Produkt krosfitopodobny

– Po co jest to ćwiczenie?
– Christiano Ronaldo tak ćwiczy, więc nie pytaj tylko rób
Usłyszawszy te słowa zamarłem w pół snatcha i gdy powoli obróciłem się by zobaczyć autora tej perły myśli treningowej, ujrzałem trenera personalnego tłumaczącego podopiecznemu dlaczego powinien robić Burpees.
Witajcie na cross-treningu 🙂

Co prawda panie z recepcji chętnie zaproponują ci coś do picia albo potreningowego szejka, ale już panowie w koszulkach trenersko instruktorskich mają cię centralnie w dupie. Dla osoby z boxa, przyzwyczajonej do tego że z każdym jest po imieniu a trener, nawet jeśli aktualnie robi coś swojego, zawsze ci pomoże i skoryguje gdy robisz cos źle, jest to dość spora zamiana in minus. Nic więc dziwnego, że ludzie tak sobie chwalą boxowe community, bo jakiekolwiek by ono nie było, jest o trzy stopnie wyżej od anonimowości w sieciowym fitness klubie.
Rozumiem też drugą stronę i nie mam do trenerów o to pretensji – przy takim przemiale osób ciężko jest budować jakąkolwiek relacje z klubowiczem, niemniej dla mnie, jako klienta, dożo bardziej odpowiada kumpelska atmosfera CrossFit boxa.

Na sali jest jak w lunaparku – lustra, wszędzie lustra. Z jednej strony to całkiem fajnie, bo można na bieżąco korygować, czy swing jest z przeprostem, czy bez –  tylko trochę dziwnie się czuję, gdy stojący obok mnie koleżka podwija koszulkę i sprawdza, czy już mu kaloryfer widać. Do tego trochę strach, szczególnie ze sztangą – bo miejsca nie za wiele a lustra tanie nie są – ale idzie się przyzwyczaić a i dziubaska potrenować można.

Ludzie przyzwyczajeni do siłownianego bogactwa sprzętu często dziwią się, dlaczego w boxach „jest pusto” a przyczyna jest banalna: w boxie pusto jest po to, by można było komfortowo ćwiczyć ze sztangą. Ćwiczenie  zarzutów, czy rwania na siłowni jest zwyczajnie niebezpieczne ponieważ dookoła są inne sprzęty albo lustra i nie daj boziu majtnie cię ze sztangą w którąkolwiek ze stron, to skończysz jako sushi z duża zawartością żelaza.

IMG_2183

Bezpiecznie na korpo-fitnesie można robić siady (front/back/OHS). W grę wchodzą również push pressy, jerki – ale tu zalecałbym omijanie ciężarów maksymalnych. Podobnie rzecz ma się z deadliftami – z racji bogactwa sprzętu i dużej zawartości szkła w otoczeniu walenie ciężarami o podłogę nie jest najlepszym pomysłem. Ogólnie rzecz biorąc, złotą zasadą jest „jeśli nie możesz czegoś bezpieczne przyjąć na barki – nie rób tego”. Szkoda czasu na użeranie się z obsługą.

Można za to spokojnie machnąć kettlem. Co prawda czajniki jak dropsy – występują we wszystkich kolorach tęczy i jeden jest z Decathlonu, drugi w plastikowym futerale a trzeci z uchwytem jak ramiączko od damskiej torebki – ale można coś tam dosztukować i machnąć Fran z kettlami.
Gwarantuję, że zmęczy tak samo, jak ze sztangą 😉

Ćwiczeń ze sztangą nie zalecam też z jeszcze jednego powodu – jakości sprzętu. O ile maszyny „fitnessowe” wyglądają jak sprzęt do operacji na otwartym sercu, o tyle jakość gryfów  sprawia, że na płacz się zbiera. Nie wiem, czym karmią w okolicznych korpo stołówkach, ale chyba powinienem zacząć tam chodzić, bo sztangi powyginane są jak wędki.
No chyba, że to presja dedlajnu daje takiego kopa…

IMG_2224

Jeśli masz odrobinę farta, w strefie Cross Treningowej będziesz mieć RIGa i komplet kółek. Ja go mam –  więc toes to bary, chest to bary i inne fikołki na drążku odmieniane są przez wszystkie przypadki.  Piłek lekarskich tez jest sporo, tylko rzucić nie ma gdzie, bo na ścianie kartka „prosimy o nie rzucanie” a jedyny nadający się słupek  ma pół metra szerokości i znajduje się tuż obok szyby –  więc trochę strach. Na upartego jednak kawałek miejsca się znajdzie, toteż spokojnie można planować randkę z Karen

Zabawnym elementem robienia krosfitu na siłowni są spojrzenia ludzi, gdy robisz chest to bary przeplatane thrusterami, albo sapiąc jak stary Autosan snatchujesz kettlem. W takich sytuacjach ewidentnie widać, czym różni się CF od „chodzenia na siłownię”. Po trzech tygodniach na korpo siłce nie widziałem jeszcze ani jednej spoconej osoby (nie licząc panów na bieżniach i orbitrekach). W takich chwilach zawsze przypominają mi się słowa frontmana Monster Magnet, który o zespole Oasis powiedział „to nie jest zespół rockowy, bo grają koncert przez 2,5 godziny i nawet się nie spocą”…

IMG_2181

Tym, którym uda się zrobić porządny trening i chcą się po nim zrolować czeka przykra niespodzianka –  wałków niet. Podobnie jest z gumami – widziałem na sali jedną, czy dwie i to wszystko. Kilka razy widziałem za to osoby wychodzące z własnym wałkiem i chyba będę musiał pójść w ich ślady, albo przynajmniej nosić piłkę lacrosse.
Brak porządnego sprzętu do mobility pokazuje, jak „rozumiany” jest CrossFit na siłowni i, powiedzmy delikatnie, jest to niepełny obraz. Na mój rozum jest to stricte siłowniania naleciałość – bo czy ktokolwiek widział karka rozciągającego się po treningu?

Korpo siłka jako „główne źródło krosfitu”, nawet jeśli ma dedykowaną strefę do quasi CrossFitu,  to moim zdaniem nienajlepsze rozwiązanie. Brak porządnych warunków do ćwiczenia dwuboju olimpijskiego –  czyli jednego z trzech filarów CF –  to dla mnie wada nie do przeskoczenia. Owszem, można bawić sie w substytuty i robić Grace z dwoma kettlami zamiast sztangi – ale to zawsze będą substytuty a wszyscy wiemy, że CrossFit bez ciężarów to tylko krosfitnes.

Kolejna wada jest natury powiedziałbym „ideologicznej”. Fitness klub to miejsce poukładane, w którym wszystko ma swoje miejsce, toteż nie ma w nim możliwości przestawienia ergometru w dogodne z treningowego punktu widzenia miejsce. Nie ma, ponieważ a) nie ma na to w klubie miejsca b) nie wolno tego robić, bo zaraz każdy zacznie przesuwać sprzęty gdzie mu się podoba i zrobi się bałagan ( co akurat jest prawdą, bo nieodkładanie sprzętu na miejsce to jakaś siłowniana plaga). W efekcie chcąc zrobić Jackie trzeba się nastawić na wycieczkę przez pół klubu i kluczenie między maszynami.
Owszem, da się, ale „to nie to”.

IMG_2185

Fitness klub świetnie sprawdza się jako miejsce do treningów uzupełniających. Mając pod ręką kettle, pudło, RIGa i ergometr jestem w stanie wykonać połowę swoich treningów oraz zrobić porządne rozciąganie, zaś wizyty w boxie rezerwuję na dwubój, albo bardziej wymagającą gimnastykę. W efekcie zyskałem kilka godzin więcej w skali tygodnia, które to godziny mogę przeznaczyć na co?
Na treningi rzecz jasna 🙂

Zdecydowaną zaletą korpo-siłki są jej godziny otwarcia. Jak każdy produkt hurtowy dostosowana jest do hurtowych godzin otwarcia, wskutek czego można wpaść na trening nawet w sobotę o 21 (idealne na podpompowanie bicka przed dyskoteką). Świetnie się to sprawdza np. w weekend, gdy większość dnia upływa na około domowych obowiązkach i jak już się człowiek ze wszystkim ogarnie, to się okazuje że mu boxa zamknęli.
Co prawda w pełni prawilnego WODa się tam nie zrobi, bo o dwuboju można zapomnieć,  ale jak mawia ludowe porzekadło:  kto chce PR strzelić – ten miejsce do treningu znajdzie.

Reklamy

Nikt nie kocha mózgojeba

Jednym z najpopularniejszych CrossFitowych haseł jest to o strefie komfortu – że trzeba ją opuścić, że poza nią odbywa sie prawdziwy progres, że tam kształtują sie charaktery.
Wszystko pięknie i fajnie, rzecz w tym, że jak każde popularne hasło tak i to dość mocno rozmija się w rzeczywistością, bo – jak to zwykle w życiu bywa –  slogan swoje a praktyka swoje.

Wyjście ze strefy komfortu oznacza, że przestaje być fajnie i zaczyna być nieprzyjemnie. Rzecz jasna, można to rozumieć na wiele sposobów – dla jednych będzie to zmuszenie sie do czegokolwiek (np. porannej gimnastyki) a dla drugich zagryzienie własnego ego („nienawidzę jak facet, nawet trener, mówi mi co mam robić”). Umówmy się jednak, że nie mówimy tu o strefie dyskomfortu rozumianej jako „nie chciało mi się ruszyć z domu, ale zmusiłem się do tego nadludzkiego wysiłku”. Wpis jest o sporcie, więc przykładam do niego sportową miarę i mówiąc o wyjściu ze strefy komfortu mówię o wejściu do strefy bólu i walki z własną psychiką.

Mierząc tą miarą, dla kogoś, kto lubi podnoszenie ciężarów przewalenie kilku ton w zarzucie na wysoko nie jest  żadnym wyjściem ze strefy komfortu. Owszem, zmęczy się taki delikwent, umorduje, ale choćby zarzucał ciężar maksymalny, nie będzie to jego strefa dyskomfortu, ponieważ on to lubi. Choćby mu zwieracz puszczał od założonych kilogramów, dźwiganie sprawia mu przyjemność –  więc nie ma mowy o jakimkolwiek wyjściu ze strefy komfortu. Podobnie jest z pasjonatem gimnastyki –  choćby miał sobie skórę z rąk zedrzeć na drążku –  on to lubi,  jest na „swoim podwórku”, nie ma tam niczego, co by go zaskoczyło. Roboty jest huk, ale lubi ją więc robi ją z przyjemnością.

Prawdziwa strefa dyskomfortu zaczyna się tam gdzie boli, gdzie robimy rzeczy których nie lubimy, gdzie rozum wyje „weź kurwa przestań” a jedynym, co pcha cię do przodu jest siła woli. Im bardziej czegoś nie lubisz, nie umiesz (a jedno z drugim jest często mocno powiązane) – tym mocniej wychodzisz ze strefy komfortu. Im mocniej zalewa cię kwas mlekowy, im bardziej brakuje ci tchu, im bardziej pali w mięśniach i dudni w głowie –  tym dalej jesteś od swojego „bezpiecznego miejsca”.

Nie jest sztuką zrobić Fran w trzy minuty, gdy lubisz thrustery i podciągnięcia a twój PR w zarzucie na wysoko jest dwukrotnością masy ciała. Sztuką jest przebrnąć ją w dziesięć minut, gdy czujesz że zaraz urwie ci ręce a sztanga waży pięćset kilo. Sztuką jest powiedzieć głowie by „zamknęła mordę” i brnąć przed siebie w maszynce do mięsa. Tam jest prawdziwa strefa dyskomfortu. Tam się kuje charakter.

Powszechna w środowisku CrossFitowym niechęć do biegania, Burpees, czy dowolnej innej formy cardio bierze się stąd, że nie lubimy tego w czym jesteśmy słabi a wielu CrossFitterów to kondycyjne lebiegi. CrossFit kojarzy nam się z siłą – oponami, sztangami – i zapominamy, że jednym z trzech głównych filarów CF jest Cardio, MET-CON, kąpiel w kwasie mlekowym. Zapominamy, albo wybieramy sobie z CrossFitu to, co nam pasuje. Rzecz w tym, że robiąc tylko to, co lubimy i umiemy nie stajemy się lepsi. Owszem, to co do tej pory umieliśmy umiemy jeszcze bardziej, ale też braki, które mieliśmy do tej pory stają się jeszcze bardziej ewidentne –  bo co z tego, że szarpniesz 2 stówy w martwym, czy 150 na klatę, skoro po 400 metrach sprintu charczysz jak stary gruźlik? Z CrossFitowego punktu widzenia owszem,  jesteś bykiem, ale takim, który nie da rady się rozpędzić by solidnie pociągnąć z bani i byle torreador bez problemu zajdzie cię z boku i wpije szpadę w zadek.

Jeśli chcemy być uniwersalni – a takie jest przecież założenie CrossFitu –  musimy wychodzić poza strefę komfortu i robić to, czego szczerze nienawidzimy. Rozumiem, że stoi to w sprzeczności z innym CrossFitowym porzekadłem „make it the best hour of your day” – bo przeca  jak ma być „the best” to ma być przyjemnie – ale to nie o taką przyjemność chodzi. To ma być przyjemność wynikająca z pokonania swoich ograniczeń, wyjścia poza swoje słabości. Masz być nieprzytomny i dumny, bo zrobiłeś coś ponad swoje siły, nawet jeśli było to tylko 50 Burpees w siedem minut.

Aby stać się lepszym, zamiast uciekać od słabości trzeba je brać na warsztat każdego dnia i zacisnąwszy zęby przekuwać w siłę. Zagryźć ego, zapomnieć, że nie możesz i nakurwiać aż będziesz z siebie dumny.

A gdy pokochasz mózgojeba i polubisz kwas mlekowy, chleb smarowany bólem stanie się 100% paleo 😉