnej, że niektórym z nas wyrastają świecące wypustki.

Protestancki porządek i poukładanie widać było nie tylko w hali regionalsów. Gdy w sobotę zaczął się remont torów, którymi jeździła kolejka do Super Areny, koleje podstawiły autobusy zastępcze oraz ludzi, których zadaniem było udzielanie informacji i pilnowanie by… zbyt wielu pasażerów nie wsiadło do autobusu –  bo nie chodzi o to, by pojechał nabity pod sufit, tylko o to, by osoby, które płacą za bilet mogły podróżować w komfortowych warunkach.
Wyobrażacie sobie coś takiego w kraju nad Wisłą?

burchers_info

Regionalsy regionalsami, ale nie byłbym sobą gdybym wizyty w nowym miejscu nie powiązał z wizytą w lokalnym boxie. Jeszcze przed wyjazdem nagrałem trzy wizyty – po jednej  na każdy dzień. Problemem było spakowanie w bagaż podręczny trzech par ciuchów treningowych – ale nie takie rzeczy na krosfitnesie ze szwagrem robilim 😉
Koniec końców z trzech zaklepanych treningów udało mi się zrobić tylko dwa, za to miejscówki w których przyszło mi ćwiczyć, były absolutnie najbardziej odjechane, jakie do tej pory udało mi się odwiedzić.

Pierwsza z nich – Butcher’s lab, mieści się w starej ubojni bydła, co też widać na pierwszy rzut oka (szczęśliwie nie czuć na węch). Tam też miałem po raz pierwszy okazję pchać metalowe sanki –  i zapewniam was, jeśli komuś się wydawało, że burpeesy, czy też AirBike są złem wcielonym i etalonem mózgojeba – koniecznie spróbujcie zabawy z sankami. Pokochacie burpeesy jak zimne piwo w lipcowe popołudnie.

Butchers

O ile lokalizację pierwszego boxa można określić jako mocno odjechaną, to druga jest już wywalona w kosmos. W niebo – żeby być precyzyjnym – ponieważ mieści się w byłym kościele. Idąc tam nie mogłem się opędzić od myśli, że w Polsce takie rzeczy by nie przeszły – i strasznie zazdrościłem Duńczykom ich wyluzowania i braku bogojczyźnaniej napinki. Jednym słowem: normalności.

Kirke

A  właśnie, w temacie normalności pozostając. Jednorazowe wejście do Butcher’s lab kosztowało mnie 100 koron, czyli w przeliczeniu na złotówki pięćdziesiąt złotych z hakiem (do kościoła wszedłem za friko). Pięć dych –  czyli tyle, ile kosztuje jednorazowe wejście do niektórych polskich boxów (np CF Wilanów). Mając na uwadze różnice w zarobkach między Polską a Danią nie sposób opędzić się od wrażenia, że CrossFit w Polsce jest W CHUJ drogi. Jeżeli cena karnetu do Butcher’s Lab w Kopenhadze (450koron, jakieś 230zł) jest niższa od standardowej ceny karnetu do BOXa w Warszawie, to coś tu jest grubo nie halo.
Ja rozumiem, że wolny rynek oraz zasady popytu i podaży, ale sytuacja ta pokazuje jak na dłoni, że CF w Polsce to jest sport dla osób z grubszym portfelem.

Sama Kopenhga jest miastem tyleż pięknym, co drogim. Nietknięta przez wojnę –  więc pełna zabytkowych, stylowych budynków – aż momentami nie wiadomo, w którą stronę sie obejrzeć; oraz europejska –  więc o stosownych cenach. Najlepiej od razu przestać przeliczać korony na złotówki, bo jak do człowieka dotrze, że płaci 30zł za piwo, to choćby go było na to piwo stać, w głowie zapala się neon z napisem „ochujałeś Killer?” a browar staje w gardle.

Kopenhaga

Do Ballerup Super Arena obowiązuje zakaz wnoszenia jedzenia oraz picia. Głodni oraz spragnieni mogą zaopatrzyć się na wewnętrznych stoiskach, ale ceny, które tam obowiązują sprawiają, że odechciewa się jeść i pić. Pół litra wody kosztuje 10zł (20 koron) zaś kiełbaska z warzywami 40zł (80 koron). Można też kupić dwa szaszłyki z kurczaka z warzywami za 50zł (100 koron) – ale kto się tym naje? Jako człowiek przyzwyczajony dużo jeść i pić, pierwszego dnia wydałem na miejscu taką furę kasy, że następnego dnia zacząłem przemycać własne żarcie i wodę.

Z finansowego punktu widzenia wyprawa na regionalsy to spory wydatek. O ile hotel i bilet na samolot można trafić okazyjne, zaś 50 dolarów za trzydniową wejściówkę to nie jest szalona kwota, o tyle koszty życia na miejscu (18zł za bilet na metro z lotniska do centrum, 100zł za trzydniowy bilet na wszystkie środki komunikacji) mogą okazać się większe od kosztów imprezy, transportu i zakwaterowania. Należy wziąć to pod uwagę, bo jechać na trzydniową imprezę tylko po to, by żyć na przysłowiowym „chlebie i wodzie” to moim zdaniem słaba opcja.

lotnisko

Pomimo sporych kosztów, regionalsy są dla CrossFittera jak wyprawa do Torunia dla członka rodziny radia Maryja. Kto chce ten może piszczeć niczym groupie na widok Dave Castro; kto chce może trzaskać samojebki na tle RIGa; a kto chce może drzeć się w niebogłosy dopingując najlepszych CrossFitterów w tej części świata.

Ja już odkładam specjalny zestaw „smarów” na 2016-ty – bo jeśli chłopaki planują dostarczyć takich emocji, jak w tym roku –  to zwykłe pastylki na gardło nie wystarczą 😉